14.10.2014

Książki z obrazkami - Elżbieta Wasiuczyńska

Dawno, dawno temu, w Deszczowym Domu używało się etykiet: książki z obrazkami, Jarecka i jej idole...
Dziś pora przewietrzyć etykietkowe zasoby, bo nadarzyła się okazja!

Czy ktoś nie zna ilustracji Elżbiety Wasiuczńskiej, ręka do góry?
Nie widzę. A czy wszyscy wiedzą, że pani Ela ma bloga, barwnego i dowcipnego, który Jarecka regularnie odwiedza od paru miesięcy? Nie wszyscy? No to KLIK

Przeczytawszy na tym blogu, jakoby w najbliższą niedzielę (a był czwartek), pani Elżbieta miała nawiedzić jedną z metropolitalnych księgarń, Jarecka w te pędy wykonała tamże telefon obwieszczając przybycie swoje i dzieci i zaczęła przebierać nóżkami.
Spotkania natury blogowej zawsze wywołują wiele emocji.
Człowiek się cieszy, ale nie wie, czy powinien, bo w gruncie rzeczy nie wie co to za jeden, ten Iks Igrek. Nadto musi się zmierzyć z wyobrażeniem tego kogoś o własnej osobie - i to jest, powiedzmy, sobie szczerze - stres.
Gdy Jarecka po raz pierwszy miała okazję poznać osoby znane wcześniej tylko z blogosfery, rozterki takie były jej oszczędzone - pamiętne urodziny w Sowie były przecież niespodzianką. Potem już spotkać się z Joanną S z Addicted to crafts, nawet na własnym balkonie, to już była sama przyjemność.

Tak więc kolejne dni upłynęły Jareckiej na zastanawianiu się w co się ubrać :)
Żeby nie było za elegancko, w trampkach też nie bardzo... Bardzo to w sumie śmieszyło Jarecką, ale pozbyć się tej troski nie mogła.
Dzieci tymczasem kopały na półkach z książkami w poszukiwaniu tych, na których pani Ela mogłaby złożyć własnoręczną sygnaturkę (Czwórka uparła się, że musi to być Czerwony Kapturek z ilustracjami Agnieszki Żelewskiej).
Wreszcie Jarecka uznała, że najlepiej będzie przywdziać na siebie sztandarowe barwy Elżbiety, niejako na cześć, i sięgnęła w najgłębszą czeluść szaf po kobaltową sukienkę. Sukienka nie pachniała najładniej, bo wisiała w tej szafie nie niepokojona przez dwa lata. Furda! A do tego rajtki w kolorze kanarka, który się objadł groszkiem.
- Mamo, masz zielone nogi! - tymi słowy Jarecka została obśmiana kolejno przez wszystkie swoje dzieci, nie licząc Piątka, który co prawda jeszcze nie mówi ale śmieje się, i owszem.




Na miejscu, w księgarni Badet, okazało się, że Jareckich nie ma na liście!
- Jak to? Przecież zapisałam naszą czwórkę już w czwartek!
Pełna najszczerszych chęci panna Badecianka wodziła ołówkiem po wydrukowanej liście, ale nazwiska Jareckich nie chciały się tam pojawić.
- Oczywiście, może pani wejść - skapitulowała wreszcie, a Jarecka powiedziała, że oczywiście, wejdzie choćby nie wiem co, i że dopradwy, dlaczego zawsze to jej zdarzają się takie rzeczy?
Niemniej już, już, w spowitą w kobalt i kanarka duszę wkradł się niepokój; zwłaszcza, gdy zaczęły się zajęcia plastyczne i Jarecka uslyszała, jak jedna Badecianka szepcze drugiej, że ponieważ są też dzieci niezapisane, nie dla wszystkich wystarczy tekturek... Od tej chwili każdy brak na stole zalegał kamieniem na sumieniu Jareckiej - wszak przywiodła aż troje niezapisanych plastelinożerców!
Czwarty, Jaśnie Panicz, ujrzawszy zaludniający księgarnię drobiazg, począł wić się w boleściach; szczęśliwie dla niego pojawiła się ciocia Sowa ze swoją córką i zaproponowała Jareckim wymianę - Sowianka została by lepić kaczkę Katastrofę, Jaśnie Panicz wyskoczył  z ciocią na lody.

