30.05.2015

Keine Grenzen

Z Deszczowego Domu do szkoły na Zaogoniu jest jakieś dwa kilometry.
Dość daleko.
Nawet zakładając, że włączenie się do ruchu (skręt w lewo!) przed ósmą rano trochę potrwa, i że na przejściu dla pieszych będzie czerwone światło, dojazd do szkoły samochodem nie trwa dłużej niż pięć minut.
A są takie matki, co mieszkają jeszcze dalej i nie jeżdżą samochodami.
Serce się Jareckiej kraje, jak te niebogi czy mróz czy deszcz ciągną do szkoły/przedszkola swoje dzieci. Same będą musiały jeszcze wrócić do domu i po kilku godzinach powtórzyć tę przechadzkę.
Jarecka ochoczo podwozi, a jeśli w drodze "tam" ma jeszcze wolne miejsca, zabiera dzieci, matki odsyłając nazad, jak jaki Król Olch, ale taki dobry.

Jednej wszelako matce, jak sądziła, nie może pomóc.
Mama Christiny przyjechała z Madagaskaru i kilka razy Jarecka była świadkiem jej nieudanych rozmów z personelem przedszkola. Trójka twierdzi, że Christina też nie mówi po polsku, choć raz podobno słyszano jak powiedziała: "szesnaście". I jak tu powiedzieć: "może panią podwieźć, jadę w tę samą stronę" - żeby być zrozumianym? A Christina, jak się zdaje, mieszka naprawdę daleko; dwa razy Jarecka widziała jej mamę idącą zamaszystym krokiem w kierunku Zaogonia pięć kilometrów od przedszkola! Pięć tam, pięć z powrotem i jeszcze raz, tam i nazad. Strrrasznie dużo. Czasem Christina jedzie na rowerze a matka gaopuje za nią nogami.


Pewnego dnia Jarecka przyszła po Trójkę akurat w chwili, gdy i mama Christiny zgłosiła się po córkę. Wpadła jak burza, wraziła kudłatą głowę do sali i ryknęła: Christinaaa! Ubrana była nadzwyczaj starannie i wyraźnie dokądś się spieszyła.
- Sibko, sibko - ponaglała.
Jarecka nadstawiła uszu - wszelki duch! - polska mowa!
- Jedziemy - na ulica - Lubelska - recytowała kobieta.
Ach - rozpłynęła się w duchu Jarecka - więc jednak coś mówi po polsku! Co za dzielna kobieta! Z takim poświęceniem prowadza dziecko do zerówki i jeszcze sama tak się pięknie asymiluje!
- Żółty, pomarańczowy, niebieski - skandowała mama Christiny zupełnie jakby powtarzała lekcję - żółty, pomarańczowy niebieski. Sibko sibko - i już mknęła ku drzwiom ciągnąc za sobą dziewczynkę.
Ach - Jarecka trwała w zachwycie - teraz już się dogadamy. 
- Żółty, pomarańczowy niebieski - dobiegły ją jeszcze słowa z przedsionka - kurwa, cholera, spierdalaj.



No. Teraz to już na pewno się dogadamy. 


29.05.2015

Jak patologia, to patologia

Huczą internety, że Jarecka wygrała gazety
i nie bez kozery, bo aż dwadzieścia cztery!

(A jeśli jeszcze się nie pochwaliłam, że w świerszczykowym konkursie u BEBE zgarnęłam pierwszą nagrodę, to tylko dlatego, że wciąż odczuwam pewien rodzaj zażenowania, że stateczna matrona, żona jednego i matka pięciorga, a nawet wychowawca młodzieży, skleja sukienkę z gazety i strzela sobie w niej selfie przed lustrem. Sami powiedzcie. Niemniej - alleluja i do przodu, warto było - jupi!!!)


Tyle w temacie hot niusów, naści teraz odgrzewane kotleciki:



***



Zaczęło się niewinnie, tak jak zwykle; mały Adolfik też przecież nie wyskoczył z brzucha matki ryczącym hegemonem.

No więc zaczęło się tak, że Mario Nowak w swoim sklepie postawił na ladzie gigantyczny słój pełen kukułek.
Było to doskonałe marketingowe posunięcie.
Jarecka, która wpadła tylko po bułki, natychmiast tych kukułek zapragnęła. Zapragnęła, wyszła i zapomniała; przypomniało jej się dopiero pod koniec drugiego z rzędu Tygodnia Samotnej Matki. Mając do wyboru - ucieczkę w świat, napojenie dzieci makowiną lub zrobienie sobie jakiejś przyjemności - wybrała to ostatnie, aczkolwiek ucieczka w świat długo walczyła ze zwycięską opcją o prym.
Przypomniało się Jareckiej, że Szwagierka Dąbek ma cud-maszynę, która sieka, miesi i gotuje, nakrywa do stołu, kupuje świeże kwiatki i serwuje - ! - likier z kukułek.

Włożywszy ciemne okulary dla ukrycia szaleństwa, Jarecka zapakowała dzieci w samochód, zakupiła kukułki tudzież inne tajemne ingrediencje i pojechała wprost do Dąbków, ku cud-maszynie, która miała ją obdarzyć chwilą przyjemności.

Jaśnie Panicz, zapalony kucharz i zapalony majsterkowicz, na widok pichcącego ustrojstwa doznał ekstazy i zgłosił się na ochotnika do obsługi tegoż.

I tu Jarecka popadła w stupor.
Albowiem wydało jej się niestosownym, żeby syn miał matce sporządzać napój alkoholowy.
Wypowiedziała więc głośno swoją wątpliwość, lecz nie miała serca pozbawiać dzieci atrakcji, za jaką uważały przyglądanie się pracy cud-maszyny i wraz ze Szwagierką przystąpiła do dzieła. Po skończonej pracy cud-maszyna poinformowała, że likier można przechowywać w lodówce przez kilka dni, dziękuję, smacznego.

Jarecka popadła w kolejny stupor, bo sądziła, że ta litrowa karafeczka będzie jej dostarczać przyjemności przez kolejne kilka tygodni - jak to: kilka dni? Nie da rady, żadną miarą, nawet zakładając, że Jarecki kiedyś wróci z pracy i dołączy do libacji.
Wieczorem, w domu, okazało się, że trunek jest boski, choć wciąż nie aż tak, by w pojedynkę zutylizować go w kilka dni. Złożyło się jednak szczęśliwie, że jedna z koleżanek w najbliższą niedzielę świętowała okrągły jubileusz. Jarecka wzięła butelczynę na przyjęcie i uraczyła towarzystwo. Likier zrobił furorę a jedna z koleżanek, Mecenaska, przyznała się, że i ona ma cud-maszynę; uradzono tedy kolektywnie, że na najbliższą okazję to ona przyrządzi kukułkową miksturę.

