28.07.2018

Okno

Padre Gabryjel, napojony ekstramocną kawą - tradycyjnie, żeby nie zasnął za kółkiem - już odjechał, kurz na drodze opadł i odgłos silnika zagłuszyły świerszcze.
Ciocia Domka szykowała się z dziewczynkami do spania w namiocie, Piątek wbijał kolejnego gola niewidzialnemu przyjacielowi. Od tego się ma niewidzialnych przyjaciół, co nie?
Zrobiło się ciemno.
Jarecki zapalił światło na tarasie, Jarecka zabrała się za porządkowanie naczyń zniesionych ze stołu przez córki.
Dlatego najpierw wydawało jej się, że to blacha z piekarnika, na której stały stosy talerzy, a którą musiała niechcący potrącić.
Rumor był straszny, metaliczny i narastał, narastało też w Jareckiej podejrzenie, że w całym Deszczowym Domu nie ma tylu blach i naczyń, który mogłyby wygenerować ten dźwięk.

Trwało to bardzo, bardzo długo.

Gdy Jarecka pozwoliła sobie się odwrócić, zobaczyła dziurę w oszklonych drzwiach na taras i na mgnienie oka ogarnęła ją ulga; że piłka, rozbita szyba, nic więcej.
Dopiero po chwili zobaczyła Czwórkę z zakrwawioną twarzą.

Czy też tak macie, że w chwilach wielkiego strachu ogarnia Was paraliż, który nie pozwala marnować energii na rzeczy niepotrzebne? Na lamenty, szukanie winnych. Gdy zaczyna się biadolenie, to znaczy, że najgorsze za nami.
Toteż, gdy Jarecki obmył rany a Jarecka dostarczyła czyste ubrania i ręczniki, można było zacząć płakać tematycznie.
- Boję się, że to się powtórzy! - zawodził Piątek.
- Ona tak chciała spać w namiocie!- rozpaczała Dwójka.
Sama poturbowana miała troski zgoła zaskakujące:
- Najbardziej martwię się o tę szybę!
Trójka cicho łkała, JP ukoił nerwy zajmując się czymś pożytecznym, czyli usypianiem młodszego brata.
Ciocia Domka zarządziła metodyczne sprzątanie.


I co Wam powiem?
Czwórka tylko trochę podrapana, fryzura nieco zgilotynowana ale jak się podepnie włosy w odpowiednim kierunku to nawet nie widać.
Trudno za to nie zauważyć płyty osb wstawionej w miejsce szyby, bo przed wyjazdem w rodzinne strony (czyli nazajutrz po feralnym zdarzeniu) nie udało się tego załatwić.
- A czy teraz nie będzie łatwiej się włamać? - zatroskała się Jarecka dokonawszy oględzin prowizorycznego okna.
- Przecież tu nie ma co ukraść - przypomniał Jarecki.
- No właśnie to chciałam powiedzieć - zawołała z wielkim śmiechem ciocia Domka.

Aha.

O beztroski losie niebieskiego ptaka!

A zatem - na Śląsk!







18.07.2018

Niezwykła podróż Jareckich

Rano instagram szepnął czule: "jesteś na bieżąco".
Jarecka wciągnęła majty z napisem TUESDAY i w tej części świata rzeczywiście był akurat wtorek.
Co za dzień, w sam raz, żeby nadrobić zaległości! -

- czyli: Jareccy na wakacjach.
Wakacje te miały miejsce tak dawno (w maju), i oddziela je od tej chwili tyle absorbujących wydarzeń, że to chyba ostatni moment, żeby je jeszcze pamiętać i jakoś te wspominki utrwalić.

Odpowiednio wcześniej postanowiliśmy się dobrze przygotować do naszego wyjazdu.
Nabyłam książki, które miały wprowadzić Piątka w to, co go czeka - a tak zupełnie szczerze - zawsze chciałam je mieć i nigdy nie znalazłam lepszej okazji, by spełnić tę zachciankę.




Trudno opisać, jakim hitem stała się Oto jest Wenecja.
Dość powiedzieć, że Piątek zna całość na pamięć.

- Synu, zabieramy tę książkę? - zapytałam znad walizki (oraz siedmiu śpiworów, karimat, koszyka z jedzeniem i innych tobołków).
- Nie, przecież ja już wiem, jak tam jest.
Aha.

