28.01.2015

Subtelny urok dywersji, czyli dzień z życia nomady



Bladym poniedziałkowym świtem, tuż po dziewiątej, zadzwonił telefon.
- No cześć - powiedziała Właścicielka Deszczowego Domu.
(w roli Właścicielki osoba doskonale znana Czytelnikom DD, ta sama, która z sukcesami ogrywa tu prawie cały drugi plan a nierzadko wysuwa się na pierwszy; nie dzięki sile łokci, lecz urokowi osobistemu i nadzwyczajnej wszechstronności)
- Jedni państwo chcą obejrzeć mieszkanie - zakomunikowała - zależy im na czasie, więc nawet dzisiaj chcieliby przyjechać. No ale ty pewnie będziesz chciała sobie posprzątać albo coś... więc może jutro?
- Może być dzisiaj - powiedziała Jarecka - i tak jutro nie posprzątam lepiej niż dzisiaj.
Ten rozsądny argument przekonał Właścicielkę, toteż miło pożegnała Jarecką i usunęła się za kulisy.

Alert pod tytułem "Państwo chcą obejrzeć mieszkanie" podnoszony jest średnio raz na pół roku, przy czym połowa umówionych oględzin w ogóle nie dochodzi do skutku.
Właściciel z upodobaniem przytacza anegdotę o panu, który dotarłszy pod Deszczowy Dom, na Ślepą Ulicę nrX, Zaogonie, wysiadł, rozejrzał się - i już nie był ciekaw mieszkania. Historia ta niebywale śmieszy Jareckich; nie mogą się zdecydować czy zabawniejsza jest wizja zawiedzionego kupca czy zaskoczonych tym Właścicieli. A trzeba dodać, że trafić do Deszczowego Domu to jak znaleźć peron, z którego odjeżdża pociąg do Hogwartu. 
Gdy Jareccy spodziewają się gości tkwią z telefonami w strefach najlepszego zasięgu, bo bankowo trzeba będzie pilotować.
Nawet jeśli ktoś był u Jareckich dziesięć razy, za jedenastym też przegapi zjazd w Ślepą Ulicę.
Jeden spryciarz opracował własną technikę trafiania do celu - jedzie, jedzie, i gdy widzi wielki czerwony neon wie, że musi zawrócić, bo właściwą przecznicę zostawił za sobą. Od strony neonu łatwiej, bo sklep NaRogu, przycupnięty za stosem rur i niewidoczny od strony Metropolii, tu ukazuje wsytdliwie prawy profil i dźga paluszkiem w kierunku Deszczowego Domu.

Państwo chcą zobaczyć mieszkanie.
Jarecką czekał pracowity dzień.



...


Okazało się, że pogoda sprzyja. 
Szaro, ponuro, chlapiąco, mżąco.
Od czego by tu zacząć?

Oczywiście najpierw od odkurzania, układania, upychania rękawów i nogawek po koszach i szafach. Jarecka posprzątała nawet na swojej półce, na której mieszczą się prawie wszystkie jej ubrania na cztery pory roku (plus piżamy) w obawie, że Właścicielka będzie chciała zademonstrować ewentualnym nabywcom czeluście selfmejdowych komandorów.
Potem można było przejść do kosmetyki, na przykład zdjąć w kuchni zasłonki w kwiatki i konewki i zastąpić je bielutkim szydełkowym lambrekinem, który należycie eksponuje naścienne wykwity wokół plastikowych okien.
(Tak, tak. Należy się cieszyć z pozostałych dwóch drewnianych okien, choć brzydkie, podwójne i nie dające się umyć)
Wiele pracy miała Jarecka w łazience, gdzie należało tak odsłonić styk ścian z podłogą, by od razu rzucała sie w oczy partacka robota przedpotopowego glazurnika, zwłaszcza w okolicach rur. W tym celu trzeba było upchnąć banie z płynem do prania za pralkę i schować dywaniki. 
Umywalkę i wannę - uczciwie wypucować.
Żeby nie było, że patologia.

Jak to jednak wspaniale, że Jarecki nigdy nie przejął się tym, że Jarecka chciałaby nowe fronty do kuchennych szafek.
Jak w sumie fartownie, że jeszcze nie było okazji nabyć karnisza do pokoju dziewczynek (starego Jarecka pozbyła się popularną na Zaogoniu metodą defenestracji)! Stare drzwi balkonowe na wprost wejścia do pokoju prezentowały się tak doskonale, że Jarecka odsunęła fotel, który zazwyczaj je zasłania i upchnęła go w kącie zagradzając dojście do powabnej szafy. Piątek znów pozbawił szuflady biurka gałek? Nie szkodzi, jutro się je przykręci. Trochę bałaganu, wiadomo, będzie - są dzieci, jasna sprawa. 

Z planu dnia zniknąć musiał punkt: pieczenie ciasta, gdyż zabieg ten generuje tyle miłej atmosfery i kuszącego zapachu, że doprawdy, inną razą.

Obiad przygotowała Jarecka szybko i sprzątnęła po nim starannie. 

Około południa z radością odnotowała, że młody pan Koczek pośpieszył jej z odsieczą i właśnie wybiera na podwórku szambo. Mieszkanie napełniło się stosowną aurą - cóż począć? - naturalia non sunt turpia - nie dziś.
Przy okazji: podwórko. Wyglądało jak należy. Co prawda Jarecka całkiem niedawno zgrabiła różne tam pojesienne zgniłki, niemniej kilka wyblakłych, połamanych plastikowych zabawek ogrodowych i popękane donice trzymały fason. Także kikut po jodełce, którą młody sąsiad przysposobił pod nieobecność Jareckich na choinkę, jakoś przestał irytować. 

O piętnastej trzydzieści Właścicielka dała znać, że do godziny zjawi się z "państwem" i na ten sygnał Jarecka zajęła się szyciem, która to czynność, jak wiadomo, generuje spory bałagan sprawczynię tegoż ukazując paradoksalnie w nimbie zaradności i pracowitości.



Państwo lat mieli ze dwadzieścia.
Zdjęli buty i kurtki i za przewodem dziwnie onieśmielonej Właścicielki ruszyli oględzać. 
Rzecz przedziwna mieć w domu gości-nie gości, nie proszonych ale i Bogu ducha winnych, nie robić im herbaty, nie częstować, nie zagadywać. Czymś się niby zająć-nie zająć i słuchać-nie słuchać komentarzy o domu, w którym się mieszka od lat, dba się o niego jak może, naprawia i poprawia, żeby było ładnie, miło, żeby się chciało do niego wracać, żeby się chciało w nim zostać.


Państwo wyszli po kwadransie.
I Jarecka mogła już zająć się czymkolwiek, lecz na początek starła z blatu te kilka kropli, które nie wiedzieć skąd się tam wzięły.


24.01.2015

Jak się nie ma co się lubi i inne przydatne przysłowia



Biedna Jarecka!

Nigdy, nigdy (takie przekonanie w sobie hołubi) nie mogła ubrać się tak, jak by chciała.
Najpierw donaszała po siostrach.
TRZECH starszych siostrach. Straszne, nieprawdaż.

Pod koniec podstawówki zbuntowała się i skręciła w inną stronę. Wykopywała z czeluści szaf ciuchy z lat pierwszej młodości Mamy CałkiemInnej, w lumpeksach wynajdowała najbardziej błyszczące, kolorowe i dziwaczne szmatki, coś tam dziergała, mamie (krawcowej!) zlecała jakieś przeróbki i jakoś tam było.
W liceum plastycznym prawie się nie różniła od reszty indywiduuów.

Potem nawet w tych rzadkich chwilach gdy dysponowała pieniędzmi na własne ubraniowe fanaberie (niech żyją stypendia!) okazywało się, że w sklepach nie ma tych wzorów i kolorów, jakie Jarecka nosi w głowie.

Dzieci, ci czarodzieje, zamieniły zakupy ubraniowe w horror.

Dopiero pojawienie się w Deszczowym Domu maszyny do szycia otworzyło nowe perspektywy, upiększone dodatkowo odkryciem w okolicy hurtowni tkanin.
Wkrótce jednak okazało się, że ceny tam owszem, przyjemne, ale wybór - niewielki. Oraz, że pieniędzy na tego typu inwestycje zawsze za mało. "Gdyby nie dupka" - jak mawiają w rodzinnych stronach Rodziców CałkiemInnych - "to by była złota szubka".
Co jest mądrością nader głęboką i gorzko prawdziwą.

Tedy gdy Jarecka popada w nastrój "muszę-mieć-coś-nowego" zazwyczaj pozostaje jej przegląd podręcznej szafy zawierającej stosiki odcioteczkowych darów.
Tkaniny, które gromadziły Cioteczki są porządne. Białe. Czarne. W porywie szaleństwa granatowe, szare lub ecru. Barwnym ptakiem na tym tle była czarno-biała pepitka, z której Jarecka radośnie upitoliła spódnicę zapinaną na pomarańczowy suwak (prawie go nie widać).

W trakcie ostatniego niepohamowanego ataku krawieckiej choroby wpadła w ręce Jareckiej wełna w śmietankowym kolorze i tejże barwy zacna podszewka.

Oto pierwsza rzecz z podszewką, jaka wyjechała spod Jareckiej maszyny!

Miejscami wyszło lepiej (kieszenie w szwach):


Miejscami gorzej...


Ale ogólnie  może być.
Jak mawiają w rodzinnych stronach Rodziców CałkiemInnych - "starej babce ujdzie w czapce".

(Wykroje z Burdy to naprawdę samograj. Człowiek sobie odkalkuje wykrój, materię skroi, zszyje, i gotowe)

Znajdź trzydzieści różnic.









