29.04.2013

Girlandy

Na początku był chaos.
Właściwie chaos był też w środku i ku końcowi, i nadal jest.





Z tego chaosu wyłoniła się girlanda, mimo nieustannego sabotażu Czwórki przycupniętej na poręczy fotela. Dziecię świetnie się bawiło grzebiąc w cekinach, przeglądając guziki i siejąc tymże naokoło. Jarecka bawiła się też całkiem dobrze ale chyba nie aż tak, zwłaszcza,  że musiała zbierać z podłogi nie tylko guziki i cekiny ale też igły i szpilki, czasem za pomocą stóp.
Ale wreszcie wyłoniła się girlanda, która trafi TAM.









W zamyśle Jareckiej girlanda zawiśnie na wielkich szybach dzielących sale, więc jest dwustronna, awersy i rewersy różnią się nieco.

















Jest i druga girlanda, skromniejsza, łatwiejsza i nie budząca nadmiernych emocji w Czwórce.





To jeszcze nie koniec.
Chwilowo jednak Jarecka pozwoli sobie sprzątnąć okołogirlandowy majdan.

25.04.2013

O tym, jak Jareccy pili z Metropolią herbatę

Deszczowy salon, późny wieczór.
Stół, na stole obrus, biała zastawa. Przy stole Jareccy i ich goście- wujek Henryk z żoną Andzią i ciocia Helenka.
Henryk jest bardzo schorowany i o swoich chorobach opowiada chętnie i ze swadą. Jarecka już nie może słuchać o wlewach i bajpasach z żyły wyciętej z nogi (opowieść połączona prezentacją blizn) i desperacko zarzuca wędkę, jak na Alcybiadesa. Doskonale wie, że Henryk złapie ten haczyk.
-Czy to prawda?- wtrąca szybko, gdy Henryk nabiera tchu- to, o czym czytałam, że po upadku Powstania Niemcy wypędzili z Warszawy WSZYSTKICH? Czy to możliwe, że w całej Warszawie nie został NIKT??
-Prawda!- wykrzykuje Henryk. Andzia i Hela kiwają energicznie głowami.
-Ci, co zostali, to jakieś jednostki- Henryk macha ręką- na pewną śmierć. Niemcy wypędzili wszystkich. Chodzili od domu do domu, plądrowali to, co jeszcze zostało a potem palili budynek po budynku.

Helenka demonstruje jak  palili- trzyma w rękach wyimaginowany miotacz ognia i obraca nim na prawo i lewo.

-Warszawa nie była taka zniszczona przed Powstaniem. Dopiero po Powstaniu Niemcy wszystko spalili.
-To było coś strasznego- szepcze ze zgrozą Andzia- góry gruzu, chodziło się tylko takimi ścieżkami.
-Wiecie dlaczego Muranów leży na takim wzniesieniu?- pyta Henryk. Jarecka wie. Ruin getta już nie porządkowano. Wyrównano, zaplanowano nowe osiedle, wytyczono nową, inną siatkę ulic. 

-Jak nas Niemcy wypędzili- opowiada Henryk, który miał wówczas dziesięć lat- pojechaliśmy na Wschód, do rodziny. Potem wróciliśmy ale pociąg dojeżdżał tylko do Wyszkowa. Do Warszawy szliśmy pieszo. Zamieszkaliśmy na rogu Puławskiej i Woronicza, ten dom jeszcze stoi. Wtedy nie miał ściany. W ten budynek, od wschodu, uderzył pocisk i tam leżały trzy trupy. Ojciec z bratem je wynieśli i pochowali na podwórku. Potem ojciec postawił tę brakującą ścianę, wprawił jakieś okno.
-Tam były w ścianach takie dziury po kulach- Henryk rozpromienia się jak mały chłopiec- i tam układałem swoje samoloty z papieru.
 -Wodę nosiliśmy aż z Królikarni, tam na dole było źródełko. Miałem takie nosidło z dwoma wiadrami i pod tą górę z tą wodą się wspinałem. Latem jeszcze jako tako, ale zimą- wszyscy chodzili tam po wodę i było oblodzone. Czasem już się wdrapałem na samą górę i łubudu- wszystko się wylało!- opowiada Henryk ze śmiechem.

Starszy pan radośnie dryfuje na fali wspomnień i wraca do czasów okupacji.
-Miałem takiego kolegę, imienia już nie pamiętam, no i z tym kolegą robiliśmy taki kawał- Henryk chichocze na to wspomnienie.
-Wiecie, kiedyś do aparatów były takie klisze, z celuloidu...
(Jareccy wiedzą)
-...i z nich się robiło kopeć. Zawijało się w papier, podpalało i to się kopciło. A jak się tych klisz napchało w butelkę i podpaliło, to z tej butelki wystrzelała raca (Henryk wyrzuca ręce w górę). I my raz patrzymy, spod Mostu Poniatowskiego wyjeżdża dorożka. Polacy mogli tylko dorożkami albo rikszami. Tylko Niemcy mieli samochody. No i myślimy: zrobimy kawał- raca wystrzeli, koń się spłoszy, może dorożkarza zrzuci- Henryk znów chichocze na to wspomnienie. Rzekłbyś; dziesięciolatek siedzi przy stole i planuje figle.
-Ale nie spodziewaliśmy się, że z Ludnej wyjedzie samochód z Niemcami. I ta raca wystrzeliła im przed nosem. Wyskoczyli z auta i do nas mierzą z automatów. Dzień, ludzie chodzą, a my staliśmy pod tym domem i myśleliśmy, że już będzie po nas. A wtedy- widzę go dokładnie- wstał taki Niemiec, co siedział z przodu, taki gruuby!- Henryk jest chudy i nijak nie kojarzy się z jowialnym Niemcem, którego przedstawia. Łapie się za rzekomy brzuch i wybucha gromkim śmiechem- HA HA HA!!! Mieliśmy szczęście!
Tego kolegę potem Niemcy zastrzelili. Biegł do nas a Niemcy strzelali z Mostu Poniatowskiego i go trafili.

...


Gdy ze ślepej uliczki, przy której leży Deszczowy Dom skręci się w prawo, jeśli jest dobra widoczność, można zobaczyć ostatnie piętro Metropolii.
Jarecka nie zna tego miasta, w którego cieniu mieszka od dziesięciu lat.
Szuka go u Wańkowicza i Tyrmanda a przecież, oto, to miasto siedzi przy jej stole, pije herbatę z jej filiżanek.
-Złości mnie, jak się teraz dopominają o przedwojenne budynki- burczy Henryk. -Że to niby ich. Co jest ich? Ta ziemia pod budynkiem! Przecież dom został zniszczony w czasie wojny! To, co jest- zaperza się- to MY zbudowaliśmy!

Helena w zamyśleniu kiwa głową.



P.S. Opowieść została przytoczona bez wiedzy a co za tym idzie, także zgody opowiadającego.
Jarecka bierze to na siebie :)

Serial drogi, odcinek drugi, czyli Trójka o sobie

Samochód podskakuje na zaogońskich wybojach, w samochodzie Jarecka, Trójka i Czwórka.
-Mamo- zaczyna Trójka- czy to prawda, że jak się urodziłam miałam czarne włosy?
-Prawda- potwierdza Jarecka.
-Takie jak ty?
Tu Jarecka musi się zastanowić ale niedługo, bo nowo narodzona Trójka wyglądała jak mały eskimos i nie była podobna do swoich rodziców ("to moje???"-wykrzyknęła Jarecka na widok swojej córki. Zdumiony personel potwierdził. Nigdy nie spotkał się z przypadkiem wyjęcia z matki cudzego dziecka).
-Czarniejsze- decyduje w końcu.
-I wełniane...- zamyśla się Trójka. Słychać trzask impulsów elektrycznych szalejących po aksonach gdy zastanawia się, czy odpowiednie dała rzeczy słowo. Zębatki zaskakują i Trójka się poprawia:
-...wełniejsze.

I tu Jarecka musi się zgodzić. Włosy Trójki są zdecydowanie wełniejsze niż jej własne. 