Pierwszym przystankiem na wakacyjnej trasie był Zagrzeb. Na spacer po nim zabrał nas nasz przemiły gospodarz, który okazał się być historykiem i pracownikiem stołecznego uniwersytetu. Mówił tyle ciekawych rzeczy, że nie nadążaliśmy tłumaczyć dzieciom, niemniej dla nich sam fakt, że rodzice rozmawiają po angielsku był wystarczająco fascynujący. Plus latarnie gazowe i lody.





Na mnie największe wrażenie zrobił drugi plan; blokowiska Zagrzebia, nad którymi unosi się duch Le Corbusiera. Czym się różnią od naszych polskich blokowisk? Zestarzały się razem z miastem. Nikt ich nie ociepla i nie maluje na pastelowo.





A dalej, przez Słowenię, do Wenecji.
Rodzinnie marzyliśmy o Wenecji już od dawna, choć obawy budziła zła sława tego miasta - że upchane turystami do granic możliwości.
Mieliśmy zatem niepospolite szczęście, że naszym przewodnikiem po Wenecji był Don Pepe, rodowity Wenecjanin.
- Mamo - zapytała Trójka przy kolacji (pasta i włoski stek grubości plastra szynki na kanapce) - dlaczego jak ktoś mieszka w Warszawie, to mówi o sobie, że jest Polakiem, a jak ktoś jest z Wenecji, to nie mówi, że jest Włochem, tylko Wenecjaninem?
Nadzwyczaj rezolutne pytanie jak na dziewięciolatkę.
Don Pepe prowadził nas pewnym krokiem przez zawiłe uliczki tego dziwnego miasta, co chwilę się zatrzymując i witając serdecznie z napotkanymi ludźmi.
- Wszyscy się tu znamy - tłumaczył - wszyscy chodzimy pieszo tymi samymi drogami, dzieci chodzą tędy do szkół, grają w piłkę na placach. Tu jest bardzo bezpiecznie, tu się nie popełnia przestępstw, bo nie ma dokąd uciec, he he.
Lunch zjedliśmy w domu Don Pepe. Dom przylega do kanału i jest zasobny w garaż - oczywiście na łódź - i taras z widokiem na wyspę Murano. Tego nie zobaczy turysta; domu zwykłego Wenecjanina ze szklanymi żyrandolami, ogrodów, jakie kryją niepozorne budynki niczym nie różniące się od setki podobnych w pierzei.
O, tu z prawej, za tymi drzwiami, jest piękny, kwitnący przestronny ogród.
Piątek gra w piłkę, jak wszędzie.



Z tej innej, domowej perspektywy, nawet to, co odruchowo kojarzy się z Wenecją, wygląda inaczej.
Chociaż tak samo.







Ciocia Domka kupiła sobie na pamiątkę szklane kolczyki (słynne szkło z Murano made in China). Jarecka - ścierkę.
Cóż, każdemu wedle zasług.


I dalej - do Rzymu.
Po nocy w mrocznym hotelu w Fiuggi.




- Muszę wam powiedzieć, he! - prawił Don Pepe - że nie znam ludzi, jak Rzymianie, he!
(zapewne tym samym tonem Asterix mówił: ale głupi ci Rzymianie) - co to są za ludzie, he!
Widać było, że są jakieś rzymsko-weneckie sprawki, o których nie możemy mieć pojęcia.

W Rzymie jechaliśmy metrem i było to jedyne, poza warszawskim, metro jakim jechałam. Kręte korytarze, niskie, ciasne, klaustrofobiczne.
- Trzymaj tylko jedno dziecko za rękę - radził Don Pepe - z dwoma będzie ci trudniej się poruszać.
Rozdysponowaliśmy więc nadmiar dzieci pomiędzy towarzyszy podróży.




Trudno wytłumaczyć, dlaczego w Rzymie zdecydowaliśmy się na zawodową przewodniczkę.
To nie był dobry pomysł.

Ledwie opuściliśmy Plac Św. Piotra (Państwo wybaczą, dla mnie nuda, nie znoszę wygłaskanych na cacy zabytków, nie mówiąc o tłumach turystów - a i uniesień natury religijnej trudno się w tych warunkach spodziewać), pani przewodnik porzuciła temat historii i architektury na rzecz szczegółowej opowieści na temat nieuczciwych rzymskich przewodników.
- Mamo - Dwójka wyjęła słuchawkę z ucha - ta pani mówi same bzdury.
Nie można było zaprzeczyć.
Lepiej zdać się na własne oczy.




