25.09.2018

Ślepa kura rąbie ziarna do wypęku, czyli Jarecka w Bydgoszczy

W pierwszych słowach mojego listu muszę złożyć wielkie dzięki Gosi z Mamelkowo, bo okazało się, że to ona pchnęła koło zamachowe mojej historii tak, że w piękny wrześniowy ranek wylądowałam po raz pierwszy w życiu w Bydgoszczy.
Gosia, dziękuję, Tobie i Twojej przyjaciółce w różowej sukience! :*
Piękne miasto, piękna biblioteka, wspaniała impreza - Festiwal Książki Obrazkowej Literobrazki.


Festiwalowe śniadanko.

Będą zdjęcia, z ajfona, bo właściwie nie wiem dlaczego nie wzięliśmy aparatu.
Nie wzięliśmy MY, czyli Jarecki i Jarecka, bo w takim składzie udaliśmy się na miejsce zdarzenia.

Zobaczyć na wokandzie JARECKA - bezcenne.






Mogłabym pisać ochy i achy, że taki fajny program Festiwalu, że taki klimatyczny budynek, przemiłe Panie z biblioteki, przyjazna atmosfera, mogłabym ale się powściągnę, niech zdjęcia przemówią!




Fajosko jest spotkać znajomych z internetów :) Ania, Agnieszka - dziękuję!


Nic a nic nie skłamię, że przygotowanie tych zajęć zajęło mi cały tydzień.
Testowane w domu na własnych dzieciach, przeszło testy atrakcyjności i dostępności w zakresie samodzielnego wykonu.




Powiem Wam, że bardzo się denerwowałam na długo przed tą imprezą.
Prowadziłam już warsztaty na Targach Książki w Warszawie ale tam byłam tylko przyboczną Agnieszki Frączek, która roztoczyła tyle wdzięku, że mnie pozostało już tylko rozdać materiały, co zresztą poszło mi świetnie.
A tu - cała godzina tylko dla mnie.
Wokół sławni ilustratorzy i autorzy a tu taka sobie Jarecka z szydełkiem.
Robotę za mnie zrobiły włóczki i litery - tym nie można się oprzeć :)


Gadałam do radia, zwykle to ono gada do mnie.


Po warsztatach, które wg mojej subiektywnej oceny trwały kwadrans, udaliśmy się z Jareckim na warsztaty z Iwoną Chmielewską. Pani Iwona pokazywała kilka swoich książek i wzruszyła mnie do łez.
Jarecki nie zaprzecza, że jego też - natychmiast po powrocie zamówił Kłopot i teraz testujemy na gościach - nie ma mocnych, wszyscy kończą z łezką w oku.

Wszystko, co Pani Iwona mówiła o rysowaniu i pisaniu książek wzięłam sobie głęboko do serca. Że ilustracja i tekst łączą się w głowie czytelnika, on rozpina między nimi most własnych doświadczeń, wiedzy, skojarzeń. Niepotrzebne są epickie opisy, książki człowiek nosi w sobie, tak jak ja - jak się okazało - nosiłam w sobie Kłopot.

Noszę się też ciągle z moją książką, kiedyś donoszę. 









13.09.2018

Urodziny


Sierpień jest u Jareckich najbardziej urodzinowym miesiącem w roku.
Na początku sierpnia świętuje Czwórka, na szarym końcu JP.

Niezgrabne to zagajenie służy prezentacji tego, co następuje, czyli: nad czym Jarecka pracowała w lipcu.

Miało być, jeśli można, pieskowo.
A pewnie, że można!

Ale to jednak trochę mało, żeby wiedzieć, co dalej, na co się z szydłem zamierzyć.
Może jak powstanie pierwszy piesek będzie łatwiej.


Teraz jeszcze jakiś pudel i jamnik, koniecznie jamnik.
I co fajnego mogłyby robić te psy - może podróżować?
Balonem?


 Różowe okulary postały z butelki po wodzie mineralnej dla dzieci. Specjalnie taką wytropiłam, dla tej odrobiny plastiku.
Ale może jakiś bardziej ogólnodostępny event, może urodziny? Każdy miewa urodziny.
No to lu, impra.
Są balony, jest tort. Patera na tort ma nawet podstawkę ze szpulki na maszynowe nici, takiej do bębenka.