20.04.2013

Tajemniczy ogród

"Tajemniczy ogród" Frances Hodgson Burnett to aktualnie wieczorna lektura w domu Jareckich.
Historia dziewczynki, która w posiadłości swojego zgorzkniałego krewnego natrafia na ślad zamkniętego od lat ogrodu. Zdaje się, że szczegółowy opis treści nie jest potrzebny bo większość populacji zna tę książkę. Tak czy owak bohaterce udaje się dostać się do ogrodu i zastaje w nim taki mniej więcej stan rzeczy:


Dokładnie tak się sprawy mają na spłachetku ziemi przy Deszczowym Domu, na terytorium szumnie zwanym ogródkiem- to przesada doprawdy!- lub trawnikiem, co już bliższe prawdzie. Jarecka, kochani, jest absolutnym ogrodowym beztalenciem.
To smutne, lecz niestety prawdziwe.
Nie ma żadnej wiedzy na temat ogrodnictwa, co większości znanych jej kobiet nie przeszkadza jednak zorganizować czegoś na kształt rabat, zielnika, a nawet zatroszczyć o jakieś owoc jadalny rodzące krzaczki.
Jarecka z niedowierzaniem wspomina swój balkon w Dużym Domu, gdzie miała piękny winobluszcz i pelargonie, na oknie zaś w pokoju pokaźną kolekcję sukulentów i innych kaktusów :)
W Deszczowym Domu jest ciemno i już tylko na oknie u Jaśnie Panicza dogorywają na parapecie resztki jej sukulentowej kolekcji.
W Deszczowym Ogrodzie zaś królują całkiem całkiem wyględne chwasty, jak kwitnący wielkim żółtym kwieciem topinambur i bylinopodobna roślina o ślicznych biało obramowanych listkach, która udatnie stwarza pozory nie bycia chwastem.

Ale wróćmy do "Tajemniczego ogrodu."
Czy znacie stan, w którym zawaleni robotą po czubek głowy szukacie sobie kolejnego zajęcia, które służy jedynie rozrywce i oderwaniu się od Strasznie Ważnych Spraw? W nawale obowiązków owo zajęcie jawi się jako strata cennego czasu, powoduje nawet wyrzuty sumienia, ale i tak jesteście skłonni oddać się mu w poczuciu, że ratuje Was to przed szaleństwem.
Otóż z Jarecką było podobnie.
Jarecki w ostatnich dniach wraca z pracy, gdy dzieci już śpią, w związku z czym nabierają wątpliwości czy tata w ogóle nocuje w domu? Jarecka ma swoją pracę, obsługę domu, gotowanie, rękodzieło na zamówienie, rysowanie czarodziejek do kolorowanek, więc dla higieny psychicznej oddała się beztroskiej zabawie podpuszczona przez lasche.
Co prawda tajemniczy ogród powinien zdaniem Jareckiej eksplodować zielenią, ale w książce, w miejscu, w którym Jarecka akurat włożyła wczoraj wieczorem zakładkę znaleziony przez Mary ogród wygląda właśnie tak, jak na zdjęciach z Deszczowego Ogrodu.

Taki oto pomysł na okładkę (nie mylić z projektem! Na takie poważne przedsięwzięcia dla własnej rozrywki Jarecka NAPRAWDĘ nie ma czasu)  do "Tajemniczego ogrodu" zmajstrowała Jarecka pewnego słonecznego ranka, który powinna była wykorzystać na grabienie prawdziwego ogródka na przykład, że nie wspomni o prasowaniu, segregowaniu zimowego obuwia tudzież sprzątaniu spiżarni.






Teraz zaś Jarecka zyskawszy chwilowo równowagę psychiczną dzięki zabawie w blogowanie udaje się w rejony Naprawdę Ważnych Zajęć i pozdrawia stamtąd wszystkich miłych gości Deszczowego Domu!

P.S. I proszę się nie śmiać z topornego rudzika! :)))))

14.04.2013

Cała prawda o "Ojcu Mateuszu" :)

Jarecka musiała wyjść.
Na dziesięć minut, odebrać ze szkoły Jaśnie Panicza. W takich sytuacjach, jeśli nie zabiera dziewczynek ze sobą, sadza je przed telewizorem, włącza DVD i tym sposobem przygważdża córki na te kilka minut do jednego miejsca.
Tym razem na żadnym kanale nie było bajki, było też za późno, by czekać, aż łaskawe panny zdecydują się wreszcie (zgodnie!!!- buhaha!) na jedną z wielu płyt z kreskówkami.
W pierwszym programie akurat zaczynał się "Ojciec Mateusz".
Jarecka zna jedną bardzo młodocianą fankę tego serialu, pomyślała więc "a co tam!"
- Może być trochę strasznie- uprzedziła lojalnie trzy wytrzeszczone pary oczu- nic się nie bójcie, to tylko film, to się nie dzieje naprawdę. Będzie też trochę śmiesznie!- dodała obiecująco.
Zanim wyszła zdążyła jeszcze rzucić okiem na tytuł odcinka- zaczynał się od: "Zbrodnia..."
A, co tam!- powtórzyła w myśli.
I wyszła.

Po powrocie zastała swoje córki tam, gdzie je zostawiła.
-No jak tam?- zagaja.
Dwójka: - nie było jeszcze nic strasznego.
Trójka: - ani nic śmiesznego.

11.04.2013

Z wizytą u Jaśnie Panicza

Jest takie miejsce w Deszczowym Domu.
(właściwie pracownie "rendgenowskie" są dwie, ale ta była pierwsza)





Najjaśniejszy, najcieplejszy i najmniejszy pokój.
Królestwo Jaśnie Panicza.

















-Mamo, przypilnujesz mojego eksperymentu?-pytał Jaśnie Panicz wyjeżdżając na ferie.
Jarecka przyjrzała się sceptycznie słoikowi z brudną wodą i zanurzonym w niej sznurkiem.
-Ale na czym on ma polegać?- zapytała- znaczy się, czego się po nim spodziewasz?
Jaśnie Panicz wzruszył ramionami:
-nie wiem.

Za to teraz Jareccy już wiedzą. Ten słój od kilku miesięcy zdobi jaśniepański parapet. Wespół z pudełkami, butelkami po actimelu, kubkami po jogurtach i innymi niezbędnymi przydasiami, z których podobno ma w przyszłości powstać wielki dinozaur.

Jarecka przymyka oko na ten twórczy nieład.
Nawet go lubi.
Nawet zdarza jej się odpoczywać w sąsiedztwie tego śmietniska :)

A oto sprzęt Jaśnie Panicza.
Zdarzyło się, że pomagał Jareckiemu wiercić dziury w ścianie, a ściślej- trzymał odkurzacz tuż pod wiertłem, żeby się nie kurzyło na podłogę. Po pracy udał się do swojego przybytku a po dwóch godzinach zaprezentował urbi et orbi oraz rodzicom własną wiertarkę:




Ów sprzęt zawiera baterię i gdy naciśnie się "spust", wiertło obraca się z szumem. 

A teraz Jaśnie Panicz znów leży chory. 
Pewnie to promieniowanie mu nie służy.


8.04.2013

Poniedziałek

"I cóż przyjemnego będę dziś robić?"- zastanawiała się w poniedziałkowy poranek Jarecka.
Za oknem świeciło słońce, które, i owszem, cieszyło Jarecką, zupełnie zaś jej nie cieszyła wizja błota zalewającego Zaogonie, podstępnych kałuż i dziurawych nielicznych na Zaogoniu asfaltówek.
W poniedziałki Jarecka nie jeździ do pracy, w zamian za to Szwagierka podrzuca jej swoją córkę Lalę.
Pomyślałby kto: "z deszczu pod rynnę"!
Otóż nie, bo Szwagierka przywożąc Lalę przejmuje Jaśnie Panicza i Dwójkę, i odstawia ich do szkoły. Wymiana dzieci ma miejsce w drzwiach i Jarecka może sobie pozwolić na to, żeby stanąć w tych drzwiach w piżamie, z potarganym włosem i pełnym kubkiem kawy w dłoni. Reszta dnia upłynie spokojnie, bo Lala, Trójka i Czwórka lubią się i razem spokojnie się bawią, choćby cały dzień. Rola Jareckiej jako opiekunki sprowadza się do wydawania posiłków i racjonowania przywiezionej wraz z Lalą Mamby.

A zatem w ten poniedziałkowy, słoneczny ranek Jarecka leżała pod kołdrą i zastanawiała się, czym przyjemnym mogłaby się w tym dniu zająć.