Z małą pomocą smartfona.





Panteon robi ogromne wrażenie. Akurat zaczął padać deszcz, więc mogliśmy zobaczyć jak krople deszczu wpadają przez otwór w tej niezwykłej kopule.




I schroniliśmy się w pobliskiej ristorante.
A tam znowu bruschetta i pizza (przy sąsiednich stolikach pochłaniano mule, ale aż tak ekscentryczni nie jesteśmy, wystarczy nam piątka dzieci).



Powiadam Wam, nadzwyczaj cenną rzeczą jest poznawać kraj z jego rodowitym synem!
Może się okazać, że to, czego nauczyliśmy się o historii w szkole jest niewiele warte.
Czy wiedzieliście, że Cesarstwo Rzymskie nigdy nie chciało nikogo podbijać? Ale w życiu! Taka zaistniała sytuacja, cóż było robić, tak wyszło.

Późną kolację jedliśmy z Rzymianami.
Było uroczyście (bruschetta, pizza) i nieśpiesznie, a na naszą delikatną sugestię, że chcielibyśmy już wyruszać, bo przed nami naprawdę daleka droga, noc późna a i kierowcy autokaru mają swoje ograniczenia, nasi gospodarze wzięli i się obrazili.

Ale dziwni ci Rzymianie, he!



PS. Z Rzymu przywiozłam sobie sadzonkę agawy, którą z poświęceniem wygrzebałam spod ogromnego kłującego krzaka a z Wenecji, jak już wspomniałam, ścierkę. Dostałam na nią zniżkę, gdy sprzedawca policzył nasze dzieci.


17.07.2018

Miłość, wdzięczność i dużo włóczek

Chodźcie, zajrzyjcie mi przez ramię!

Motyw dzierganego obrazu (obrazu w obrazie) na ścianie ewidentnie mnie prześladuje - dlaczego? Nie wiem. 
A zatem monidło. 
Piękna panna, świeża jak brzoskwinia, w sukni na bogato a zarazem skromnie, pod samą szyję. Młodzian onieśmielon jej urodą i swoim szczęściem.

Poniżej ta sama para pół wieku później.
Ona nadal piękna; szminka perłowa, trwała ondulacja w kolorze lila. On już nie taki spięty ale nadal nie dowierza swojemu szczęściu.



A czy ów starszy pan nie przypomina Wam kogoś (pytanie do instagramowych folołersów)?
Tak, to emerytowany kapitan, wilk morski jak się patrzy, w nadmorskich barach wiszą nawet jego portrety, no no.
Poniższą ilustrację przygotowałam na konkurs do Przekroju, gdzie oczywiście utonęła (jak statek z obrazu) w morzu lepszych propozycji; niemniej szkoda było nie skorzystać z potencjału obecnych na obrazku mężczyzn. Ten zblazowany młodzian początkowo miał zagrać Pana Młodego - ale był zbyt niedbały i jakiś taki wczorajszy, a na ślubie to jednak trzeba wyglądać.




A teraz uwaga - pozwalam zajrzeć za kulisy - najpierw wyglądał tak! Okropny, co nie? Łeb jak sklep, dajcie spokój.





Zmieniłam mu głowę i od razu znalazł żonę.

Projekt z parą młodą dopiero się kluje.
Uważam jednak, że jestem Wam winna sprawozdania z pracowni, skoro mi ją tak uposażyłyście KOCHANE MOJE!

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ! Tyleeee pięknych włóczek dostałam od Was, że w głowie mi się kręci! (że od kurzu? Możliwe)
Jak komuś nie podziękowałam mailowo to wybaczcie gapiostwo i przyjmijcie wielkie dzięki tą drogą! Jesteście nieprawdopodobnie wielkie a ja wielce Wam wdzięczna.

