26.06.2013

Jak wychować niejadka???

Niejadki, niejadki, niejadki!- trąbią "dziecka" i dzieckopodobne (takie gazety dla rodziców, ale nie takich jak niedobre Jareckie) przynajmniej raz na kwartał.
"Jak zachęcić niejadka do jedzenia?- zapytują dramatycznie nagłówki. "Sposób na niejadka"- kuszą.
A Jarecka się pyta, rozpaczliwie:
-Jak wychować niejadka???

Na cztery sztuki potomstwa pozory bycia niejadkiem stwarza jedynie Trójka.
Pozory, bo jak się uważnie przyjrzeć na każdym piętrze piramidy żywieniowej Trójka znajdzie coś dla siebie i gdyby miała troskliwą matkę, taką, której nie żal czasu i zachodu na komponowanie posiłków pod jej gust, byłaby... No właśnie, nie wiadomo, co by była, bo Trójka wygląda jak pączek w maśle; śniada cera, kolorki, dołeczki w policzkach i łokciach, oko błyszczące!

Reszta przychówku to wszystkożerna szarańcza! I do tego szarańcza nie wiadomo gdzie chowana, podrzutki jakieś...
-A co będzie na drugie danie?- pada pytanie po popołudniowym posiłku. Codziennie pada. A Jarecka codziennie, od lat serwuje jedno danie (no, gwoli uczciwości drugie bywa kilka godzin później, raczej rzadko).
Czasem Jarecka, podjudzona przez zaradne matki narządzi strawy na dwa dni i potem patrzy ze zgrozą, jak małe paszczęki pochłaniają te stosy kotletów, rondle potrawek, gary zupy. I na drugi dzień apiat' od nowa, gotowanie.
-Przecież oni są jeszcze mali- skarży się Jareckiemu- a co będzie jak urosną?

-Mogę dokładkę?- kolejne codzienne pytanie, nieodłączny element obiadu.
-Zjedz najpierw wszystko, co masz na talerzu- mówi Jarecka.
-Zjadłem/zjadłam.
Trójka tymczasem wybiórczo. Makaron bez dodatków, ryż. Surówka, jeśli jest marchewka z jabłkiem albo mizeria. Mięso bez sosu. Ale rąbie.

Nie ma potrawy, której Jaśnie Panicz by nie spróbował. To, czego nie lubi Dwójka można policzyć na palcach jednej ręki. Czwórka, ta miniaturka, prosi o dolewkę zupy, zanim Jarecka zdąży okrążyć z garnkiem stół. W ciągu pięciu minut pochłania trzy naleśniki, a parówek wciągnęłaby z pięć, gdyby jej ktoś pozwolił.
Jarecka wzdychając zazdrośnie słucha relacji mam czwórkowych rówieśników o jedzeniowej gehennie, tych opowieści o śniadaniach trwających godzinę, mających formę gonienia dziecka z łyżką strawy- i bezskutecznie!
"Co ja zrobiłam nie tak?"- pyta Jarecka.

Musi kara!
Za to, że nigdy nie była tą matką, co to nie zje ciepłego obiadu. Bo zawsze to ona pierwsza się najadała, żeby jej nie wystygło, a dzieci potem, będzie przestudzone. Albo dziecko mówi- "jestem głodny/głodna", a matka na to: zrób sobie kanapkę. Albo zjedz jabłko. Dziecko: a obierzesz mi? Matka: nie, umyj i zjedz ze skórką.
Nie trzeba tej szarańczy szypułkować truskawek, drylować czereśni- trzeba wcinać samemu, i to szybko, bo chwila i zostanie tylko kupka listków, ogonków i pestek.

No więc jak wychować sobie niejadka, zdradź, szczęśliwy rodzicu takiego!
Prosi Cię Jarecka w desperacji, wyciągając nocą ze spiżarni tajne zapasy na czarną godzinę.
W dzień sobie nie poje.