Najpierw pomyślała, że uszyje pokrowce na siedziska balkonowe.
Potem, że  uszyje (tym razem ręcznie) domek i papugę do tej girlandy, co to ją szykuje od jakiegoś czasu w TO miejsce.
Skończy jesienną poduszkę.
Zrobi Dwójce wiosenną czapkę.
Popróbuje wykoncypować jakieś letnie bolerko dla której bądź córki (o tak, o wszystkie pory roku Jarecka zahaczyła!)
Zrobi sobie nowy szal, błękit z cytryną.
I tak dalej.

Ostatecznie wzięła się za zasłonę w Jaśnie Paniczowym pokoju. Materiał kupiła już jakiś czas temu i leżał nie wadząc nikomu, ale pokój Jaśnie Panicza jest bardzo słoneczny, a skoro idzie ku wiośnie, zasłona musi być, inaczej słońce będzie budziło chłopię jeszcze wcześniej niż o szóstej rano :)
Jarecka ochoczo zabrała się do pracy, lecz w trakcie coś jej zaczęło przeszkadzać. Ogarnęło ją niejasne uczucie dyskomfortu, jakby ziarenko piasku w bucie albo wrażenie, że zapomniało się o czym ważnym. Dopiero, gdy wstała na chwilę by rzucić okiem na jaśniepańskie okno i zastanowić się nad sposobem zamocowania zasłony (bo karnisz jest pojedynczy i wisi na nim już firanka) nagle obejrzała się, i pojęła, co jest grane.
Dokądkolwiek się udała, podążała za nią świta złożona z trzech dziewczynek.
Gdy Jarecka siedziała przy maszynie do szycia, trzy małe pupki gnieździły się na stojącym koło stołu fotelu i sześcioro ocząt wpatrywało się w dłonie Jareckiej przesuwające pasiastą materię pod terkoczącą stopką.
Gdy Jarecka wstała, żeby zmierzyć długość zasłony, sześć nóg- cztery tłuściutkie i dwie cienkie, lecz umięśnione- ruszyło za nią, by nie uronić nic z jej arcyciekawych działań.
Gdy Jarecka stanęła przy desce do prasowania, świta zacieśniła kordon.
Gdy wieszała gotową zasłonę, troje doradców przypatrywało się krytycznie z dołu.



Każdy krok Jareckiej był śledzony a każda czynność na bieżąco komentowana. Zakończenie operacji "zasłona" nie osłabiło zainteresowania Jarecką. Potem przyszło wyjść żeby odebrać Dwójkę z zerówki i obstawa wzmogła czujność.

-Mamo, widać ci plecy!
-Ciociu, mas salik na głowie? 
-Mamo, wyglądasz jak w Teletubisiach!

Po obiedzie (odgrzanym, z wczoraj) Jarecka próbowała odzyskać radość z dnia, zmajstrowała nawet Jaśnie Paniczowi poduszkę z torby reklamowej sponsora Euro 2012.
Ręczne przyszywanie  rzepów wzbudziło sensację, tym bardziej, że przybył nowy obserwator w osobie Dwójki.








Jak to mówią, ciężka jest dola idola.

A w chwili, gdy czytasz te słowa, Cny Czytelniku, Jarecka przewraca się niespokojnie na łóżku.
O co, do jasnej cholery, chodziło z tym Teletubisiem?...






Ofiara przemocy domowej

Jarecka szydełkuje z nieodłączną Czwórką na poręczy fotela. Pozostały przychówek zajmuje sofę w oczekiwaniu na program o zwierzętach.
Moszczenie się ma jak zwykle burzliwy przebieg, tym razem głównie za sprawą Trójki, która umyśliła sobie, że będzie oglądać telewizję na leżąco; nogami zahacza o Dwójkę, niezbyt tym zachwyconą i poziom decybeli się wzmaga.
-Cisza!- grzmi Jarecka- bo was wyproszę! I nie będziecie nic oglądać!
Jaśnie Panicz, któremu również niewygodnie, lecz bardzo mu zależy na obejrzeniu programu, wchodzi w rolę mediatora:
- Usiądź z drugiej strony- półgłosem perswaduje Dwójce- Tu mi zasłaniasz... I stajesz się OFIARĄ Trójki!

4.04.2013

Pani Koczek

Koleżanka-Z-Pracy pochorowała się.
Po dzisiejszym dniu w pracy Jarecka wcale się jej nie dziwi, podejrzewa nawet, że wkrótce pójdzie w jej ślady. Nie byłoby to zbyt pożądane zważywszy, że marzec spędziła przy własnych chorych dzieciach, ale przekrzyczeć kilkunastu dwulatków, zdążyć z pomocą wszystkim uderzonym, pchniętym, siłą pozbawionym zabawek, obetrzeć cieknące nosy, sprostać nakarmieniu tej ferajny w stosownym czasie a także wprowadzeniu ich w stan spoczynku- to niełatwe, to nie na zdrowie Jareckiej! A co dopiero bez Koleżanki-Z-Pracy!

I otóż z odsieczą Jareckiej pośpieszyła Pani Koczek.
Pani Koczek jest jedną z sąsiadek Jareckich. To istny wulkan energii- mała, czarna, fryzura na Mimblę. Zawsze elegancka, ubrana na czarno i przy ciele, butki drobne w obcas i na tym obcasie nieustannie biega.
Latem z miotłą. Jak już zamiecie sobie taras z płatków pelargonii, biegnie na dół i zamiata podjazd. Niestety na podwórku nie ma wiele do grabienia więc wychodzi na drogę i grabi na drodze a fryzura podskakuje w rytm zgrabnych ruchów. Krzewy w ogrodzie Koczków stoją na baczność przycięte w stożki i kule, firanki w czystych oknach sterczą od linijki.
Zimą Pani Koczek jest w swoim żywiole, bo może odśnieżać. Choćby śnieg padał całą noc, u Koczków wjeżdża się do garażu po gołym chodniku.
A przecież Pani Koczek jeszcze pracuje zawodowo i księdzu proboszczowi gotuje, jak mu się ekipa budowlańców zwali na głowę. Ma w domu porządek na błysk! I męża biznesmena!

- Zaraz tu pomyję podłogi- obwieściła dziś Pani Koczek wychodzącej z pracy Jareckiej, gdy ostatni waleczny dwulatek padł w objęcia Morfeusza (dochodziła czternasta).- W Wielki Czwartek pomyłam tu wszystkie okna jak spali. I jeszcze zdążyłam wyjść na papierosa.

Niejasne uczucie przygnębienia towarzyszyło Jareckiej w drodze do domu.
Wjechała na podwórko, na te pozamarzane grudy śniegu i pomogła swoim dziewczynkom przebrnąć do drzwi Deszczowego Domu.
I nareszcie mogła iść się wysikać.



3.04.2013

O czytaniu dzieciom, sobie, i o okładce idealnej

Cała Polska czyta dzieciom.
Jarecka, rzecz jasna, bardzo tej idei przyklaskuje. Czy jej się dwadzieścia minut dziennie zbierze, trudno ocenić- raz to będzie więcej, raz mniej. Przed chwilą, na przykład, Jarecka wyszła z pokoju dziewczynek; przeczytała im dwa rozdziały Grzegorza Kasdepke ("Bodzio i Pulpet"- dla niej mocno takie sobie, dla Jaśnie Panicza- boki zrywać) a teraz pozwala się wyręczać Krzysztofowi Kowalewskiemu, który może nieco zbyt głębokim głosem czyta "Małe trolle i wielka powódź". 

Ale czytać dzieciom to jedno- kładą do głowy inicjatorki akcji "Cała Polska...". Trzeba jeszcze dawać przykład własnym czytelnictwem.