Najbliższa okazja, garden party u znajomych, nadarzyła się już po dwóch tygodniach. Tym razem to Jareckiej przypadła rola kierowcy, którą to fuchą Jareccy dzielą się zazwyczaj w zależności od tego, jak daleko od domu odbywa się impreza.
I teraz uważaj Czytelniku, jak niewinnym krokiem nadchodzi upadek obyczajów, jak niepostrzeżenie mała skaza przechodzi w zgniliznę!
Między karkówką a tortem Mecenaska napomknęła mimochodem, że likieru nie przywiozła bo mąż ją zwiódł, że niby trunek za gęsty, dolała wody i to-już-nie-to, wzruszono ramionami i rozmowa potoczyła się w innym kierunku, jednakże...


Wieczorem, kiedy rodzina zapakowała się już do samochodu na drogę powrotną wraz z pustą tacą po cieście i przydziałem resztek z grilla, i gdy dzieci odnotowały, że to mama siedzi za kierownicą, kalejdoskop w kolorowej głowie Dwójki złożył elementy w zaskakującą całość.
- Mamo, jakie ty masz SZCZĘŚCIE. Ty prowadzisz, a ciocia akurat nie przywiozła likieru!



No co, może nie szczęście? :)
No to chlup!


28.05.2015

Z gulą w gardle

To, co lubię w blogosferze, to pewna czasowa obsuwa w stosunku do rzeczywistości.
Nie ma gorrrących fejsbukowych postów, które przeterminowują się po kwadransie.
Rzeczy zdążą dojrzeć, obrosnąć w puentę i oddalić się na dystans, z którego można oglądać je bezpiecznie; oglądać, opisywać. Widać paralele i paradoksy a nawet szczegóły wcześniej zupełnie niedostrzeżone.


W Deszczowym Domu mamy na przykład Dzień Matki.
A na tę okazję klasa Dwójki przygotowała przedstawienie.
Co ja się mam z tymi przedstawieniami! Zimą Dwójka zażyczyła sobie stroju biznes woman - ot, taka rola jej przypadła. Elegancka matka otworzyłaby szafę i wdziała dziecku własny żakiecik, ale co miała zrobić ta mniej elegancka...?
Uszyła. Ołówkową spódnicę rozmiar 130 i narzutkę z kołnierzem z lisa - bo ta bizneswoman miała stać przed centrum handlowym, więc zimno.
Na następne przedstawienie narządziłam strój kury.
Oraz ryj świni i mordę krowy, dla dwójkowych kolegów.
Powinnam więc być zadowolona, że tym razem trzeba było po prostu na niebiesko.


Uszyłam Dwójce niebieską sukienkę, bardzo podobną do własnej i wyglądałyśmy prawie jak mama i córka ;)
Rozetki na mojej sukience mają wielce utylitarną funkcję - zakrywają nieodgadnionej proweniencji plamki. Dopiero, jak uheklowałam te kilka rozetek i starannie przyszyłam, przyszło mi do głowy, że nie spróbowałam prania z Vanishem... Naprawdę, dość trudno być Jarecką, mistrzynią wyważania otwartych drzwi.




Moją kreację uzupełniały korale z filcu - te wyżej zrobiła Dwójka, te niżej Czwó...panie od Pszczółek. Na sali gimnastycznej, gdzie w iście kawiarnianych warunkach odbywało się dniomatkowe przedstawienie okazało się, że także Roma Sienkiewicz i Mariola Jagiełka, czyli kwiat zaogońskiej wielodzietności zrobiły się "na Wasiuczyńską"KLIK - bo też mają dzieci w Pszczółkach!


Ale do rzeczy.

Jest taka piosenka. Cudownie przewrotnie o tym, że chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, spełnione i żeby inni uwielbiali je i podziwiali tak, jak my. I że one i tak mogą wybrać same, i że to też jest wspaniałe.
Głos Ewy Bem ma w sobie taką moc, że jak ona śpiewa, w głębi mnie coś rezonuje i daję głowę, czerwone krwinki zaczynają swingować a ciemne zakrętasy mózgu wypełniają się światłem.

Nie udaje mi się TEGO słuchać bez uśmiechu i guli wzruszenia w gardle.
Z dedykacją dla moich dzieci :)




24.05.2015

Cliffhanger


Wieczór.
Zewłoki Jareckich zalegają w łóżku. Jarecka próbuje czytać, Jarecki zasnąć - jedno i drugie udaje się połowicznie, gdyż Jaśnie Panicz, usposobiony gawędziarsko, zapragnął rozmowy.
Zagaja w swoistym stylu:
- A wiecie, jak działa dzwonek szkolny?
- No jak - pyta zrezygnowany Jarecki, bo Jaśnie Panicz umiejętnie zawiesił głos i nie sposób w milczeniu doczekać ciągu dalszego.
- Elektromagnes... - Jaśnie Panicz znów robi pauzę.
Zalega cisza. Jarecki w napięciu oczekuje, Jarecka - która jednak częściej ma przyjemność konwersować z synem - nie.
Wreszcie Jarecki nie wytrzymuje:
- No i co?
- Co: co? - pyta zdumiony Jaśnie Panicz.
- No, elektromagnes...
- Jaki elektromagnes??
- No zacząłeś coś mówić. Dzwonek w szkole. Elektromagnes.
- Aha - mruczy rozbawiony Jaśnie Panicz z niedowierzaniem - hm. Pomyślałem przez chwilę o czym innym i zupełnie zapomniałem, co chciałem powiedzieć.

Wtenczas stało się coś dziwnego. Poduszki rzuciły się Jareckim na twarze.
Poduszka Jareckiej zaczęła się trząść, a ta Jareckiego mamrotać rozpaczliwie: "cała mama, cała mama..."

22.05.2015

Jeszcze o korzyściach z podróżowania

Osoby: Mama CałkiemInna i Jarecka.
Czas: po powrocie Jareckich z weekendu, kiedy to Mama CałkiemInna zajmowała się wnukami.
Miejsce: wiadomo.

KLAPS

MC: Jaki ten Piąteczek jest wspaniały! Jak on pięknie je! Co ma zjeść to zje, a jak ma dosyć, to jasno daje znać, że już nie będzie jadł!
J:  Ee... Ale mamo, on zjada pół porcji a resztą, razem z talerzem, rzuca o podłogę...
MC: No właśnie! To znaczy, że już się najadł!


Warto podróżować. Człowiek sie języków poduczy.