22.01.2015

Pogwarki przez ladę



Imaginuj sobie, Czytelniku.
Wiejski sklepik, jakich w Polsce setki tysięcy. Ciemnawo, bo zakratowane okna zastawione regałami z przywiędłymi warzywami. Ściany zielone, na podłodze ubłocony karton. Szwarc, mydło i powidło; ogromny wybór napojów gazowanych, ze dwa napoczęte pudełka ciasteczek na wagę, za szybką lady chłodniczej trochę mielonki, parówek i hermetycznie pakowane hamburgery.
Na ladzie pół szklanki fusiary, za ladą - pani Narogowa, która ma twarz Twojej, Drogi Czytelniku, ženy za pultem z zieleniaka, piekarni czy takiego sklepiku, jaki tu Wszechwiedzący Narrator właśnie odmalował.

Do sklepu wkracza Jarecka, co twarz ma jak Mikołaj Kopernik i po standardowej wymianie zdań (dzień dobry, sześć bułek poproszę, których, obojętnie) następują pogwarki właściwe.

Jarecka: - O, kawka, widzę, relaksik. Ja zaraz kładę Piątka spać, kawkę zrobię i chwilę dychnę.
Narogowa: - Kładzie się z nim pani? (Narogowa raz mówi Jareckiej pani, raz ty, wedle nieznanego algorytmu)
Zdezelowany translator Jareckiej objaśnił, że pyta się ją o sposób usypiania Piątka, więc tłumaczy:
- Nie. Wkładam go do łóżeczka, wychodzę z pokoju i zamykam drzwi.
- A sama...?
- A ja wtedy mogę coś zrobić (Ty, Czytelniku, dobrze wiesz, że Jarecka zajmie się robótkami, czytaniem, lub plaśnie przed laptopem, ale udawajmy, że chodzi o gotowanie, sprzątanie i te tam niewiarygodne nudy).
- I nie kładzie się pani? Ja to się kładałam, jak tylko dzieci mi szły spać! Bo jak to? Dzień taki długi, gdzie do wieczora! Kładź się pani i zdrzemnij! Ze wszystkim jeszcze zdążysz! A chłopa w domu nie ma, to kto cię sprawdzi?




...



Sceneria ta sama, bohaterki także. Dzień zupełnie inny.

- O, jaka laska! - wykrzykuje Narogowa mierząc Jarecką z góry na dół ponad ladą.
Jarecka już otwiera usta, by podziękować za ten niewątpliwy na Zaogoniu komplement, lecz Narogowa kontynuuje.
- Nareszcie, nie? Ile można z tym brzuchem? Ciągle tylko z brzuchem i z brzuchem, już wystarczy, nie?
Jarecka nabiera powietrza raz jeszcze i niezdecydowanie bąka:
- Czy ja wiem...
- No już dajcie spokój! - grzmi Narogowa - wystarczy!




...




Teraz akcja przenosi się do innego sklepu, także wiejskiego, także wielobranżowego, lecz samoobsługowego, jaśniejszego i w ogóle bardziej ą-ę.
W kasie, jak w pudełku, zasiada Mario Nowak.
- Macie kajmak, taki w puszce?... - zapytuje Jarecka.
Mario wstaje, zmierza ku właściwemu regałowi i donosi:
- Tylko czekoladowy.
- Masz ci los - biadoli Jarecka  - "U Ilony" tylko kawowy, u was tylko czekoladowy...
- Ja ci powiem dlaczego - tłumaczy Mario - jest tu na Zaogoniu taka dziewczyna w ciąży. Ile ona tego zjada! Ile bym nie przywiózł, ten jej chłopak wszystko wykupi!


Doprawdy, ludziska, dalibyśta spokój z tymi brzuchami.





P.S. Urodzinowy tort Jareckiego zawierał kajmak czekoladowy. Jarecki i tak się nie poznał, jak również nie zauważył, że Jarecka przespała bezecnie półtorej godziny - w biały dzień!

20.01.2015

Tutorial na prośbę-groźbę. Szydełkowy kwadrat.



Pewna znajoma poprosiła Jarecką o rozpracowanie schematu na szydełkowy kwadrat.
Tak cóż ty zrobisz - jak mawiał Wańkowicz - w obawie przed inwazją żarłocznych myszy - musiała.




Do roboty zatem:
Oto wspomniany schemat, STĄD


Nieco bałaganu - moim skromnym zdaniem - wprowadzają pierwsze trzy symbole - drugi to zwykłe oczko, trzeci - oczko ścisłe, lecz chyba nie zawsze...
Pierwszego w schemacie trudno się dopatrzeć.
Jeszcze inaczej oznaczone są oczka w pierwszym rzędzie (cztery oczka zamknięte w kółko).

Symbol czwarty oznacza pęczek (wszystko będzie poniżej wyjaśnione) UWAGA! Zanim przystąpicie do robienia pęczków według przepisu Jareckiej, zapoznajcie się z treścią komentarza NYKTIMENE, pod tym postem)
piąty to klasyczny słupek,
szósty - słupek podwójnie nawijany.

Diagram

dc
ch
sl st
pleat: crochet 4 very loose htr without pulling thread through (= 9 loops on hook). Make 1 YO and pull thread through the first 8 loops on hook. Make 1 YO and pull thread through the remaining 2 loops on hook.
tr
dtr




Miejmy ten schemat na podorędziu, bo poniższe objaśnienia są tylko jego uzupełnieniem.

Na początek kółko z czterech oczek (nie liczę go jako osobny rząd)
  • 1 rząd. Trzy oczka - odpowiednik jednego słupka plus 11 słupków wbitych w początkowe kółko. Razem mamy więc 12 słupków. Rząd zamykamy oczkiem ścisłym



  • 2 rząd. Złożony głównie z pęczków (zieloną kropką zaznaczone jest oczko, od którego rozpoczyna sie drugi rząd). Pęczek to kilka słupków wbitych w jedno miejsce i przerobionych razem, co widać na zdjęciach. W przypadku zwykłego słupka nitkę przeciąga się najpierw przez dwie pętelki (zdj.1-2), potem przez kolejne dwie (widoczne na zdj.2). Jeśli robimy pęczek, na szydełku pozostają dwie pętelki (jak gdyby nie kończymy słupka) a my wbijamy w to samo miejsce kolejny słupek. Ten konkretny pęczek składa sie z czterech słupków (zdj.3). Na zakończenie nitkę przeciągamy przez wszystkie pętelki jednocześnie (zdj.4). Dalej wg schematu.







Drugi rząd gotowy, zamykamy oczkiem ścisłym.







  • 3 rząd. Oczko łańcuszka i pęczek wbijany w przestrzeń pomiędzy pęczkami poprzedniego rzędu. Dalej pracujemy wg schematu.



Narożnik trzeciego rzędu jest niepotrzebnie - moim zdaniem - skomplikowany, ale wyjaśniam rzetelnie, jak w schemacie przewidziano. Zdj.1 - podwójnie nawijany słupek mocujemy pod łańcuszkiem poprzedniego rzędu (zdj.2), robimy oczko łańcuszka (patrz.schemat) W środkowe oczko łańcuszka poprzedniego rzędu (trzecie) wbijamy kolejno: słupek, pęczek i słupek (zdj. 3,4). Dalej wg schematu.



Teraz naszła mnie refleksja, że może nie dla każdego jasne jest, jak się zamyka rzędy oczkiem ścisłym, więc bardzo proszę: wbijamy szydełko w początek rzędu i przeciągamy nitkę przez wszystko, co mamy na szydełku jednocześnie :)



  • 4 rząd, ostatni, składa się ze słupków wbijanych w każde kolejne oczko poprzedniego rzędu. Tylko w narożne oczka wbijamy kolejno: słupek, słupek podwójnie nawijany, słupek.



I gotowe!



Uprasza się o bezlitosne wytykanie błędów i niejasności, będziem poprawiać.

18.01.2015

Babcine tematy


Granny squares, babcine kwadraty - szczyt relaksu.
Kolorki przed oczyma się mienią, stos kwadracików rośnie a z kwadratów tych może powstać wszystko!
Poniższe prace powstały jeszcze latem, kiedy Piątek przesiadywał w kojcu, a nawet jeśli nie to pełzał w parterze, nie sięgał na stoły i inne blaty, nie wygrzebywał włóczek z szafy i nie rozwlekał ich po domu, nie rzucał nożami fiskarsa i nie wchodził do zmywarki, nie wspinał się na krzesła i nie napierał radośnie całym (niemałym) ciężarem na ich oparcia oraz nie robił mnóstwa rzeczy, które robi teraz i które czynią życie jego matki... ee...ciekawszym.

Podłużna poducha z babcinych kwadratów (tutorial KLIK) , bardzo proszę:





A to już fuzja: wzór african flowers SKWADRATOWANY (tutorial KLIK)
Ni to afrykański kwiat, ni babciny kwadrat.





I mała okrągła podusia z klasycznych, sześciobocznych afrykańskich kwiatów (tutorial KLIK)
Kwiaty - w sam raz na Dzień Babci, czyż nie?



17.01.2015

Sztandar wprowadzić!

- Mam tę moc, mam tę mooooc - śpiewa <ELSA> - wyjdę i zatrzasnę drzwi!
Pląsająca w rytm muzyki Trójka nagle przystaje i tonem zdradzającym powątpiewanie zauważa:
- Każdy ma taką moc, żeby wyjść i zatrzasnąć drzwi.




Pierwszy różowy poranek zastaje Jarecką pochyloną nad sztandarem z bisioru, na którym złotą nicią haftuje powyższą dewizę.

Pierwszy poranek ferii zimowych.





14.01.2015

Od swetra po minione kształty, czyli kręte ścieżki skojarzeń

- Czy to nie jest nudne? - zapytał ostrożnie Jarecki widząc Jarecką robiącą na drutach.
(Na wszelki wypadek nie podchodził za blisko; gdyby tak włóczka chciała się nań rzucić z zębami)

Jarecka zastanowiła się głęboko i stwierdziła, że owszem, nudne.
Zwłaszcza gdy się taki sweter robi od wakacji niemalże.