Trochę demoniczny ten jamnik, reszta zdaje egzamin z sympatyczności.
Dodajmy nieco gości; cavalier zaobserwowany u znajomych i jakiś dog - nie dog.



Królewski błękit w tle to pozostałość z paradnej sukienki Jareckiej.
Może za intensywny, może za ciemny?
Zobaczmyż, jak by to było zmodyfikować kolor?



Czy ja wiem?
Wolę moją sukienkę.

W to upalne lato nie dało się pracować w pracowni na poddaszu, w tle zatem okno kuchenne i bujny ananas w doniczce (wyhodowany z ananasowej czuprynki).



Będziecie mogli dołączyć do tej imprezy, o czym nie omieszkam przypomnieć.
Stay tuned!

Tymczasem!

06.09.2018

Wesołe jest życie staruszka

Dla Jareckich to już dziewiąte rozpoczęcie roku szkolnego w szkole na Zaogoniu.
Było jak zwykle - długo i nudno. A właściwie jeszcze dłużej i jeszcze nudniej i trudno dociec, komu zależało, żeby było aż tak długo i aż tak nudno.
Wójt Trudny i Pani Dyrektor raz po raz oddawali sobie głos aby czytać z kartki patetyczne elaboraty (Pani Dyrektor) na zmianę z tryumfalnymi w zamyśle - a rozpaczliwymi w efekcie - podsumowaniami (wójt).
Wójt Trudny miał bowiem tę trudność, że było to dla niego już któreś z kolei w tym dniu przecinanie wstęgi w słońcu i ledwie opadłym pyle placów budowy. Sam sobie winien - klęska urodzaju; trzeba było tyle szkół w gminie budować?
Dzieciska ustawione na ogromnym parkingu pod ogromną szkołą spektakularnie mdlały, rzekłbyś - z wrażenia, z radości, że NOWA SZKOŁA! Czwórka, którą pierwszą wyprowadzono z tłumu bladozieloną, do nowej szkoły nie idzie a frunie, bo wielkie klasy, korytarze jak tunel Wisłostrady, świetlica, w której można usiąść, bo dla wszystkich starczy miejsca i tylko łazienki nadal bez papieru.


Szkoła JP tymczasem zamiast celebry z szatkowaniem Bogu ducha winnej wstęgi zaoferowała swoim uczniom uczciwe pełnowymiarowe lekcje. Doskonale.

Piątek przeżył zawód, bo okazało się, że po wakacjach Adwian trafił do innej grupy. Mijają się co prawda w korytarzu i w drodze na plac zabaw, rzucają sobie czułe "hejka" ale to już przecież nie to samo.


I tak zaczął się rok szkolny.
Zaraz na wstępie pojawiły się problemy natury komunikacyjnej.
Mianowicie we wtorek koło południa, gdy Jarecka pławiła się w samotności, której zaznała po raz pierwszy od miesiąca (!), drzwi do domu stanęły otworem i stanęła w nich Dwójka z rozwianym włosem, wiechciem pięknych chwastów i znalezionym po drodze piórkiem.
Jarecką na chwilę zatkało z  zachwytu, w ślad za nim jednakowoż za gardło ucapił ją niepokój.
Czterdzieści pięć minut zajął Dwójce ten spacer przez ruchliwą wiejską drogę bez pobocza, odludne pola i lasy pełne źwierza.
Można by na rowerze, ale jakoś strach po wypadku, który tuż przed wakacjami wstrząsnął Zaogoniem.
Na świetlicę dziewczę za stare, co by tu wymyślić?

Piątek ma w tych dniach swoje błyskotliwe przemyślenia i wnioski, które wieczorem ujawnia Najwyższej Instancji.
 - ...i  żeby byłem już staruszkiem i nigdzie nie musiał chodzić.
AMEN.



Spełniam postulat Diabła w buraczkach. Może być? Bo cukierków nie mam.






21.08.2018

Łąka od kuchni

Imaginujcie:
Jest cudowne gorące lato, mieszkacie daleko od szosy wśród łąk i dostajecie zamówienie na temat: DOWOLNY.
Niby można wszystko ale jakby nie ma wyjścia.

Niektóre kwiaty już przekwitły, na szczęście ma się szkicowniki.
I wierne niebieskie szydełko nr 3,5, wszechmogące.