19.05.2015

Wiosenne hity na Zaogoniu

Dzieje się na Zaogoniu.
Gdzie się człowiek nie obróci, tam się dzieje.

Tuż przed Wielkanocą okazało się, że sąsiedzi z góry się wyprowadzili.
Zaskoczeni byli nie tylko Jareccy, ale i właścicielka mieszkania, Pani Nastorka. Seba i jego żona Marlenka wyjechali na Święta do rodziny a nazajutrz wrócili po meble; próbowali wynieść je pod płaszczami.
Cała ta sprawa zatrzęsła Deszczowym Domem. Nie dlatego, żeby Jarecka szczególnie żałowała tych akurat sąsiadów. Przez pięć lat pożycia jak Paweł z Gawłem nie udało jej się nawet przejść z Marlenką na "ty", co brzmi zapewne nieprawdopodobnie, lecz jest prawdą. Lata świetlne temu, gdy Jarecka była jeszcze w ciąży z Czwórką i roiła, że wkrótce wróci do pracy, Danuta mówiła: "Jak będziesz chciała, Marlenka zajmie ci się dzieckiem, tak jak moim Wojtusiem się zajęła, jak skończył mi się macierzyński."
I Jarecka zerkała sobie z balkonu na Marlenkę jak na potencjalną nianię - jak Marlenka wysiada z samochodu z własnym synkiem, słuchała, jak do niego przemawia, wąchała papierosy zapalane nerwowo ledwie drzwi samochodu zatrzasnęły się za tą nianią in spe i widziała, że ta Marlenka nie dla jej dzieci.

No więc nie o to, że Sebów szkoda, ale że znów przez kilka dni nosiła Jarecka na plecach swój własny lokatorski los, ten kamień, który nie zawsze czuje, a który zaciążył w tych dniach dotkliwie.

...



Zostawmy teraz Jarecką i jej troski na boku - bo co ma powiedzieć Pani Nestorka?
Ledwie udało jej się uspokoić przy świątecznym stole w gronie najbliższych rozchybotane po przejściach z lokatorami serce, jej córka Czesiuniowa, która brzydzi się plotką, wyznała bez ogródek, że spóźnia jej się okres, a zatem, droga rodzino, będzie nas jeszcze więcej.
Liczne jajka utkwiły licznym stołownikom w gardłach.
Pani Nastorka uderzyła w lament (acz, zauważą Czytelnicy, że zszargane nerwy nie zmąciły pomyślunku) - W twoim wieku? - wykrzyknęła, nim reszta rodziny przełknęła swoje jajka - w twoim wieku to już chyba menopauza?
Czesiuniowa się żachnęła, bo czterdzieści trzy lata to wcale nie tak dużo - zapytajcie Czesiunia, co ma lat sześćdziesiąt!
- Mamo! - zakrzyknęła w rozpaczy Czesiuniaczka lat siedemnaście, futbolistka amerykańska - czy ty sobie wyobrażasz, że jak ja będę szła na trening, ty mi powiesz: masz zostać z dzieckiem, bo ja idę do pracy??
(Wszechwiedzący Narrator kiwa głową z uznaniem dla przenikliwości tego dziewczęcia, albowiem tak wlaśnie by to wyglądało)

Nazajutrz Czesiuniowa powiadomiła rodzinę, że alarm był fałszywy. Zaburzenia trawienia i migotanie licznych przedsionków rozległej familii trwały dłużej niż jedna rzekoma ciąża.


...



Po burzach, które przewaliły się przez Ślepą Ulicę wzniecając kurz i niesmak, nastały dni słoneczne.

W jeden taki dzień zadzwoniła do Jareckiej mama Bożenki.
Jarecka nie odebrała, bo dawno już doszła do wniosku, że jej numer jest u tej mamy pod "A", a co za tym idzie - ilekroć któreś dziecko mamy Bożenki bawi się jej komórką, zawsze powiadomi o tym Jarecką pustym esemesem lub głuchym telefonem. W akcie miłosierdzia Jarecka przestała więc reagować na ten stalking, chcąc oszczędzić rodzicom Bożenki kosztów połączeń.
Tym razem jednak mama Bożenki we własnej osobie dobijała się do Jareckiej, żeby zaprosić Trójkę i Czwórkę na urodziny Bożenki w remizie strażackiej.
Jarecka zapiała z radości, bo Bożenka to dziecko z Chochlika!

Było tak, jakby czas się cofnął. Chochlikowe dzieci, które Jarecka wyłuskała wzrokiem z tłumu rozentuzjazmowanych pięcio- i sześciolatków wciąż dało się rozpoznać, choć nie zawsze z wzajemnością. Chochlikowi rodzice nie zmienili się nic a nic - nic a nic nie zmieniła się też Derekcja, która w stroju Myszki Minnie wodziła rej.
Było nawlekanie koralików, malowanie gipsowych aniołków a nade wszystko makarena, kaczuszki i typowe dla Derekcji zabawy w stylu: A teraz przebierańcy kolejno przeparadują przed tłumem gości i zbiorą aplauz!
Na niektórych dzieciach nie zrobiło wrażenia, że jako nie przebrane nie mogą wziąć udziału w paradzie.
Na Czwórce zrobiło.
Lecz podczas gdy Czwórka roniła łzy z powodu braku koron i różdżek, które zakwalifikowałyby ją do bycia przeciągniętą przed szeregiem średnio zainteresowanej publiki, Jarecka ocierała łzę wzruszenia i radości. Słońca wschodzą i zachodzą, giną pandy i tygrysy szablozębne, drzewa skrzypu karleją do rozmiarów chwastu - a Derekcja zawsze pozostanie sobą. Oto opoka, z której gołębica uszczypnęła dla Jareckiej oliwną gałązkę, oto tęcza przymierza!


...



Do Jareckiego zadzwonił mechanik. TEN Mechanik.
Powiedział, że machnął się w rachubach i jest Jareckim winny 250 PLN.
Zdarzyło Wam się coś takiego?






14.05.2015

Jeszcze o podróżach, czyli Jareccy w kraju dzięcieliny pały

Pewnego dnia, o szóstej rano Jarecki przedłożył żonie bilet.
Nie wiadomo, czego się spodziewał; na pewno nie wypowiedzianego tonem pretensji pytania: DO RUSKICH???