Skoro już się jednak człowiek bierze za druty, dobrze jest mieć nie tylko wizję ale i wzór. Jarecka upatrzyła dla siebie przyjemny sweterek w pakieciku od ciotki Feli - metropolitalne cioteczki obdarowują Jarecką nie tylko włóczkami ale i wzorami, i książkami o tematyce dziewiarskiej!
(Na własne uszy Jarecka słyszała, jak cioteczki szeptały między sobą, że Jareckiej dać warto, bo ona zrobi dobry użytek. Macie pojęcie, jak miło coś takiego o sobie usłyszeć? I dostawać te skarby, co je cioteczki troskliwie gromadziły przez wszystkie trudne lata Polski Ludowej?)

Taki pakiecik wzorów, perełka.
A w nim sweter-wybraniec, w swetrze zaś - Małgorzata Niemen.





A na ten wzór Jarecka w swoim - gotowym już - swetrze:




Znajdź trzydzieści różnic.


Oraz podobieństwa - w tej kategorii z dumą odnotujmy żylaste ręce. Mieć ręce jak Małgorzata Niemen to jest coś!!



A jak już padło nazwisko Niemen, od razu z offu płynie muzyka Czesława...
Jarecka pozostaje głęboko obojętna na Dziwny jest ten świat, Sen o Warszawie a nawet Pod Papugami - ale gdy słyszy Ciuciubabkę, Ktoś mi mówił że ty mnie kochasz albo Jeszcze swój egzamin zdasz - znów ma szesnaście lat i z wielką teczką pod pachą idzie wąską uliczką Kościelną ku wysokiej wieży katedry (za katedrą - bursa i szkoła). Odgłos kroków odbija się od ścian, łopocze spódnica, powiewa włos, biust podskakuje.

Dawne czasy ;)








13.01.2015

Ale ten czas bieży!


Miało być tak pięknie!
Najpierw Jarecka szyła radośnie i potajemnie - bieżniki pod choinkę.
Jak już uszyła czekała na lepsze światło, żeby zrobić zdjęcia.
Potem była Gwiazdka i można było wreszcie pokazać światu doręczone już prezenty.

I wtedy się okazało, że zdjęcia zniknęły, wsysło, dizapir.
Jakimś cudem ostały się trzy zdjęcia trzech bieżników :(


Pierwszy - uwierzcie na słowo - składa sie z trzech gwiazd w kolorach czerwonym, zielonym i białym.


Drugi, choinkowy - Na jednym z dłuższych boków ma ornament z takich oto drzewek.
Siostra Drumla z powodzeniem używa go jako lambrekinu.




I gwiazda betlejemska.





Bardzo to była przyjemna robota.


PS. Dziękuję KASI za inspirację. Chciałam dobrze a wyszło jak zwykle ;)
Na szczęście też jak zwykle miałam z tego szycia kupę frajdy!


W bonusie: zdjęcia ze spektaklu jaki dzieci Jareckie przygotowały na okoliczność Trzech Króli.
Pobieżeli do Betlejem




2.01.2015

Metoda dialektyczna za-stosowana :)

- Mamo! - donosi rozpaczliwie Trójka - Jaśnie Panicz nasikał nam na podłogę w pokoju!
- Co ty - uspokaja Jarecka - taki głupi to on nie jest.
- Dzięki mamo - rechocze Jaśnie Panicz.
- To było kłamstwo - podsumowuje okrutnie Trójka.
- Kłamstwo ma krótkie nogi  - wtrąca sentencjonalnie Dwójka - tak mówi moja pani od religii.
- To nie było kłamstwo to miał być chyba żart - zastanawia się Jarecka - raczej kiepski.
- Moja pani od religii mówi, że żart jest wtedy, jak śmieją się obie strony - podsuwa niestrudzenie Dwójka.
- Słusznie! Słusznie! - cieszy się Jarecka.
- Kłamstwo - definiuje Jaśnie Panicz tłumiąc uporczywy chichot - jest jak ktoś coś zrobi a się do tego nie przyzna. A ja odwrotnie (akcent) - przyznałem się a tego nie zrobiłem. Więc to nie jest kłamstwo.

1.01.2015

Kombajnem przez Jeżyce. 2

Ciąg dalszy refleksji po lekturze Jeżycjady.

Niniejszym kombajn rusza ze stacji Kalamburka.
Dziwny to tom, nie dla młodzieży, nie dla dorosłych - mocno ekskluzywna pozycja dla czytelników Jeżycjady; trudno mi wyobrazić sobie wrażenia kogoś, kto nieuprzedzony lekturą wcześniejszych tomów czyta tę historię.
Dla mnie Kalamburka była odpoczynkiem od pewnych, niepokojąco narastających w poprzedzających ją tomach zjawisk.
Po pierwsze - w pewnym momencie fabuła zacząła kręcić się wokół sióstr Pyziakówien, a nie są to moje faworytki, niestety (Róża była - dopóki nie pojawił się prymus Schoppe).
Po drugie i zdecydowanie gorsze - nie wiem dokładnie kiedy pojawił się w Jeżycjadzie nowy ton - zwątpienie w ludzi, w świat. Weszło w użycie określenie "prostackie", co uważam za tak silnie pejoratywne, że aż nie przystoi w książkach dla młodzieży. No właśnie. Podobno nastolatki nie czytają Jeżycjady. Czytają osobniczki nieco starsze, nastolatki po trzydziestce (mniej lub bardziej), wychowane na Kwiecie Kalafiora i Opium w rosole.
I otóż ten ton zwątpienia wypada w Kalmburce bardzo naturalnie. Ostatecznie osoba taka jak Gizela, przybrana matka Mili, która przeżyła w naszym kraju lwią część dwudziestego wieku ma prawo do gorzkich podsumowań. Podobnie Borejkowie, dlatego z łatwością łykałam gorycz wylewającą się z książki, acz! Dwunastolatek (złodziejaszek przyłapany przez Gizelę) mówiący, że w tym kraju nie ma sprawiedliwośći, że wszyscy kradną - to przesada. Nawet komentarz Gizeli, jakoby mały musiał powtarzać to, co usłyszał od dorosłych, nie ratuje tej sceny.
Od Kalamburki z sympatią myślę o Ignacym Borejko. Wcześniej tylko mnie irytował, zwłaszcza jego łacińskie wtręty i to, że Mila natychmiast wyskakiwała z autorem cytowanych słów. To jakiś test na inteligencję?
Sama Mila pozostała dla mnie nieostra. Trudno mi ze wszystkich danych na jej temat ulepić jedną, żywą postać. Ta sama osoba tłumaczy cierpliwie wnuczce, że ojciec ją zostawił, bo był młody, skołowany a czasy były ciężkie, a innym razem, za plecami tejże wnuczki mówi o niej "niedobre dziecko", i że taka podobna do ojca, nie tylko z wyglądu, i że ona, Mila, zawsze wiedziała, że będą z nią kłopoty.
Zresztą, pozwolę sobie na małą dygresję. Sprawa nikczemnego odejścia Janusza Pyziaka wałkowana jest raz po raz, jak Jeżycjada długa. Biedna, biedna Gabriela... Rozumiem, że jako porzucona z dwójką dzieci miała ciężko, ale tak mi się zdaje, że 80% (albo i więcej) samotnych matek w naszym kraju ma gorzej. Gaba w tym trudnym położeniu miała wsparcie licznej rodziny i konkretną pomoc (Mila zajmowała się dziewczynkami), skończyła studia, wreszcie wyszła za mąż, z miłości. Mam wrażenie, że z perspektywy szczęśliwej pani Stryby odejście Janusza powinno jawić się jednak jako przyczynek do tego dobrostanu; skoro był zły, dobrze że odszedł. Im wcześniej tym lepiej. Na jej miejscu zabiegałabym usilnie o kontakt córek z ojcem - jaki jest, taki jest, ale to ojciec. Na szczęście nie musimy, drogie córki, znosić go na co dzień. Mamy spokojny dom, kochającą rodzinę i wiernego Grzesia. U Gaby nie ma tego elementu pogodzenia się z własną historią. Dziwne u osoby uchodzącej za pogodną i - dodam - katoliczki.

Kombajnista daje znać, że przystanek za długi, jedźmy dalej.
Język Trolli. Ręce mi opadły, gdy zorientowałam sie, że główni bohaterowie mają po dziewięć lat. Chyba było zapotrzebowanie na jakąś lekturę szkolną, więc autorka upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu. Na sam początek - Państwo wybaczą - dostałam po łbie wizją szkoły. Tępa, wulgarna nauczycielka mówiąca "kurde", "sorry" i kierująca do uczniów groźby. Sorry, ja w to nie wierzę. Wiem, że w szkołach nie dzieje się najlepiej ale nauczyciel to tylko trybik w tej machinie złożonej także z rodziców i dzieci, które ci rodzice wychowali (albo i nie), i to, jaki jest, zależy także od rodziców. Bolesne jest dla mnie pogardliwe naigrawanie się z Manuela i Barbie.
W książce dla dzieci.
Największe emocje wzbudziła we mnie scena najścia Oracabessów przez Ignacego. Pokrótce: dziadek powiadomiony przez Ignasia, że Józinek i Laura wymykają się do podejrzanego lokalu, udaje się ich tropem tamże. Miejscem tym okazuje się być studio nagrań sympatycznego Jamajczyka (wychowanego w Niemczech) i jego rodziny (żona Polka, poznali się za granicą i dwoje ich dzieci). Czas akcji to noworoczne popołudnie, gospodarze są w piżamach, coś tam się je, coś się muzykuje - jak to po całonocnej imprezie. Dziadek Borejko próbuje wytłumaczyć powody swojego najścia  - i zostaje niemal zmiażdżony przez kobietę światową i tolerancyjną, pozbawioną uprzedzeń -Teresę Oracabessa. Wykrzykuje ona, że jej mąż jest porządniejszy niż niejeden katolik, że jej dzieci (w przeciwieństwie do pańskich katolickich wnucząt) nie kłamią i nie kręcą.
Popadłam po tej scenie w głęboki namysł.
Zrazu pomyślałam, że to dziwaczny kontrast - wyluzowana babeczka naskakuje na plączącego się w wyjaśnieniach staruszka jak jaka straganiarka.
Potem pomyślałam, że może jest w tym jakiś głębszy sens. I zdaje mi się, że to jest doskonale zaobserwowane i pokazane w osobie Teresy - że wielu wokół nas ludzi postępowych i tolerancyjnych, pełnych braterskich uczuć dla czarnych i białych, Żydów i Muzułman - tylko nie dla tych cholernych bab w moherowych beretach!
Ale wisienką na torcie okazał się moment, gdy Teresa wychodzi, bo nadeszła pora... kąpania dzieci. O święta godzino Matek Polek! Nic to, żeśmy zmęczeni po Sylwestrowych baletach, żeśmy nadal w piżamach - żarty na bok, zero tolernacji dla niekąpania. Dodałabym jeszcze, że obsesja wieczornych ablucji dzieci to polski wynalazek, a Teresa - zdaje się - rodziła w Niemczech, gdzie do tych żelaznych zasad podchodzi się z rezerwą... W sumie śmieszny ten wątek Oracabessów - to raczej wariacja na temat "cudzoziemcy w Polsce".