24.06.2013

Zagłada świata według Jaśnie Panicza

Dwudziesta pierwsza.
Dziewczynki śpią, a przynajmniej leżą cicho w swoim pokoju.
Jarecki jeszcze nie wrócił z pracy.
Jarecka usiłuje zebrać siły i zabrać się za swoją pracę.
Jaśnie Panicz snuje się, ogólnie niezdecydowany, co ze sobą począć. Co i rusz nachodzi Jarecką z jakimś newsem typu: "wiesz ile waży ziemia?", "znasz pięć nietypowych ssaków?"
Jarecka łaskawie wysłuchuje odpowiedzi, choć Jaśnie Panicza słucha się trudno. Ledwie zacznie, zacina się, poprawia, wraca do początku, szuka odpowiednich słów; potem następuje seria chrząknięć, smarknięć, "yyy"- i zanim dojdzie do połowy wywodu słuchacz zapomina co było na początku, i w ogóle- o czym mowa? Słowa nie nadążają za galopującą myślą a przecież Jaśnie Panicz chce się jeszcze ładnie i mądrze wysłowić a nie łopatologicznie wyłożyć, jak, nie przymierzając, sołtys krowie na miedzy.
Po kilku takich najściach Jarecka czuje, że jej wytrzymałość jest już w zaniku, gdy oto znów wkracza syn, tym razem z jakimś artefaktem w dłoni.
-Zobacz- mówi z przejęciem. W kubek po jogurcie wcisnął miękką piłeczkę zadrukowaną jak globus- wielka asteroida w kształcie kubka pochłonęła ziemię!
Jarecka zerka zaintrygowana.
-Ale nie martw się- Jaśnie Panicz puka wymownie w wystającą część piłki - my jesteśmy tutaj.

Uff!


Jarecka poważnie zaniepokoiła się dopiero kilka dni później i bynajmniej nie troska o losy Ziemi zburzyła jej spokój.
Jaśnie Panicz wieczorem oznajmił, że idzie sfotografować (telefonem!) księżyc.
-Jest  teraz w strefie perongeum- wyjaśniał rodzicom- jest najbliżej Ziemi, o 14 procent większy i 30 procent jaśniejszy niż wtedy, gdy jest najdalej. Następnym razem będzie tak wyglądał dopiero w sierpniu przyszłego roku.



P.S. Jarecka często chciałaby, żeby jej dzieci były "takie jak inne"(przyp.Wszechwiedzącego Narratora), ale co to znaczy "jak inne"-tego nie wie, nie poznała jeszcze wzorcowego "innego dziecka". Niemniej ucieszyła się na wieść, że na swojej fotograficznej wyprawie Jaśnie Panicz spotkał jednego z Czesiuniaków, który akurat wyszedł z domu żeby... zrobić zdjęcie księżycowi :))

23.06.2013

Rabarbarrrr

Jarecka gotować nie lubi, nie lubi- bo musi.
Ale latem... Latem to co innego!
Nie trzeba wymyślać "co by tu na obiad", wystarczy pójść na bazarek, albo do dobrego warzywniaka (czyli w przypadku Jareckiej- pojechać) i obiad sam się rzuca w oczy!
A dziś się rzucił szczaw na zupę i rabarbar na ciasto i kompot (ot, taki niedobór szczawianów Jarecka poczuła).





Kompoty bardzo rzadko pije się w Deszczowym Domu. Jareckiej strasznie żal tych rozmemłanych owoców, bez koloru i swojej zwykłej jędrności. Naprawdę, czy to nie smutne? Czy nie lepiej zjeść świeży owoc? Z tego samego powodu Jarecka nie lubi też soków, bo brakuje jej tych skórek, błonek i odgłosów, jakie wydaje gryziony owoc.

Jarecka gotuje więc kompot raz w roku, właśnie z rabarbaru, żeby nacieszyć oczy tym zjawiskiem, tym cudem- jak to z zielonych łodyg powstaje piękny, różowy płyn. Kompot taki (i każdy inny) oczywiście starannie odcedza, żeby nie patrzeć na te zmarnowane owoce, co powinny chrupać i chrzęścić, a rozgniecione językiem o podniebienie pryskać sokiem prosto do gardła.



Na zdjęciach ciasto, bardzo łatwe i mało naczyń brudzące, pyszne i idealne pod sezonowe owoce, tu w wersji czereśniowej i rabarbarowej.
Oto przepis:
-10 łyżek przesianej mąki
-6 łyżek cukru
-szczypta soli
-cukier waniliowy (paczuszka 16 g)
-pół opakowania proszku do pieczenia (ajajaj!) czyli 15g, w całej paczce jest 30g
-3 lekko ubite jaja
-szklanka mleka
-100 g stopionego masła
(Przepis z książki Pascala "Po prostu gotuj", tam w wersji z bananami i gruszkami, które zalewa się tym ciastem)
-dowolne owoce
Wszystko mieszamy i wlewamy w dwie kamionkowe formy (wysypane bułką tartą jak należy), chodzi właściwie o to, by warstwa ciasta nie była zbyt gruba. Na to owoce i do piekarnika(180 st C) na  25-30 minut. Czy wytrawne gospodynie zauważyły, że to właściwie pieczony amerykański naleśnik?
Wystudzone ciasto Jarecka sypie obficie cukrem pudrem- jak pięknie owoce chłoną cukier- błyszczą potem wśród tej pudrowej bieli...