Podczas gdy Ela W (zaspojlerujmy - bruderszaft został symbolicznie wypity) zajmowała się tym, na czym Jarecka zjadła zawodowe zęby (do cna!), czyli nadzorowaniem prac twórczych, sama Jarecka popadła w otępienie, w jakie wpada zawsze ilekroć ilość dzieci w otoczeniu przekracza pięć sztuk.
Uściślijmy: gdy Jarecka znajdzie się w towarzystwie kilkorga obcych dzieci w odruchu bezwarunkowym uruchamia monitoring - oczyma pustułki wszystko widzi, przewidzi - czuwa. Gdy jednak odczuje obecność rodziców tychże, sylwetki dzieci natychmiast rozmywają się w jej oczach w barwne wijące się smugi. A jeśli spomiędzy tych eterycznych, półprzeźroczystych, przenikających się wstęg trzeba wyłuskiwać wciąż od nowa postaci własnych dzieci - energia witalna Jareckiej zużywa się bardzo szybko.
Jeden dwa trzy cztery, jeden dwa trzy cztery. Pięć.
Piątek szczęśliwie zasnął.




Skoro Kaczki Katastrofy zostały ullepione (materiałów starczyło dla wszystkich), panny Badecianki zajęły dzieci chustą w barwach tęczy a Jarecka dopadła wreszcie sławnej ilustratorki, docisnęła zielonym kolankiem i zażądała autografów na naręczach ksiąg i świeżo nabytym kalendarzu z Panem Kuleczką. Jaśnie Panicz, który akurat wrócił był z cukierni, pogalopował do samochodu, bo tam zostawił swój notes na autografy. Rozpoczęło się regularne oblężenie!
(Ciekawe dlaczego Jarecka wyobrażała sobie, że Ela ma głos jak Derekcja - jak spiż! Naprawdę mówi jak szemrzący strumyk)




(Na ilustracjach Eli - zdaniem Jareckiej - bohaterem pierwszoplanowym jest kolor. Dopiero potem człowiek, przebudziwszy się z hipnozy wyławia z tego barwnego tygla kształty i ich ścisły związek z tekstem)


Jak już Jareckie wrócili do domu, jęli opracowywać kalendarium na przyszły rok.
Zrazu Jarecka nadąsała się, że mało nalepek z napisem "moje urodziny"! - rychło okazało się, że dzieci wolą oznaczać daty swoich jubileuszów w inny sposób:




Można Jareckiej zazdrościć: trzy, czte-ry! - te oryginały nalepek wygrała Jarecka na blogu Elżbiety W:




Jaśnie Panicz wykoncypował jeszcze inaczej: w kratkę z datą 29 lipca wkleił nalepkę "za miesiąc", 28 sierpnia: "już jutro!" a 29 - "to dziś".

A potem to już Jarecka musiała odwrócić się do okna i szybciutko pomrugać, bo przyszła Trójka i spytała, kiedy dokładnie umarł Dwa i Pół, bo chciałaby przykleić tam naklejkę "nie zapomnij".








Na blogu Eli możecie jeszcze przez kilka dni zawalczyć o kalendarz Pana Kuleczki! - TUTAJ
Wszystkie malunki w tym poście, oczywiście pędzla rzeczonej.
Kaczki Katastrofy z plasteliny - córki Jareckie.

28 komentarzy:

  1. Ależ, Jarecko, pięknie opisałaś! Co tu kryć, zazdraszczam! Spotkania zazdraszczam i odwagi, by się spotkać oko w oko niebieskie! Ja bym się trwożyła wielce, bo zawsze mi język kołkowacieje i jestem z lekka nierozgarnięta przy bliższym poznaniu fejs tu fejs!
    I się wzruszyłam. Chlip.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Licentia poetica, moja droga, magiczna moc blogera ;D
      W głowie miałam pusto. Baterie we wszystkich aparatach odmówiły posłuszeństwa. Tak, o.

      Usuń
    2. Ja też mam zawsze tremę.
      Tak sobie sama dodaję odwagi (Pan Sierotka proponuje litościwie, że mnie zastrzeli, bo nie może patrzeć jak się meczę) tak się nakręcam, że przekraczam normy egzaltacji dopuszczalnych w Unii Europejskiej. Najbardziej boję się głównych klientów- czyli dzieci. Że się znudzą, zbrzydzą, że dla najmłodszych będzie za trudno, dla najstarszych gacków zbyt mało ambitnie itd
      Noc PRZED zajęciami nie mogę spać z tremy właśnie. W noc PO wraca do mnie czkawką, każdy kiks, głupstwo, brak konsekwencji, piętrowe objawy chaosu i złej organizacji. Po zajęciach na których się spotkałyśmy odkryłam,że mam w teczce jeszcze osiem naciętych tekturek, których zabrakło dla dzieci.
      I co robi Królowa Chaosu w noc PO? Mentalnie, bezlitośnie kopie się w zadek. I przed następnymi zajęciami boi się jeszcze bardziej.
      Muszę sobie wypracować jakąś mantrę, albo techniki relaksacyjne, bo mię się zmysły za którymś razem pomięszają..