Kombajn w ruch, Żaba.
Przy pierwszych stronach Żaby dopadło mnie zniechęcenie.
Na początek - opis okoliczności przyrody, majowy poranek. Opisy przyrody u Musierowicz lubię, krótkie, nastrojowe i w punkt. Ale nie, nie można na tym poprzestać (tu powinien być cytat - spisałam go starannie, lecz... zeszyt z notatkami gdzieś wcięło), po opisach nieba i zieleni następuje komentarz, że niby ten świat taki piękny, zupełnie jakby nie było w tym kraju nieuczciwości, bezprawia, korupcji, szkolnictwa be, systemu opieki zdrowotnej be, itp.
Czy to coś dziwnego, że nie myśli się o tym patrząc na świat w majowe dni?
Nie podoba mi się, że autorka własne frustracje zaszczepia młodzieży, dla której przecież pisze te książki.
No i zaraz potem następuje idiotyczna pogoń Piotrka za Żabą (jak w Córce Robrojka, o czym pisałam w poprzednim poście).
I właściwie o Żabie tyle mam do powiedzenia.
Żaden z nowych bohaterów nie zyskał mojej sympatii. Niby nowa bohaterka a jednak znów ten sam gęsty sos - Laura, Róża, Róża, Laura. Na tym etapie - to już w odniesieniu do wszystkich późniejszych tomów Jeżycjady - uważam za niepotrzebne prezentowanie historii wszystkich bohaterów, którzy kiedyś tam mieli w Jeżycjadzie "większe role", a którzy przewijają sie na drugim planie. Bernard mógłby być tylko ojcem bliźniaków, Aniela tylko ich mamą. Można by już dać spokój historiom i wspomnieniom, wycieczkom w czasy Kłamczuchy i grupy ESD. Tamci bohaterowie mieli już swoje pięć minut.

Czarna polewka tylko pogłębiła u mnie klaustrofobię.
Jedynym jasnym promykiem okazał się nieoczekiwanie Ignacy Borejko. To już nie ten "wielki nieobecny", za jakiego miałam go w pierwszych tomach Jeżycjady. W Czarnej polewce bawiło mnie jego zaangażowanie w sprawy wnuczek; zawzięty (pardon my French) stary pierdziel, nie do przegadania, który wszystko chce wiedzieć, nad wszystkim czuwać, lecz w stosownej chwili potrafi ogłuchnąć (świetna scena).
Takiego Ignaca kupuję.

Stacja Sprężyna.
A teraz, Drogie Czytelniczki, proszę przyznać się bez bicia - która mówiła, że Sprężyna dobra?
Znów: jedyne, co pozwoliło mi przebrnąć przez nieprawdopodobny wątek wielkiej miłości Laury to jedna osoba - tym razem Łusia. Podobała mi się jej gramatyczna obsesja, uwielbienie dla pana od polskiego; przy scenie, w której Łusia odczytuje poloniście napisany dla niego sonet wyłam ze śmiechu.
Zupełnie zaś nie wierzę w miłość Laury i Adama. Owszem - miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się niewątpliwie: najpierw rażenie gromem a potem ciąg dalszy (spotkania, rozmowy, listy, maile), który to pierwsze wrażenie utwierdza albo i przebija. Ale że ludzie, którzy nawet ze sobą nie rozmawiali (nie liczę tych paru zdań w Daglezji, na temat obojętny) rzucają się sobie w ramiona - litości!
Moją irytację końcową sceną (Adam przyciska dłoń Laury do swojego serca) pogłębił jeszcze fakt, że taka oto nagroda spotyka tę wredną Laurę, która dopiero co wykręciła swojej małej kuzynce niegodny doprawdy dorosłej osoby numer w ostatniej chwili demonstracyjnie rezygnując z występu, który jej OBIECAŁA. I na którym Łusi bardzo zależało, i o który długo prosiła. Ohydny, ohydny egoizm. Który, jak zwykle zresztą, uchodzi Laurze bezkarnie.

I otóż majaczy już na horyzoncie kres naszej wycieczki!
McDusia.
Jedyna w serii książka, której treść znałam zawczasu z internetu, a konkretnie z analizy NIezatapialnej Armady. Ponieważ ton tamtejszych analiz z założenia łagodny nie jest, energicznym ruchem wytrząsnęłam spomiędzy zwojów pozostałości po tamtej lekturze i pełna najlepszych chęci zabrałam się za czytanie.
(wtrącę jeszcze, iż wracając po latach do Jeżycjady miałam świadomość, że istnieje prężne forum poświęcone książkom Małgorzaty Musierowicz - trafiłam tam właśnie po linku z Armady; ponieważ jednak miałam naonczas kolosalne braki w lekturze, a stare tomy czytałam już naprawdę dawno, niewiele moglam wyrozumieć z tamtejszych debat. Niemniej biorąc do ręki Pulpecję (sic!) złożyłam śluby iż nie zajrzę na to forum, dopóki nie skończę całej Jeżycjady, żeby mój odbiór był naprawdę nieuprzedzony)

Straszne rzeczy dzieją sie w McDusi.
Najsampierw pełnym głosem obwieszczon zostaje koniec ideałów grupy ESD. Oto najdzielniejsza z dzielnych, podpora rodziny, Gabriela, przyznaje przed sobą, że już nie wierzy w ludzi, że nie wszyscy mogą być lepsi, że nie warto zmieniać świata. Kiedyś wierzyła w ludzi, ale teraz jest dorosła, i już wie, że świat jest zły, o.
Wraca do domu z pracy, niby do tej ciepłej kuchni, do tego rodzinnego stołu - a tam: chamstwo, bójki, złośliwości. Ironiczna Mila przeobraziła się w złośliwą jędzę. Bezpośrednia Ida w bezczelną, protekcjonalną Ja-Wiem-Najlepiej, tylko Laura pozostaje sobą, czyli pępkiem świata pogardzającym wszystkimi. Kuzyni, którzy rywalizowali od zawsze (rzecz niby najzwyklejsza pod słońcem), w tym tomie ewidentnie się nienawidzą. Leje się krew (rozbity łuk brwiowy Ignacego G, rozbity nos Józefa, Ida rzucająca w syna słoikiem). W tym wszystkim Magda, osoba spoza rodziny, którą każdy poucza i usiłuje nawrócić na jedynie słuszną drogę (czytaj poezję! Odchudzaj się!).
Bardzo było mi tej Magdy żal. W rodzinie Borejków nie znalazła ani jednej życzliwej duszy.
A poza tym wszystkiem parada bohaterów innych tomów (po śmierci Dmuchawca przychodzą po zostawione im przez profesora książki) - a wszyscy gadają jakby słowa w usta kładł im Coelho, czy inszy mędrzec. I oczywiście, jakżeby inaczej, wszyscy oni czują się w obowiązku udzielać Magdzie życiowych rad.
Zgroza i smutek, moi drodzy, oto moje wrażenia po McDusi.

Stacja końcowa, rzutem na taśmę - świeżynka, "Wnuczka do orzechów".
Na bok irytacja, zaskoczenia i oburzenie.
Albowiem, panie tego, nuda. NUDA.
Rozwlekłe dialogi o niczym. Nieprzeliczone zastępy bohaterów. Na koniec (a właściwie quasi koniec) przerażająca scena przemocy.
Ale tu już naprawdę ugryzę się w język, bo książka nowa.
Przeczytajcie sami.



31.12.2014

W rozbłysku racy


Szczęsny czasie!
W życiu matki takiej jak Jarecka, pełnym rozterek natury wychowawczej, pytań, dla których jest po tysiąc odpowiedzi a każda równie dobra (zła?), w gąszczu wyborów między dobrym, lepszym a równie dobrym, w ogniu poświęceń, w pół skoku z motyką na słońce - błyśnie czasem jak brylant w błocie, jak ryba w stawie, jak oko kota w nocy -
 - ten moment, w którym jasne się staje, że nauka nie idzie w las, że z bogatych zasobów własnych doświadczeń te dzieci dzieciątka konstruują obraz świata sensowny i zasadny, że własnoręcznie plotąc pomost między "wczoraj" a "dziś" mogą antycypować zdarzenia przyszłe nad podziw celnie i wyjść im na przeciw nad podziw roztropnie.

Jaśnie Panicz, nazajutrz po powrocie ze świętowania w rodzinnym J:
 - Mamo... bo chciałbym o coś zapytać, ale nie wiem, hm, jak... bo... możesz się zdenerwować, hm, hm... CO BĘDZIE DZISIAJ NA OBIAD?





...





Przypominam  - miejcie w pogotowiu nową cyferkę! Czwórki są już passe!




30.12.2014

Kombajnem przez Jeżyce. 1

O tym, że w ramach ratowania własnego poziomu czytelnictwa Jarecka przeczytała lwią część Jeżycjady, już Czytelnikom wiadomo.