Smacznego!



P.S. No i co za piękne słowo: rabarbar! Ra-bar-bar! Ra-bar-bar!
Jarecka powtarzała z dziewczynkami to słowo do skutku, bo trudne.
-Wiesz- szepnęła konspiracyjnie Trójka wprost w ucho Czwórki- wiesz, że nasza babcia też jest  RABARBARA?

21.06.2013

Oto oni!






Poznajecie?
Jareccy według Mery Selery :)

A było tak: dawno, dawno temu Jarecka trafiła na meryselerowy blog i dała się zaczarować meryselerowym historyjkom (zdało się ponadto Jareckiej, że to jakaś bratnia dusza, ta Mery).
Wczoraj pan listonosz, ten, co głośno puka- i dobrze, że głośno, bo Jarecka siedzi na balkonie i mogłaby nie słyszeć- przyniósł kopertę z portretem rodziny Jareckich, obrazkiem z misiem i dziewczynką, oraz naklejkami, które zrobiły absolutną furorę wśród dziewczynek, choć trochę Jareckiej zajęło wytłumaczenie, że to nie jest niespodzianka od listonosza, lecz od Mery :)
(Mery, naklejki mają świetny klej- naklejka Czwórki wytrzymała cztery czwórkowe kreacje nim odpadła)

A dlaczegóż to Jarecka została tak obdarowana?
A bo wygrała, przeczytajcie TUTAJ




Dwójka, to jest proszę Państwa, prawdziwa Dwójka, rozpoznalibyście ją teraz na ulicy!
A Jarecki to prawdziwy Jarecki... sprzed 15 lat ;) Nawet portki takie miał!

Dziękujemy Mery!


P.S. Zdjęcia oczywiście telefoniczne, cóż począć :(

20.06.2013

Szydełkowanie i balkonowanie

Latem życie w Deszczowym Domu przenosi się na balkon.
To wielki balkon, zwany także tarasem. Zorientowany jest na północ, więc przez cały dzień trwa w przyjemnym cieniu, tylko rano słońce zajrzy z prawa, wieczorem z lewa- i wcale a wcale Jareckim nie przeszkadza.
Dzieci mają na balkonie swój kąt zabaw a Jarecka biurko, sofę, robótki, rysowanie- wszystko, co tylko potrzebne jest w pokoju dziennym rodziny.

Tak więc siedzi sobie Jarecka i szydełkuje.
A na balkonie nie można szydełkować czegokolwiek! Nie można zgłębiać wzorów ubrań, tu spuścić, tam narzucić, ani serwet, co to każdy rządek robi się inaczej! Przecież co i raz trzeba podnieść głowę, pomachać sąsiadce, przyjrzeć się z kim to młody Czesiuniak się prowadza, ten, co to Jareccy myśleli, że niemowa (jednak umie mówić). Po filiżankę trzeba sięgnąć, albo ciasteczko. Albo huknąć trzeba na dzieci, które na podwórku kłócą się o huśtawkę- można im kazać huśtać się po równo- każde 5 minut, po kolei i od nowa, i tego trzeba przypilnować, czas mierzyć, a nie liczyć oczka.
Na balkonie Jarecka produkuje babcine kwadraty (granny squares), afrykańskie kwiaty (african flowers) i insze takie, co się robią same i jeszcze się je składa w same potrzebne rzeczy.

To niech będzie dziś o kwiatach, afrykańskich, skoro taki upał, że i od północy trudno wysiedzieć.
Siedzi więc sobie Jarecka i szydełkuje.
Portki musi rozpiąć, bo na siedząco już uwierają i szydełkuje.


A zaczęło się w zeszłym roku, też na balkonie. Jarecka zrobiła siostrzenicy kocyk (było już o nim TU).



Tak się w tej robocie zapędziła, że skończyły jej się resztki lila róż, a szydełkować chciało się dalej, cóż zrobić? Zmieniła szydło na grubsze, wydobyła cały najgrubszy akryl jaki był w Deszczowym Domu i zrobiła pled, co to służy za narzutę na Jareckiej fotel.
(bardzo brzydko zachował się w praniu, ręcznym oczywiście, oj, brzydko)




Widać, że przeniósł się z salonu na balkon, razem z Jarecką, prawda?
A już na biurku widać, że coś się tam znowu wyrabia...
Oto, co:



 







-Co to jest?- pytał Jarecki, patrząc, jak żona produkuje coś na podobieństwo wielkiego beretu.
Jarecka nie mówiła, żeby zrobić na Jareckim wrażenie, dopiero jak ubrała krzesło, pokazała.
-O!- wykrzyknął Jarecki- ale po co?
Hm.