I tu Jarecka bije się w pierś aż niesie się głuche echo.
Dzieci Jareckie rzadko mają okazję widzieć czytających rodziców. Jarecka czyta tuż przed snem i po kilku minutach wpada nosem pomiędzy kartki.
Regularnie co dwa miesiące uiszcza w gminnej bibliotece symboliczną karę za przekroczenie terminu zwrotu książek. Bardzo ją te "kary" wysokości dwóch złotych polskich upokarzają; czuje się skarcona, choć grzebiąc w portfelu nie przerywa przyjacielskiej pogawędki z paniami bibliotekarkami. Nijak jednak nie może zmieścić się z lekturą w przewidzianym regulaminem miesiącu (plus dwa tygodnie prolongaty za pośrednictwem internetu). Być może ma znaczenie fakt, że Jarecka lubi książki grube, gęsto zadrukowane, lubi zaprzyjaźnić się z bohaterami na dłużej i chwilę pożyć ich życiem. A to przecież wymaga czasu!
Na wakacjach, gdzie dzieci mogą zobaczyć własną matkę z książką, mogą zobaczyć również rewolwery i inne tego typu gadżety (wynurzające się z mroku, z lekka skropione krwią)  na okładkach. Do najambitniejszych lektur minionych wakacji należały kryminały Marininy. Chcąc bowiem uniknąć piętna bibliotecznych kar Jarecka zaopatrywała się w książki na zaimprowizowanych nadmorskich kiermaszach. A potem jeszcze pożyczała od koleżanki, której zawsze udawało się zawędrować o  jeden kiermasz dalej, gdzie tę Marininę można było kupić.


Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. I przy tej okazji Jarecka na chwilę odsunie na bok zadręczanie się demoralizacją własnych dzieci, żeby wspomnieć ilustratora uwielbianego w dzieciństwie. Wiele książek ściągała z bibliotecznych półek własnie dlatego, ze zilustrował je ON.
Bohdan Butenko.
Na pewno wszyscy pamiętacie te przezabawne rysunki.
Karygodne, w Deszczowym Domu nie ma książek dla dzieci ilustrowanych przez Butenkę.

Ale jest taki klejnot:















Znalezione na półce u Mamy Jareckiej i przeflancowane na Zaogonie.
Zdaniem Jareckiej, okładka idealna.
Butenko pinxit :)








2.04.2013

O innej Wielkanocy, innym Chrzcie i najpiękniejszej szacie

Tegoroczna Wielkanoc była dla Jareckich nietypowa nie tylko dlatego, że za oknem zamiast drzew w pąkach czy choćby wiosennej burzy szalała najprawdziwsza śnieżyca. Ze złośliwym (acz stłumionym!) rechotem Jarecka myślała o kryształowo czystych oknach sąsiadki Danuty, które to okna boleśnie kłuły ją w oczy przez ostatni tydzień. Teraz już nie kłuły, bo w ogóle nie było ich widać zza zasłony nieprzerwanie sypiącego śniegu.

Po raz pierwszy od kilkunastu lat w tym roku w najbliższej rodzinie Jareckich nie odbył się w Wielkanoc żaden Chrzest.
Wszyscy siostrzeńcy i siostrzenice Jareckich (a imię ich Legion) byli ochrzczeni w to Święto Świąt.
Także dzieci Jareckich.
Wszystkie, z wyjątkiem Czwórki.
Z Czwórką było tak:




OSOBY DRAMATU:
(in order of appearance)

Jarecka
Czwórka
Padre Carlos- przyjaciel Jareckich, ksiądz, oryginalny latynos, import zza Atlantyku, lub, jak kto woli, zza stepów Azji i jeszcze zza Pacyfiku.
Jarecki

CZAS:
2 i 3 sierpnia 2010 roku.

MIEJSCE:
Szpital w pewnej Metropolii.

Zaczęło się banalnie, Jareckiej odeszły wody. Mniej banalne było to, że w dwudziestym tygodniu ciąży. Najpierw Jareckiej nie uwierzono! Próbowano jej wmówić, że to upławy, albo że po prostu, jak dziecko, zmoczyła łóżko!
I już, już miała szpital opuścić i odpoczywać, i nabierać rozumu w Deszczowym Domu, gdy zaczęła krwawić. Natychmiast przeniesiono ją do jednoosobowej sali, zaproponowano psychologa i głaskano po łapkach. Zamiast psychologa przybył Padre Carlos.
Padre Carlos przyjeżdżał do szpitala najpierw co kilka dni, potem, gdy się okazało, że Jarecka może przekręcić się w ciągu paru godzin, zaczął bywać codziennie. Podjeżdżał pod szpital od strony rzeki i pakował się na oddział przez izbę przyjęć, czarując pracujące tam panie swoim latynoskim uśmiechem. Wkrótce cały personel szpitala był przekonany, ze ma do czynienia z nowym szpitalnym kapelanem, który zastąpi tragicznie zmarłego tamtego lata księdza. Padre Carlos co prawda nie odprawiał niedzielnych Mszy w kaplicy p.w. Św. Joanny Beretty Molla, jego sława jednak rosła i niebawem Jarecka jako przypadkowy słuchacz (wszak nie mogła sobie wyjść!) poznawała historie rodzinne (i inne) personelu szpitala nie wyłączając lekarzy. Padre z każdym znajdował wspólny język i każdy czuł się dopieszczony jego pasterską uwagą.
Oprócz Komunii Padre Carlos przynosił Jareckiej dobre słowo, ploteczki o wspólnych znajomych a także filmy na DVD.
Tamtego dnia obejrzała "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", film przyniesiony przez Carlosa pod sutanną (Padre wstydził się paradować z filmami, jeśli nie miał torby) a potem poczuła skurcz. 
Jeden, drugi, trzeci.

O tym, że ciąża zakończy się już, za chwilę, przez cesarskie cięcie, Jarecka dowiedziała się, bo usłyszała jak lekarze rozmawiają o tym na korytarzu. Po chwili wkroczyła młoda lekarka z papierami, które Jarecka podpisała drżącą ręką. Zadzwoniła jeszcze do Jareckiego, który bardziej z pory telefonu niż z wypowiedzianych do niego słów wysnuł wniosek, że to już. Był akurat z dziećmi u rodziny w górach. Pocałował śpiące dzieci, wsiadł w samochód i obrał kurs na Metropolię.

Nikt nie pokazał Jareckiej dziecka, które- dałaby głowę- wyrwano jej z okolic płuc. Wykręciła głowę mocno, na godzinę między pierwszą a drugą i zobaczyła na stole czubek maleńkiej, podłużnej główki.

O szóstej  rano, gdy zmieniali się lekarze, przyszła do Jareckiej lekarka, która na nocnym dyżurze zajmowała się Czwórką w pierwszych godzinach jej życia.
-Urodziła pani córkę. Waży... mierzy... (tu padły jakieś nieprawdopodobnie małe liczby i Jarecka odrzuciła je natychmiast, w odruchu wyparcia). Zaintubowaliśmy ją... Wymaga większej podaży...
Jest w ciężkim stanie.

Przybył Jarecki. Dzwonił do Carlosa i Padre zaraz będzie, ochrzci Czwórkę.
I tu się zaczyna rodzinna anegdota Jareckich.
Otóż Jarecka nie mogła podnieść się do pionu by zasiąść w fotelu na kółkach i dać się powieźć tam, gdzie leżała jej jeszcze nie widziana córka.
-Idźcie sami- zadecydowała.
Jarecki i Padre Carlos posłusznie wyszli i w chwili, gdy drzwi za nimi się zamknęły, Jarecka na mgnienie oka poczuła niepokój- że niby nie przypomniała im, jakie imiona wybrała dla swojej córki. Odrzuciła tę myśl jako absurdalną. Nawet jeśli Jareckiego zatka z wrażenia, przecież Padre WIE! Codziennie pytał o imię dziecka (dziwne, że zawsze zaczynał od: "To jak jej będzie? Wiktoria?")
 A Jarecka umyśliła sobie, że córka dostanie na imię Czwórka Rita. Czwórka- bo tak. Rita- bo przez sześć miesięcy ciąży nie opuszczało Jareckiej uczucie beznadziei a Święta Rita jest patronką beznadziejnych spraw, więc miał być taki żart. Gorzkawy. Jarecka bardzo przywiązała się do tych imion i gdy drzwi otwarły się ponownie, i gdy tylko rzuciła okiem na twarz idącego przodem Padre Carlosa od razu wyczuła...
I Padre wyczuł.
-Ochrzciliśmy Czwórka...- zaczął niepewnie- a miało być drugie?... Jarecki powiedział tylko Czwórka... Mnie coś świtało, że miało być drugie imię, ale skoro ojciec tak powiedział...
Jarecki nie miał nic mądrzejszego do powiedzenia. Tłumaczył się, że nigdy nie widział dzieci tak małych jak tam, i że to go przerosło, i stracił głowę, Jarecka zaś gdyby miała wówczas choć odrobinę siły w ręku  śmignęłaby bez te łebki choćby plastikową butelką.