W podróżowanie Jarecka jest beznadziejna.
Może dlatego, że przez dziesięć lat swojego życia krążyła jak ta satelita na orbicie: dom - szkoła (z czasem dodając odległy przystanek: Jarecki) pociągami, autobusami i autostopem. Może dlatego, że zbyt jest przewidująca, a przewidywanie strasznie męczy i nie dziwić się Kasandrze, że wzięła i oszalała. Może wreszcie dlatego, że od lat dwunastu podróżuje głównie samochodem, który upośledza umiejętność rozsądnego pakowania się, bo doprawdy; co za różnica czy się wrzuci do bagażnika jedną parę butów czy pięć?
A na koniec będzie Jarecka piętrzyła stosy rzeczy "do zabrania" przez tydzień uzupełniając je o korkociągi, nebulizatory i przyrządy do manikiuru, które mają za zadanie li i jedynie (rzekomo) podwyższyć Jareckiej standard wypoczynku, bo jeszcze nigdy na urlopie nie zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem.
W ogóle nie zostały wykorzystane.
(wszak korek można wydłubać kluczem)

Nie inaczej było i tym razem. W połowie drogi "do ruskich", czyli do Wilna, Jarecka przypomniała sobie, że nie wzięła bransoletki wygranej u <Mana-j> i ubolewaniu nad tym faktem poświęciła kilka dobrych kilometrów suwalskiej ziemi.
(I nie, nie chodziło o pochwalenie się wygranym cukierasem; takie są okołopodróżne troski Jareckiej, tysiące trosk tej mniej więcej rangi)



Wyprawa była zaskakująca; nie tylko dlatego, że od decyzji do realizacji minęły ledwie dwa tygodnie  i że koszt podróży wyniósł sześć złotych polskich (lub półtora euro, jak kto woli) - za dwie osoby, w obie strony(!).
Okazało się na przykład, że Litwini nie mówią po polsku, co naiwna Jarecka uważała za pewne. W tym szalonym przekonaniu utwierdziła ją na starcie mówiąca po polsku recepcjonistka w hotelu i kelnerka w restauracji, w której Jareccy zjedli swój pierwszy litewski posiłek.
I to by było na tyle. W mieście Mickiewicza, Miłosza, Konwickiego i Tyrmanda Jarecka mogła najwyżej kaleczyć angielszczyznę lub pozwolić rozmówcom sylabizować sobie rosyjskie, swojsko brzmiące wyrazy. Litewskie słowa merdały do Jareckich niesfornymi ogonkami przy samogłoskach i klekotały jak nazwy produktów Ikea.
Zresztą; czy można znaleźć wspólny język z ludźmi, którzy o Polsce mówią: Lenkija? ;)


Pisać można by długo, można by wrzucić setkę zdjęć, można by o jedzeniu, i o tym, że dzięki tej wycieczce w Deszczowej Kuchni swoją premierę miała słonina. Wszyskie te ochy i achy spotęgowane do maksimum dzięki urokliwej porze roku i pysznej pogodzie Wszechwiedzący Narrator wmiata za kulisy i dalej popłynie strumieniem świadomości na temat: co najbardziej lubię w poznawaniu nowych stron.
Czyli, co Jarecka lubi.

Otóż tym, co Jarecką w podróżach jara - nie bójmy się tego słowa! - najbardziej, są zaskoczenia natury estetycznej. Wszechwiedzący Narrator świadkiem - post na ten temat był w planie od zawsze, lecz takie posty muszą być ilustrowane! I właśnie udało się te ilustracje zdobyć.
Dlatego do podróży nie należy przygotowywać się zbyt solennie. Trzeba stronić zwłaszcza od gugul-mapsów i stritwiułów po to, by dać się zaskoczyć.

Na przykład idziemy sobie cacaną uliczką - pierzeje wychuchane, jewropejski look.


Wchodzimy w cud-miód rokokową bramę, a tam...





Grekokatolicki kościół Świętej Trójcy




Ciary, Kochani, ciary na plecach!
Historie wypisane na murach - bezcenne!




(Jarecka łkała w Asyżu widząc freski Giotta pokolorowane w technikolorze i prychała z obrzydzeniem na widok nieskazitelnych fasad rzymskich bazylik. Konserwatorzy niszczą zabytki, wydzierają im dusze! - to osobista opinia Jareckiej, proszę nie rozpowszechniać, bo skądinąd chwała Polsce Ludowej za odbudowaną Warszawę)








Nad Wilnem górują dziesiątki wież kościelnych w takim stanie - przepych i nędza, piękno i rozkład, niezłomność. Miasto przeniesione przez wieki, WCZORAJ wytatuowane dla JUTRA.

Ale idźmy dalej.
Jarecka zarządziła wyprawę na cmentarz na Rossie. Wydał się jej hecnym pomysł, że mając na co dzień Marszałka przez płot nigdy nie była u niego w domu a teraz sobie pójdzie odwiedzić jego serce. Cmentarz w przewodniku nie prezentował się nadzwyczajnie:



Na miejscu, przed południem, najpiękniejszą z wiosen, wyglądał tak:



Ale i to nie przygotowało Jareckich na takie doznania: zbocze usiane grobami ( na zdjęciach nie widać, jak bardzo jest strome).
Jak ogród angielski - niby na dziko a jednak czyjaś ciężka praca stoi za tą malowniczą scenerią.







I jeszcze taki bonus, też w kategorii "zaskoczenia" ;)
Próbkę śniegu pobrano do analizy :)





12.05.2015

Jarecka, dziewczyna ze Świerszczyka

Kładę się na kozetce i wyznaję, jak psychoterapeucie:

Byłoby moim marzeniem coś dla Świerszczyka napisać, albo narysować, albo udziergać.(zauważyliście tryb przypuszczający? Nie mam śmiałości wyznać:"moim marzeniem jest...", bo jakiś elementarny realizm zachować trzeba, nawet w marzeniach)
Być dziewczyną Świerszczyka, jak ELA, jak BEBE...

I wiecie co? Zasnęłam na tej kozetce.
I śniło mi się, że Martyna Jakubowicz śpiewała mi spowita we flanelową piżamę a ja zostałam jubileuszową dziewczyną Świerszczyka.
W numerze specjalnym.




Pamiętacie o TYM konkursie? Mało czasu zostało, tylko do końca tygodnia! Biegnijcie tam winszować i wspominać, a ja jako pracę konkursową zgłaszam mój prezent urodzinowy dla jubilata, okładkę numeru mocno specjalnego. Gotowa, proszę Redakcji, teraz tylko trzeba dopracować wkładkę, najlepiej mocno mięsną... ;)


P.S. Moja sukienka powstała z... widać z czego? Kartki delikatnie poskładane i sklejone aby-aby taśmą, żeby nie zniszczyć, bo teraz przede mną żmudna robota - poskładanie numerów na powrót.
Zapewniam, że przy tej okazji żadnemu świerszczykowi nie stała się krzywda.
Winietkę do wydania mocno specjalnego zapożyczyłam z najwcześniejszych numerów. Autorem był Eryk Lipiński; te właśnie winiety pamiętam z dzieciństwa.