Czy taka jest Jarecka zadowolona z efektu, to nie wie, ale jakby co, ma jeszcze cztery takie krzesła.
Jakby tak każde inne...
Lato na balkonie przed nami!


18.06.2013

Co się Jareckiej udało

Różne się rzeczy Jareckiej udały, a te, co się nie udały, jeszcze się udadzą, albo nie warto próbować.

Dziś Jarecka nalała zupy szczawiowej w talerze i zasiadła z Jareckim przy stole.
Jarecki sięgnął po łyżki.
-Zostaw to- wycedziła przez zęby Jarecka- sprawdzimy, co ONI zrobią.
-Obiad!- zakrzyknął Jarecki.
Czwórka siedziała już przy stole i pałaszowała zupę, bo jako najmłodsza z czworga dzieci wie już, że lepiej być pierwszym u korytka.
Trójka już wcześniej odmówiła konsumpcji zupy, co nie jest rosołem ani pomidorową.
Ale otóż w kuchni zjawia się Dwójka i rodzice zastygają w oczekiwaniu.
Jarecka miała nadzieję na łyżkę, bo Dwójka ma złote serce i jak nie ona to kto tę szklankę wody na starość poda?
Dwójka tymczasem nieświadoma tego, iż jest obserwowana, zasiadła przy stole i rozejrzała się za łyżką a nie znalazłszy wstała i skierowała się ku szufladzie. Jareccy wymienili spojrzenia i zamarli- weźmie tylko dla siebie, czy pomyśli o reszcie?
W szufladzie zachrobotało.
I wyłoniła się z niej dłoń pełna łyżek.
Radość Jareckich była wielka zaś Dwójka z zaskoczeniem przyjmowała uściski i aplauz. Szczególnie zdziwiło ją, że natychmiast kazano jej sztućce na powrót schować, siadać do stołu i czekać.

Ale sza! Oto idzie Jaśnie Panicz!

Jaśnie Panicz wszedł do kuchni pewnym krokiem, zbliżył się do stołu i oczywiście zauważył, że nie będzie miał czym jeść. Jarecka- wstyd przyznać- nie spodziewała się po nim wiele. Tymczasem Jaśnie Panicz wstał, otworzył wiadomą szufladę i odwrócił się... by przeliczyć stołowników.
Jareccy wstrzymali oddech-
-a potem nastąpił kolejny aplauz i wreszcie można było zabrać się za jedzenie.

Jareckiej urosło serce- oto tryumfuje kultura nad naturą i rodzicielski trud nad oporną materią!

...

Tymczasem w Deszczowym Ogrodzie to natura święci tryumfy, ale i sama Jarecka- znowu!- też, albowiem- trututu!-coś jej urosło! Po latach klęsk wreszcie przyszło jej do głowy, że można posadzić warzywo w donicy zamiast wprost w ziemi, która to ziemia na Zaogoniu marna, oj, marna. Mazowiecki piach!
I oto, nasiona od niechcenia sypnięte w donicę po zeszłorocznych aksamitkach ukazały się jako sałaty!
Na razie właściwie sałatki, ale Jarecka wita je jak gałązkę oliwną, jak ląd na horyzoncie, jak oazę na pustyni!





I już, już jeden chętny, amator, choroba jasna, na sałatę, czuwa u stóp donicy!

Recykling do kwadratu





Pamiętacie recyklingowe pokrowce z pociętych koszulek?
O, te:



  


Jarecka któregoś dnia zaczęła je pruć. Przy okazji oddzielała grubsze paski od cieńszych i... nie skończyła tej pożytecznej pracy, bo dopadła ją potrzeba tworzenia. I oto kolejne balkonowe sprzęty:





Koszyk na owoce/ pieczywo do grilla- z grubszych "włókien", zrobiony szydłem nr 12.
A z cieńszych, zwykłą piątką- wazon, czyli ubranko na litrowy słoik.




Jarecka zaprezentowała to swoje dzieło córkom spodziewając się jak zwykle okrzyków entuzjazmu. A one, okrutne przyglądały się krytycznie:
-Przydałoby się jeszcze coś...-zastanawiała się Trójka- może serduszko?
-Albo guzik...- wtrąciła Dwójka z namysłem.
I co zrobić? Trzeba było walnąć serduszko i guzik, i wszyscy kontenci.


 Serducho ze starej sukienki Jareckie, podprasowane fliseliną.



Oj, dzieje się na balkonie.