Żeby ochrzcić dziecko w szpitalu nie potrzeba księdza. Najczęściej robią to pielęgniarki- wystarczy kropelka wody, imię, "W imię Ojca..." i już. Ważne. Osoba, która chrzci, nie musi być nawet chrześcijaninem, wystarczy, że robi to w dobrej wierze. Ponieważ jednak Padre Carlos reprezentował siłę fachową, była nawet biała szata...




Sterylna gaza.


JESZCZE NIE KONIEC



P.S. A prawdziwe elegantki noszą się na Chrzest na przykład tak jak mała Karolcia:








Tyz piknie :)

1.04.2013

Ab ovo II

Na warsztatach w jaśniepańskiej szkole Jareccy nauczyli się pisać jaja woskiem.
Te czerwone zrobili Jaśnie Panicz i Dwójka, to zabarwione w łupinach cebuli- Trójka.




Dwójka zrobiła w zerówce (Jarecka ma nadzieję, że sama ;))  żółte kurczątko z czerwonym ogonem i zabarwiła to obłędnie błękitne jajo.
Jaja zdobione haftem, muliną i pasmanterią to dzieło Mamy Całkieminnej, podobnie jak te szydełkowe.





I zrobiło się tak banalnie, jak na świątecznej pocztówce z kiosku Ruchu.
Dla równowagi można więc zerknąć za okno, gdzie zaspy śniegu i odśnieżający sąsiedzi.
:)

23.03.2013

Uszy do góry!

Jakim cudem, Jarecka zapytana o prezent wspominany do dziś, zapomniała o TYM, nie pojmuje i się wstydzi.

(Jeśli, drogi Czytelniku, jeszcze przez dłuższy czas tematy wpisów wydadzą Ci się zupełnie od czapy i w poprzek koniunkturze, nie dziw się- przecież Jarecka wciąż jeszcze przekopuje swoje szafy i znajduje tam prawdziwe skarby, kamyczki, które wprawiają w ruch lawinę wspomnień i słowotok.)

Rzecz miała miejsce wieki temu, w odległej galaktyce... czyli w mieście B, gdzie Jarecka uczęszczała do szkół. Mieszkała w internacie, z Najlepszą Przyjaciółką. Owa przyjaciółka przywiozła z domu kasetę z muzyką z filmu "Dingo". No i to był szał!

  Dziewczęta były jazzowo rozmiłowane za sprawą- niespodzianka!- braci Golców (tak, tych od "lornetki", których Jarecka poznała jako cudowne jazzowe dzieci, a właściwie młodzież. Z tegoż internatu się znali) i wkrótce Jarecka znała na pamięć każdy dźwięk i każde słowo, jakie pada na płycie, nie mając pojęcia o czym jest film, o czym do dziś ma zresztą ledwie mgliste pojęcie dzięki temu, że obejrzała sobie fragmenty na youtube. W odległych czasach jednak, do których się wraz z Jarecką cofamy, nie znano jeszcze youtube, a idea ściągania filmów z internetu- co logiczne- również nie miała miejsca w świadomości Jareckiej.
Znany był jej już  jednak Jarecki. Parę razy odwiedził zresztą Jarecką (która wtedy nazywał się Całkieminna) w internacie i z miejsca stał się pupilkiem wychowawczyń, albowiem pojawił się nie z puszką piwa za pazuchą, a z siatką pełną jabłek. Słał też co tydzień listy do swojej dziewczyny, które to listy wychowawczynie doręczały adresatce utwierdzając się w zachwycie nad tym jakże akuratnym kawalerem. (Zrozum, Czytelniku, jeśli chodzi o chłopców, internat pełen był hałaśliwych muzyków, bałaganiarzy- delikatnie mówiąc-plastyków i nieskomplikowanych sportowców, nie licząc grzecznych, lecz nieco wyalienowanych matematyków).

Ale, ale, do rzeczy, miało być o wzruszającym prezencie.
Otóż edukacja licealna dobiegła końca i Jarecka i jej Najlepsza Przyjaciółka zamieszkały mniej więcej na dwóch krańcach Polski.
A żeby ukoić ból, Jarecki sprezentował Całkieminnej płytę "Dingo". Której- o pechu!-  nie miała ona jak odtwarzać, bo nie dysponowała odtwarzaczem CD!

Zatem Jarecki kupił kasetę, przegrał na nią muzykę a opakowanie opatrzył własnoręcznie skopiowaną etykietą.
Oto ona:



Prawda, że lepsza niż oryginał?

A tu, prezent dla Was, zastrzyk energii na ten zimowy mroźny dzień, z tejże płyty, uszy do góry!
(fragment od ok.1.43 wprawia Jarecką w euforię, co przydaje się dziś jak znalazł :))

21.03.2013

Przy wiośnie o płodności

Średnio raz w miesiącu Jarecka jest w ciąży.
Liczne znaki na niebie i ziemi zwiastują jej niechybne przejście w stan odmienny.

Na przykład, gdy się Jarecka bez oczywistego powodu wzruszy; ot, zerknie za okno, zobaczy kołujące gołębie... Z niczym jej się te gołębie nie kojarzą- a  jednak wzruszają.
"Jak nic jestem w ciąży!"- myśli z przerażeniem Jarecka.

Albo, gdy wracając z pracy poczuje, że ma ochotę nie na kawę a na sok przecierowy- wpada w popłoch.
A jednak- ciąża!

Albo gdy nie może znaleźć odpowiedniego słowa. Nie, że ciętej riposty nie skomponuje na poczekaniu, ale nie może przypomnieć sobie jak się nazywa to coś, co takie wielkie stoi przy drodze i w Myszkowie takie było z dwiema nieprzyzwoitymi babami (chodziło o billboard).
No o czym to może świadczyć, jak nie o tym, że już nowy lokator macicy przejął transporty z odżywkami dla lewej półkuli?

A te znaki? Że Jarecka włącza telewizor a tam ciężarne w Dzień Dobry tvn?
I czy to może być przypadek, że godzinę później spotyka w sklepie kobietę w ciąży?
A jeśli w przeciągu godziny natknie się gdzieś na drugą- to już kaplica, już Jarecka brzuch swój widzi ogromny...

.....


Z uświadomieniem Jaśnie Panicza było tak:
(Nikogo nie powinno zdziwić, że rozmowa ta miała miejsce w samochodzie)
Jaśnie Panicz, lat niecałe sześć i Jarecka, akurat w prawdziwej ciąży.
-Mamo, a skąd się biorą dzieci?- pyta syn.
Jarecka wzrusza ramionami i tonem stosownym do tej najoczywistszej oczywistości, odpowiada:
-No jak to? Plemnik łączy się z komórką jajową!
Na co syn, usatysfakcjonowany:
-Aha.


 ....


Tymczasem w Deszczowym Domu, króliki, jak to króliki, rosną w siłę...









17.03.2013

Przeprowadzka higieną rodziny

Od jakiegoś czasu, bez względu na niesprzyjające okoliczności, na choroby, wyjazdy i gości, w Deszczowym Domu trwa akcja pod kryptonimem "szafa".
Trwa i końca nie widać, i Jarecka jest skłonna sparafrazować Marinettiego, który bredził, że wojna jest higieną świata i wykrzyczeć, że higieną rodziny jest przeprowadzka. "Rzućmy to wszystko w cholerę!"- krzyczałaby Jarecka- "Przeprowadźmy się i zabierzmy ze sobą tylko to, co POTRZEBNE!" To byłoby łatwiej niż wszystko to, co jest, posprzątać i ułożyć na należnym mu miejscu- zresztą, skąd wytrzasnąć miejsce dla "wszystkiego?"
To zdumiewające, ile gromadzi wokół siebie człowiek, a już sześcioro ludzi- strach pomyśleć.

W dziejach rodziny Jareckich był taki rok, gdy przeprowadzali się dwa razy.
Wprowadziwszy się do Deszczowego Domu, wnieśli ze sobą dwumetrowy stół i sześć krzeseł, szafę i sofę beddinge.
Siedem lat małżeństwa, trójka dzieci, czwarte w drodze.