Gwoli wyjaśnienia i uprzedzenia:
Nie będą to recenzje ani streszczenia, wszelako ten, kto jeszcze nie czytał tomów Jeżycjady od Pulpecji do końca serii musi sam zdecydować, czy chce zawczasu poznać treść tychże za sprawą niniejszego wpisu.
Przedstawiam Wam moje osobiste i luźne refleksje na temat lektury; nie jestem literatem, krytykiem ani polonistą - ot, przeciętny czytelnik.
Jarecką wysłałam na grzyby, bo Jeżycjada liczy wystarczająco dużo bohaterów, by miała się tu plątać jeszcze Jarecka.
Zakładam, że bohaterowie Jeżycjady znani są Czytelnikom DD, toteż nie należy się spodziewać omówień who's who.
Pomysł podsumowania wrażeń na blogu zrodził się raczej później niż wcześniej; nie robiłam w trakcie czytania rzetelnych notatek (nierzetelne - tak), fiszek i podkreśleń, bo trudno notować gdy się smaży placki i czyta jednocześnie.

Gwoli zaś wstępu, pozwólcie, o Czytelnicy, na małą wycieczkę w przeszłość aż do tej chwili, gdy (dwu-? trzy-?) nastoletnia  Jarecka znalazła na bibliotecznej półce książkę z roześmianym rudzielcem. Idę sierpniową - bo ona to była - Jarecka połknęła wielce kontenta a doczytawszy, że jest więcej książek w serii, wróciła do biblioteki po jeszcze, jeszcze, jeszcze! Szósta klepka, Kwiat Kalafiora - jakież to były emocje... Zwłaszcza w związku z Kwiatem kalafiora.
Jarecka i jej ówczesna przyjaciółka od serca Elizandra kochały sie podówczas w pewnym koledze ze szkoły - szatynie o uwodzicielskim wejrzeniu. Zwały go - tak, tak - Januszem Pyziakiem, żeby się inne koleżanki nie połapały o kim mowa nieustannie na ucho i na głos, radośnie i z pąsem. Wyglądał ten Janusz Pyziak dokładnie tak jak na tym obrazku (w prawym dolnym rogu):

Ilustracja z Kwiatu Kalafiora


A pieprzu sprawie niech doda fakt, że pewnego zimowego wieczoru zadzwonił u CałkiemInnych domofon i sam Janusz Pyziak we własnej osobie zaprosił Jarecką na spacer! Była to pierwsza randka w życiu Jareckiej.
Niezbyt udana, dodajmy półgębkiem. Ten Pyziak okazał się niepospolitym nudziarzem. Nie był w stanie podjąć żadnego z rzucanych rozpaczliwie (i litościwie) przez Jarecką tematów. Mówił głównie o swoim bracie, który mając lat dwadzieścia osiem właśnie się rozwodził i Januszek uważał, że to dobrze, świetnie, bo co mu będzie ta dziewczyna życie truć. Czternastolatek tak opiniował, uważacie.
Randka ta nie tylko położyła kres romantycznemu zauroczeniu Jareckiej, poważnie nadszarpnęła też przyjaźń z Elizandrą, niestety.
(Ale, ale - dziękujemy Jarecka, miałaś iść na grzyby. Koszyka zapomniałaś? Naści koszyk i nie wracaj bez grzybów, bośmy tu zajęci)


W czasach nastolęctwa czytanie Jeżycjady zakończyłam na Noelce (przedtem przeczytawszy jeszcze Pulpecję - ot, tak mi w bibliotece wpadały te książki nie po kolei) i niezbyt mi się podobało. Może dlatego, że nie lubię książek, których akcja zamyka się w tak krótkim czasie?
Przez te chronologiczne roszady zawsze wydawało mi się, że to na Noelce zakończyłam czytanie Jeżycjady, toteż w roku pańskim 2014 zaczęłam od Pulpecji.
No i mamy Patrycję, dziewczę piekne, pulchne i bez kompleksów, z planami, z ambicjami i dystansem do swojej zbzikowanej rodzinki. Bardzo mi się ta Pulpa podobała. Znieść natomiast nie mogłam Baltony, który miał irytujący zwyczaj "ujmowania" Patrycji pod brodę. Próbowałam sobie wyobrazić, jak by to miało wyglądać i co bym zrobiła facetowi, który spróbowałby takich rzeczy z moją brodą, i mocno się zdenerwowałam. Przykro mi było patrzeć, jak ta fajna dziewczyna traci rezon przy ujmującym (sic!) Baltonie a już zupełnie zohydziła mi tę postać scena oświadczyn, w której amant przy wszystkich gasi Patrycję chcąc zapewne przypodobać się przyszłym teściom. Oczywiście, uważam, że miał rację chcąc zaczekać ze ślubem, lecz swoją wyrywną narzeczoną mógł uciszyć na przykład kopnięciem w kostkę a nie napuszoną reprymendą.

W ogóle - stwierdziłam przy Dziecku Piątku, kolejnym tomie serii - chłopcy w Jeżycjadzie bywają tacy irytujący. Trudno uwierzyć, że udaje im się w ogóle zawojować jakieś serce. Bo otóż i kolejna obezwładniająca persona płci męskiej - Kozio. Miłośnik teatru - rozumiem. Wyspiańskiego - okeeej... Ale Kozio rozpływający się nad ponadczasowością Wesela to już przesada. Tego nawet najbystrzejszy, najbardziej oczytany czternastolatek ocenić nie potrafi - bo zwyczajnie brakuje mu doświadczenia, które pozwala ludziom dostrzec takie paralele - tylko tego i aż tego. Ja w takiego chłopaka zwyczajnie nie wierzę, to postać z papieru.

Hop na kombajn, jedźmy dalej - Nutria i Nerwus. Historyjka smaczna, w onirycznym sosie, tu Sen nocy letniej, tu barokowa sielanka, jawory, sroki i lata czar, piękna Natalia i chmurny Filip.
Właściwie - Natalia poetyczna. To określenie zostało w odniesieniu do Nutrii powtórzone w Jeżycjadzie tyle razy, ze ilekroć usłyszę słowo "poetyczna" już zawsze będę myśleć o Natalii.
Natalia burzliwie rozstaje się z zaborczym narzeczonym, wraca rozdygotana do domu i póżnym wieczorem zwierza się Gabie lejąc łzy. Gabriela, poważnie chora (zakrzepica), wysyła siostrę na wakacje z własnymi córkami. Taka terapia - rozumiem. Jak człowiek ma dużo zajęć (czytaj: dzieci pod opieką) to mu głupoty nie w głowie. Nutria z Pyzą i Tygrysem wyjeżdżają już nazajutrz. NA - ZA - JUTRZ. Przed południem! Jakim cudem chora matka zdołała przygotować do podróży dwie dziewuchy i ich odklejoną od rzeczywistości opiekunkę ze zranioną stopą w tak krótkim czasie - oto zagadka! I kiedyż zgodziła Bernardów do pomocy w tym przedsięwzięciu?
To, co mnie poruszyło w tym tomie daleko bardziej niż (smaczne, owszem) perypetie miłosne, to sposób wychowania córek Gabrysi. Zaraz na początku dowiadujemy się, że Laura ma na sumieniu pewien występek - zdefraudowała pieniądze z klasowej składki. To, że Gabriela zastanawia sie nad karą wydało mi się naturalne ale zaraz okazało się, iż Laura doskonale wie, że nie zostanie ukarana! Że matka będzie myśleć nad karą i myśleć, ostatecznie jednak sprawa rozejdzie się po kościach. Rozumiem oczywiście, że jak się jest chorym, z zagrożeniem życia, nie karze się chętnie swoich dzieci, wręcz przeciwnie. Niemniej (słuszne) przewidywania Tygrysa, co do tego, że kary nie będzie, podparte są już doświadczeniem. Co gorsza, sprawa tej defraudacji powraca w którymś kolejnym tomie. Wspomina o tym Mila. Reakcja Gaby jest zdumiewająca:"przecież to nie było nic złego!"
Hm. Zdaje się, że etyka poszła naprzód, coś mnie ominęło.
Najzupełniej bezkarnie uchodzi także Laurze upokarzanie siostry. Podczas gdy urażona do żywego Pyza wypłakuje się ciotce, słyszy, że niektórzy już tak mają, że ciągle im trzeba wybaczać, itd., itp., Laura tymczasem nie słyszy ani słowa reprymendy w stylu "sprawiłaś przykrość siostrze, wyobraź sobie, co ona teraz czuje".
To, co w NiN bardzo mi się podobało, to obraz siostrzanej relacji Gaba - Ida. Troska, ironia, miłość, kpinki - wszystko to znam z autopsji i w tym tomie - zaświadczam - wypada to bardzo prawdopodobnie, by nie rzec - prawdziwie.

Nasz kombajn tymczasem zmierza prosto do stacji: Córka Robrojka.
Bardzo przyjemny tom, choć chętnie wycięłabym irytujące monologi Idy, tak ludzkiej w Nutrii..
W charakterze romantycznej pary mamy tu Bellę i Przeszczepa. Ich znajomość zaczyna się od zdumiewającej pogoni wrzeszczącego Przeszczepa za robojkową córką. Tu wyobraźnia mnie zawiodła, przyznaję. Nie potrafię sobie wyobrazić nastolatka goniącego z wrzaskiem za nastolatką! To taki rodzaj podrywu? Zwrócenia na siebie uwagi? Mogłabym złożyć to dziwaczne zachowanie na karb stanu psychicznego Czarka, gdyby nie to, że motyw chłopaka goniącego dziewczynę która mu się podoba (której nie chce okraść, pobić albo co gorsze ;)) powraca w Żabie! Zwykły chłopak, żaden zbój, goni wybrankę a ta ucieka na serio, z obawą, nie są to figle-ganianki od drzewa do drzewa jak to praktykowali Kreska i Jacek Lelujka (Opium w rosole). W życiu czegoś takiego na oczy nie widziałam.
Przeszczep, którego - uprzedzam - bardzo polubiłam (rówieśnik Jareckiej!) zaczytuje się, uwaga! - baśnią o Pięknej i Bestii. Ratunku. Myślałam, że nie zdarzy się już nic bardziej niewiarygodnego niż Maciek Ogorzałka rozkochany w powieściach Stendhala!
A jednak.
Ale! To doskonałe romansidło, mówię bez cienia ironii. Zabierzcie ze sobą na wakacje i urońcie łzę wzruszenia - Córka Robrojka, polecam.
(Zasłonę milczenia spuszczę na wątek Nutrii i dziadzia Robrojka...)