10.05.2015

O podróżach, odsłona pierwsza

- Jak ja nie znoszę podróżować! - powtarzała raz po raz Mme Miraille, nauczycielka francuskiego w liceum Jareckiej - nie lubię spać w obcych miejscach, nigdzie nie jest mi tak dobrze jak w domu!
Madame poprawiała na ramionach futro, potrząsała lwią grzywą w kolorze marchwi i trzepotała rzęsami, a tona zielonego lub granatowego cienia do powiek osypywała się na podłogę.
Jarecka uwielbiała Madame Miraille, z wzajemnością - choć pomysł, że można nie lubić podróży znajdował się daleko poza granicami percepcji nastoletniej Jareckiej.

Prawie dwie dekady później Jarecka zgromadziła w swoim niezbędniku prawie wszystkie narzędzia, które pozwalają jej zrozumieć pogląd świętej pamięci Pani Mirelli.
I nie o inne łóżka się rozchodzi, bo wszystkie łóżka świata są wygodniejsze niż dziesięcioletnia sofa Beddinge, która w Deszczowym Domu robi za małżeńskie leże.
I nie o to, że się Jarecka troska o dzieci, że im się krzywda stanie - bo zostawia je z takimi osobami, że się troszczyć nie musi.
Nie o to, że dzieci będą tęsknić - bo będą; Jareccy też będą tęsknić za nimi, i cóż z tego. Nikt nikogo nie porzucił, nikt od nikogo nie uciekł. Tęsknić za kimś, kogo się kocha - rzecz ludzka, piękna i NORMALNA. Od trzech dni tęsknoty nikomu się kuku na muniu nie zrobi.

A jednak Jarecka jakoś-jakby-się wije. Najsamprzód oczyma duszy widzi, że samoloty spadają, autobusy się rozbijają a pociągi wypadają z torów i strasznie jej żal, że coś takiego mogłoby jej przeszkodzić robić to, co robiła do tej pory, za czym niby nie przepada, ale co w obliczu śmierci uznałaby za najfajniejsze.
Potem widzi, że w innych stronach ludzie zabijają się za różne dziwne rzeczy, i znów - patrz wyżej - szkoda by było.
Że co, że takie rzeczy dzieją się także na sąsiednich zaogoniach? Tym bardziej - po co jeździć daleko?

A na koniec robi się Jareckiej tak, jak po raz pierwszy się jej zrobiło kilka lat temu na lotnisku w Innej Metropolii.
Pierwsze sto metrów przemaszerowała ochoczo w euforii, że nie musi pchać żadnego wózka, ciągnąć niczyjej ręki, na nikogo się oglądać i nikogo nie nawoływać, ale już w autobusie jadącym do hotelu myślała, że dzieciom podobałyby się widoki, zastanawiała się, co zrobiłoby na nich największe wrażenie, wreszcie - postanawiała, że musi tu przywieźć wszystkie swoje dzieci i zobaczyć to z nimi raz jeszcze, bo bez nich w ogóle się nie liczy, do poprawki.
I tak przez cały tydzień, z przerwą na sen.

Przed dorosłą Jarecką pierzchają smaczki oczywiste dla nieletnich.
- Zobaczcie, jakie piękne domy! - zakrzyknęła zachwycona Jarecka w Krakowie na ulicy Świętego Sebastiana.
- A zobacz, jakie TO jest piękne - odparła Dwójka podnosząc Jareckiej do oczu kwiat migdałowca.














P.S. Do Krakowa pojechaliśmy Polskim Busem. Piątek został w domu z Marią Sosną (i niestety, czuł się raczej nieszczęśliwy).
Koszt podróży w tę i z powrotem dla sześciu osób wyniósł (dzięki promocji) 50 zł.

Szczególne pozdrowienia dla ALI, której się chciało wyjść nam na przeciw :)

P.S.2  Przypominam też o konkursie ŚWIERSZCZYKA <TU>
Całe to podróżowanie opóźniło publikację mojej pracy konkursowej, ale - czuj czuj! Lada dzień! :)




1.05.2015

Czarna wołga



 Żyła sobie Jarecka minimalistycznie, nie wadząc nikomu, dziergając kwiatki w domowym zaciszu. Aż tu nagle cała lawina okoliczności uformowała ją na kształt czarnej wołgi dwudziestego pierwszego wieku. Ziemia drży, kwiaty chowają sie w pąkach, ptacy milkną gdy Jarecka na swoim złowrogim krążowniku pojawia się w okolicy. Śmieje się złowieszczo i uprowadza, uprowadza, a nic, co nie ma nóg, nie umknie przed jej pazernością!
Kawałek winy za katastrofę ekologiczną, jaka szykuje się na Zaogoniu (takiej na miarę zaniku Morza Aralskiego), ponoszą znane paczkowe wariatki - Jedna i Druga. Przysłały Jareckiej paczkę różnorakich materii, a między nimi grzybowy kupon.
I od razu Jarecka, z której grzybiarka marna, zapragnęła wozić się z koszem pełnym grzybów.
A jak na grzyby za wcześnie, z koszem czegokolwiek, bez różnicy.







(Nie było łatwo uszyć wyściółkę do tej graniastej formy, toteż nie należy się spodziewać wskazówek do uszycia takowego, niestety - ot, udało się jak ślepej kurze ziarnko)
Rzuciła się Jarecka obdzierać drzewa i łąki, żeby następnie te drzewa i łąki wekować.
Na przykład pod postacią syropu z pędów sosny albo miodu z mniszka lekarskiego.






 Łatwo być wiedźmą, gdy ma się taką ekipę; Czwórka i Trójka wpuszczone na łąkę pełną mleczy nie ustały, póki nie ogołociły. Ekosystem na Zaogoniu zachwiał się i upadł. Dmuchawców latoś nie będzie.

A wracając do sosny - Jaśnie Panicz zażyczył sobie akcesoria szefa kuchni"w sosnę".
Jedyne, co Jarecka znalazła w tym temacie, to taka oto drewutnia, nawiasem mówiąc, doskonała na tego typu uszytek.










Drżyj okolico!



...


Tymczasem dosiadajcie rowerów, bryczek i hulajnóg i mknijcie co tchu do Bebeluszka <TU>, zdobyć do swojej duchowej spiżarni prenumeraty Świerszczyków a na blogi i fejsościany banerki! Albowiem, zacny ten tytuł ma już 70 lat i należy mu się huczna feta, fanfary i piniata.


