Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chochlik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chochlik. Pokaż wszystkie posty

1.10.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.7

Zmora przedszkolanek.
Viagra wszystkich derekcji świata.
Dla rodziców miód na serce łamane przez zawracanie głowy.
Dla dzieci - szczęśliwe zwieńczenie codziennych tortur.

IMPREZY PRZEDSZKOLNE

Młoda przedszkolanka zaliczyła takowych krocie, głównie w roli rodzica.
Pomyślałby kto: czy rodzicom cokolwiek może zepsuć radość z oglądania własnego dziecka w roli kwiatka/pszczółki/biedronki? Czy sam widok trzylatków tłoczących się jak kurki na zaimprowizowanej scenie nie wypełni serca słodyczą i nie znieczuli na niedociągnięcia, korony spadające na oczy, na niezrozumiale szeptane kwestie (jeśli w ogóle)? Zdawało się Jareckiej, że nic nie może zmącić rodzicom tego spektaklu; do znudzenia powtarzała to w swoim czasie Derektorce Chochlika i Alicji, ku pokrzepieniu serc, w dniu zero.
Zanim jednak wspomnienia popłyną chochlikowym korytem, dowiedz się Cytelniku, że żadna trauma tamtych miesięcy nie przebiła pewnej przedszkolnej imprezy, jaką Jareckiej dane było przeżyć w tym odległym świecie, gdy Jaśnie Panicz miał trzy lata i uczęszczał do Klubiku na Przedmieściu.

Pewnego dnia, jak co dzień - punkt czternasta - Jarecka wkroczyła do Klubiku celem odebrania syna. Nieco się zdziwiła, że przechodnia sala pełniąca okazjonalnie rolę auli zastawiona była rzędami krzeseł a na jednej ze ścian zawisło nawet coś na kształt kurtyny. Jeszcze bardziej się zdziwiła ujrzawszy w kuluarach własne dziecko przyodziane w za dużą kamizelkę. Jasnie Panicz wyglądał na nieco zdezorientowanego, a może po prostu twarz jego odbiła jak lustro grymas matki. Pani Izunia, wychowaczyni, zamknęła Jareckiej przed nosem drzwi za kulisy sycząc, że swoim widokiem źle wpływa na trzyletnie morale i żeby sobie Jarecka usiadła, bo będzie przedstawienie.
Jarecka zbaraniała, ale posłusznie umieściła wózek ze śpiącą Dwójką za oknem (pozwólmy wyobraźni Czytelników zmierzyć się z tą wizją!) i przysiadła pomstując w duchu; byłaby ubrała dziecko stosowniej, gdyby wiedziała, że tu taka okazja. Wymiętolona koszulka nie prezentowała sie najlepiej pod kamizelą z klubowej garderoby, ale co tam - oto dzieci wchodzą na scenę!

Grupa trzylatków w liczbie sześciu (dwoje nieobecnych) niepewnie wgramoliła się na "scenę" pociągana, tudzież popychana energicznie przez panią Izunię o rozbieganych z przejęcia oczach.
Coś tam te dziatki tańczyły i coś tam mamrotały, lecz widok ich był tak żałosny, że rodzice wstrzymali oddech. Mały Tomuś wybuchnął płaczem, pląsający krąg zatrzymał się i rozsypał. Izunia próbowała cerować rozproszone kółeczko, mama Tomusia skoczyła pocieszać dziecko.
- Proszę go nie zabierać - wycedziła przez zęby Izunia - zaraz inne dzieci będą chciały do rodziców.
Mama Tomcia zamilkła, zwiędła, chwyciła desperacko za rączyny najbliżej stojące maluchy i ruszyła  w tan wraz z potykającym się korowodem o drgających brodach.
Reszta rodziców zakryła usta i wybałuszyła oczy w pełnym napięcia oczekiwaniu na ciąg dalszy.
Na sam koniec tej męczarni dzieci wręczyły rodzicom prezenty rzekomo ulepione ich własnymi rękoma, gdy do auli wkroczył toczący pianę i dyszący nozdrzem tata Wicia.
- Co tu się dzieje? - zapytał zdziwiony.
Jarecka, która była najbliżej, wyjaśniła, że miało miejsce coś na kształt przedstawienia, o którym ona także nic nie wiedziała, miała jednak to szczęście stawić sie po odbiór dziecka punktualnie. Tata Wicia, który przybył do Klubiku spóźniony o dwa kwadranse (jechał na rolkach; drugą parę holował dla syna - to miał być dla Wicia wspaniały dzień) wpadł w szał, tym bardziej, że Wicio poniósł większe niż inne dzieci straty moralne, albowiem nie miał komu wręczyć dzieł swoich pani Izy rąk; trwał z nimi nadal, w za dużej kamizelce, potrącany przez zakłopotanych wychodzących.


...


W Chochliku dwie większe imprezy z udziałem rodziców Derekcja zaplanowała dwie - jedna na przełomie maja i czerwca; standardowa fuzja Dni Ojców, Matek i Dzieci, zwana Świętem Rodziny oraz Święto Świetego Chochlika, patrona placówki.
Pierwszym problemem było ustalenie daty imprezy i był to problem gigantyczny, albowiem Derekcja powodowana toksyczną dobrocią usiłowała skonsultować przedszkolne plany z grafikami każdej z zainteresowanych rodzin.
- Może dwudziestego, w poniedziałek? - rzucały terminami nauczycielki biegając za Derekcją z kalendarzem.
- W poniedziałki nie możemy, siostra Róży ma wtedy lekcje baletu.
- W środę?
- Który to będzie? Dwudziesty drugi? Nie mogę, dwudziestego trzeciego moja córka wyjeżdża na zieloną szkołę i muszę ją spakować, zakupy zrobić.
- W piątek?
- No nie, w piątki Robusiowie zawsze wyjeżdżają do rodziny!
Nieraz zdarzało się, że gdy już termin jakimś cudem ustalono, dwa dni później Derektorka alarmowała: przekładamy, przekładamy, mama Krzysia ma wizytę u kosmetyczki!
Ostateczna decyzja zapadała zazwyczaj na krótko przed planowaną imprezą i nauczycielki w nerwowych paroksyzmach wypisywały plakat, że dnia tego i owego odbędzie się.
Lecz trzeba Ci wiedzieć, Czytelniku, że wywiesić plakat z inforamcją to jeszcze nic, że i tak każdemu z osobna rodzicowi (i ojcu, i matce) wyłożyć rzecz trzeba łopatą jeszcze kilkakroć, a i tak w przeddzień imprezy znajdzie sie ktoś, kto zakrzyknie: co??? to jutro??? Ale - my mamy dentystę!