Kombajn zrobił swoje, kombajn jedzie dalej.
Imieniny.
Zapowiadało się cudnie. Do Pyzy pałałam wielką sympatią więc ucieszyłam się, że natychmiast znalazła się dla niej aż trójka adoratorów i to jakich! Chłopaki z krwi i kości, jak jeden mąż, bracia Lelujka. Oto męscy bohaterowie na jakich czekałam. Pikanterii fabule dodawał majaczący w tle prymus Schoppe...
Pierwszym zgrzytem był dla mnie pomysł na spędzenie imienin braci L - trzy dni z rzędu umyślili sobie zabierać Różę na randki, każdy po kolei. Koncept niesmaczny i trudno mi sobie wyobrazić, że dziewczyna tak wrażliwa i rozsądna jak Róża zgodziła się na coś takiego.
(Zaraz zaraz. Co chciałaś, Jarecka? Grzyby ma? Nie? Historię ma na temat? No to dawaj, byle szybko)
Może się to wydać niewiarygodne, lecz dokładnie nazajutrz po pierwszej randce Jareckiej, tej z Januszem Pyziakiem, miała miejsce druga. Druga randka w życiu, z kolegą z klatki. Zupełnie nieoczekiwanie zaprosił on Jarecką na... zgadniecie? Tak, spacer. Chłopak opowiadał szeroko o swoich licznych zainteresowaniach takich jak lotnictwo, muzyka, gra na gitarze - Jarecka też naonczas na gitarze grała, więc był wspólny temat; zresztą kolega ów wypytywał też Jarecką z zainteresowaniem o jej pasje, rozmawiało się niezgorzej i Jareckiej było bardzo, bardzo przykro, gdy musiała odmówić wspólnego wyjścia do kina. A musiała odmówić, bo wiedziała, że nie jest w stanie spełnić romantycznych oczekiwań tego przemiłego chłopaka.

I dlatego właśnie (dziękujemy, Jarecka) uważam, że Róża powinna wyczuć niesmak tej sprawy i jeśli żadnym z Lelujków nie była zainteresowana na poważnie, mogła uciąć sprawę, wymyślić jakieś przyzwoite rozwiązanie.
Ale to oczywiście taki zarzut-nie zarzut, każdy człowiek jest inny i nie ma co dywagować. Ale oto nadciąga porażka Imienin! Prymus Schoppe ni z gruchy ni z pietruchy dosiadł białego rumaka i zaczął gadać niemal wierszem. I już, od ręki - spacer pod gwiazdami, romantyczne wyznania, Różo, będziesz moją, poznaj moją rodzinę, love forever - hop, siup, koniec książki.
Pozostałam z niemądrze otwartą buzią i tak trwam.

Prymusa Schoppe nie znoszę szczerze, mówię od razu.
Jak miło, że w kolejnym tomie niewiele o nim. Jest za to prawdziwy festiwal zdumień, jak dla mnie.

Tygrys i Róża. Splot najbardziej nieprawdopodobnych wydarzeń, z jakimi dotychczas miałam w Jeżycjadzie do czynienia.
Pokrótce - Tygrys samowolnie udaje się do Torunia w poszukiwaniu ciotki.
Mamy późne zimowe popołudnie (czyli - ciemno), Robert Rojek, uosobienie odpowiedzialności, samotny lecz doskonały ojciec, zauważa w obcym mieście córkę najlepszej przyjaciółki. Że od razu się do Laury nie odzywa - jeszcze zrozumiem. Jest jednak na tyle zaniepokojony tym spotkaniem, że postanawia nie spuszczać jej z oka. Widzi, że dziewczę znika w jakimś mieszkaniu, wciąż niespokojny idzie do hotelu - i dopiero o północy przychodzi mu do głowy, że może wypadałoby zadzwonić do matki tego dziecka (14 lat)! Naprawdę, nie przyszło mu do głowy wcześniej, że Gaba może tymczasem szaleć ze strachu o dziecko; jemu, takiemu troskliwemu ojcu, niezawodnemu przyjacielowi z komórką w kieszeni płaszcza?
Chora, gorączkująca Laura nocuje w mieszkaniu ciotki, pod opieką tejże ciotki współpracownicy (dlaczego pani Oleńka nie pracuje pod nieobecność szefowej we własnym domu - kolejna zagadka).
Rano dziecina budzi się i chce zadzwonić do domu. I - dacie wiarę? - Oleńka odmawia, bo połączenia są takie drogie!
W tym momencie trzeba było mnie mentalnie cucić. Padłam na myśl, że moje własne dzieci w fazie sturm und drang mogą trafić na taki koktajl "odpowiedzialnych" dorosłych.
W istnienie osób takich jak Alma Pyziak oczywiście nie wierzę, lecz w pełni uznaję, że dla fabuły konieczne są tak nieskazitelne szwarccharaktery, więc - kupuję. Ponieważ jednak Alma jest bardzo niemiła, pani Oleńka zabiera Laurę do swojego mieszkania, by tam przeczekała te kilka godzin, jakie pozostały do odejścia pociągu do Poznania. W domu pani Oleńki Laura znów zapada w gorączkowy sen a Oleńce - żal budzić, gdy nadeszła pora! Niechże spędzi jeszcze jedną noc w obcym mieście, u obcej osoby!
Tu znów szlag mnie trafił i zaczęłam podejrzewać tę Oleńkę o naprawdę brzydkie rzeczy; w moim odbiorze pozostaje ona psychopatką. Około dwudziestej pojawia się na szczęście dzielny Robert. I znów - już wie, że Laura wyjechała bez wiedzy matki, że ta matka martwi się i czeka na wieści - lecz spokojnie zostaje u Oleńki na kolacji i dopiero dwie godziny później dobywa swej komóreczki by oznajmić, że już jedzie.
To się nie trzyma kupy, to jest jak zły sen.

I na tym pozwolę sobie skończyć na dziś, kombajn trzeba naoliwić, zatankować. Robota czeka.

C.D.N.





PS. Tytuł posta jest parafrazą powiedzenia mojej polonistki. "Kombajnem przez epoki" - tak komentowała powierzchowne wypracowania na dużych, przekrojowych sprawdzianach.

29.12.2014

Na koniec roku o kończeniu, czyli list otwarty do literatów

Rok pański 2014 rozpoczął się głośnym książkowym akordem.
Znaczy się: Jareckie nabyli sobie czytnik. A konkretnie Jarecka dostała od Jareckiego, tuż przed Świętami, za wybitne zasługi w minionym roku :)
Czytnik dla matki karmiącej jest to rzecz nadzwyczaj wygodna! Nie trzeba przewracać kartek, leciutkie toto, rozmiar czcionki można sobie ustawić, jak się czytnik obiadem ubrudzi, można go wytrzeć i śladu nie będzie - no och i ach.
Wszelako. Taka Jarecka lubi książkę przewertować, zanim zacznie czytać. Nieraz - jeśli to nie kryminał - na ostatnią stronę lubi zajrzeć. Zobaczyć, jak rozdziały długie, czy dialogów dużo. A potem, w trakcie czytania lubi sobie wrócić do wcześniejszych scen, bo odbiór może się zmienić, gdy się wie "co było dalej". Z tych upodobań nawet sobie Jarecka nie zdawała sprawy, dopóki nie zaczęła czytać książek w czytniku.
Trudno więc się dziwić, że koniec końców czytnik zamieszkał w torbie Jareckiego.
Książki się teraz drukuje wielkie jak encyklopedie - jak czytać toto w autobusie, jak w torbie zmieścić?
Ostatecznie, w wybitnych zasługach Jareckiej z roku 2013, Jarecki, jak wiadomo, miał udział.

Ale do rzeczy.
W związku z czytanymi a nawet przeczytanymi w roku 2014 książkami, Jarecka ma odezwę!

Drodzy Literaci!
Kończcie swoje książki!

Weźmy takiego Tyrmanda, Leopolda.
Że Wędrówki i myśli porucznika Stukułki nieskończone, to Jarecka wiedziała już zaczynając książkę, więc dla równowagi nie skończyła nawet tego, co mistrz skończył nie kończąc.
(Drodzy Czytelnicy! Może Wy macie ochotę dokończyć za Tyrmanda? Jest konkurs <TU> pieniędze i sława w nagrodę)
Tyrmand nie skończył Stukułki bo stracił doń serce, zresztą wziął się wówczas intensywnie za Dziennik 1954 i wszyscyśmy dobrze na tym wyszli. Że Dziennik nieskończony - nikogo nie razi - trudno, żeby pisał tak wyczerpująco dzień w dzień do końca życia. Kiedy by miał czas na życie?

Nie dokończywszy czytania Stukułki Jarecka wzięła się za Filipa wiele sobie po lekturze obiecując, głównie ze względu na elementy autobiograficzne - bo te zawsze wychodzą literatom najlepiej. Nic a nic by się Jarecka nie zawiodła gdyby mistrz zechciał skończyć. Powieść dosłownie urywa się. Tak jakby autor się znudził - kropkę postawił, ale tak bardziej dla świętego spokoju. Ani światła na sprawy zaprzeszłe bohatera, ani rozstrzygnięcia tych bieżących - trochę się Jarecka czuje zlekceważona mistrzu Leopoldzie, niech Ci amerykańska ziemia lekką będzie.
(Opowiadania tegoż autora pomińmy. Może Jarecka jest za prosta i nie rozumi)

O uciętym w pół zdania Poskramianu demonów było? BYŁO.