W Deszczowym Domu będzie jeszcze na tę okoliczność specjalna feta, lada dzień, bo zwyczajnie mamy chrapkę na Świerszcze :)

28.04.2015

Jarecka w krzyżowym ogniu pytań

MISIURA  wyróżniła Deszczowy Dom odznaką Liebster Blog Award. Dziękuję!




"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Jeśli nie lubicie tego typu postów, proszę, bardzo proszę, pomińcie moje odpowiedzi, lecz udajcie się wprost na dół, gdzie wyróżniam kilka blogów. Napracowałam się nad wszywaniem tych linków, ale CHCIAŁAM to zrobić, bo uważam, że warto.

Ale patrzajcie też jakie trudne pytania wymyśliła Misiura i jak Jarecką nimi zastrzeliła :)

Jakie 3 książki zabrałabyś na bezludną wyspę i dlaczego te?
Dlaczego, gdy pada takie pytanie, każdy zakłada, że wyspa jest dzika (koniecznie tropikalna), nie ma tam żadnego domku ani sprzętów i że będzie się tam siedziało latami, samemu? Otóż ja zakładam, że to może być wyspa taka jak ta, na której mieszkała Tove Jansson a więc stoi tam domek a w nim wszystkie potrzebne sprzęty i że spędzę tam akurat tyle czasu, ile sama będę chciała. Na wszelki wypadek jednak zabrałabym książkę telefoniczną, bo to jest kupa podpałki a ogień na pewno się przyda, w końcu prądu raczej nie należy tam się spodziewać. Pewnie wzięłabym "Złego", bo to bardzo gruba książka i chętnie przeczytałabym jeszcze raz. I brewiarz. Na bezludnej wyspie pewnie łatwiej się przyswaja.

Twój sprawdzony sposób na chandrę?
Kolorowa robótka, najlepiej taka, którą się zacznie i skończy za jednym "zasiadem".

Twoje największe marzenie na ten rok? (Jeśli nam powiesz, możemy Cię wspierać w jego realizacji :)
Mam mnóstwo marzeń, ale wszystkie pływają swobodnie niby w wodach płodowych i w nosie mają roki i inne cezury :)

Czy zajmujesz się jeszcze czymś, co zaskoczy nas zupełnie?
Misiuro, czy Ciebie zaskoczy, że skończyłam dwa semestry ceramiki? I że byłam już po słowie z panią doktor Ceramiczną, że będę robić w jej pracowni aneks do dyplomu? Stchórzyłam albo miałam proroczą wizję; zarzuciłam ten plan.
Pytanie brzmiało: czym sie zajmujesz...?
Aha ;)

Jakiej dziedziny sztuki chciałabyś spróbować, ale wciąż odkładasz to na później?
Nie żeby zaraz inna dziedzina sztuki, ot nowa technika: od dłuższego czasu ostrzę sobie zęby na batik. W GOK Zaogonie są zajęcia, nawet już mam numer telefonu, pod którym można się umawiać ale jakoś zebrać się nie mogę. Proszę o zdalnego kopniaka, dobrze?

Jakie składniki znajdują się w Twojej diecie mentalnej?
Afirmacja, powiedzenie, rymowanka, która dodaje Ci otuchy?
Z jakim zwierzęciem utożsamiasz się, jakim jesteś?
Twój przepis na spełnione marzenie (lista celów, mapa marzeń, wizualizacje?)
Kolejne cztery pytania zbiły mnie z tropu, gdyż nie wiem, co to dieta mantalna a otuchy nie szukam w słowach. W ogóle nie szukam otuchy. Jak jest mi smutno, wysmucam się do dna.
Nie wiem, co to mapy marzeń i nie wiem, na czym polegają wizualizacje. Moje wizje są raczej czarne i szczęśliwie rozmijają się z rzeczywistością.
Jakim zwierzęciem jestem? - zapytałam nawet Jareckiego. On twierdzi, że zimną rybą.
Phi, ryba to nie zwierzę.

Co lubisz w sobie najbardziej?
Na to pytanie odpowiem w osobnym poście, ok? Kiedyś tam, niedługo ;)

Kiedy ostatnio sprawiłaś sobie małą przyjemność i co to było?
Pooglądałam szmatki, którymi niespodziewanie obdarzyły mnie Kaczka i Bebe. poukładałam, zaplanowałam co z tego będzie, dziesięć razy zmieniłam zdanie i powiadam, to był doskonały relaks! Jedna szmatka uległa już przeistoczeniu, efekty wkrótce ocenicie sami :)





Nie nominuję jedenastu blogów ale chętnie wskażę kilka - i uzasadnię wybór!
(Kolejność absolutnie przypadkowa)

Apaczowa - skoro się wzięła za blogowanie dostanie kopa w wirtualny zadek - oby tak dalej! Dobra robota!
Dorota Pies w swetrze - Jak wyżej! Przez Dorotę (dzięki niej :)) w lumpeksach uważniej skanuję metki przy swetrach!
Aga W międzyczasie. Krótko: za wrażliwość i lapidarność
Mruwka. Mruwka ot, tak sobie potrafi uszyć Olafa, który wygląda jak OLAF, smerfa, który wygląda jak smerf i świnkę Peppę, która wygląda jak świnka Peppa. To robi na mnie wrażenie.
Kolejne dwie dziewczyny wielodzietne, jako i ja :) obie wyróżniam za styl, niebanalny i cieszący me oko niezmiennie, za pomysły i zapał.
Agnieszka Plachaart - TO mnie urzekło. Czemuż ja nie mam takich jaj? ;)
Iza Gromatka - Powtórzmy: czemuż ja nie mam takich jaj? Czy Czytelnicy pamiętają bohaterską wyprawę Jareckiej do centrum Metropolii, z synami, kolejką? Nie? To dobrze. Tak? To poczytajcie TU i załamcie ręce nad Jarecką.
A na koniec pchnę Was do Anny z bloga Hugo&Mathilda, gdzie Jarecka odpowiada na kolejne pytania <TU> Tym razem poważnie! :)


22.04.2015

Jarecka u mechanika

Okazało się, że jest wiosna.
Na Ślepej Ulicy, wśród tuj i świerków wcale nie widać.
Co innego na Przedmieściu, gdzie Jarecka udała się odebrać samochód od mechanika. Od Mechanika. Znowu.
Mechanik łatwo nie miał, kilka razy dziennie smagany przez telefon nahajem po ryżych plecach. W trybie superpilnym uporał się z robotą w jedyne pięć (w tym niedziela, więc właściwie cztery) dni. Samochód u Jareckich jest jeden, Jarecka jedna, dzieci do wożenia po szkołach czworo.
Kilka sztachnięć kwitnącymi drzewkami trwało, zanim z głębi podwórka, wezwana dzwonkiem, wyłoniła się krasnoludzka sylwetka Mechanika.