Kolejną zmorą było ustalenie z Derekcją programu części artystycznej. Ala i Jarecka miały co prawda własne pomysły - które już wpajały dzieciom przekazem podprogowym - ale Derekcja jako jedyna mogła imprezę uświetnić muzycznie.
- Derekcjo, czy coś zagrasz? Zatańczysz?
A Derekcja - tak, nie, nie wiem, a może makarenę, a może taniec irlandzki, a może nauczę Marylkę plumkać jednym paluszkiem "wlazł kotek na płotek"... - i oddalała się niesiona nurtem własnych wizji, Jarecka zaś biegła za nią z notesem usiłując zawrzeć ten żywioł w punktach.
Punktów było trzydzieści osiem.
Wysiliwszy się na koncepcję, Derekcja rzucała się w wir spraw zewnętrznych, Jarecka i Alicja zaś ćwiczyły z dziećmi te punkty programu, o których miały pojęcie. Właściwie dzieci nie zdawały sobie sprawy, że szykują program artystyczny, który spędza sen z powiek ich wychowawczyniom - codziennie bawiły sie w te same ulubione zabawy ruchowe, tańczyły te same układy i recytowały wspólnie te same rymowanki a nauczycielki potajemnie kleciły czapki, spódniczki i dzioby, które w swoim czasie miały ująć za serce rodziców. Nie ćwiczono tańca irlandzkiego, bo Derekcja nie miała sposobności zademonstrować. Nie uczono Marylki plumkać kotka na płotku, bo Derekcja - jak wyżej.
Na dwa dni przed imprezą Derektorka wpadała z impetem i wołała: no jak tam? Marylko, usiądź i graj mi tu! A reszta w kółeczko i tańczymy!
Przerażona Derekcja rzucała się douczać wszystkiego naraz ogłupiałą dziatwę a nauczycielkom kazała: zrobić własnoręcznie zrobione przez dzieci zaproszenia, własnoręcznie zrobione przez dzieci prezenty dla rodziców (może dla tatusiów i mam osobno...) no i oczywiście kostiumy. Macie? Pokażcie! No nie... brzuchy za małe, czapki za duże, spódnice za rzadkie; weź to Jarecka szybciutko przerób...
Szczęśliwie Derekcja wolna była od ciśnienia na wystrój wnętrz (baaardzo wolna. W ogóle). W przedszkolu, w kórym Jarecka pracowała na Przedmieściu - tym, do którego Jaśnie Panicz trafił wprost z Klubiku - pani derektor, znana w pewnych kręgach jako Violetta Villas (niektórzy mówią, że była bardziej podobna do oryginału niż oryginał) miała autentycznego hysia na punkcie papierowych kwiatków, girland, i drzew z wieszaków i szarego papieru. Nauczycielki w tej placówce były nieustannie zajęte składaniem, lepieniem i klejeniem kwiatów celem złagodzenia u swojej derekcji horror vacui. Szkoda, bo to były naprawdę świetne nauczycielki. Dziećmi zajmowały się - ktoś przecież musiał! - woźne.

W dniu imprezy wszystko stało na głowie. Derekcja nie chciała, by dzieci szły na spacer; chciała robić ostatnie próby. Nauczycielkom zamiast zabawiać dzieci kazała sprzątać i - tak, tak! - zajmować sie dziećmi, które, zachwycone przemeblowaniem w sali "ze stolikami" wszelkimi szparami wyciekały eksplorować nową rzeczywistość.

Jarecka czekała godziny zero jak zmiłowania...
Bo przecież w końcu nadchodził ten moment, gdy Derekcja w swoim gabinecie przywdziewała własną suknię ślubną i przytroczywszy skrzydła wyfruwała na powitanie uśmiechniętych rodziców. Cokolwiek miało miejsce potem - czy Marylka przekręciła wersy wierszyka, czy wzruszony obecnością taty Krzyś przyspawał się do jego ramion (co nijak nie naruszało scenariusza, bo rodzice byli wciągani we wszelkie tańce i pokazywanki) czy dziatwa fałszowała czy nie - rodzice byli zachwyceni.  Po części artystycznej zaś następowała ta upragniona od tygodni chwila, gdy można było się rozluźnić i przy kawie porozmawiać swobodnie, a przede wszystkim - gdzie rodziny przedszkolaków mogły poznać się nawzajem, skonfrontować swoje rodzicielskie doświadczenia, wymienić uwagi, wizytówki i uprzejmości, pozapraszać się na grille i poumawiać na spacery.
Dziatwa, poczuwszy się wyjęta spod jurysdykcji pań i zrelaksowana widokiem zadowolonych rodziców wespół z własnymi braćmi i siostrami entuzjastycznie demolowała przedszkole.

A wtedy, w samo centrum tej radosnej fiesty, na papierowych skrzydłach, niby jaki anioł zniszczenia, spływała Derekcja:
- No, kochani! - wykrzykiwała w stronę rodziców - odstawcie te kubki i talerze i już mi do sali! Zatańczymy sobie taki irlandzki taniec! I makarenę!

17.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.6

Nie minęło czasu mało-wiele, gdy Derektorka wręczyła pracownicom ulotki reklamowe Chochlika ze słowami: rozdawajcie to znajomym i zostawiajcie gdzie się da.*

Na tejże ulotce stało jak byk: zapewniamy opiekę dzieciom z niepełnosprawnością.
- Jakże to? - przeraziły się nauczycielki - jaką niepełnosprawność masz na myśli?
Derekcja nie miała na myśli żadnych konkretów; przecież dzieci i tak nosimy na rękach, i tak zmieniamy pampersy, i tak karmimy. Zgoda, mówiły nauczycielki, ale niepełnosprawność ruchowa to nie wszystko; są inne choroby i zaburzenia - my po prostu nie jesteśmy kompetentne! Nieśmiały ten protest utonął w morzu innych, równie nieistotnych protestów i tak oto trafiła do Chochlika dwuletnia Sara, chora na mukowiscydozę.

...