      Usuń
    3. Myślałam, że tylko ja tak mam!
      Swojego czasu z racji zawodu miałam różne prelekcje i występy dla dzieci. Występy edukacyjne, z konkursami i prezentacją zwierząt. I gadałam o nich, trzymając je na rękach. To znaczy ja myślałam, że je trzymam, dopóki mój narzeczony, obecnie Małż nie sfilmował mnie. I odtwarzając de makabryczne nagrania sama siebie aresztuję za molestowanie zwierząt. Z każdą sylabą wylewającą się z korali ust mych, dłonie wędrowały jak płastugi po dnie, po tych biednych stworach. Zagłaskałabym niechcący na śmierć i nie zauważyłabym!
      I nie mogłam na 3 noce przed spać. A jak wiedziałam, ze będzie TV, to mdlałam. A jak mnie o coś pytali, to podczas wypowiedzi dostawałam globusa histericusa i chciałąm uciekać. Jedyne, co kazało mi stać, to poczucie obowiązku i prawa fizyki. (A poza kadrem moje nogi były już 100m dalej).
      A postronni świadkowie nie zauważali, że król jest nagi! Koszmar.

      Usuń
    4. Na rękach miałam zwierzęta, nie dzieci.

      Usuń
    5. Oj, ja również spotkania zazdroszczę; emocji trochę mniej :)

      Usuń
    6. :DDD
      Pandemonia, widzę oczyma wyobraźni zagłąskaną na śmierć fretkę :)))) A Ty wyglądasz jak dama z łasiczką! :))
      -E.W - Ja Ci tej roboty nie zazdroszczę, oj, nie :) A najbardziej tych podjaranych rodziców na karku ;)))

      Usuń
    7. To jakiś kłąb ambiwalencji. Na spotkania przychodzą dzieci nieprzypadkowe takie które chcą, lubią zabawy plastyczne. Albo dzieci , których rodzice uznali że dzieci powinny chcieć :o)
      Różnica wieku między najmłodszym a najstarszym uczestnikiem to nawet 5-7 at. Czyli dzielą ich mentalne kosmosy. I albo się mówi tak, że rozumieją maluchy, a starszaki są zdegustowane upupieniem, albo odwrotnie gada się z 10, 12 latkami a najmłodsi uczestniczą w dialogu jak widzowie w meczu pingponga. Rodzice są przesympatyczni. Przychodzą raczej ci którzy lubią. Raz tylko na warsztatach zetknęłam się z nieukrywaną niechęcią i złośliwością pary rodziców. Z maluchem b. twórzym bystrzakiem i mądralą, akurat i pracowało mi się i gadało super.Nie rozkminiam, może mają akurat taki sposób nawiązywania dialogu
      -A nie nudzi się pani robić w kółko to samo?A umie pani narysować coś innego niż te eeee bałwanki? Kuleczka on się nazywa, tak? Skończyła pani jakieś studia? No proszę! Słyszałeś, po Akademii jest! Chyba pedagogicznej, he, he.
      I tak dalej w ten deseń.

      Faktem jest że po takich zajęciach z milionem bodźców choćby samych pozytywnych leżę jak wyciągnięty z wody glon.I obiecuję sobie , że nigdy więcej,aż do następnego razu, kiedy to...itd.

      Usuń
    8. Pisząc o podjaranych rodzicach mam na myśli też siebie :) Bo wiesz, dzieci sobie polepiły, pokleiły i rade a ja mam niedosyt, bo chciałam sobie jeszcze pomacać oryginały panakuleczkowych ilustracji i zadać 100 pytań do... :))
      A insza inszość, że rodzice po pierwsze generują chaos, po drugie - dzieci przy rodzicach zachowują się INACZEJ. Weźmy mojego JP. Gdy obcy dorosły rozmawia z nim w mojej obecności, on - siłą wyduszając z siebie lakoniczne odpowiedzi - po każdym słowie zerka na nas, rodziców szukając akceptacji. Ja już nie wiem, gdzie mam podziać oczy. A tymczasem gdy pojawię się w szkole przypadkiem widzę, jak moje dziecko przygważdża nauczyciela pełznącego z nadzieją ku pokojowi nauczycielskiemu swoją elokwencją. Pani z matematyki objaśnia pojęcie silni albo wykłada własne metody obliczeń, pani z rosyjskiego prezentuje w komórce zdjęcia w przebraniu za rosyjską flagę. Kiedyś, zaskoczona, zapytałam rusycystkę, czy on często taki rozmowny, a ona na to, że ZAWSZE.
      Oczywiście wiem, że popełniłam bład udzielając CI odpowiedzi w jego imieniu, ale kolejka za jego plecami bardzo mnie stresowała... :P Być może sama sobie nie zdaję sprawy i robię to częściej...