- Ja po ten tego tam - powiedziała Jarecka.
- Aha - rzekł Mechanik - przepraszam, że tak długo. Mąż dzwonił parę razy... - dodał nieprzeniknionym tonem.
Jarecka rozpostarła przed uzbrojonym okiem Mechanika ten sam co zwykle, zmiętolony baner z napisem: tonaszjedynysmochódczworodzieciposzkołachmuszęwozić - ale jakoś tak niepewnie.
- Zrobiłem ten silnik, ma już moc, ale wciąż nie pracuje tak, jak się spodziewałem (wie pani, ja to słyszę), zmieniłem tę część - tu machnął przed oczyma Jareckiej kawałkiem okopconej rury - na używaną, na szczęście na używaną!(czy pani jest w stanie docenić ten łut?), ale powiem tak...

I tu rozpoczął się hipnotyzujący monodram. Mechanik opowiadał Jareckiej o usterkach i niespodziewanych zwrotach akcji w ich usuwaniu, a ilekroć wątki nazbyt się namnożyły (o czym informowało go spojrzenie Jareckiej), zbierał je do kupy, zgarniał i uklepywał jak babkę z piasku, na szczycie pewnym gestem osadzając podsumowanie zaczynające się od "powiem tak". Po tych słowach dłonie Mechanika znów poczynały się wić i jakby wbrew mówiącemu rozgarniać opowieść i mącić w toku słów - więc Mechanik znów zaczynał omiatać rozproszone wątki i kolejnym "powiem tak" mocował je niby niesforne włosy na czubku głowy.
Na którymś piętrze tej konstrukcji Jarecka już tylko pilnowała twarzy, uporczywie formując ją w kształt "słońce mnie razi, co za dyskomfort".
Dotrwała do końca sceny, upuściła krwi - dużo krwi, i wsiadła za kółko.
DO ZOBACZENIA - powiedział Mechanik, szuja.


Powinna być puenta, prawda?
Wszechwiedzący Narrator powienien teraz usypać z tych obrazków kopczyk i zatknąć na szczycie chorągiewkę?
Powiem tak:

Słońce mnie razi.

21.04.2015

Krótko i monotematycznie







Szafirkowa.
Portfel, choć cienki, nie zmieścił się do środka. Telefon dał radę, i ulubiony krem do rąk; najlepszy na świecie, z Lidla :)





Myślicie, że to koniec?
Niestety nie.
Jest jeszcze melanżowa torebka dla pięcioletniej jubilatki.



I czerwona, dla Trójki.






14.04.2015

Zrób sobie desiguala

Kiedy KATI coś zamawia, np. torebki z poprzedniego wpisu, przysyła takie zdjęcia, i takie linki, że nie da się obok tego przejść obojętnie.

I tak, od inspiracji do inspiracji, uszyłam dziewczynkom sukienki.
Wyobrażacie sobie? Jak się ma trzy córki nie można jednej uszyć a innej nie.
Proste, raglanowe, z cienkiej dresówki. Radziłam sobie jak mogłam bez owerloka - mam stopkę do dżerseju, specjalne igły (może ktoś mi wytłumaczy, czym różnią się od zwykłych?) i ściegi owerlokowe; jakoś poszło.


Do roli kropki nad i zatrudniłam kolorowe dziergane rozetki, i proszę państwa, nosimy się na desigualowo.











Żółta dla Czwórki, różowa dla Trójki. Dla Dwójki też różowa ale bez rozetek, bo Dwójka gardzi nazbyt księżniczkowym lookiem. Dla niej tylko dekoracyjne wykończenie dekoltu i przypinka.
Naszywka "tył" tak naprawdę maskuje partactwo, ale postanowiłam wykorzystać ją do oznaczenia, gdzie tył - dziewczynki nazbyt często noszą się tył naprzód ;)






Dodam jeszcze, że tak jaskrawe mundurki sprawdzają się "na mieście". Łatwo wypatrzyć w tłumie swojego motyla :)

9.04.2015

DLA nr4. Zaraźliwe torebki

"Pomarańczowa, z kwiatkiem fioletowym z żółtym środkiem i z motylkiem."
Oraz "różowa, z takim to guzem i kwiatkami, żeby pasowały."




Wcale to nie było tak łatwo!
Ten pomarańczowy, który pewna mama (czy można pokazać palcem?) kazała przysłać wprost na Zaogonie, okazał się bardzo trudnym towarzyszem. Ni to cegła, ni koral, ni pomarańcz - i weź dobierz coś, żeby pasowało. A jeszcze musi być żółty, i fiolet!
Ale w gruncie rzeczy to krzepiące, gdy młody człowiek wie, czego chce :)

Wiadomo jak jest z dziewczynami: jedna ma, to i druga chce.
Córki mają, to i matce się zachciało, o:








A jak już tę torebkę zrobiłam od razu zapragnęłam podobnej dla SIEBIE!
Należy się więc spodziewać:
1. Sweet torebuś dla dziewczynek,
2. i wieczorowej torebko-"porponetki" dla mnie.

(Już siedzę w internecie i dumam nad kolorem :))





7.04.2015

NIechby

Gdy się przeczytało ileś tam książek i ileś tam gazetowych reportaży o czekaniu na spotkanie z własną śmiercią obraz tego spotkania wyłania się spójny i dość przez swą powtarzalność nudny; że niby myśli się już tylko o sprawach najważniejszych, pamięta się tylko te naprawdę istotne, nawet jeśli zdarzyły się kilkadziesiąt lat temu, trwały sekundę i nigdy się do nich nie wracało.

Prawdopodobnie tak właśnie to jest.

Kiedy pani doktor w Szpitalu Nad Wisłą powiedziała Jareckiej, że może zacząć umierać w każdej chwili, i że jak już zacznie, to zostanie jej kilka godzin życia, w ciągu których może nawet nie zdążyć pożegnać się z rodziną, Jarecka zamknęła oczy i pomyślała, że w tej chwili, w tej właśnie chwili pragnie biec po zakurzonych wertepach Ślepej Ulicy i pchać ten cholerny rowerek, na którym Dwójka uczy się jeździć.
I tyle.
A jeśliby miała jednak przeżyć, to tylko po to, żeby móc co rano budzić się z ciężkiego snu targana za włosy przez własne dzieci, robić im śniadania i podawać ubrania, tylko po to.