Na czas upałów przeniosłam się z pracą do filii pracowni w salonie.
Można się domyślać, że jeśli jeszcze kiedyś dane mi będzie pracować na dowolny temat, wezmę na warsztat kwiaty doniczkowe - choć trochę mnie wkurza, że stolik, który miał być biurkiem, stał się kwietnikiem i nie wygląda na to, żeby miało się to zmienić.





Nie mogłam się zdecydować, czy iść w naśladownictwo natury 1:1, czy raczej w stylizowane formy inspirowane naturą -




- niechże zatem będzie jedno i drugie, kto bogatemu zabroni?




A może niech będzie zielnikowo, skoro to takie pojedyncze sztuki?
Jak zielnik, to i paseczki papieru, którymi rośliny mocowano w kajetach i gablotach.
U mnie to kawałki tkanin podklejone taśmą dwustronną, żeby się nie błyszczało jak te kolorowe taśmy klejące.






Mam taki plan, że jak już czas mi pozwoli na zabawy, zrobię tutorial i każdy będzie mógł wydziergać sobie takiego chabra bławatka.



Bo taka nawłoć to czysty freestyle.




Efekty końcowe wkrótce a teraz biegnijcie na łąki oglądać prawdziwe nawłocie i rudbekie, ciągle jeszcze tam są.

10.08.2018

Prawdopodobieństwo i podobieństwo. Trochę z życia, trochę z pracowni.












Niezwykle rzadko drogi Jareckiej wiodą przez miasteczko powiatowe O
Chyba, że jest do załatwienia urzędowa sprawa albo gdy któreś dziecko trzeba okazać jakiemuś specjaliście, który akuratnie w O tronuje.
Na przykład cztery lata temu, gdy JP miał zajęcia dla młodych geeków, raz w tygodniu Jarecka cierpiała katusze w ciasnym korytarzu poradni próbując osłonić Piątka przed lądowaniem ze schodów, córki przed śmiercią z nudów a siebie przed towarzystwem ochoczej w rozmowie Matki Polki.
Matka Polka natychmiast podliczyła dzieci Jareckiej a wysnuwszy na tej podstawie wniosek o pokrewieństwie dusz, jęła raczyć Jarecką najbardziej intymnymi relacjami z życia rodzinnego, małżeńskiego, szczegółami z porodów, diagnozami dotyczącymi wszystkich członków rodziny i innymi pasjonującymi detalami - słowem: różnorodność jak na fejsbukowym profilu Karta Dużej Rodziny. Człowiek niby też posiada, też korzysta, ale cóż go obchodzi, ile kto zużywa wody.

Tym razem do O. zawiodła Jarecką sprawa urzędowa. 
Bladym świtem spakowała dokumenty, powierzyła dom opiece swojego wyrośniętego geeka i po kilkunastu minutach zatrzymała maszynę na pustawym parkingu.
To był piękny rześki sierpniowy poranek.
Ktoś zapukał Jareckiej w szybkę.

Powiedzcie - jakie było prawdopodobieństwo, że po kilku latach stawiając stopę w miasteczku, z którym prawie nic cię nie łączy, usłyszysz:
- Ja przepraszam, że tak pytam, ale tak się zastanawiam - ile miejsc jest w tym samochodzie? Bo my właśnie kupiliśmy taki, o, pani zobaczy, tu jest sześć miejsc, jeszcze dwa z tyłu się rozkłada w bagażniku. A można sobie taki siódmy fotel dokupić? Bo nas też jest siedmioro, nas dwoje i dzieci. Starsze właśnie wyjechały, mam teraz luz, tylko najmłodsza została!

Matko Polko, to ty, ta sama!

Jarecka uciekała co sił w nogach zmrożona przeczuciem, że jej rozmówczyni zmierza w tym samym kierunku.



To przeczucie okazało się mylne, wszelako nie był to koniec przygód.
Zanim pani z okienka zdołała rzucić okiem na przedłożone dokumenty, dokonała odkrycia:
- Ma pani nieważny dowód. Termin ważności  minął w lipcu.
Pocieszyła jednak stropioną petentkę, że wszystko da się załatwić z paszportem i potwierdzeniem meldunku a zatem Jarecka ruszyła w drogę do urzędu swojej gminy, gdzie rzeczony papier wręczono jej bez zbędnych ceregieli. W domu paszport leżał tam, gdzie powinien.