Ala nie miała pojęcia, z czym to się je.
Jarecka, ze względu na pewien koszmarny epizod w swoim życiu, wiedziała, na czym polega choroba, lecz o codziennej pielęgnacji chorego miała mizerne pojęcie.
Tata Sary wraz z posiłkami dostarczał enzymy, którymi należy uzupełniać dietę dziecka, bo organizm ludzi z mukowiscydozą nie trawi tłuszczu. W krótkich słowach wyjaśnił, jak obliczać dawki w oparciu o zawartość tłuszczu w posiłku - lecz albo słowa były zbyt krótkie, albo umiejętności matematyczne nauczycielek niewystarczające, albo wizja rachowania w towarzystwie rozbrykanych i/lub głodnych dziatek wydała się nazbyt surrealna:
- Kochany - przemówiła Ala - nie mogę panu obiecać, że wyliczę wszystko jak należy. Proszę nam opisać, ile tego przed czym. Będziemy oboje spokojniejsi.
(Należy dodać, że trudność w suplementacji polega na tym, że enzymy trzeba podać przed posiłkiem, w ilości odpowiedniej do obfitości posiłku. Niełatwo przewidzieć, ile zje obce dziecko! Nie występuje tu także opcja mniejszego zła - źle, gdy się poda za dużo specyfiku, równie źle - gdy za mało)

Choroba Sary niezbyt dawała się we znaki. Nie kazano nauczycielkom nebulizować, oklepywać. Rzeczywiście, posiłki były nieco problematyczne, ale nie względu na podawanie enzymów (rodzice sumiennie opisywali dawki na produktach), tylko dlatego, że Sara nie lubiła jeść. W tym miejscu padły zasady Jareckiej - dreptała za Sarą z łyżką, choćby pół dnia, bo już nie chodziło o dobre maniery lecz o zdrowie (powiedzieć "życie" - brzmiałoby nazbyt patetycznie, nieprawdaż?)

Jedno wszak wyróżniało Sarę - Państwo wybaczą - kupa. Zapach kupy chorego na mukowiscydozę to doznanie traumatyczne! Tak pomyślała Jarecka mając do czynienia z nią po raz pierwszy.
O naiwności!

Pewnego popołudnia Sara była bardzo niespokojna i szybko stało się jasne, że przyczyna tego dyskomfortu tkwi w jelicie grubym. Po serii pełnych bólu wrzasków problem - powiedzmy - wypłynął. Ledwie Sara została obstalowana na nocniku (na tę chwilę, w której Jarecka uda sie do szatni po czystą pieluchę - bo od czternastej chochliki pozostawały pod opieką jednej osoby), gdy do przedszkola wkroczył tata Sary.
- Dobrze, że pan jest - ucieszyła się Jarecka. Pokrótce streściwszy zaś ojcu cierpienia Sary, poprosiła, by zajął się córką, bo ona, Jarecka, musi zająć się resztą zdezorientowanych zamieszaniem (by tak łagodnie rzec) dzieci i byłby to kres boleści, lecz już po chwili Jarecka zauważyła, że tata Sary zdradza niezwykły niepokój.
- Śluzówka jej wypadła - wyjaśnił - to się zdarza ludziom z mukowiscydozą. Co prawda Sarze zdarzyło się pierwszy raz...

Na samą myśl o tym, że mogłaby oglądać to własnymi oczyma nie mając w pobliżu żadego wsparcia dorosłej osoby, Jarecka, blada i zielona, udała się do sali zabaw, gdzie na ścianie wisieli zgodnie pospołu Chrystus ukrzyżowany i Hello Kitty, i rymsnęła na twarz (nogi nie stawiały oporu) w akcie wdzięczności za to, iż było jej oszczędzone.


...


DO PRZEDSZKOLA PRZYPROWADZAMY TYLKO ZDROWE DZIECI
- w każdym przedszkolu, które Jarecka miała okazję odwiedzić, wisiała taka karteczka.
A teraz ręka do góry, kogo wyproszono z przedszkola z dzieckiem zakatarzonym, kasłającym lub "słaniającym się nogami"?

Przedszkola jednakowoż obfitują w podstępne alergie, które dopadają dzieci znienacka bez względu na porę roku. Osobliwe te alergie objawiają się zielonymi glutami, kaszlem we wszelkich odmianach (szatnia w przedszkolu Trójki aż wibruje od tych odgłosów - a wszystko to "alergicy"!), czasem też gorączką, wysypkami i ropnymi wysiękami. Do wyboru, do koloru.
Derekcja z troską pochylała się nad alergiami. Wszak rodzice chochlików muszą pracować. Pracować, by zarabiać. Zarabiać, by uiszczać!

Przypadkiem numer jeden była w Chochliku Róża. Trudno dociec, dlaczego mama Róży uparła się wrócić do (nieciekawej, kiepsko płatnej) pracy mając do dyspozycji jeszcze rok urlopu wychowawczego, dobrze zarabiającego męża i chorowitego wcześniaka.
Derekcja wychodziła naprzeciw.
Ona jest chora! - zdiagnozowała Jarecka pewnego dnia, pół godziny po przyjściu Róży. Oczy dziewczęcia zasnute były mgłą, czoło płonęło. W przedszkolu nie było termometru i Jarecka nabrała podejrzeń, iż jest to celowy brak, bo Derekcja zawiadomiona o stanie rzeczy pośpieszyła uspokajać:
- Niech sobie poleży, daj jej pić i broń Boże nie dzwoń do matki! Ja za godzinę będę.
Przybywszy po dwóch godzinach, Derekcja z satysfakcją stwierdziła iż chory zasnął i odsunąwszy wgłąb sali wózek z bredzącą w malignie Różą, oddała się zwykłym przedszkolnym zajęciom.
Czy trzeba dodawać, że matka Róży stawiwszy sie po córkę usłyszała, że wszystko było w porządku, że Róża bawiła się świetnie, jadła w normie i dopiero, tuż, tuż przed pani wejściem pani Mamoróży, jakoś tak nam oklapła i posmutniała.
Mama, zdziwiona, zamiotła Różę z podłogi do siatki i nazajutrz, skoro świt, odstawiała ją znów do Chochlika na kolejny, radosny dzień przedszkolaka.


...


Poniższe sytuacje miały miejsce naprawdę:
- W nocy wymiotował(a). Kilka razy. A rano zrobił(a) brzydką kupę, ale już czuje się dobrze, do widzenia - wyznawali szczerze rodzice i uciekali przecierając w biegu dłonie spirytusem.
Nazajutrz już troje dzieci robiło brzydką kupę, wszystko w majtki, lecz powiedzieć rodzicom, że to wirus, i że po jednej nocy to raczej nie przechodzi - Derekcja była zdania, że nie wypada.
- Kaszle, proszę mu w południe psiknąć tym do gardła. A tu taki syropek na apetyt. Pięć razy po łyżeczce.
- Róża znowu kaszle. Czy byłaby możliwość, żeby nie wychodziła dziś z wami na spacer? Nie? Pani Derektor mówiła, że tak. Na spacerze musicie być we dwie? Ale pani Derektor obiecała... To może w ogóle dziś nigdzie nie pójdziecie? Jakoś tak mokro...