16.06.2013

Wspomnienia i truskawki

Będąc w ciąży z Dwójką Jarecka obiecywała sobie solennie, że pierwszą rzeczą, jaką zrobi po urodzeniu dziecka będzie spuszczenie mu lania.
Przez pierwsze pięć miesięcy ciąży Jarecka wymiotowała dzień i noc.
Żołądek w ogóle odmówił współpracy. Nie dość, że nie przyjmował tego, co mu Jarecka aplikowała, ale wcale się nie komunikował z centrum dowodzenia, wskutek czego Jarecka nie miała pojęcia czy jest głodna, czy akurat się najadła do syta i pora kończyć- na wszystko była jedna odpowiedź- paw.
Paw rano. Paw przy przygotowywaniu obiadu, paw po obiedzie. W nocy budziła Jarecką potrzeba udania się do Rygi, gdzie udawała się bezzwłocznie i rozgłośnie.
Po pięciu miesiącach nastąpił wreszcie kres tej mordęgi i Jarecka osiągnęła znów wagę sprzed ciąży, co nie przeszkodziło jej jednak w kolejnych miesiącach utyć dwadzieścia kilo, to z kolei pociągało za sobą kolejne rozliczne atrakcje, jako to bóle miednicy czy puchnięcie nóg.
A końca nie było widać!
Minął termin porodu, kolejny dzień i jeszcze następny...

Pewnego wtorku, jak co dzień, Jareccy udali się do szpitala na ktg. Dyżurowała akurat wyjątkowo niesympatyczna położna- na dzień dobry zrugała Jarecką, że położyła się na leżance nie zdjąwszy klapek- nawet nie dotykają leżanki?-to nic, nie wolno! Jareckiemu dostało się bardziej ogólnie, za to że jest i oddycha tym samym powietrzem.
-O, rysuje się skurcz!- zauważyła Jarecka wpatrzona w zmieniające się na monitorze cyferki.
-To tylko głupia maszyna!- zrzędziła położna- sama pani czuje skurcze albo nie!
Jareckiej zdawało się właśnie, że czuła, ale bała się odezwać.
Po pięciu minutach liczby na głupiej maszynie znów niebotycznie wzrosły a Jarecka poczuła- tym razem na pewno- skurcz, ale powzięła już decyzję: "nie urodzę z tobą, jędzo!" Było jeszcze parę skurczy, ale Jarecka wszystkie przemilczała i badanie dobiegło końca.

(Z tą położną Jarecka urodziła Trójkę. Zaczęła rodzić z inną, ze sławą owego szpitala, ale wkrótce nastąpiła zmiana i na salę wkroczyła znajoma jędza. Zbeształa Jareckiego- za co, nieważne- a potem oddała się swojej pracy z wielkim zaangażowaniem. Dla Jareckiej była troskliwa a nawet czuła i okazała wielką radość i ulgę, gdy Trójka wyszła na świat)

Wprost ze szpitala Jareccy udali się na zakupy, potem do domu. Kolacja, Jaśnie Panicz do spania. Obejrzeli pierwsze dwa odcinki serialu "Lost" i Jarecka udała się do łóżka, skąd po chwili wróciła oznajmiając, że oto były już trzy regularne skurcze i pora jechać urodzić.
Gdy o północy zjawili się w szpitalu, rozwarcie było już na siedem centymetrów. Poród był niedługi lecz strasznie bolesny; ten ból pamiętała Jarecka jeszcze długo. I otóż trzeba Ci wiedzieć, o Czytający, że Jarecka nie należy do tej frakcji, która uważa ciążę za niezwykłe doznanie a poród za akt mistyczny. W jej pojęciu ciąża to dziewięć miesięcy (albo mniej) wyrafinowanej tortury zmierzającej ku krwawej jatce dokonującej się na sali porodowej. Doświadczenia pierwszego porodu nie nastrajały też Jareckiej optymistycznie gdy po bolesnym szyciu leżała na owym madejowym łożu z Dwójką w objęciach.

I jakże się Jarecka zdziwiła, gdy nazajutrz o siódmej rano była w stanie samodzielnie udać się pod prysznic!
A to był dopiero początek niespodzianek, które przyniosła jej ta okrąglutka dziewczynka.
Dwójka spała. Jadła. Jeśli nie spała, leżała spokojnie przyglądając się pogodnie otoczeniu. W dotyku była miękka i przytulna, nie to co Jaśnie Panicz ze swoim wzmożonym napięciem mięśniowym.
Było upalne lato i Jarecka wspomina te kąpiele Dwójki w wanience ustawionej na podłodze w kuchni i strużkę potu płynącą jej samej wzdłuż kręgosłupa. 
Niespodziewanie wraz z drugim dzieckiem dla Jareckiej nadeszły wielkie wakacje.