I powiedzcie, jakie było prawdopodobieństwo, że on też okaże się przeterminowany?



...




Nu, i taka troska, choć pozostaje satysfakcja, że jak się samemu sobie robi zdjęcie do nowych dokumentów, można sobie przyciemnić przedziałek, zrobić lifting i makijaż.


Dalej będzie trochę na temat konterfektów i w ogóle sympatyczniej.
Otóż moja siostrzenica, pierworodna Fistaszków, idzie za mąż.
Poprosiła o monidło, które przyozdobi zaproszenia.

Rzuciłam się na robótkę łapczywie. Zdjęcia poniżej różnej jakości, niektóre z telefonu, bo w szale pracy szkoda energii na usypywanie kopczyków magnezji.



Pan młody, jako charakterystyczny, zrobił się szybko i od strzału.



Gorzej było z panną młodą.
Jak się zna kogoś od urodzenia, gdy się widziało jak dorasta, gdy zna się jego rodziców i dziadków - wiadomo, skąd ta uroda przychodzi i dokąd zmierza, nie sposób dać się zwieść instadzióbkom i filtrom.
A siostrzenica jest prześliczna.
Zrazu jednak chciałam zrobić ją w nieco karykaturalnej konwencji, podobnie przecież jak wybranka. Panna młoda ma wielkie oczy, długie rzęsy, także te na dolnych powiekach, spojrzenie "spod grzywki". Nos z tendencją do wydłużania ( casus jej śp. Babki), nieco asymetryczny uśmiech, perfekcyjne brwi.
No to lecim:



Eee, nie. Niby wszystko się zgadza, ale ta panna młoda wcale nie wygląda na młodą. Ani na ładną.
A owal twarzy to już w ogóle z sufitu.

Trochę jeszcze próbowałam cudować, tu podszyć, tam upiąć, ale nie było nic lepiej.

Spróbujmy jeszcze raz.
















Dbając o podobieństwo nie można zaniedbać takich cech charakterystycznych jak zaciśnięte w uśmiechu usta czy przekrzywienie głowy - nie chwaląc się, ten układ postaci dodaje podobieństwa modelce (w przypadku pana młodego nie mogę zagrać tą kartą, bo zwyczajnie mało człowieka znam, niemniej na pewno trzeba mu poszerzyć barki).



Teraz popatrzę sobie na młodych i podumam, jakie dać im tło i ozdoby. Mam jeszcze czas. 







Co ciekawe, nie znalazłam w zasobach włóczki w kolorze włosów panny.
Zrobi się w Photoshopie, jak mój przedziałek.

28.07.2018

Okno

Padre Gabryjel, napojony ekstramocną kawą - tradycyjnie, żeby nie zasnął za kółkiem - już odjechał, kurz na drodze opadł i odgłos silnika zagłuszyły świerszcze.
Ciocia Domka szykowała się z dziewczynkami do spania w namiocie, Piątek wbijał kolejnego gola niewidzialnemu przyjacielowi. Od tego się ma niewidzialnych przyjaciół, co nie?
Zrobiło się ciemno.
Jarecki zapalił światło na tarasie, Jarecka zabrała się za porządkowanie naczyń zniesionych ze stołu przez córki.
Dlatego najpierw wydawało jej się, że to blacha z piekarnika, na której stały stosy talerzy, a którą musiała niechcący potrącić.
Rumor był straszny, metaliczny i narastał, narastało też w Jareckiej podejrzenie, że w całym Deszczowym Domu nie ma tylu blach i naczyń, który mogłyby wygenerować ten dźwięk.

Trwało to bardzo, bardzo długo.

Gdy Jarecka pozwoliła sobie się odwrócić, zobaczyła dziurę w oszklonych drzwiach na taras i na mgnienie oka ogarnęła ją ulga; że piłka, rozbita szyba, nic więcej.
Dopiero po chwili zobaczyła Czwórkę z zakrwawioną twarzą.