...


Zaraz, zaraz! - zakrzyknie jakiś przenikliwy Czytelnik - czy dobrze pamiętam, że chochlikowa umowa miała cud-klauzulę, która gwarantowała opiekę nad chorym dzieckiem w domu?
Dobrze, doskonale!
Na cud-efekty klauzuli nie trzeba było długo czekać.
Ale zacznijmy od początku, czyli od tego, że owe panie, samotne i bezrobotne, które od czasu do czasu miały pomagać w Chochliku celem oswojenia dzieci ze swoją osobą (na wypadek, gdyby miały odbywać dyżury domowe) nigdy się nie pojawiły. Czy jednak dzieci byłyby z nimi oswojone, czy nie, nie miało większego znaczenia, gdyż o tym, kogo się wpuszcza do własnego domu decydują rodzice.
- Ale ja nie chcę obcej osoby! - oburzyła się mama Maksia na propozycję Derekcji ("przyjedzie jutro do pani taka pani Rysia, lat na oko pięćdziesiąt, włos w pasemka"), wprawiając tę ostatnią w stupor - Maksio nie zna tej pani, może mu się nie spodoba? Ja chcę którąś z PAŃ!

Dodajmy jeszcze, dla smaczku, że w każdym miesiącu, każdemu dziecku, przysługiwało takich dni - bagatela - SZEŚĆ!

Jeśli więc Alicja miała dyżur w domu Maksia, oznaczało to, że Jarecka prawie cały dzień będzie sama z rozkoszną grupką chochlików.
Proszę użyć imaginacji, gdyż pióro piszącego nie odda (ciemnego) kolorytu takich dni.


...


Niewidzialne samotne-bezrobotne, miały, jak się okazało, koleżankę.
Rzecz wyszła na jaw jak zwkle, przypadkiem. Zdarzyło się na spacerze, że mała Ola upadła i rozcięła sobie dłoń szkłem. Alicja ranę opatrzyła starannie i z tymże opatrunkiem Jarecka wydawała dziecko matce, ze stosownym komentarzem.
- Ojej - powtarzała zatroskana mama - ojej... No a co na to ta wasza pielęgniarka?
- Eee...kto? - zapytała Jarecka niedbale, że niby nie dosłyszała pytania.
- Pielęgniarka - powtórzyła pewnym tonem mama Oli i utkwiła w Jareckiej wyczekujące spojrzenie.
Jarecka jęła rozpaczliwie przekopywać warstwy informacji w swoim mózgu i nijakiej pielęgniarki tam nie znalazła.
- Nie dzwoniłyście do niej? - dopytywała mama.
Jarecka, nie będąc w stanie przywołać na twarz żadnego mądrego wyrazu, skapitulowała.
- Pani Kasiu - wyznała - ja nie mam pojęcia o czym pani mówi...

Wyszło nieciekawie. Derektor w zakamarkach gabinetu mamiła rodziców wizją pielęgniarki pod telefonem, gotowej przyjechać natychmiast w razie potrzeby. Rana Oli wymagała, jak się okazało, założenia szwu. Derektorka, co prawda, wydawała się być nieco zawstydzona, gdy Jarecka pytała: dlaczego, Derekcjo, nic nie wiedziałam o żadnej pielęgniarce? (mogłabym przynajmniej wiarygodnie skłamać...)
Numeru telefonu do owej tajemniczej postaci nigdy jednak nie udzieliła, nawet wtedy, gdy Maksia użądliła osa.


...


Zostawmy jednak za sobą ten smutny temat!
Wszak nie samymi chorobami wiek dziecięcy stoi.

Oto przed nami fiesta, pójdźmy radośnie!

C. D. oczywiście N.



*W nieskalanym komercją umyśle Derekcji ulotki jawiły się jako dźwignia reklamy, dźwigni handlu. Innych form marketingu Derekcja nie lubiła, toteż nigdy nie dała się namówić Alicji na reklamę w lokalnej prasie, Jareckiej na cotygodniowe zajęcia dla matek z drobiazgiem do lat dwóch oraz wszystkim - na stronę internetową.


11.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..."cz.5


Rodzice, którzy pierwszy raz przekraczali próg Chochlika mówili najpierw:
- O, tu kiedyś była restauracja! Kogoś tu zabili... jakieś mafijne porachunki...
A zaraz potem, na widok Czwórki:
- O, macie tu nawet takie DZIDZIE!
Jarecka wyjaśniała, że ta DZIDZIA ma dwa lata, a to, zdaje się, kilka miesięcy więcej niż Państwa dzieńdobryjajestempanianiajakmasznaimię?
Temat denata pomijała milczeniem, choć wracał on do niej w ciemne zimowe wieczory, gdy przyszło gasić światła i zakluczać puste przedszkole.

W dzień-jak-co-dzień na dwoje babka wróżyła:
Gdy w porze drugiego śniadania Jarecka wkraczała do Chochlika, albo zastawała drzwi od sali zabaw zamknięte, albo rozwarte na oścież. Nauczycielka z pierwszej zmiany albo siedziała z dziećmi w sali, albo biegała po całym przedszkolu z którymś z wychowanków na biodrze. Dzieci albo bawiły się w sali zabawkami albo galopowały od szatni aż po gabinet Derekcji na autach, koniach, piłkach i twarzach.
W zależności od tego, czy poranek należał do Alicji czy do pani Derektor.
Czasem w sali zabaw zasiadali na tronach nocnikanci.
- Na litość boską, Derekcjo! - Jarecka łapała się za głowę - jakbym ja była rodzicem, co szuka dla swojego dziecka przedszkola i jakbym tu weszła i zobaczyła, że w jednej sali pospołu zabawki i nocniki, to uciekałabym stąd jak najdalej!
Derektorka robiła "phi" ale brała gołodupców pod pachy, Jarecka wynosiła nocniki i reszta posiedzenia odbywała się w łazience.
Niemniej dla wszystkich było oczywiste, że identyczna scena będzie miała miejsce jeszcze wiele razy.