Alice! Munro!
A pani czemuż nie kończysz? Twoje opowiadania to jak wstęp do pasjonującej powieści, ale co było dalej? Albo: co wydarzyło się wcześniej? Jaka to roamntyczna historia przydarzyła się komiwjażerowi (Komiwojażer Braci Walker)? I więcej proszę o jego żonie, postaci tak żywo nakreślonej.
Piszże pani powieści! Człowiek ledwie językiem mlaśnie a już koniec lektury.


Drodzy Literaci! (Ci, co dla odmiany kończycie)
Kończcie W PORĘ!

Weźmy mistrza Tołstoja, Lwa.
Po lekturze tego wpisu KLIK u Królowej Matki, Jarecka zdała sobie sprawę, że nie tylko nie obejrzała nigdy żadnej z licznych ekranizacji Anny Kareniny, ale nie przeczytała nawet tejże powieści! Nie mogłoby to dziwić żadną miarą, gdyby nie to, że obudzona w środku nocy Jarecka zapytana o czym jest Anna Karenina, wyrecytowałaby bez aszybki, że to o kobiecie, która zakochuje się do szaleństwa, porzuca męża i kończy tragicznie, rzucając się pod pociąg.
Jarecka postanowiła nadrobić to niedopatrzenie i zabrała się za lekturę.
Z wypiekami na licu połykała dzieło cmokając z zachwytu: jaki ten Tołstoj obserwator, jakie postaci wykreował, ileż emocji, ileż odcieni! Prawdę mówiąc, daleko bardziej niż losy wiarołomnej Anny interesował Jarecką wątek Lewina i Kitty. Sam Wroński wydał się Jareckiej obrzydliwy, toteż gdy czytnik wskazał, że koniec lektury blisko, a Anna, świeżo po urodzeniu nieślubnej córeczki zaczęła zdradzać objawy obłędu, Jarecka zatarłszy ręce jeszcze przyśpieszyla tempo czytania oczekując rychłego końca. Wszystko, absolutnie wszystko zmierzało prostą drogą do finału. Lewin i Kitty wyznali sobie miłość, nieszczęsny Karenin zyskał satysfakcję, Wroński dostał po nosie (szczegółów nie będzie - a nuż ktoś nie czytał a zamierza). Jarecka zamarła w oczekiwaniu chwili, kiedy to Karenina wdzieje palto i ruszy na stację kolejową, i... nastąpił koniec.
Koniec tomu pierwszego - powiedział czytnik.
Jarecka pomyślała, że to żart. To niemożliwe, żeby coś jeszcze z tej historii udało się udoić.
Mrugała, przecierała oczy, otrząsała się, szczypała - ale istnieniu tomu drugiego nie dało się zaprzeczyć.
Jarecka poczęła tedy brnąć w ciąg dalszy. I jak pierwszy pochłonęła nie wiedzieć kiedy, drugi czytała.
I czytała.
I czytała.
Po tygodniach męki uznała, że może to wina nośnika i wypożyczyła z biblioteki księgę z papieru, jak się należy.
I nic.
Nic już nie wydawało się Jareckiej ciekawe - ani dalsze losy Anny i Wrońskiego, ani Lewinów, ani nawet wątek Koznyszewa i Warieńki; nie mówiąc o polityce, którą Tołstoj uparcie wypychał w światła rampy.

Jarecka porzuciła lekturę nie skończywszy i kończyć nie zamierza.
(Nie zamierza też oglądać ekranizacji - tej najnowszej głównie ze względu na Keirę Knightley, której osoba zupełnie, zdaniem Jareckiej, do kostiumu nie pasuje. Nie pokusi się też obejrzeć wersji z Sophie Marceau, która zdaje się być za delikatna do roli Anny; za to Sean Bean jako Wroński mógłby bez trudu przekonać Jarecką, że hrabia wart był grzechu, nawet takiego, jak samobójstwo)



A są i tacy literaci, co w ogóle nie mogą skończyć.
I takim trzeba powiedzieć po prostu: Kończcie NAPRAWDĘ!

Taka Jeżycjada, na przykład - końca nie widać.
Zdesperowana bilansem niedokończonych książek Jarecka sięgnęła po ten pewnik. Wrażeniami z lektury (ukończonej aż po Wnuczkę do orzechów!) podzieli się wkrótce.






20.12.2014

*

Ostatnie dni zlały się Jareckim w jedną szarą, grząską kałużę, pełną pomiarów temperatur i załamywania rąk nad ich wynikami, płukania misek i wiaderek po wymiotach, odmierzania lekarstw, inhalacji i macania czół.
Gdzieś tam zaczynały się dni, gdzieś noce, ale kto by dał za to głowę.


Gdyby zapytać siostrę Jareckiej, Drumlinę, o najpiękniejsze Boże Narodzenie w życiu, opowiedziałaby Wam historię samochodu zepsutego w Wigilię, w trasie, podczas driving home for Christmas. Przed Drumlami zostało jakieś trzysta kilometrów, za nimi sto. Po prowizorycznej naprawie auta zdecydowali się wrócić do siebie, do zimnego domu i pustej lodówki. Na jakiejś stacji paliw nabyli nieco słodyczy, mieli przy sobie prezenty dla małych wówczas dzieci, i tak, bez sałatek uszek i barszczu spędzili Święta, zanim przybyła odsiecz, owa góra do Mahometa.

Szwagier Dąbek, jedyny szwagier Jareckich po mieczu, zapytany o to samo, wspomni dwie wieczerze, w tym jedną spędzoną przy stole pełnym kapusty. W progu stały już walizki zapakowane na wyjazd do rodziców; ponieważ jednak Trójka z Jarecką zaległy w szpitalu, Dąbkowie zdecydowali się towarzyszyć Jareckiemu i reszcie jego przychówku w tych niezwykłych okolicznościach (dlaczego kapusta? To proste - resztą zajęła się Mama Jarecka w odległym J).
Sama Jarecka też dobrze wspomina tamte Święta, choć szpital fatalny, opieka w czasie świątecznym raczej pobieżna, no a tej kapusty nawet nie spróbowała, bo karmiąca była.



Co zostanie, gdyby obrać Święta z choinek, cocacolowych Mikołajów, zedrzeć zeń girlandy światełek, zwinąć ze stołu tradycją uświęcone menu wraz z obrusem i zmieść z blatu sianko? Schować prezenty i odświętne toalety? Gdyby nawet zamknąć radio z kolędami i pastorałkami, co zostanie?

Tego właśnie Wam życzę.





Tegoroczna szopka w wykonaniu JP&Sisters

18.12.2014

Liryka, epika i dramat

Kurytna idzie w górę.
Raczej na boki - jedną z pierwszych czynności każdego dnia jest dla Jareckiej rozsunięcie zasłon w kuchni. Zasłonki w kwiatki, konewki i ślimaki.
Podczas gdy Jarecka wykonuje ten zamaszysty ruch, pan Gołąbek wspina się po schodach na swój ganek. Staje wolno przy barierce i rozgląda się po świecie a świat odbija się w jego twarzy.
Dopóki Pan Gołąbek hodował gołębie, dzień zaczynał od witania się z nimi. Jak Święty Franciszek stawał wsród ptactwa, wkładał palce do garnka z wodą i lekko wychlapywał wodę. Gołębie skakały z radości, przytupywały i tańcowały, pan Gołąbek się cieszył a Jarecka przyglądała się tym misteriom zza zielonej zasłony lipy.
Gołębie zniknęły ale pan Gołąbek nadal zaczynał każdy dzień od swoistej słonecznej pieśni. Stawał na ganku, przymykał oczy i uśmiechał się do świata; czy deszcz, czy mgła, czy słońce.

Dziś rano jak zwykle wdrapał się na ganek i stanął przy poręczy.
Zanim jednak podniósł oczy ku niebu, zasłonki w oknie naprzeciw niego rozsunęły się i ukazała się w nich gęba Jareckiej.
Pan Gołąbek speszony wszedł do domu.


Czy Jarecka, ciesząc się na widok lewitującego za kuchennym oknem majstra z piłą elektryczną spodziewała się, że oto ruguje on z jej codzienności ostatni kawałek poezji?


...


Jaśnie Panicz otwiera oczy i widząc swoją matkę w fotelu z kubkiem kawy wita się w swoim stylu:
- Wyobraź sobie budynek 17-piętrowy. Na którym piętrze powinienem stać, żeby mieć pod sobą trzy razy tyle pięter co nad sobą?
Jarecka przewraca oczami i wychodzi, bo doprawdy! W okno pogapić się nie może, posiedzieć bezmyślnie - też nie. Poranki dlatego są takie piękne, że imaginacja budzi się chwilę później.

Tymczasem w NASA uznali, że Jaśnie Panicz jak najbardziej nadaje się do wystrzelenia w kosmos i w poniedziałki spokojne, poniedziałki wesołe przybyło Jareckiej atrakcji; takich mianowicie, że podczas gdy pierworodny radośnie łopocze w wirówce, ona musi zorganizować zajęcie trójce swoich dzieci w ciasnym korytarzu pełnym stojących otworem schodów.
Przez półtorej godziny!

Lecz oto Opatrzność, w rodzinnym mieście Jareckiej zwana także Opacznością (o czym świadczy stuletnia stela, gdzieś miałam zdjęcie...) pochyliła się z troską nad Jarecką i w tymże ciasnym korytarzyku postawiła kobietę z dzieckiem, a twarz tej kobiety była znajoma.
Kobieta spojrzała na Jarecką i rozpromieniła się.
Bij zabij, skąd ja ją znam? - pomyślała w popłochu Jarecka.
Jednocześnie podświadomość doszła do głosu i własnemu zaskoczeniu Jarecka przybrała ton serdeczny i poufały; kobieta zaś zachowywała się podobnie, wyraźnie nie mając wątpliwości co do tożsamości napotkanej.
Nie przerywając swobodnej pogawędki, Jarecka usiłowała uporządkować fakty. Znam człowieka. Na stopie koleżeńskiej, bez wątpienia, wszak tyknęłyśmy sobie jak najbardziej naturalnie. Te rzęsy jak szczotki. Ten z lekka świszczący głos. Tym głosem raczej nie prawiono o wyższości podgardla nad boczkiem w pasztecie, więc to nie babka sklepowa. Czyśmy razem pracowały, miały dzieci w tym samym przedszkolu?
Jarecka, raz po raz nazywana przez rozmówczynię po imieniu zaczęła popadać w cichą rozpacz. Roboczo ustawiła sobie tę sylwetkę na tle przedszkola na Przedmieściu, gdzie pracowała kilka lat, lecz żadne imię, ani żadne wspomnienie stamtąd z udziałem tejże osoby nie przychodziło jej do głowy.
Zapytać skąd się znamy?
Po kwadransie radosnych rozhoworów??