Czy też tak macie, że w chwilach wielkiego strachu ogarnia Was paraliż, który nie pozwala marnować energii na rzeczy niepotrzebne? Na lamenty, szukanie winnych. Gdy zaczyna się biadolenie, to znaczy, że najgorsze za nami.
Toteż, gdy Jarecki obmył rany a Jarecka dostarczyła czyste ubrania i ręczniki, można było zacząć płakać tematycznie.
- Boję się, że to się powtórzy! - zawodził Piątek.
- Ona tak chciała spać w namiocie!- rozpaczała Dwójka.
Sama poturbowana miała troski zgoła zaskakujące:
- Najbardziej martwię się o tę szybę!
Trójka cicho łkała, JP ukoił nerwy zajmując się czymś pożytecznym, czyli usypianiem młodszego brata.
Ciocia Domka zarządziła metodyczne sprzątanie.


I co Wam powiem?
Czwórka tylko trochę podrapana, fryzura nieco zgilotynowana ale jak się podepnie włosy w odpowiednim kierunku to nawet nie widać.
Trudno za to nie zauważyć płyty osb wstawionej w miejsce szyby, bo przed wyjazdem w rodzinne strony (czyli nazajutrz po feralnym zdarzeniu) nie udało się tego załatwić.
- A czy teraz nie będzie łatwiej się włamać? - zatroskała się Jarecka dokonawszy oględzin prowizorycznego okna.
- Przecież tu nie ma co ukraść - przypomniał Jarecki.
- No właśnie to chciałam powiedzieć - zawołała z wielkim śmiechem ciocia Domka.

Aha.

O beztroski losie niebieskiego ptaka!

A zatem - na Śląsk!







18.07.2018

Niezwykła podróż Jareckich

Rano instagram szepnął czule: "jesteś na bieżąco".
Jarecka wciągnęła majty z napisem TUESDAY i w tej części świata rzeczywiście był akurat wtorek.
Co za dzień, w sam raz, żeby nadrobić zaległości! -

- czyli: Jareccy na wakacjach.
Wakacje te miały miejsce tak dawno (w maju), i oddziela je od tej chwili tyle absorbujących wydarzeń, że to chyba ostatni moment, żeby je jeszcze pamiętać i jakoś te wspominki utrwalić.

Odpowiednio wcześniej postanowiliśmy się dobrze przygotować do naszego wyjazdu.
Nabyłam książki, które miały wprowadzić Piątka w to, co go czeka - a tak zupełnie szczerze - zawsze chciałam je mieć i nigdy nie znalazłam lepszej okazji, by spełnić tę zachciankę.




Trudno opisać, jakim hitem stała się Oto jest Wenecja.
Dość powiedzieć, że Piątek zna całość na pamięć.

- Synu, zabieramy tę książkę? - zapytałam znad walizki (oraz siedmiu śpiworów, karimat, koszyka z jedzeniem i innych tobołków).
- Nie, przecież ja już wiem, jak tam jest.
Aha.

Pierwszym przystankiem na wakacyjnej trasie był Zagrzeb. Na spacer po nim zabrał nas nasz przemiły gospodarz, który okazał się być historykiem i pracownikiem stołecznego uniwersytetu. Mówił tyle ciekawych rzeczy, że nie nadążaliśmy tłumaczyć dzieciom, niemniej dla nich sam fakt, że rodzice rozmawiają po angielsku był wystarczająco fascynujący. Plus latarnie gazowe i lody.





Na mnie największe wrażenie zrobił drugi plan; blokowiska Zagrzebia, nad którymi unosi się duch Le Corbusiera. Czym się różnią od naszych polskich blokowisk? Zestarzały się razem z miastem. Nikt ich nie ociepla i nie maluje na pastelowo.





A dalej, przez Słowenię, do Wenecji.
Rodzinnie marzyliśmy o Wenecji już od dawna, choć obawy budziła zła sława tego miasta - że upchane turystami do granic możliwości.
Mieliśmy zatem niepospolite szczęście, że naszym przewodnikiem po Wenecji był Don Pepe, rodowity Wenecjanin.
- Mamo - zapytała Trójka przy kolacji (pasta i włoski stek grubości plastra szynki na kanapce) - dlaczego jak ktoś mieszka w Warszawie, to mówi o sobie, że jest Polakiem, a jak ktoś jest z Wenecji, to nie mówi, że jest Włochem, tylko Wenecjaninem?
Nadzwyczaj rezolutne pytanie jak na dziewięciolatkę.
Don Pepe prowadził nas pewnym krokiem przez zawiłe uliczki tego dziwnego miasta, co chwilę się zatrzymując i witając serdecznie z napotkanymi ludźmi.
- Wszyscy się tu znamy - tłumaczył - wszyscy chodzimy pieszo tymi samymi drogami, dzieci chodzą tędy do szkół, grają w piłkę na placach. Tu jest bardzo bezpiecznie, tu się nie popełnia przestępstw, bo nie ma dokąd uciec, he he.
Lunch zjedliśmy w domu Don Pepe. Dom przylega do kanału i jest zasobny w garaż - oczywiście na łódź - i taras z widokiem na wyspę Murano. Tego nie zobaczy turysta; domu zwykłego Wenecjanina ze szklanymi żyrandolami, ogrodów, jakie kryją niepozorne budynki niczym nie różniące się od setki podobnych w pierzei.
O, tu z prawej, za tymi drzwiami, jest piękny, kwitnący przestronny ogród.
Piątek gra w piłkę, jak wszędzie.