W temacie posiłków nauczyła się Jarecka najwięcej.
Na przykład, że odeszło do lamusa nie tylko picie z kubków, ale także jedzenie przy stole, oraz - gryzienie. Nową świecką tradycją jest natomiast uporczywe karmienie niegłodnych i dreptanie za dziećmi z łyżką wszędzie tam, gdzie dziecku akurat zmarzy się przebywać, nawet jeśli będzie to kryjówka pod biurkiem w gabinecie pani Derektor.
- Krzyś kiepsko zjadł obiad - wyznała raz szczerze Jarecka pewnemu ojcu (ech, pod tym względem Jarecka nie dała się zreformować. Derekcja prosiła: nie opowiadaj im takich rzeczy, a ona nielojalnie opowiadała).
Ojciec rzucił lodowate spojrzenie i wysyczał:
- trzeba było mu pomóccc...
Gdyby Jarecka nie zlodowaciała pod tym wzrokiem, chętnie wytłumaczyłaby temu panu, że i owszem, trzyletniemu, zdrowemu na ciele i umyśle Krzysiowi pomagała, zachęcała, bawiła się w zabawę autorstwa Ali; że niby każda łyżka zupy jest porcją lodów o wybranym przez dziecko smaku, że proponowała "może najpierw ziemniaki? nie? marchewkę? nie? wypijesz samą zupę? nie?", oferowała nagrodę w postaci dyżurnego przedszkolnego wafelka, sugerowała sprawdzenie, czy aby na dnie miseczki nie ma ukrytego skarbu piratów - bezskutecznie. Pozostało jeszcze przywiązać Krzysia do krzesła i wlać mu obiad w gardło zatkawszy nos; na to, nie wiedzieć czemu, nie zdecydowała się.
Tata się dąsał.

Na wysoką "skarmialność" Derekcja miała swoje sposoby.
Drugie śniadania i podwieczorki dostarczane były przez rodziców i trzeba przyznać - starali się.
Jeśli posiłek fasowały Ala i Jarecka, dzieci najpierw dostawały kanapki, jajka na twardo, parówki i warzywa, potem jogurty i ewentualnie owoce (zupełnie nie dotyczyło to dwuipółletniej Beatki, która codziennie była uposażana w pączki lub herbatniki), jeśli zaś prym mogła wieść Derektorka, każde dziecko dostawało pod nos całe pudełko własnych i frykasów i hulaj dusza!
Zgadnijmy, od czego zacznie dwulatek, któremu w żłobie dano kanapkę z pasztetem, jogurt truskawkowy i batonik kinder bueno?
Nieważne od czego zacznie, ważne na czym skończy - powie ktoś roztropny.
Zaiste!
Lecz kończył też na batoniku.

A co z piciem? Z piciem było tak: do śniadania serwowało się herbatkę z granulek, do obiadu kompot. Przez cały dzień dostępna była woda.
Cmok, cmok - kręcili głową rodzice na tę wodę i przynosili soki.
- Może pan podpisze tę butelkę - prosiła Ala, gdy kolejny tata przyholował dziecko z Kubusiem w ręku.
- To ja... - każdy tata jest zaradny, nieprawdaż - ...zerwę etykietę, będzie wiadomo, że to mojego syna.
Gdy po południu Jarecka zmieniała koleżankę na posterunku, na blacie stał Kubuś z etykietą, Kubuś bez etykiety, Kubuś z połową etykiety i dwa Kubusie z naderwanymi etykietami - jedna z dołu, druga od góry.
Nawet Enigma była bezradna - w przeciwieństwie do dzieci! One, jak jeden mąż, jako własną wskazywały tę samą butelkę - tę, w której soku było najwięcej!


...


A w ogóle to Jarecka nadto się emocjonuje. Aj waj, wielkie mi halo! O co tyle krzyku?

No właśnie, Drodzy Rodzice, czego oczekujecie od przedszkoli, żłobków i klubików? Można by przecież napchać po kokardę słodyczami a kanapki zjeść samemu w przerwie na kawę (w czym???). Radzi by byli rodzice widząc dno w dwojakach, rade dzieci, nauczycielka syta.

Czego WY chcecie dla swoich dzieci od przedszkola?









1.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.4


CIEKAWE ZAJĘCIA

Oprócz charakterystycznego sposobu dialogowania, równie specyficzny był Derekcji sposób wydawania poleceń.
Polecenia padały w biegu i ciągnęły się jakiś metr za osobą, bo Derektorka osiągała w marszu prędkość ponaddźwiękową. Jeden z ukochanych przez nauczycielki rozkazów brzmiał: "jutro przyjdzie nowe dziecko. PRZYGOTUJCIE JAKIEŚ CIEKAWE ZAJĘCIA."
Ala i Jarecka odymały się na stronie jak egzotyczne ropuchy: jak to! przecież ZAWSZE robimy ciekawe zajęcia! Zresztą, z ich obserwacji wynikało jasno, że nowe dzieci najlepiej czują się, gdy dać im swobodę i prawo wyboru zajęcia. Najlepiej było puścić małego aspiranta w nie znane mu zabawki i baczyć tylko, by stali bywalcy nie zanadto mu dokuczali.

Aklimatyzacji często towarzyszył rodzic, na wybranych przez siebie warunkach. Ten epizod - "w przedszkolu z rodzicem" - nie miał zazwyczaj większego znaczenia dla dziecka; te odważniejsze gładko wchodziły w przedszkolną rutynę, te bardziej zamknięte w sobie i tak wypłakiwały oczy, gdy okres adaptacji musiał dobiec końca - zaś dla rodzica! - rodzicom ten czas był bardzo potrzebny.
Chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego obecność rodzicieli nie sprawiała przyjemności nauczycielkom?
Wraz z osobą postronną wkradał się do przedszkola element dezorganizacji. Dziecko-kandydat nie uznawało jurysdykcji pań, to jasne. Za jego przykładem instynktownie podążała reszta grupy. Niezręcznie było dyscyplinować dziecko przy mamie, niezręcznie było nie zwracać nań uwagi. Nadto młodzi rodzice często wyobrażają sobie dzień w przedszkolu jako niekończące się pasmo zabawy i twórczej aktywności, taki dzień w sali zabaw! Panie, wedle tej wizji, powinny jak dzień długi tańczyć, śpiewać, grać na instrumentach, skakać, robić salta i tarzać się z dziećmi po podłodze. To wszystko, rzeczywiście, po trochu ma miejsce, ale zasadniczo większość czasu upływa na banalnych, codziennych czynnościach - jedzenie, mycie rąk, sprzątanie, ubieranie się na spacer, rozbieranie po, spanie, siusianie, kupa, samodzielna zabawa.