      Ale wracając do meritum - ja wolę dzieci bez rodziców - ich kreatywność wzrasta wtedy o kilkaset procent, podobnie jak poziom satysfakcji. A to sie przekłada na satysfakcję prowadzącego :)

      Usuń
  2. :)
    Takie spotkanie i przeżycie :) I u nas kilka książek jest, ilustracje piękne. Pana Kuleczkę już kilka razy wypozyczałyśmy z biblioteki ;) (tego samego ) nawet na biblioteczna tablicę rysunek z Panem Kuleczką powstał .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje dzieci opracowały w drodze na spotkanie taki koncept: Kasdepke napisze książkę o żyrafie (prosiła go o to Trójka na spotkaniu z nim) a -E.W. zilustruje :)

      Usuń
    2. Popieram dzieciaki - plan doskonały :)
      (i do nas zawitał dawnymi czasy pan Kasdepke. Najstarsza ma nawet z nim fotki :) )

      Usuń
  3. Ale mieliście fajnie... Co prawda po przeczytaniu o spotkaniu w metropolii zara zapaliło mi się pytanie - ciekawe jak tam Jarecka dotarła? ;-) Pozdrawiam serdecznie - silvarerum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He he, Jareckim, Silvarerum, Jareckim. W niedziele mam wolne jako szofer :)

      Usuń
  4. Patrząc na kaczki godne następczynie rosną :)
    ..a doczytując do końca przed oczami stanął mi 15.12.09. idę pomrugać.

    OdpowiedzUsuń
  5. ...Jarecka to tak napisze, że i ja muszę pomrugać...

    OdpowiedzUsuń
  6. Felis, Mamelkowo, pomrugajmy razem ;;; mryg mryg :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niniejszym zielonam jak Twoje kanarkowe rajtki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WIesz Bebe, jak wydobywałam te rajtki z głębi pudła (też już ze dwa latka nie noszone), zastanawiałam sie, czy byś w takich wyszła :)

      Usuń
    2. Wyszlabym!
      Posiadam bowiem!

      Usuń
    3. Od razu mi lepiej :)

      Usuń
  8. A to sie dzialo!!!
    Pania ilustratorke bardzo cenie, a ksiazeczki z Panem Kuleczka, mielismy , jako jedni z pierwszych czytelnikow, bo moj maz pracowal w owym wydawnictwie co je wydawalo, baaa, znal dobrze autora;) Niestety autografow nie mamy.

    I chlip, chlip wzruszylam sie przy "nie zapomnij"...

    Wracajac do spotkan , czy wiesz co sie dzieje z Sylwia od kropek? Blog juz nie istnieje, a tak lubilam ja czytac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WIem że Sylwia żyje i ma sie dobrze, ale dlaczego tak okrutnie zwinęła kram - nie wiem. Wysłałam do niej maila, ale nie odpowiedziała (może już nie korzysta z tego adresu). Zagajona przez Jareckiego na fb też nie odpowiada :( Szkoda, ja też bardzo lubiłam jej bloga, i czytać i oglądać. Tyle pozytywnej energii.

      Usuń
  9. Jarecka,że my wspomniane będziemy w tak pięknie ilustrowanych poście to hoho!:)Ciekawe co Jarecki na te nadchodzące obchody wymyśli.

    OdpowiedzUsuń
  10. "Nie zapomnij". Oko mi się spociło...
    PS Zazdroszczę tego spotkania, warsztatów i kobaltowej sukienki oraz rajstop w kolorze kanarka, co obżarł się groszkiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też :)

      Spotkanie i warsztaty super. Kiecka też fajna, z lumpeksu :) A rajtki mało do czego pasują - ale chyba po prostu one zostały stworzone na taką wyjątkową okazję jak spotkanie z Elą!

      Usuń