Jeszcze parę skończonych projektów zrobiło się przez ostatnie kilka tygodni ale na razie sza ;)






10.07.2018

O tym, że wakacje są jak lustro, w którym warto się przejrzeć



Namiot.
Jareccy kupili sobie namiot zaraz po powrocie z niezapomnianych wakacji w Jantarze.
Przez cały tydzień nad Bałtykiem świeciło słońce i Jarecka wreszcie ośmieliła się to powiedzieć: 
- będzie kolejne.
To było przy prymitywnych umywalkach na polu namiotowym. Jarecka myła naczynia po śniadaniu, obok dreptali trzyletni JP i Dwójka w różowym welurowym pajacu; niedawno skończyła rok.
Kobieta, która była czymś zajęta przy sąsiednim kranie zwróciła uwagę na te dzieci, że takie fajne, i czy oboje są Jareckiej?
Wtedy Jarecka powiedziała:
- Tak, i będzie kolejne, jestem w ciąży. - i stała się rzecz dziwna. 
Kobieta nie padła trupem, nie uciekła z krzykiem i nie wezwała policji. Uśmiechnęła się i powiedziała coś miłego. Jarecka nie pamięta już co, była zaskoczona słowami, które przeszły jej przez gardło, przeszły i nie zraniły; mało tego - nagle okazało się, że to takie proste i normalne, nic strasznego, nie ma się czego bać.
Kometa zmieniła trajektorię, nie będzie końca świata.

Po to się chyba jeździ na wakacje - żeby zobaczyć siebie z boku. Jarecka zobaczyła wtedy siebie, opaloną i uśmiechniętą, jak pcha wózek ku słonecznej plaży i nic sobie nie robi z tego, że znowu jest w ciąży, wczoraj zmęczona i obolała, dzisiaj dzielna i nieustraszona, bo taką ją zobaczyła kobieta z namiotu obok.

Zaraz po powrocie z tamtego wyjazdu zachwyceni Jareccy kupili własny namiot z myślą o przyszłych wakacjach.
Jarecka wkrótce poroniła, a ponieważ już się nie dało odkręcić tej radości, która nieoczekiwanie eksplodowała przy umywalkach, nastała wielka rozpacz.

(Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, że dla mnie z tematem namiotu zawsze wiąże się wspomnienie tamtych wakacji)




Jedenaście lat później Jareccy wreszcie wyjęli swój namiot z pokrowca, rozbili w ogródku i w Deszczowym Domu zaczęły się wakacje.
Przyjechali ciocia Rafał, wujek Beti i ciocia Magda, która przez telefon ze śmiertelną powagą informowała swoich znajomych: "jestem w Deszczowym Domu". 
I tamci podobno wiedzieli o co chodzi.

Ciocia Rafał przewiózł dziatwę swoim Monster Truckiem (ten zachwyt na twarzy Piątka!) a młodzieńców i mężczyzn (czyli Jareckiego i JP) przegonił po lasach na rowerach.




Wujek Beti zabrała dzieci na zielarską wyprawę na łąki - czyli raptem za płot - potem zaś zakotwiczyła w kuchni, by sprawnie zmieniać zawartość piekarnika.
Pochłonięto niebywałe ilości wypiekanego na miejscu pieczywa, zupę tajską z kalafiora, musakę według receptur tegorocznych greckich gości Jareckich, sushi, crumble, kruche z rabarbarem, ucierane z jabłkami i duże ilości różnych dziwnych piw.

W tym czasie, bądźmy szczerzy, Jarecka głównie kurzyła się w pracowni kończąc w pośpiechu projekt.
Ale za to jak spojrzy na zdjęcia - tu szkicownik, tam książka - od tego są wakacje, żeby zobaczyć siebie z lepszej strony!











3.07.2018

Bez efektu


W tych odległych czasach, gdy do spodni nosiło się spódnice, gdy istniało coś takiego jak karty do automatów telefonicznych (i gdy takowe automaty były w użyciu!), Jarecka studiowała sobie beztrosko w zielonym Cieszynie i mieszkała w schronisku młodzieżowym.
Pokój dzieliła z prześliczną Asieńką, której powierzchowność hot wampa pozostawała w intrygującej sprzeczności z bukietem cnót, którego nie powstydziła by się żadna Święta.
Oprócz stałej, około dziesięcioosobowej grupy studentów-lokatorów, schronisko, jak to schronisko, gościło wycieczki szkolne i wszelakich zabłąkanych turystów.
Ta ostatnia kategoria obfitowała w osobliwości!
Był na przykład starzec w szlafroku, wymachujący bronią palną.
Był sympatyczny lump warzący na wspólnej kuchence rzekomo jadalne klajstry.
Była Pani Muzyczka. Pojawiała się cyklicznie, miała okulary o grubych szkłach, rzadkie włosy ozdobione licznymi spinkami dla małych dziewczynek i tajemniczy album, nad którym gorliwie ślęczała wieczorami.
Raz po raz zachodziła do studentek pożyczyć kleju, by wklejać zdjęcia.
Ten album i te zdjęcia były jej potrzebne jakoby do doktoratu - lecz wystarczyło spojrzeć w szalone krótkowzroczne oczy Muzyczki, by zrozumieć, że ta benedyktyńska praca idzie na marne, bo nikt nie czeka na efekty, nikt ich nie potrzebuje.