Samodzielna zabawa szczególnie bywa solą w oku dla rodziców. Nie potrafią oni pojąć, jak ważna to aktywność dla dzieci, jak wiele dziecko się uczy w trakcie tego, co z perspektywy rodzica, który na jeden dzień wdepnął w przedszkolną rzeczywistość, widzi się nudą lub chaosem. Szczególnie zaś drażni rodziców widok pani nie wtrącającej się w potyczki o zabawki. Wygląda taka pani, jakby wszystko miała w nosie! A przecież kwadrans takiego nicnierobienia, biernego gapienia się, powie jej o dziecku więcej niż godzina makareny! Ku zaskoczeniu nauczycielek okazało się zresztą, że rodzice nie zawsze mają ochotę słuchać tego, co ma do powiedzenia osoba, która spędziła z ich dzieckiem pół dnia - "moje dziecko nie chce samo jeść? Chce, by go karmić? Niemożliwe! Przewraca się na prostej drodze? Co też pani mówi! Mój Michałek boi się nocnika? Czy w domu też się boi? Nooo...nie wiem... Ja w soboty też pracuję... nie wiem..."
Referaty na temat "jak nam minął dzień", które Jarecka czuła się winna rodzicom odbierającym dziecko z placówki, często traktowane były jako krytyka dziecka, jakaś złośliwość. Rodzice dziwnie wzbraniali się przed opowiadaniem "jak to jest/jak to robicie w domu". A przecież panie chciały mieć jakiś spójny obraz powierzonej im osoby, nie narzucać niemożliwego ale i wymagać tego, co osiągalne. Jeśli jednak udało się osiągnąć porozumienie z rodzicem, sukcesy wychowawcze stawały się chlebem powszednim. Naprawdę!

Derekcja była szczególnie lubiana przez żądnych sukcesów rodziców, albowiem już od pierwszych godzin w przedszkolu, ich dziecko stawiało same tylko milowe kroki dla ludzkości. Bawiło się bosko, jadło cudownie, nic a nic nie płakało, nauczyło się piosenki (jeszcze nie umie mówić? Ale śpiewać potrafi!) i wykonało tę oto wycinanko-wyrzynanko-wystrzygankę. SAMODZIELNIE!
- Nie mów im, że cały dzień płakał - cedziła Derektor przez zęby zmierzając ku drzwiom, w które pukał rodzic.
- Ależ Derekcjo - protestowała Jarecka - gdyby chodziło o moje dziecko, chciałabym wiedzieć! Wszystko, nawet najgorsze rzeczy. Przecież to normalne, że płacze; mały jest, tęskni...
Derektor nie słuchała, bo już kłaniała się w pas, rozpływała w uśmiechu i donosiła o sukcesach.

Inna sprawa, że na płaczące dzieci, Derektorka miała swój niezawodny sposób - noszenie na rękach.
Rezolutne Chochliki błyskawicznie pojęły reguły gry i kategorycznie żądały noszenia.
- Ależ Derekcjo - prosiła Ala - nie noś tak ciągle! Co innego siedzenie na kolanach, co innego prowadzanie za rękę, ale mój kręgosłup nie wytrzyma tego noszenia! A poza tym - Ala próbowała rzecz rozegrać chytrze - to niesprawiedliwe, że buczące nosisz, a grzecznych nie.

Na "ciekawe zajęcia", o które wnosiła Derektorka oczekując nowego narybku, składały się najwidoczniej także różne usługi towarzyszące.
- Zrób tej mamie herbaty albo kawy, jak jutro przyjdzie... Będzie o ósmej.
- Nie zrobię jej herbaty albo kawy, bo do dziesiątej będę z dziećmi sama. Będę się zajmować dzieckiem, nie mamą.
- Ale niechże jej będzie miło!
- Najmilej jej będzie, jak zajmę się tym nowym dzieckiem... to chłopiec, dziewczynka? Ile ma lat?
- Nie wiem. Nie zapytałam.


Przez okrągły rok trwała w przedszkolu czyjaś aklimatyzacja, a każdy nowy nabytek był młodszy od poprzednika...
Ale w tak zwanym międzyczasie, trafiał się, cenny jak perła, ZWYKŁY DZIEŃ.


C.D.N.

30.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.3


SIĘ ORGANIZUJEMY

Co takiego Derekcja obiecywała rodzicom, z początku pozostawało zakryte przed nauczycielkami.
Kolejne punkty cud-umowy miały się dopiero objawiać, zawsze z wdziękiem diabła z pudełka.
Tymczasem z naprędce zaimprowizowanego gabinetu rodzice potencjalnych przedszkolaków wyfruwali olśnieni niczym baloniki ciągnięte na sznurku przez roześmianą Derektor.
Alicja i Jarecka ze zdziwieniem konstatowały, że z tym i owym Derektorka jest już per "ty".
- Znasz go/ją? - podpytywały.
- Tak! - wykrzykiwała radośnie Derektorka - widujemy się w kościele!

(Że co? Jesteś zdziwiony Czytelniku-katoliku? Ty nie jesteś na "ty" z tą babką, co zawsze na Mszy stoi przy drzwiach z lewej?)

W tej familiarnej atmosferze ruszyły zajęcia w klubie Chochlik.
Jakie takie ramy dla tego, co w ogóle będzie się w klubie działo, skleciły pospołu Ala z Jarecką. Nigdy nie zyskały dla tego aprobaty Derekcji, jak również nigdy nie udało im się doprosić, by Derektor wyznaczyła jakieś stałe pory dla prowadzonych przez siebie zajęć.
Efekty łatwo przewidzieć.
I tak, przykładowo, gdy po śniadaniu Jarecka zrobiła zajęcia ruchowe - jakieś tam piosenki z pokazywaniem, naśladowanie zwierząt, pociąg, pingwin, zabawy z gatunku "biegamy dopóki gra tamburyn" - i gdy już dziatwa leżała pokotem na dywanie łapiąc oddech, z głośnym stukotem obcasów wkraczała Derektor wykrzykując: przyniosłam gitarę!!! I dalejże dziatwę w obroty. A czemuż nie chcą tańczyć, śpiewać i pokazywać? To może muzyczkę? I bach, płytę w odtwarzacz - makarenę dziatki, a żywo! Nie? No to taki duży taki mały!
Dzieci rozpaczliwie rzucały się na ziemię i pełzły ku wózkom, klockom i układankom, ale Derektor odklejała je od parkietu, odrywała od parapetów i zbierała do kółeczka. A wszystko w rytmie makareny, którą, zdaniem Derektor każdy dwulatek znać powinien.