...

Siedmioletnia Dwójka nie jest już taka łagodna i opanowana jak dawniej, ale jak dawniej okazuje dużo czułości. Gdy ktoś się potknie, zawsze pierwsza pyta czy nic się nie stało. Dużo pamięta. Słowa, ludzi, wydarzenia.

Urodzinowy tort Dwójki zawsze jest pełen truskawek.
W tym roku przyjęcie odroczone, bo Dwójkowe rodzeństwo dopadł tajemniczy wirus, zapewne ten sam, który zaatakował aparaty fotograficzne w Deszczowym Domu. U ludzi bakcyl ten objawia się wysypką i gorączką, u aparatów- śmiercią :(






Po raz pierwszy od kilku lat ceny truskawek  zachęciły Jarecką do zrobienia dżemów na zimę. Objadłszy się truskawkami po same gardło, po zaliczeniu obowiązkowych sezonowych dań, jako to pierogi z truskawkami, ciasto z bitą śmietaną i galaretką  oraz codzienne koktajle na maślance, ekipa Jarecka&Córki (Jaśnie Panicz bawił na Zielonej Szkole) dokonała tych oto przetworów, przy nieocenionym wkładzie cudownego lejka, również widocznego na zdjęciu. To Jareckiej zakup roku! Stosy papierowych ręczników, którymi obcierała zawsze wypaćkane brzegi słoików w tym roku w ogóle nie miały miejsca! Przecudnej urody etykiety to dzieło Dwójki i Trójki, zaś zdjęcia dzięki uprzejmości telefonu.

Truskawkowe pozdrowienia z Deszczowego Domu!





11.06.2013

Okruszki po całym dniu

Ranek.
Jarecka wkracza do "NaRogu". Samochód zostawia otwarty, drzwi w drzwi, Czwórka zagląda ciekawie wgłąb sklepu. Przy ladzie stoi Pani Koczek, ale Jarecką puszcza przodem; wiadomo, Jarecka się śpieszy.
-O, przytyła!- wykrzykuje Pani Narogowa- przytyła!
-Oj, tam, przytyła...-mruczy Pani Koczek.
Jarecką bawi to udawane zaskoczenie Narogowej. Wieść od dawna hula po wsi opłotkami a sam brzuch Jareckiej niczym nie różni się od brzuchów innych kobiet z Zaogonia (Jarecka dobrze się przyjrzała na procesji Bożego Ciała!). Gwoli jasności rozpina kurtkę i prezentuje kształt.
-No jest!-wykrzykuje Narogowa.
-Ale mi brzuch...- Pani Koczek nadyma umalowane usta.

Jako pracująca matka czwórki dzieci Jarecka zawsze była mało przekonywująca.
Teraz, gdy pracuje w domu, jest wiarygodna jeszcze mniej.
Jaśnie Panicz w szkole, Dwójka w zerówce, pozostałe dwa pędy oplatają swoją mater z obu stron.
-Jak po wakacjach pójdziemy do przedszkola to będziesz miała spokój- przymila się Trójka.
Jarecka irytuje się. Naprawdę tak to widzą?
-Nie dlatego pójdziecie do przedszkola, żebym miała spokój. Nie będę miała spokoju, będę pracować- tłumaczy.
-Wiesz, co mama będzie robić?- Trójka zwraca się wprost do Czwórki- porysuje sobie... a potem poszyje kocyk...
Ot, zapracowana mama.

Obecna praca Jareckiej to dla dziatwy istne czary mary.
-Wiesz, która mi się najbardziej podoba? Ta i ta. Albo nie, ta!
-Mamo, dlaczego one nie mają oczu? I buzi? Mogę im dorysować?
-Mamo, a dlaczego rysujesz nie po linii?
Jeden. Dwa. Dziesięć.
-Umówmy się tak- proponuje Jarecka w desperacji- muszę zrobić pięć rysunków. Pięć. A jak skończę pojedziemy do biblioteki. Jak się grzecznie pobawicie u siebie skończę szybko.
Dziewczynki patrzą uważnie w rozczapierzoną dłoń Jareckiej. Nawet Czwórka potrafi liczyć do pięciu, liczy z Jarecką podczas inhalacji- jeden, trzy, cztery, pięć, osiem. W sumie pięć, zgadza się.