Reszta mebli i innych gratów została w poprzednich mieszkaniach, bo w nowych z różnych powodów nie były potrzebne. Jareccy zabrali ze sobą to, co niezbędne, choć i tak było tego mnóstwo, całe mnóstwo, czarne wory wypełnione wszystkim zajmowały pół Deszczowego Domu. Potem większość rzeczy znalazła swoje miejsce w szafie mieszczącej się za "drzwiami garażowymi", jak Jareccy nazwali ogromne przesuwne połacie w pokoju dziś należącym do dziewczynek.
I tu dotarliśmy do bohatera dzisiejszego posta, Szafy.
Konieczne będą rysunki pomocnicze; nie dlatego, Czytelniku, że nie jesteś w stanie pojąć opisu manewrów w przestrzeni Deszczowego Domu, ale dlatego, że opisu Jareckiej nie pojmiesz. Jarecka nie ma bowiem żadnej orientacji w przestrzeni, nie wie, która lewa a która prawa, nie wie, gdzie wschód a gdzie zachód- jeśli to nie jest na mapie. Gubi się na klatkach schodowych i w dużych sklepach a samochodem jeździ tylko tam, gdzie już wcześniej jeździła.

Wielkie zmiany za "drzwiami garażowymi" zaczęły się w momencie, gdy Jarecki kupił dwie duże szafy bez drzwi, które idealnie miały się zmieścić za tymiż drzwiami. Wcześniej stały za nimi trzy szafy po poprzednich właścicielach i przez ostatnie trzy lata Jarecka nieustannie pomstowała na niewykorzystany potencjał przestrzeni. Nowe szafy były pełne półek, drążków i szuflad (Jarecka kocha szuflady- Jarecka i szuflada to duet idealny) i miały wprowadzić w graty Jareckich ład.

Najpierw więc Jareccy stawili się po odbiór szaf, używanych, rzecz jasna. Przedziwnym trafem, ilekroć kupują używane meble, facet, który je sprzedaje, ma akurat atak rwy kulszowej/ jest świeżo po operacji kręgosłupa/ ma zagipsowaną jakąś część ciała, a co za tym idzie, nie może Jareckiemu pomóc znieść mebla do samochodu. Czy są na świecie zdrowi, krzepcy mężczyźni sprzedający swoje meble?
Tak czy siak, Jareccy w roli tragarzy są jako ten ślepy z kulawym- Jarecki ze swoim kręgosłupem i Jarecka ze swoją krzepą.
Szafę przywieziono i rozebraną na części obstalowano w salonie.

Tak doczekała następnego dnia.
Dnia, w którym Jarecka zakasawszy rękawy stanęła naprzeciw "drzwi garażowych".



Wypatroszyła z ubrań, letnich kołder i pudeł.
I tu miała skończyć i zaczekać na męża- ale co tam!
Najpierw wysunęła szafę nr 1 i złożyła ją na podłodze.


Następnie dobrała się do szafy nr 2- tej jednak nie było już gdzie położyć, bo całą wolną przestrzeń (pamiętajmy, że zawartość szaf zalegała pokój) zajmowała szafa nr1.
Tedy Jarecka postanowiła szafę nr2 rozkręcić i po kawałku wynieść na balkon.
Zaopatrzywszy się w odpowiedni imbus oraz dwa śrubokręty rozkręciła szafę i po kawałku poczęła ją wynosić. Było to trochę trudne, bo na drodze leżała szafa nr1.


Jarecka uporała się z szafą nr2 i- kierując się swoją żelazną logiką- uznała, że w zasadzie to samo można zrobić z szafą nr1, co, nie zwlekając, uczyniła.
Utorowawszy w ten sposób drogę na balkon stwierdziła, że wygodniej jej będzie w dresach; do tej pory, nie wiedzieć czemu pracowała w sukience, dość wąskiej i bez kieszeni, przez co ciągle musiała szukać imbusu, który jest mały i wciąż się gdzieś zapodziewał.
Przyodziana stosownie nie bacząc na zmęczenie i dziatwę (ależ tak, dom był ponadto pełen dziatwy aż palącej się do pomocy, tudzież z lubością zapoznającej się z niedostępną dotychczas zawartością szaf), zabrała się za szafę nr3, która była skręcona dziwnie, tak, że ani imbus, ani śrubokręt nie dały rady.
I tu wkroczyła Jarecka ze swoją mocą, albowiem nie przypadkiem nosi ona koszulkę z iron-manem, nie! Szafę rozhuśtała, połamała i po kawałku wyniosła.
RRoooaaarrr!!!!!


Po tych wydarzeniach Jareckiemu nie pozostało już nic innego, jak skręcić zakupione szafy i umieścić je w opustoszałej przestrzeni za "drzwiami garażowymi".
Jareckiej zaś zapakować do wnętrza to wszystko, co wcześniej stamtąd wyjęła.

I to było gorsze niż rozkręcenie i wyniesienie na balkon trzech szaf.


Dlatego Jarecka dziś pyta siebie całkiem poważnie "na co mi to wszystko??" i maluje na sztandarze swoje surrealistyczne hasło "przeprowadzka higieną rodziny", a potem zwinie ten sztandar i schowa go głęboko, bo przeprowadzki są zawsze trochę smutne.




16.03.2013

Ab ovo

Najpierw, ku obrzydzeniu własnych dzieci Jarecka produkowała wydmuszki.



Potem, co nie jest niczym dziwnym w Deszczowym Domu, zdjęła z okien dziewczynek zasłonki i postanowiła, że od dziś popracują jako obrusy. Ponieważ jednak na obrusy są za cienkie, dostaną podkład z narzuty INDIRA (IKEA), która to narzuta pełniła u Jareckich funkcję kolejno- narzuty, zasłony, i obrusu- we wszystkich tych rolach świetnie się sprawdziła.









I tak mógłby wyglądać świąteczny stół w Deszczowym Domu.
Jarecka żywi jednak nadzieję, że do jedzenia będzie coś więcej niż wydmuszki (choćby przepiórcze!) i dopiero co zasiana rzeżucha...







P.S. Tak, ktoś opluł Jareckiej obiektyw, wybaczcie :)

13.03.2013

Zaduma wokół lampy

Jarecki przegląda zdjęcia na fejsbuku. Na jednym z nich Najlepsza Przyjaciółka* Jareckiej występuje przebrana za lampę.
-Wiesz- mówi z namysłem Jarecki- cieszę się, że nie zostałaś Wielką Artystką...

A Jarecka jednak trochę żałuje.
Sprawdzała dziś przed lustrem i- uwierzcie- z abażurem na głowie wygląda naprawdę nieźle!.









* Najlepszymi Przyjaciółkami Jareckiej zwane są wszystkie jej koleżanki z liceum a także parę ze studiów. "Najlepsza Przyjaciółka" to swoista relacja polegająca, oględnie mówiąc, na plotkowaniu przy chłeptaniu kawy tudzież innych używek i robieniu razem różnych rzeczy służących przyjemności i wesołości.

Góra, którą widzieli wszyscy. Refleksje po lekturze

Uff.
Kilkanaście dni w szpitalu zaowocowało- Czwórce trafił się rotawirus, Jarecka skończyła czytać książkę ("Mama  Muminków", biografia Tove Jansson).
Siedzi teraz w Deszczowym Domu, pije wino palmowe, co to je Tatuś Muminka nawarzył i się smuci.





Po pierwsze i mniej smutne:
Dlaczego "nowe książki" są takie wielkie i grube? Czy w ogóle wydaje się jeszcze coś w formacie kieszonkowym? Jak taką cegłę włożyć do torebki (przecież niemałej)? Księgi wielkie a lekkie, kartki grube i- zdaniem Jareckiej- aż się proszą o ołówek 8B a nie o drukowany tekst. Tekst zresztą rozstrzelony niby w Jareckiej pracy magisterskiej, czcionka wielka jak dla częściowo ociemniałego.
Jarecka wzdycha do małych książeczek gęsto usianych literkami z matrycy, na cieniutkim, gładkim, pożółkłym papierze- ot, fetysz...