A gdyby jutro miała być wojna, chciałabym, żeby moje dzieci miały życie długie i pospolite, którego końca będą wyglądać obojętnie jak napisów the end po nudnym filmie.
Niechby córki miały mężów tak bezbarwnych jak ci młodzieńcy, z którymi prowadzają się dziewczyny ze Ślepej Ulicy, niechby nawet strzygli oni swoje włosy maszynką i nosili sportowe buty. I niechby ci zięciowie mogli wieczorami pić piwo i oglądać w telewizji mecze a córkom niechby się dali we znaki rzucaniem zwitków brudnych skarpet pod łóżko. I mogliby ci zięciowie być sobie pierdołami, żebyśmy mogli im się dokładać do czynszu i moglibyśmy pilnować swoich wnuków, nie tak ubieranych, karmionych i wychowywanych jakbym sobie życzyła.
I niechby miały moje córki teściowe w sam raz wścibskie i czujne, żeby można było zżymać się na nie przyjaciółkom przez telefon.
A synowie niechby mieli żony niezaradne i strachliwe, którym musiałabym tłumaczyć jak należycie zajmować sie niemowlętami i kisić im na zimę tony ogórków, i mrozić dla nich kotlety. I żeby mieli ci synowie nad sobą szefów w sam raz głupich, żeby można było obgadywać ich z kolegami z korpo w przerwie na kawę albo i papierosa.

I tyle.

Niechby tak było.

5.04.2015

**

Jakieś dwa tygodnie temu:
Jaśnie Panicz: Mamo, prawda, że nie będziesz piec na święta babki?
Jarecka: Prawda.
JP: Bo zawsze wychodzi Ci zakalec.

Antrakt

Kilka dni póżniej.
Jarecka z notesem w dłoni zwraca się do dzieci:
- Proszę mi tu dyktować, co robimy na święta. Planujemy menu.
(Milion jajek póżniej)
JP: ...i babka.
Jarecka:  Przecież sam mówiłeś, że zawsze wychodzi zakalec!
JP: TOBIE.

Kurtyna


...


Kościół na Zaogoniu nie jest takim zwykłym wiejskim kościółkiem, co to, to nie.
Ksiądz proboszcz postawił dwie wieże, bo - przekonywał parafian - jak przyjdą muzułmanie to im taki dwuwieży pod półksiężyce nie spasuje. Na zewnątrz ma więc kościół dwie wieże a w środku same cuda. Najprzedniejsza dębina i marmury z Włoch, takie, jakimi Florencja jest intarsjowana. Wszystkie ławki ksiądz proboszcz kazał wymościć miękkimi siedziskami, żeby parafianom nie marzły zadki, żeby można było wygodnie przesiedzieć całe Triduum Paschalne (albo pół, jak kto ma chore dzieci i musi się zmieniać z mężem).
Nad drzwiami z lewej strony prezbiterium wisi pięknie oprawiona ogromna reprodukcja Świętego Pawła Carravaggia. Z prawej, nad drzwiami do zakrystii, wisi tak samo oprawiony, równie duży obraz przedstawiający Jana Pawła II. Nie jest to zwykły obraz! Papież stoi na ziemskim globie, mniej więcej na Saharze, wspiera się na swojej pasterskiej lasce i błogosławi. Spod płaszcza wypływa mu Morze Czerwone a bardziej w tyle, na wysokości papieskiego uda widać Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie. I co w tym dziwnego? - zapyta kto wnikliwy. Niby nic, ale gdy wytężyć wzrok, w miejscu, gdzie zakrzywiony horyzont spotyka się z nieboskłonem zasnutym różowymi obłokami, bystre oko dojrzy dwie wieże kościoła na Zaogoniu. Podpis głosi: Św. Jan Paweł II. Znów - niby nic dziwnego, wszystko prawda, lecz dwie pierwsze literki malarz wymalował już prawie dzisięć lat temu, ledwie wybrzmiały okrzyki Santo subito. Ksiądz proboszcz chlubi się swoją przenikliwością - antycypował.

Przed ołtarzem, na małym stoliczku siedzą kolejno: Święta Faustyna, Błogosławiony Jerzy Popiełuszko i Święty Jan Paweł II. Trochę im ciasno, odkąd papież się dosiadł; siostrzyczka, wiadomo, chucherko, ksiądz kapelan też raczej chudziak ale papież to jednak kawał chłopa.
W Wielki Czwartek przesadzono całą trójkę bliżej Grobu Pańskiego, który kształtem przypomina plażowy namiot z Decathlonu i jak przyjrzeć się uważnie (a Jarecka tak właśnie się przygląda) - chyba właśnie z takiego jest zrobiony.

W Święta widać, że na Zaogoniu jest naprawdę dużo ministrantów. Najmłodszy, Lolek Sienkiewicz, syn Romy, ma cztery i pół roku. Siedzi spokojnie; jakby co, starszy brat Rafał i siostra ministrantka ustawią go do pionu. Tylko pół roku starszy jest najmłodszy Jagiełka, także wspierany przez straszych braci. Mariola Jagiełka, która z pierwszej ławki ma oko na wszystko, promienieje w ostatnim miesiącu szóstej ciąży. 
Po drugiej stronie ołtarza, bliżej ambony, górują nad innymi bracia Sosna. Dziwne, zawsze się Jareckiej wydawało, że są do siebie bardzo podobni - teraz widać wyraźnie, że choć obaj tej samej postury i koloru, wyglądają zupełnie inaczej - młodszy to cała Danuta, starszy  - Generał.
Sama Danuta siedzi zresztą tuż przed Jarecką a obok niej poważna pani katechetka z dwójką dzieci jak z obrazka. Za plecami cała rodzina Jaśniepańskiej koleżanki Zosi, dalej Państwo Koczek.
Pani Koczek jak zwykle na czarno, w odwiecznym uczesaniu ale w nowym żakiecie.
- Mamo - szepcze Jaśnie Panicz - wiesz ile dokładnie mam lat? Dziesięć, osiem miesięcy, sześć dni i dwadzieścia... a jeśli teraz jest dziewiętnasta dwadzieścia to równe siedem dni.


Bardzo łatwo jest przegapić Zmartwychwstanie.







Czego Wam nie życzę :) Chrystus zmartwychwstał!




...



Załącznik obrazkowy. Miało być tradycyjnie i pięknie, wyszło jak zwykle ;)
W rolach głównych: wosk pszczeli ze stopionej świecy, barwniki spożywcze (Dwójka w szale porządkowania wyrzuciła mozolnie zbierane łupiny cebuli) i radosna twórczość żeńskiej części rodziny Jareckich.























Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...