Jarecka liczy szkice, chowa do teczki. Otwiera inną (skoro ładnie się bawią jeszcze chwila, jeszcze chwila), czyta:
"Koncepcja marki". "Produkt dla kobiet nowoczesnych, niezależnych."
Jarecka odkłada papiery, podpiera głowę i patrzy w okno. Po drugiej stronie pylistej drogi ściana świerków. Dach stajni niewidzialnego konia. Nad zniszczonym eternitem pojawia się i znika czarna folia na długim drągu. Gołębie posłusznie bujają się prezentując Jareckiej to brzuchy, to znów połyskliwe grzbiety.
Nowoczesna. Co to znaczy?
Że używa iPhone'a? Kitchen Aid? Ma męża? Kilku? Nie ma wcale? Zdrowo się odżywia, coś trenuje, tańczy?
Niezależna? Jarecka gotowa jest bronić swojej, swoiście rozumianej, nowoczesności (jak niepodległości!), ale niezależności nie obroni. Można być nowoczesnym i zależnym? A jeśli Jarecka nie jest ani taka, ani taka, to czy może używać tego produktu? A co dla tych staroświeckich?


Przed wyjazdem do biblioteki Jarecka myje włosy, wyciera ręcznikiem. Gdy zdejmuje go z głowy rozlega się rechot; Trójka i Czwórka, a jakże, towarzyszą.
-Śmiesznie wyglądasz- chichocze Czwórka.
Trójka jest bardziej wyrafinowana:
-Wyglądasz jak... Koszmarny Karolek!



W bibliotece oczywiście trzeba zapłacić karę. Sympatyczna pani bibliotekarka próbuje znaleźć sposób na Jareckiej niesolidność.
-Może syn będzie sprawdzał w internecie? Pokazywała mu pani jak to się robi?
-Nie- odpowiada Jarecka- internet ma ściśle limitowany.
-No ale na naszą stronę mógłby wejść!- przekonuje z zapałem pani bibliotekarka- mógłby poczytać nasze aktualności. O, na przykład teraz będziemy mieli Kasdepke! Pierwszy raz u nas będzie!
-A, widziałam!- ożywia się Jarecka (która rano na stronę biblioteki owszem, zajrzała, żeby się przekonać, że znów-cholera jasna, psiakrew- wszystkie wypożyczone przez nią pozycje są zaznaczone na czerwono, znaczy się po terminie zwrotu)- widziałam. Jutro, tak?
Bibliotekarka otwiera szeroko oczy:
-Jak...Jutro? Jak to jutro? A....a....a którego my teraz mamy?
-Jedenasty, jutro dwunasty.
-O mój Boże!- przerażona kobieta zapowietrza się- dałabym głowę, że to za tydzień! O Boże, dobrze, że mi pani uświadomiła! Coś takiego! Muszę zadzwonić do przedszkola...
Jarecka pozostawia panią bibliotekarkę w tym niewesołym położeniu i wychodzi, lżejsza o cztery złote i dziwnie podniesiona na duchu...

...


Jeśli, Najdroższy Czytelniku, spodziewałeś się puenty, wybacz- nie będzie.
Zwykłe, prawdziwe dni nie kończą się puentą.
Raczej tak, jak teraz- Jarecki śpi, dzieci śpią, zmywarka myje.
Dobranoc.

07.06.2013

Kto, jeśli nie mąż, czyli za co Jarecka kocha Piotra Mollę

Trzy lata temu, gdy Jarecka leżała w szpitalu, znajomi, których nie waha się nazywać Przyjaciółmi, zajmowali się nią troskliwie.
(Albowiem najrzadszym gościem Jareckiej był jej własny mąż pozostawiony z trojgiem dzieci i pracą zawodową)
Zaspokajali wszystkie jakże skromne potrzeby nieszczęsnej ciężarnej, zabawiali Jarecką swoim towarzystwem i rozmowami za pośrednictwem telefonu, znosili owoce sezonowe, wszelkie jadło i napoje, filmy i książki ku rozrywce- a także ku pokrzepieniu serca.
Właśnie z tą intencją jedna z koleżanek dostarczyła Jareckiej książkę o świętej Giovannie Beretcie Molli. Nazwisko owo obiło się już było o Jareckiej uszy, zdaje się, że Padre Carlos wspomniał o kaplicy szpitalnej pod jej wezwaniem. Informacja o kaplicy nie zrobiła jednak na Jareckiej żadnego wrażenia, skoro nie mogła wstawać z łóżka.
Po kilku tomach Bunscha, których treść zaczęła się robić niepokojąco podobna do siebie i po starej Chmielewskiej, która bardziej Jarecką zirytowała niż rozśmieszyła, przyszła pora na książeczkę o Świętej. Jak większość żywotów Świętych, publikacja niewiele  miała wspólnego z literaturą, niemniej wyłonił się Jareckiej obraz eleganckiej, wysportowanej i pobożnej lekarki, która wyszedłszy za mąż dobrze po trzydziestce, powiła zdrowo troje dzieci, w czwartej ciąży jednak okazało się, że ma nowotwór, którego leczenie uniemożliwiała owa ciąża właśnie. Joanna wybrała życie dziecka i zmarła dwa dni po narodzinach swojej córki, mając niewiele ponad 40 lat, w 1962 roku.
Skutek lektury był odwrotny od zamierzonego.
-Buuu- buczała Jarecka w telefon- ja umręęę! Wszystko się zgadza! Siedem lat  szczęśliwego małżeństwa, spodziewała się czwartego dziecka... Tak jak ja! Umręęę!!!!...
-Aniu- spokojny głos koleżanki przerwał lamentacje- ale ona była ŚWIĘTA!