A drugie smutniejsze.
Jarecka uwielbia historie o Muminkach od zawsze, czyli od momentu, gdy wyjęła z bibliotecznej półki niewielką książeczkę w granatowej introligatorskiej oprawie, z tytułem wymalowanym na grzbiecie białą farbą. Dała się zaczarować, zupełnie jakby ją nakryto tym kapeluszem czarodzieja z "W dolinie Muminków".
Potem kolejne tomy. Jeszcze raz i jeszcze. I tak Jareckiej zostało. Co kilka lat MUSI  przeczytać raz jeszcze- teraz już tylko dwa ostatnie tomy ("Tatuś Muminka i morze" i "Dolina Muminków w listopadzie"), z powrotem do wcześniejszych części czeka na własne dzieci- razem wyruszą do tej Doliny.
I otóż przeczytała Jarecka wyżej wzmiankowaną biografię.
Pierwsza część (wyodrębniona przez Jarecką) to dzieciństwo i artystyczna edukacja Tove. Suche fakty zgromadzone w książce były nieco nużące- Jarecka wolała ten czas oglądać oczyma samej Tove, dzięki "Córce rzeźbiarza" (która to książka autorstwa Tove Jansson leży u Jareckiej na półce i też co jakiś czas MUSI być przeczytana). Byłoby lepiej, gdyby zamieszczono w "Mamie Muminków" reprodukcje wszystkich malarskich/graficznych prac, o których mowa. Ponieważ tak nie jest, Jarecka była zmuszona do czytania jednym okiem, podczas gdy drugim guglała w telefonie w poszukiwaniu rzeczonych obrazów/grafik, guglała na próżno.
Drugą część pochłonęła jednym haustem, bo tam życie pisarki Jansson splatało się z akcją w jej książkach. Tu już Jarecka nie musiała za niczym guglać, bo treść muminkowych historii dobrze zna. Teraz poznała ich "zaplecze".
Po "Muminkach" biografia nabrała tempa, widocznie Boel Westin popędzał jakiś deadline (?). Jareckiej to nie przeszkadzało, bo już się smuciła.





Jarecka, jak to było wspomniane, trafiła do Doliny Muminków sama. Nie zaprowadził jej tam medialny szum, nikt jej za sobą nie pociągnął. Zakotwiczyła się w niej sama i dorastając, obserwowała w niej zmiany. Wszystko to było bardzo osobiste i jej własne.
I gdy jakże naiwna Jarecka te najskrytsze słowa w jej sercu zobaczyła rozstrzelonym drukiem na grubym papierze i zrozumiała, że teraz należą one do wszystkich, to było tak, jakby do jej domu wjechały spychacze i koparki. (trochę może to wino palmowe pogłębia smutek)




W zbiorze opowiadań "Córka rzeźbiarza" jest takie jedno- "Góra lodowa".
Bohaterka, dziewczynka lat najwyżej dziesięć, płynie z rodziną łodzią. Naprzeciw nim zmierza góra lodowa. Dziewczynka chce tę górę zachować tylko dla siebie, tylko wtedy to osobliwe zjawisko zachowa swoją niezwykłą moc i urok. Za wszelką cenę nie może pozwolić, żeby ktokolwiek zwrócił na nią uwagę, bo wówczas już nie będzie tylko jej, będzie po równo własnością wszystkich, którzy ją zobaczą.

Jej się udaje.


 A górę lodową Jareckiej zobaczyli już wszyscy, i nadal mogą ją oglądać.
("Mama Muminków". Boel Westin, Wydawnictwo Marginesy)



Zakładka na drugim zdjęciu by Trójka. Jarecka jest regularnie obdarowywana przez dzieci zakładkami do książek. To bardzo praktyczne przedmioty i jakie ładne! Ta akurat zakładka przedstawia żeńską część rodziny Jareckich.

7.03.2013

Nie ma jak w domu! :)

Skoro świt Jarecki wkracza do szpitalnej sali zmienić żonę przy Czwórce.
Podczas gdy Jarecka ubiera się w pośpiechu, Jarecki omiata wzrokiem powierzany mu majdan- tu przestawi, tam schowa, co nieco wyrzuci.
-Muszę tu posprzątać- mruczy do siebie pod nosem- ale syf! Jak w domu.

Jarecka wychodzi rozbawiona i chyba jednak nieco dotknięta, skoro wdzięczna pamięć natychmiast podsuwa obraz sprzed prawie roku (a wdzięczna pamięć przechowa to duuużo dłużej!), całkiem na temat:

Jareccy w restauracji, nastrój ogólnie Ą- Ę.
Kelner gnąc się w fachowych ukłonach nakłada riosotto.
Jarecki próbuje i opiniuje:
-Smakuje jak w domu- wzrusza lekceważąco ramionami- NIC SPECJALNEGO.

6.03.2013

O tym, dlaczego należy wystrzegać się szpitali

Pobyt z dzieckiem w szpitalu niesie ze sobą wiele zagrożeń i przykrości.
Najpierw, widok własnego dziecka powalonego chorobą (oczywiście zdarza się, że hospitalizacja jest planowana, spodziewana i dziecię, poza torturą badań nie podlega specjalnym przemianom). Zwłaszcza, jeśli jest to szpitalny debiut, matka łka na widok wenflonu a ojciec cyka swojej pociesze zdjęcia w masce tlenowej- dla rodziny.
Problemem bywa odległość od łazienki/ sklepu/ pokoju socjalnego/ automatu z kawą. Często nie ma możliwości zamówienia obiadu dla dorosłego. Trzeba wyczekiwać, nieraz długimi godzinami, stosownej chwili żeby się umyć lub napić czegoś ciepłego.
Potem, brak intymności. Jarecka zna szpitale, gdzie w sali o powierzchni połowy salonu w Deszczowym Domu stłoczone są trzy łóżeczka a nocą także trzy prowizoryczne matczyne posłania- i nie każda matka może spać rozciągnięta na podłodze! Jedna więc śpi na karimacie w parterze, pozostałe dwie na rozkładanych fotelach ogrodowych, wisząc nad tą z karimaty jak ogrody Semiramidy.
Różne matki, różne rodziny, różne zwyczaje-
- i to są dla Jareckiej najtrudniejsze sprawy.

Zdarzały się Jareckiej miłe szpitalne znajomości, tyleż serdeczne, co krótkotrwałe; znamienne, że zawarte zostały, gdy to sama Jarecka była pacjentką. Gdy w grę wchodzą rodzicielskie emocje- biada!

Dzieci Jareckie szczęśliwie nie należą do szpitalnych bywalców. Jaśnie Panicz bywał raz (z Jareckim w charakterze opiekuna), Dwójka tylko na zabiegu wycięcia migdałków (także z Jareckim), Trójka raz, Czwórka- dwa razy (nie licząc czteromiesięcznej bytności po swoich przedwczesnych narodzinach- to była zupełnie inna bajka!). Jarecka nie pokusi się zatem o jakąś wyczerpującą typologię spotkanych w szpitalach mam, niemniej życzy sobie zawsze nie spotkać tam przedstawicielek następujących typów:

1. Matka Głośnomówiąca,
2. Matka Zawodząca.
3. Matka Cmokająca

O zgrozo! Typy te nierzadko łączą się owocując niezliczoną ilością przykrych kombinacji.

Matka Głośnomówiąca- jak sama nazwa mówi- mówi głośno. I dużo. Prowadzi ze swoim chorym dzieckiem nieustanne rozbudowane rozmowy- bo nie są to monologi, choć wszystkie słowa padają z jednych ust! Matka mówi za siebie i za dziecko, wykłada mu otaczającą rzeczywistość, obgaduje lekarzy, pielęgniarki i salowe, komentuje pracę szpitala- jednym słowem nieustannie wylewa przez usta potok swoich myśli który nijak nie może być dla dziecka zrozumiały a już najmniej- kojący. Gdy oszołomione dziecko zasypia, Matka Głośnomówiąca wyciąga telefon i bez względu na porę dnia i nocy wlewa swój słowotok dla odmiany w telefon, oczywiście nie trudząc się ściszaniem głosu.
Jest też gatunek Matek Głośnomówiących które roboczo można określić przyjazno- infantylnymi. Ich głośna mowa ma na celu (pozornie!)zabawienie dziecka; to ciągłe recytowanie wierszyków, opowiadanie historyjek czy śpiewanie piosneczek. Seplenienie, reranie, mazurzenie i inne deformacje wymowy mile widziane.
Matkom Głośnomówiącym często towarzyszą też Głośnomówiący Ojcowie a także Głośnomówiące Babcie, Koleżanki i Sąsiadki, wszyscy jednako Głośnomówiący.