Kimś takim właśnie czuła się Jarecka przez ostatni rok. 
Ciągle zarobiona po uszy, zajęta sprawami, które w większości nie ujrzały światła dziennego.



***


I tak, w minionym roku szkolnym, Jarecka zagrała w filmie.
Precyzyjniej byłoby rzec: przyłożyła ręki do filmu, a jeszcze precyzyjniej: przyłożyła RĄK.
Ręce zostały zresztą na tę okoliczność starannie przygotowane; ogolone, wypielęgnowane i zmakijażowane. 
Zmakijażowano nawet twarz Jareckiej, która koniec końców nie pojawiła się w filmie.
Wreszcie sam film nigdzie się nie pojawił.

Wiosną odbyła się w Deszczowym Domu sesja zdjęciowa do magazynu - uwaga - wnętrzarskiego!(można się śmiać), której Jarecka zawdzięcza półki w pracowni i parę innych udogodnień, choć niestety, nie listwy przypodłogowe i nie nową lampę nad stołem. Na zdjęciach Jarecka pracowicie dzierga i upina wśród porozwieszanych liter i cyferek.
Efekt dziergania przepadł, artykuł się nie ukazał.

Na drugim planie samych wielkich zdarzeń, które w tę i nazad rozjeżdżały Jareckich walcem, pomiędzy szpitalami i weselami, wyjazdami bliżej i dalej, powszednią pracą pro publico bono, tą zarobkową i zwykłą codzienną pogonią za własnym ogonem, Jarecka ściboliła ilustracje do historii, która zaplotła się w jej głowie w czasie rowerowych wy(u)cieczek ubiegłego lata.
Ilustracje są, książki nie ma.




Ha! Lecz cóż może człowieka lepiej przygotować do wytężonej pracy bez efektu niż macierzyństwo i obmierzła fucha gospodyni domowej?
Można już przestać zasypywać Stwórcę pytaniami: "dlaczego ja?" "Ale, ale...WHY?" "Naprawdę sądzisz, że się do tego nadaję?"
Wszystko jasne, to był trening.

Toteż Jarecka już nie zadaje tych pytań, poprawia spineczki we włosach i znika w pracowni.
Komu potrzebne, to co niepotrzebne?
To się okaże.











2.07.2018

Dzień dobry, witam się z Państwem

Nie było mnie tu tak długo, że czuję się w obowiązku przedstawić raz jeszcze.
Nazywam się Jarecka.
Mam 39 lat (mam wrażenie, że to ważne, bo jestem jeszcze na tyle młoda by dziwić się światu i na tyle dojrzała by nadal dziwić się światu nie dziwiąc się temu, że się dziwię).
Mam pięcioro dzieci w wieku 14, 12, 10, 8 i - uwaga - 4,5. SERIO! (to do tych, którzy Deszczowy Dom czytają od dawna albo i od początku - są tu tacy? - i którym się wydaje, że z Piątkiem dopiero co wyszłam ze szpitala po porodzie)
Męża, tego samego od 15 lat.
Trochę już wiem, co chcę robić jak dorosnę.
Ciągle myślę o sobie jako o niepracującej matce dzieciom i nawet w to wierzę, dopóki nie zerknę w kalendarz. Refleksje na ten temat nachodzą mnie także w porze obiadu, którego nie ma - bo czy kto widział housewife, która nie ma kiedy ugotować obiadu?
Mieszkam zaraz za rogatkami stolicy, wśród łąk i zielska.

Szydełkuję ilustracje, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Muszę, bo się uduszę a masa krytyczna kocyków i poduś dawno już została osiągnięta. Zresztą, inni robią te kocyki lepiej.

Dzień zaczynam kawą i brewiarzem, kończę winem, serialem i książką.
Raz na trzy tygodnie farbuję ścieżkę na głowie.
Kiedy już nie wyrabiam na zakrętach, szyję sobie sukienkę i z ich ilości wnoszę, że chyba jeżdżę w kółko.

Dzień dobry, Ludzie z Internetu!
Zostawcie mi jakiś komć, bo UWIELBIAM!

Wasza Jarecka.