...


A jednak najbardziej szczera koleżanka nijak się ma do kochającego męża.
O tym, że mąż prawdę Ci powie, wiadomo nie od dziś.
O Świętej Joannie Jarecka zapomniała wkrótce po tym, jak nie umarła.
Dopiero dużo później trafiła na ciekawy wywiad z Piotrem Mollą, mężem Świętej. Artykuł był na tyle interesujący, że Jarecka pośpieszyła do internetu po więcej. Znalazła świadectwo męża Joanny pisane w formie listu do żony.
Jedno zdanie urzekło Jarecką:
Muszę Ci wyznać, Joasiu, że trudno mi było dać odpowiedź Biskupowi Carlo Colombo, gdy na wiosnę 1970 poprosił mnie o zgodę na rozpoczęcie tego procesu. Bardzo chciałem zachować w gronie rodziny nasze sprawy, nasze cierpienia i wspomnienia. Bałem się rozgłosu i prasy, i byłem w pewnym sensie przeciwny otwieraniu procesu, bo wydawało mi się, że nie zauważyłem w Tobie znaków nadzwyczajności. (stąd) 
(podkreślenie Jareckiej)

Ot, mąż z krwi i kości! :)
Niech żyją mężowie!


P.S. Post niniejszy dedykowany jest wszystkim mężom a zwłaszcza Jareckiemu, który jest nim równo 10 lat :)
 

 

02.06.2013

O tym, że duże uszy mogą zaszkodzić, nawet jeśli są piękne

Oto, co mignęło Jareckiej w kępie bylinopodobnego zielska.



Najpierw Jarecka myślała, że to jakiś tęczowoskrzydły motyl usiadł na liściu, ale gdy przyjrzała się bliżej zobaczyła, że to... uszy!
Liście wokół drżały, właściciel uszu najwyraźniej się bał. Jarecka próbowała się porozumieć z tą tajemniczą istotą, ale ilekroć głos wydobywał się z jej gardła, kępa zielska wpadała w takie wibrato, że Jareckiej zrobiło się tego kogoś żal. Przyniosła z domu marchewkę, zapowiedziała, że oto się oddala, ale proszę się częstować, a potem zapraszam na górę i proszę czuć się w Deszczowym Domu dobrze.
Następnie zaś udała się na górę, gdzie zza firanki śledziła bieg wydarzeń.

Uszy uniosły się ponad roślinność.
Za nimi czerwona reszta.
Króliczek- bo to był królik, tak jak Jarecka podejrzewała- jednym susem dopadł marchewki i przysiadł na zamkniętej piaskownicy.








Nie kwapił się jednak na górę, więc Jarecka zeszła po niego. Zastała go niepewnie kręcącego się przy huśtawce i zabrała do domu.
Jak się okazało, nie był to dobry pomysł...
W Deszczowym Domu była właśnie pora kolacji, dobranocki, mycia i wskakiwania w piżamy, ów wieczorny koszmar wszystkich rodziców. Jareccy są już przyzwyczajeni- nie żeby im to nie przeszkadzało, wiedzą jednak, że trzeba przejść przez to z  zaciśniętymi zębami, bo potem będzie już tylko lepiej.
Niestety, króliczek (bo to malizna była, królicze dzieciątko!) nie miał o tym pojęcia i wpadł w panikę. Jego duże uszy słyszały wszystko trzy razy bardziej!
Strasznie płakał...
Jarecka posadziła go na desce do prasowania, gdzie nie sięgają rączki Czwórki- starszych dzieci nie była jednak w stanie odpędzić- i zajęła się szukaniem domu dla maleńtasa.




Króliczątko trafi do pewnej pani, która spodziewa się dziecka, bo każda zabawka potrzebuje dziecka, nawet jeśli jeszcze o tym nie wie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...