Z tej innej, domowej perspektywy, nawet to, co odruchowo kojarzy się z Wenecją, wygląda inaczej.
Chociaż tak samo.







Ciocia Domka kupiła sobie na pamiątkę szklane kolczyki (słynne szkło z Murano made in China). Jarecka - ścierkę.
Cóż, każdemu wedle zasług.


I dalej - do Rzymu.
Po nocy w mrocznym hotelu w Fiuggi.




- Muszę wam powiedzieć, he! - prawił Don Pepe - że nie znam ludzi, jak Rzymianie, he!
(zapewne tym samym tonem Asterix mówił: ale głupi ci Rzymianie) - co to są za ludzie, he!
Widać było, że są jakieś rzymsko-weneckie sprawki, o których nie możemy mieć pojęcia.

W Rzymie jechaliśmy metrem i było to jedyne, poza warszawskim, metro jakim jechałam. Kręte korytarze, niskie, ciasne, klaustrofobiczne.
- Trzymaj tylko jedno dziecko za rękę - radził Don Pepe - z dwoma będzie ci trudniej się poruszać.
Rozdysponowaliśmy więc nadmiar dzieci pomiędzy towarzyszy podróży.




Trudno wytłumaczyć, dlaczego w Rzymie zdecydowaliśmy się na zawodową przewodniczkę.
To nie był dobry pomysł.

Ledwie opuściliśmy Plac Św. Piotra (Państwo wybaczą, dla mnie nuda, nie znoszę wygłaskanych na cacy zabytków, nie mówiąc o tłumach turystów - a i uniesień natury religijnej trudno się w tych warunkach spodziewać), pani przewodnik porzuciła temat historii i architektury na rzecz szczegółowej opowieści na temat nieuczciwych rzymskich przewodników.
- Mamo - Dwójka wyjęła słuchawkę z ucha - ta pani mówi same bzdury.
Nie można było zaprzeczyć.
Lepiej zdać się na własne oczy.




Z małą pomocą smartfona.





Panteon robi ogromne wrażenie. Akurat zaczął padać deszcz, więc mogliśmy zobaczyć jak krople deszczu wpadają przez otwór w tej niezwykłej kopule.




I schroniliśmy się w pobliskiej ristorante.
A tam znowu bruschetta i pizza (przy sąsiednich stolikach pochłaniano mule, ale aż tak ekscentryczni nie jesteśmy, wystarczy nam piątka dzieci).



Powiadam Wam, nadzwyczaj cenną rzeczą jest poznawać kraj z jego rodowitym synem!
Może się okazać, że to, czego nauczyliśmy się o historii w szkole jest niewiele warte.
Czy wiedzieliście, że Cesarstwo Rzymskie nigdy nie chciało nikogo podbijać? Ale w życiu! Taka zaistniała sytuacja, cóż było robić, tak wyszło.

Późną kolację jedliśmy z Rzymianami.
Było uroczyście (bruschetta, pizza) i nieśpiesznie, a na naszą delikatną sugestię, że chcielibyśmy już wyruszać, bo przed nami naprawdę daleka droga, noc późna a i kierowcy autokaru mają swoje ograniczenia, nasi gospodarze wzięli i się obrazili.

Ale dziwni ci Rzymianie, he!



PS. Z Rzymu przywiozłam sobie sadzonkę agawy, którą z poświęceniem wygrzebałam spod ogromnego kłującego krzaka a z Wenecji, jak już wspomniałam, ścierkę. Dostałam na nią zniżkę, gdy sprzedawca policzył nasze dzieci.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...