- A w przedszkolu teraz kiepsko - wyznała wreszcie tajemnicza znajoma (jeden kamień z serca - łup!) - zwolnienia. Całe szczęście, że byłam w ciąży, to mnie ominęło.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się i przerwano rozmowę wywołując koleżankę z pracy do gabinetu.

Do dziś Jarecka nie wygrzebała z archiwów pamięci imienia tej osoby. i trwa w rozpaczy nad rozmiarem czystki w swojej bazie danych.

Można się załamać.
Lub wmówić sobie, że się kroczy drogą Iris Murdoch ;)


7.12.2014

Pierwsza ćwiartka


Oto tegoroczny czasoodmierzacz adwentowy.
(Wieńce ze świecami są już passe, nie wiedzieliście?)
Copyright by Jaśnie Panicz.



Jeśli chodzi o adwentowy kalendarz, Jarecka, mądrzejsza o ubiegłoroczne doświadczenia tak skomponowała listę zadań, żeby było z sensem i... nie tak absorbująco.

Cały pierwszy tydzień upłynął pod znakiem Robótki.








(Miejmy tylko nadzieję, że w Niegowie lubią zimę. Jarecka na własne oczy widziała życzenia "długiej zimy")

I dla Was też najlepszego na kolejny tydzień!


6.12.2014

Grudniowe frustracje

- Nie chcę iść do przedszkola - wije się Czwórka - ciągle tylko próby i próby!
Jarecka wzdycha ze zrozumieniem lecz bezlitośnie kontynuuje przygotowania do wyjścia.
- Męczy mnie! - Czwórka wybucha żarliwie - męczy mnie ta rola!


Czwórka w jasełkach zagra anioła.



...



Trójka, z rezygnacją: - Zosia jest chora i znowu będę siedziała przy obiedzie z samymi chłopakami. I znowu będzie tylko mańkraft i mańkraft!



...



Frustracje Jaśnie Panicza mają charakter permanentny i noszą etykietę "znak czasu".
- CIĄGLE MACIE DO MNIE O COŚ PRETENSJE!

(Niedobre Jareckie! Śmieją się na takie dictum bezczelnie, tulą Jaśnie Panicza i mówią: mój mój mój syneczek! Co doprawdy, wkurza człowieka jeszcze bardziej)



...



A Jareckiej, na ten przykład, nic nie wyprowadza z równowagi.

Co samo w sobie brzmi niepokojąco.

1.12.2014

Poduszka z krokodylami

Zdaje się, że niektórzy czekali na poduszkę z krokodylami?




Czwórka czekała prawie pół roku ani na jotę nie modyfikując swojej wizji: poduszka. Żółta. Z krokodylami.
Zupełnie inaczej miała Jarecka - przemełła w głowie dziesiątki pomysłów i wciąż nie mogła się zdecydować, czy poduszka ma mieć kształt krokodyla czy wzór, krokodylą aplikację czy całkiem patchworkowy awers.
Cugle rozpasanej wyobraźni (oraz szmirowatym zapędom Jareckiej, która roiła już całą nilową scenografię) narzucił  - po pierwsze - fakt zakupu przepięknej krokodylej materii. Stało się wówczas jasne, że nie należy wzoru nazbyt ciąć, gdyż w masie swej prezentuję pełnię uroku.
Drugim czynnikiem okazała się sama Czwórka, która nieoczekiwanie zastrzegła: żadnych aplikacji, koralików i rantów. Ponieważ, cna mamusiu, kolczyki haczą się o takie ustrojstwo.

Nie pozostało więc nic innego, jak najprostsza na świecie poszewka - Nil pełen krokodyli i złote piaski Egiptu.
W akcie desperacji Jarecka pozwoliła sobie tylko na ozdobną stębnówkę.





Z tyłu nie ma żadnych zapięć, poduszkę wsuwa się... (czy to się jakoś specjalnie nazywa?)

PS. W czasie sesji Piątek, który czekał już ubrany do wyjścia - Jarecka w ostatniej chwili zreflektowała się, że jak wróci do domu będzie już ciemno - odczuł przemożne parcie na szkło. Przeganiany z planu próbował upodobnić sie do elementów scenografii.




Najbielsze kruki

OLGA znów buduje WIEŻĘ.
To skłoniło Jarecką do refleksji nad zawartością deszczowodomowej biblioteczki.
Było już o tym TUTAJ i zasadniczo wygląd półek z książkami dzieci się nie zmienił; zawartość - owszem. Głównie za sprawą eksplozji czytelnictwa wśród dziewczynek; pojawiły się pozycje typu czytam sam - z dużą czcionką i nieskomplikowanym tekstem.
Także destrukcyjna działalność Piątka odbija się - dosłownie - na kształcie księgozbioru.

Ale dziś nie o tym, a o białych krukach w Deszczowym Domu.
Tych książek nie trzyma sie na regale w pokoju dzieci lecz na najwyższej półce osobistej szafy Jareckiej.

Jarecka ma takie wspomnienie - zeszyt w kratkę a w nim, starannym pismem Mamy CałkiemInnej wypisany wiersz Na straganie. Mama ozdobiła tekst rysunkami owoców i warzyw - wszystko to widziało się małej Jareckiej nadzwyczaj pięknym!
Zaczęło się od tego, że w książce przyniesionej z biblioteki mała Jarecka szczególnie upodobała sobie wiersz o kłótni warzyw. Takim uczuciem zapałała do tego utworu, że wkrótce umiała go na pamięć - niestety, nadszedł czas, by książkę zwrócić do biblioteki. Czasy były, wiadomo, mało sprzyjające konsumentom i niekoniecznie można było kupić to, co się chciało. Mama CałkiemInna wzięła więc zeszyt, długopis, poleciła córce: dyktuj! - i odtworzyła dla niej ulubiony wierszyk. Plus ilustracje we własnym, staranno - pedantycznym stylu.
Tamten zeszyt się nie zachował.

Na najwyższej półce swojej szafy ma Jarecka jednak inny cenny egzemplarz, jeszcze starszy.
Ciocia Jareckiej weszła w szlachetną rolę kopisty i skopiowała utwór Na Jagody z ilustarcjami Jana Marcina Szancera (wygląda na to, że wydanie to było trudno dostępne, rodzina CałkiemInnych zaś - rozmiłowana w ilustracjach Szancera!)

Około czterdziestu lat liczy sobie ten wyjątkowy egzemplarz.








Ale to nie wszystko!
Poniższa pozycja liczy sobie ćwierć wieku i w całości jest dzieckiem Jareckiej. Tekst i ilustracje: Jarecka.
Wigilijna historyjka o ludziku Hubim, który wędruje po choince i zapoznaje się z jej ozdobami (albowiem choinka zawsze rozpalała do czerwoności wyobraźnię Jareckiej!)
Powiedzmy sobie szczerze i bez fałszywej skromności: głupiutkie, ale całkiem zręcznie opowiedziane - co Jarecka, jako matka dziesięciolatka, autorytatywnie potwierdza.





Macie takie skarby?



Więcej o radosnym książkopisarstwie dla własnych dzieci było TUTU oraz mimochodem TU




28.11.2014

Wielka robótka, sowy i oczka rakowe

Pierwsza rzecz: robótka dla wszystkich!
Kliknijcie koniecznie w czerwony znaczek w prawym górnym rogu (mobilni mogą kliknąć TU) przeczytajcie i do dzieła!
W Deszczowym Domu robótka ta jest wpisana w kalendarz adwentowy, zaraz w pierwszych dniach. Weźcie pod uwagę, że poczta przed Świętami rządzi się swoimi prawami. Zresztą, lepiej nawet późno niż wcale. Czyż dostawanie listów i prezentów nie jest ekscytujące ZAWSZE?


...


A poniżej najnowsza robótka z sygnaturą DD.
Gdyby jeszcze kiedyś Jarecka miała przyjąć zamówienie z terminem realizacji na "za dwa tygodnie" każdy, kto czyta niniejszy wpis zobowiązany jest w sumieniu wybić to Jareckiej z głowy.
Pierwszy tydzień zajęło wybieranie wzoru, opracowywanie go (wszak wydać 6 dolarów na gotowy wzór to hańba dla takiej Jareckiej, czyż nie?), czekanie na zamówione nici i nabywanie minky.

Potem było już przyjemniej lecz niestety, dzieci zgodnie odmawiały ugotowania zupy, Piątek oznajmił, że cztery drzemki dziennie to przesada, pani świetliczanka nie zgodziła się objąć nocnych dyżurów w szkole a zdrajca Jarecki po powrocie z pracy późną porą szedł spać zamiast łapać za odkurzacz.
Koniec końców nie wystarczyło czasu na uczciwą dokumentację foto i niezmiernie to przykre, że prezentowane zdjęcia (jedyne zresztą przedstawiające ten kocyk) są tak marnie oświetlone.



Oprócz frajdy wynikającej z mierzenia się z nowym wzorem Jarecka doznała też satysfakcji z gatunku "nauczyłam się czegoś nowego".
Ta nowa umiejętność to oczko rakowe.

Oczka rakowe to nic innego jak półsłupki robione w innym kierunku.

Klasyczne wykończenie półsłupkami przebiega od prawej do lewej, o tak:


A w przypadku oczek rakowych - odwrotnie.
Na początku trudno się przyzwyczaić i zapanować nad plączącą się nitką, ale efekt wart zachodu.



Miłego weekendu!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...