Matka Zawodząca, jak sama nazwa mówi- zawodzi:
"Moje biedactwo!"-wykrzykuje dramatycznie- "co oni ci zrobili!" (a zrobili- na przykład- założyli wenflon)
"Znęcają się tylko nad tobą! Moje biedactwo!!!"- i dla ulżenia nieszczęsnej ofierze pielęgniarskiej przemocy Matka Zawodząca telepie swoim dzieckiem niczym autkiem shake'n'go. Zdaje się, że owe histeryczne wstrząsy mają na celu uspokojenie dziecka, niestety, zazwyczaj efekt jest odwrotny, co dla Matki Zawodzącej jest wodą na młyn: "O Jezuu!!!"- Matka zawodzi i płacze-"wynosimy się stąd! Nie będą tu się nad nami pastwić! Nie potrafią igły wbić! Specjalnie to robią!!! Jutro pójdę na skargę! I niech tatuś nas stąd zabiera!!!" I tak w kółko, i tak długo... Oczywiście dotrzymaniem obietnic Matka Zawodząca się nie kłopocze. Działa zresztą w amoku i w ogóle nie pamięta, żeby się komukolwiek odgrażała. Zachowanie personelu medycznego nie ma tu żadnego znaczenia, pielęgniarki mogą być sobie nawet aniołami- "Co???"- zawodzi Matka-"dziecko od trzeciej w nocy głodne (przed badaniem) a te mi każą coś zjeść?? Kawę pić?? Dziecko mi płacze, mnie ręce od noszenia odpadają, a ona mi każe iść coś zjeść!!"(doprawdy, trudno sobie wyobrazić podobne okrucieństwo!) Pozbawiona słuchaczy Matka Zawodząca nie ustaje i- naturalnie!- wyciąga telefon i zawodzi dalej.

Dla obu zaś wymienionych typów, po równo, niepożądanym towarzystwem jest Jarecka. Totalna beznadzieja. Nie podchwyci tematu, nie potowarzyszy! W ogóle prawie nic nie gada! Okrutna, nawet jej powieka nie drgnie na te wszystkie maseczki i kroplówki, co jej dziecku aplikują (o jakaż mylna i niesprawiedliwa to ocena!). Żadnego zdania nie ma na temat lekarzy i pielęgniarek- co z tego, ze ich nie zna, mądremu starczy rzut oka!

Matka Cmokająca- jak sama nazwa mówi- cmoka.
Cmokanie stanowi komentarz do wszelkich poczynań innych matek na sali. Cmoka gdy dziecko sąsiadki płacze, cmoka, gdy sąsiadka rozmawia przez telefon oraz przy każdej innej okazji. Nie sposób się ruszyć, by nie zostać obcmokanym. Czasem ów niewerbalny acz jawnie nieprzychylny komentarz przybiera formę sapnięć, westchnień lub prychnięć. Zdarzają się nawet krótkie lecz dobitne wypowiedzi mamrotane pod nosem. Matki Cmokające może nie są tak uciążliwe jak Głośnomówiące i Zawodzące ale z pewnością daleko bardziej irytujące. Także dlatego, że swój jad sączą nie w kierunku wciąż zmieniającego się personelu, tej niedookreślonej masy kolorowych fartuchów, lecz konkretnie, ku Bogu ducha winnej towarzyszce niedoli.I nie sposób niezadowoleniu Matki Cmokającej zapobiec, nie sposób cmokania uniknąć!




A poza matkami, jeszcze inne przykrości czyhać mogą w szpitalach...
Wirusy, bakterie, pasożyty- też.
Jarecka należy do kobiet, które zapytane o wiek, odpowiedzą natychmiast- prawdę (zapewne dlatego, że nie jest to jeszcze wiek przesadnie matronalny). Myli się jednak ten, kto sądzi, że upływ czasu nie robi na niej wrażenia. Otóż ogromną przykrość sprawiła Jareckiej konstatacja, że dziewięćdziesiąt procent lekarek z którymi się tym razem w szpitalu zetknęła to najwyżej jej rówieśnice. A większość z nich, Jarecka daje głowę, jest młodsza od niej wręcz o dekadę!





P.S. Post niniejszy dedykowany jest Czwórce, która zasypia pomimo głośnego mówienia i zawodzenia. I narysowała dziś mamę na kształt ogromnego kartofla, co jasno dowodzi, że jej się ta mama, choć stara, podoba :)

5.03.2013

Białe szaleństwo

Późny wieczór, Jareccy w samochodzie, bez dzieci:
-Żono- zaczyna uroczyście Jarecki- czy mogę jechać na narty?
Jarecka, która jest żoną idealną, natychmiast odpowiada:
-Tak, oczywiście!
W ciągu kolejnych dwóch kilometrów małżonkowie w milczeniu kontemplują: Jarecki- nadspodziewanie szybko uzyskaną zgodę, Jarecka- własną fajność.
-Ale zostawisz mi samochód...- zastrzega żona idealna.
-No tak, ja będę miał transport.
-i laptopa...

Ta rozmowa miała miejsce w połowie lutego. Aż tu- niespodzianka!! (Doświadczeni rodzice już przeczuwają, co się stało? Znamy to? Co robią dzieci, gdy rodzice mają piękne plany?)
Weekend, w którym Jarecki miał uprawiać sporty zimowe tudzież inny hedonizm, upłynął Jareckim zupełnie inaczej.

...

Jarecka boi się tego czego nie zna.
Nie boi się już oskrzelowo-płucnych chorób Czwórki. Rozpoznaje każdy subtelny ton jej kaszlu, gdy trzeba wstaje w środku nocy, beznamiętnie napełnia nebulizator i na resztę nocy bez protestu układa się w pozycji siedzącej, z córką w objęciach. Tej nocy jednak słysząc oddech Czwórki wiedziała, że inhalacje, owszem pomogą dotrwać do rana, ale potrzebny będzie tlen i że w domu nie będzie mogła jej pomóc.

Gdy Jareccy za przewodem na różowo odzianej pielęgniarki wkroczyli do sali, gdzie zamierzano zainstalować Czwórkę, najpierw zaniemówili. Potem Jareckiej się wyrwało:
-O Boże! Jak tu pięknie!
Pielęgniarka wyglądała na zdziwioną, ale może była to kwestia makijażu.
-Ja z nią zostanę- szepnął Jarecki.
-Ja!!- odparła szybko Jarecka równie konspiracyjnym szeptem.
Nie dziw się, o Rozsądny Czytelniku, tym karygodnym reakcjom patologicznych rodziców- zważ sam- w domu trójka dzieci. Chodzących do szkół a zatem co rana się ubierających, zjadających śniadania, zabierających śniadania (nie wspominając o pozostałych posiłkach!) i wymagających transportu, a także poganiania w związku z powyższym. W szpitalu- jedno dziecko, gotowe posiłki, czysto, biało, przestronnie. I fotel, co się na noc rozkłada w wygodny materac- i to o to wyrko tak naprawdę kłócili się tego dnia Jareccy.
Tak więc Czwórkę okablowano, orurkowano, natleniono, nasączono i złożono w łóżeczku, Jareckiemu podziękowano wręczywszy listę potrzebnych rzeczy (większość przemyślna Jarecka już zabrała!), zaś Jarecka ułożyła się w fotelu, otworzyła książkę i zastygła w kontemplacji otaczającego ją piękna architektury, dizajnu i mazowieckiej przyrody.









Nie bez kozery miejsce to leży przy ulicy "Przedwiośnie"-ten szpital to istny szklany dom! I dobrze się domyślasz, Czytelniku, nawiedza tu Jarecką duch Stefana Żeromskiego, nawet teraz, gdy ze swego wyrka patrzy przez te szklane ściany na dziedziniec. Bo cóż tam widzi? Ano sosnę, co przez światło i cień jest rozdarta jak sam doktór Judym!

C.D.N.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...