Zdarzało się, że Alicja opracowała jakąś historyjkę obrazkową do przyklejenia w porządku chronologicznym na kartce (tudzież inną kartę pracy), i gdy po skończonej pracy chochliki umyły ręce z kleju i już, już dopadały wózków, klocków i układanek, Derektorka zastępowała im drogę i nawracała ku stolikom, bo właśnie naszło ją na zajęcia z religii. Na powrót więc wrażała znudzonym dzieciom kredki w dłonie i nakazywała kolorować Maryję.
Przy pracach ręcznych zgrzytało jeszcze głośniej niż zwykle.
Niespełna dwuletnia Marylka uwielbiała smarować czarną kredką: smarowała zaiste równo i nie wychodziła za linię, lecz była wyjątkowo odporna na dyrektywy Derekcji w kwestiach szczegółów.
- Marylko, na litość boską! Maryja ma niebieską szatę! A włosy... Zofijo, ty też??? Nie różowe! Żółte!!
I natychmiast nieprawomyślne kredki były rekwirowane, wciskane zaś w rękę jedynie słuszne.
- Schowaj to - rzucała w kierunku Jareckiej Derektor i wręczała jej garść czarnych kredek.
Jarecka początkowo próbowała protestować, tłumaczyć, że w wieku dwóch lat nieważne jakim kolorem smaruje, niech smaruje jakim chce; nadto, jeśli idzie o ścisłość, bardziej prawdopodobnym jest, że Maryja włosy miała raczej czarne, nie blond, to zaś, że do koloryzacji Maryi dziewczynki wybierają róż, świadczy o ich atencji dla tej postaci, to chyba, Derekcjo, dobrze, o to ci chyba chodziło? Nie?
- A teraz dziatki, przykleimy dookoła Maryi kwiatki z papieru.
Dziatki dwulatki fiksowały się natychmiast na  fascynujących wycinarkach do kwiatków i zeszytach pełnych lśniących, barwnych papierów i dalejże dziurawić nieskazitelne arkusze. O przyklejaniu wedle Maryi zapominały.
- Weź, przyklejaj im to, ja będę wycinać - nakazywała szeptem Derektorka i rach-ciach, oblepiała Maryjkę Marylki wycinankami.
Jarecka swoje:
- Nie rób tego za nich. Będzie wszystko wysmarowane klejem? Trudno. Że Maryja ma twarz zamazaną na różowo? Nie poprawiaj, im się to podoba.
- Ale jak my rodzicom pokażemy takie paskudztwa?
- Przecież rodzice wiedzą, że one tak nie potrafią - przekonywała Jarecka wskazując Maryję idealną, podgumowaną i ozdobioną zręcznymi rączkami Derektorki. "Marylka" - głosił podpis.
Z czasem odechciało się Jareckiej podobnych korekt.

Zresztą, dla pełni obrazu musisz przyswoić sobie, Czytelniku, następującą wiedzę:
Derektorka miała specyficzny sposób dialogowania.
Nie tylko to, że na każde pytanie miała gotową odpowiedź. Odpowiedź ta padała tak prędko, tak bez namysłu, że osoba pytająca doznawała niezwykłego wrażenia, iż odpowiedź padła, zanim pytanie dobiegło końca... Albo więc Derektor czytała w myślach albo każdorazowo dokonywało się jakieś przesunięcie w czasie, nieuchwytne dla śmiertelników, acz wyczuwalne li i jedynie w momencie zapytania.
Ten sposób rozmowy dawał się we znaki szczególnie Alicji, która rozsiewała wokół siebie aurę spokoju i wyciszenia, mówiła cicho i wolno, ważąc słowa i sądy. Derektor nie ważyła nic, sypała z rękawa gotowcami i nie mieściło jej się w głowie, że ktoś może myśleć inaczej niż ona. A jeśli już się ten ktoś odważył mieć inne zdanie, musiał je natychmiast zmienić i uznać jej, Derektorki, słuszność.

Wszelako, naonczas jeszcze się Jarecka łudziła, że w sprawach natury, powiedzmy, estetycznej, jej zdanie będzie coś tam ważyło. Przymknęła oczy na tapety, którymi Derekcja rękoma swego męża zasłoniła poremontowe placki na ścianach. Koniec końców, przedszkole było marzeniem Derektorki, nie Jareckiej, niechże więc się ziszcza! Inne decyzje bolały bardziej.
- Tu - Derektor wskazała jedną ze ścian - chciałabym, żebyś zrobiła takiego wielkiego anioła - szerokim gestem dała pojęcie o rozmiarach dekoracji.
Jarecka wykonała polecenie, lecz uduchowiona twarz anioła nie przypadła szefowej do gustu.
- Chciałam, żeby był taki bardziej dziecinny, wiesz. Tak, jak z książeczki dla dzieci.
Z jakiej, na ten przykład, Derektorko, zapytywała Jarecka.

Mniejsza o to.
I tak Jarecka (niepojętym trafem) nigdy nie znalazła czasu na wykonanie metrowej długości twarzy smerfa.



C.D.N.





27.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką" cz.2

SNY, MARZENIA I ZAŁOŻENIA

Tym, co stanowi o jakości placówki, jest człowiek.
Tego Jarecka nauczyła się w pracy obserwując swoje koleżanki po fachu w akcji.
Drogi Rodzicu! Nieważne, czy przedszkole jest wielkie, czy małe, państwowe czy prywatne, w mieście, czy na wsi zabitej deskami, montessoriańskie czy waldorfskie, wyznaniowe czy nie - jeśli pracują w nim odpowiednie osoby, korzyści, jakie czerpać będzie Twoje dziecko i Ty sam, są nie do przecenienia. Jeśli ludzie nie będą odpowiedni, na nic szumne deklaracje, super-hiper-stymulujące zajęcia, sprzęty, zabawki, małpie gaje i inne cuda wianki. Będą straty.
Czy osoba, która będzie zajmować się naszym dzieckiem jest odpowiednia czy nie, podpowie Ci, Rodzicu, bezbłędnie Twoja intuicja, tylko nie zapomnij jej włączyć! 
Niestety, są jeszcze czynniki, które mogą uczynić wspaniały potencjał bezużytecznym. Najlepszy wychowawca, który musiałby pracować osiem godzin, bez wsparcia i bez przerwy nada się tylko do wyżęcia i rozwieszenia. 

Ale nie uprzedzajmy faktów, bo oto, w pustym pomieszczeniu przyszłej sali przedszkolnej, odbywa się dopiero pierwsze spotkanie bohaterek niniejszego pamiętnika. Jest Derektorka, jest Jarecka i ta trzecia, znana najstarszym Czytelnikom DD jako Koleżanka-Z-Pracy, ale ponieważ miano to długie i nieporęczne, dla potrzeb fabuły nazwijmy ją Alą.
Alę obejrzała sobie Jarecka dokładnie i podejrzliwie, bo Ala oznajmiła, że praca w przedszkolu była jej marzeniem! Po studiach nawet popracowała nieco w zawodzie, ale potem zaczęła produkcję własną i po czterech córkach okazało się, że wykształcenie Ali trzeba by uzupełnić, gdyby tak zechciała pracować w państwowej placówce. Tymczasem jak raz trafiła się sympatyczna Derektor i od słowa do słowa namówiły się, siedzi więc Ala na stołeczku i układa używane książki na używanym regale, i popatruje niepewnie na tę drugą, Jarecką; co z niej za jedna?
Derektor zaś, niby Piaskowy Dziadek, prószy zebranym po oczach swoimi snami na miarę Martina Luthera Kinga.
- Nasze przedszkole będzie artystyczne! Katolickie! Teraz wszędzie są montessoriańskie, nasze będzie INNE!
Tu Jarecka nie wytrzymała i powiedziała, co myśli; że większość okolicznych placówek mieniących się montessoriańskimi to zwykła lipa, i że na upartego w każdym przedszkolu można by doszukać się jakichś elementów tego pomyślunku, by je następnie przekuć w szyld i umieścić nad drzwiami jako lep na snobów. Sto lat minęło od czasów, w których przyszło żyć mądrej Marii i kogo dziś dziwią wielkie okna w przedszkolach i zabawki w zasięgu ręki? Przecież to, co u Montessori najlepsze, to stosunek do dziecka, uważne się jemu przyglądanie i podążanie za nim! I u nas tak będzie! - wiatr rozwiewał włosy, fale omywały dziób Titanica a Rosynant stawał dęba, gdy Jarecka wykrzyknęła te słowa.
Wszelako nie zrobiły one na nikim wrażenia.
- Mam taki pomysł, czym będziemy się wyróżniać - perorowała Derektorka - jak dzieci będą chorowały, będziemy wysyłać opiekunki do domu!
Jarecka zrazu myślała, że to żart. Znając przedszkolne realia, wiedziała, że chorujące trzylatki to rzecz powszechna, i że nie będzie rzadkością grupa zredukowana do połowy, bo ospa, bo szkarlatyna, bo biegunka.
- A co to będą za opiekunki? - zapytały zaintrygowane nauczycielki.
- A mam takie panie. Samotne. Bezrobotne. Chętnie sobie dorobią.
(Tak, Czytelniku. Ta utopia została wprowadzona w życie, ale to temat na osobny wpis)
Jarecka postanowiła skierować zapał Derektorki na inny tor.
Tak się złożyło, że nim ostatnia używana książka wylądowała na półce, Ala i Jarecka już wiedziały, że się dogadają, że wysłuchają się nawzajem i spotkają w pół drogi, a więc zgodnie wyraziły radość; jak to, nie sądzisz, Derektorko, wspaniale, że mamy tu taki artystyczny potencjał - plastyczkę, muzyczkę, zrobimy zajęcia plastyczne, grę na instrumentach, rytmikę, religię (Derektor katechetka), jakiś angielski dla takich skrzatów też poprowadzimy, raz w tygodniu przyjedzie logopeda - szybko więc ułóżmy tygodniowy plan zajęć, będziemy podtykać go pod oczy tym rodzicom, co tu zaraz walić będą drzwiami i oknami.
- Ależ - przemówiła Derektorka - jaki plan zajęć, co za plan zajęć, po co? Po co się katować grafikami, tu będzie wolność i swoboda, będziemy działać wedle doraźnych potrzeb!

I tak upłynęło pierwsze spotkanie.
Jest więc lokal - parter pewnej willi.
Jest charyzmatyczna Derektor, są nauczycielki.

Pora otworzyć okna i wpuścić rodziców z dziećmi.

C.D.N.

26.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką" - cz.1

- i tu Wszechwiedzący Narrator zastygł z gęsim piórem w dłoni niezdecydowany, jak powinien brzmieć podtytuł. "Poradnik dla rodziców przedszkolaków"? "Cała prawda o wczesnej edukacji"? "Co każdy rodzic wiedzieć powinien posyłając swoje dziecię do przedszkola/szukając dlań odpowiedniej placówki"?
Nie dość, że tytuły niezgrabne to jeszcze mylące.
Bo to nie będzie poradnik, lecz wrażenia matki, którą nieobliczalny podmuch osobistej historii zaniósł na drugą stronę (lustra? barykady? drzwi?).

POCZĄTKI

Nigdy, przenigdy Jarecka nie marzyła o pracy w przedszkolu.
Nigdy, przenigdy nie zachwycała się małymi dziećmi, nie robiła tiu tiu do małych dziewczynek w falbankach i drwiła bezlitośnie z młodzieńczych marzeń własnej mamy, która śniła o pracy przedszkolanki.
(Tu następuje chichot losu. Głośny)
Mniejsza o pobudki. I tak Wierny Czytelnik Deszczowego Domu nie uwierzy, że był taki moment w życiu Jareckiej, gdy uznała, że to doprawdy niepodobna pogodzić pracę na etacie z pisaniem pracy magisterskiej i kilkoma wycieczkami do odległej uczelni celem skończenia pracy dyplomowej. NIE WSZYSTKO NARAZ!!
(Tu następuje głośny rechot Czytelników)
Jarecka zaczęła pracę w dwóch przedszkolach jako instruktor zajęć plastycznych. Zieloniutka była jak szczypior a jej obojętność względem dziecięcej specyfiki nie pomagała zrazu w pracy, niemniej zajęcia cieszyły się coraz większym powodzeniem. To, co miało być chwilowym sposobem na zarobek trwało w efekcie siedem lat i przebiegało według schematu - rok pracy, rok zajmowania się własnym niemowlęciem, rok pracy, rok z niemowlęciem, itd. Przy czym dodać trzeba, że w latach, na które przypadły "urlopy macierzyńskie", Jarecka prowadziła prywatne zajęcia plastyczne w domach swoich uczniów, w soboty i wieczorami.

A teraz wyobraźmy sobie osobę, która od zawsze marzyła o własnym przedszkolu, która weszła w posiadanie pewnej puli pieniędzy i której los podsunął Jarecką jak na tacy! Osobie tej, zwanej dalej Derektorką, wydała się Jarecka kandydatką doskonałą. Wykształcenie, doświadczenie i komplet cech, jakimi dysponuje każda matka wielodzietna, czyli: podzielność uwagi, zarządzanie czasem i zasobami ludzkimi, czujność, wyobraźnia, refleks, itp., itd. - czego chcieć więcej!


I otóż osoba ta, Derektorka, zatrzymała pewnego dnia swój samochód na błotnistej drodze, po której szła Jarecka z Trójką i półtoraroczną Czwórką w wózku, odkręciła szybę, rzuciła spojrzenie znad ciemnych okularów i powiedziała:
- No to zaczynamy.


C.D.N.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...