Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka w zadumie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka w zadumie. Pokaż wszystkie posty

3.01.2019

Stare pierniki

Po nocnej wichurze Metropolia obudziła się przewietrzona i przejrzysta jak kryształ.
Dym z kominów elektrowni zastygał w różowe obłoczki.
Jarecka patrzyła na te cuda nieobojętnie ale i nieuważnie, bo życie dorosłych pełne jest szumu i zakłóceń, jak jaśniepańskie radio.
- Sierra Alfa coś tam coś tam - recytuje JP prosto w eter. Z kakofonii trzasków wyłaniają się głosy, ponoć z bardzo daleka, i recytują swoje kwestie - kod za kod, połączenie zaliczone. Są nawet zawody w krótkofalarstwie i JP bierze w nich udział. Mówił, na czym to polega ale Jarecka nie pamięta, mówił wiele razy a ona wiele razy zapomniała, coś jej przeszkodziło pamiętać.

Raz w tygodniu Jarecka jeździ do Metropolii na zajęcia plastyczne w małym przedszkolu.
Rano zabiera się z Jareckim i spędza u niego w pracy jakąś godzinę gapiąc się w okno. Za oknem jest trochę trawników i trochę drzew, zajawka parku na blokowisku. Chodzą tamtędy młode mamy z małymi dziećmi i wszyscy oni są tacy ładni! - ja też kiedyś byłam taka ładna z małymi dziećmi, myśli Jarecka.
Dzieci nadal są ładne - widzę, kiedy na nie spojrzę, ale jakoś rzadko patrzę, o czymś myślę i nie wiem o czym.
Połączenia zaliczone, w zawodach matek ciągle jeszcze trzymam się peletonu.


***




Poniżej relacja z pracy nad ilustracjami do podręcznika muzyki dla wydawnictwa Nowa Era.
Oto dlaczego kategorycznie odmówiłam pieczenia pierników na Święta Bożego Narodzenia.

- Zrób nam tylko ciasto, my zrobimy resztę - negocjowała Dwójka.
Tak też się stało.














Musicie uwierzyć mi na słowo - to ilustracje do piosenki "Z popielnika na Wojtusia".
Efekt końcowy zobaczycie w podręczniku.
Tymczasem odmeldowuję się do bliższych memu sercu technik.

Stay tuned!


4.07.2016

O tym, że nie należy pisać postów późną nocą, bo wychodzą ckliwe

(Tedy, Cny Czytelniku, znając puentę, zanurzasz się w ocean ckliwości na własną odpowiedzialność)




Bankowo - każda matka, KAŻDA normalna matka, ma chwile takie, jaka przydarzyła się Jareckiej wczorajszego ranka.
W ramach wstępu trzeba powiedzieć, że urządzanie się Jareckich na nowym miejscu utknęło w tym martwym punkcie, gdzie niby mieszkać można już wygodnie - o ile nie porusza się pewnych drażliwych kwestii. Na przykład jeśli nie zacznie się przeglądać zawartości segregatorów, których nie przeglądano od lat, a które przyjechały z Zaogonia tak, jak stały. Albo, gdy da się spokój kuchennym szufladom, do których zaraz po przeprowadzce wrzucono pospołu łyżki wazowe i papier śniadaniowy, tudzież myjki do naczyń.
Ostatecznie każdy już wie, gdzie szukać chochli.
A jeśli nie wie, to i tak nie szkodzi, i tak szukaniem chochli zajmuje się Jarecka.

No ale wczorajszy ranek.
Jarecka niebacznie otworzyła szafkę z segregatorami i nie wiedzieć skąd wypadło zdjęcie. Na nim Jaśnie Panicz na oko w wieku Piątka i ośmiomiesięczna Dwójka. Oboje w piżamach, roześmiani, w łóżku rodziców, w tym ułamku sekundy rozkosznego baraszkowania. Gdzieś w domyśle, poza kadrem ufifrany kolacją kuchenny stół i podłoga, i zaparowana maleńka łazienka zarzucona wilgotnymi ręcznikami.
"Kiedy to się stało?" - myślała z rozczuleniem Jarecka -"Jaśnie Panicz taki słodki jak dzisiejszy Piątek, ten sam Jaśnie Panicz, co ma stopę rozmiar 43 i psika się dezodorantem. I Dwójka, TA Dwójka, pogodna, przytulna kulka, zanim stała się nieprzeniknionym jeżykiem z grzywką na oczach."
Takie banały myślała sobie Jarecka; te same, co miliony matek na Ziemi.


I bardzo prawdopodobne, że któregoś dnia każdej matce przydarzy się to, co Jareckiej dziś rano.
Że wejdzie na fejsbuka i zobaczy...


- Jarecki - przemówiła Jarecka otrząsnąwszy się ze zdumienia - fejsbuk podtyka mi niejakiego Jaśnie Panicza Jareckiego. Wiesz coś o tym?
- Nie - odparł Jarecki.
Jarecka kliknęła w profil i w kilkunastu znajomych tajemniczego Jareckiego rozpoznała niemal całą jaśniepańską klasę. Niewiele myśląc, wysłała dziecku zaproszenie do grona znajomych i kontynuowała dziwienie się.
- Ja wiedziałam, że to kiedyś nastąpi, ale sądziłam, że on chociaż zapyta, co my na to? Chociaż nam objawi taką wolę?
Jarecki milczał, jak zwykli czynić to mężczyźni, gdy nie wiedzą co powiedzieć.


Na szczęście koleżanka Mecenaska zawsze wie i nie waha się powiedzieć.
 - Ty się ciesz, że on przyjął twoje zaproszenie. Moje dzieci przyjęły dopiero po dwóch latach.
Co niezawodnie pocieszyło Jarecką.


***


Jaśnie Panicz wiedzie życie wirtualne.
Dwójka, w tajemnicy przed rodzicami, pali z sąsiadką (na razie, dzięki Bogu) zapałki.
Lecz na drugiej szali wagi rodzicielskich nastrojów jest kupa w nocniku i zmiana narracji z "Pątek zlobił" na "zlobiłem". Zlobiłem, umyłem, ublałem, kochana mamusia.
Och ach.




29.06.2016

De lux

Uwielbiam lustra.
Nie, żeby się w nich przeglądać.
Uwielbiam to, co robią z przestrzenią.
Mnożą pokoje, przestawiają meble i szachrują światłem.
U Babci CałkiemInnej było skrzydlate lustro; mogłam długo ustawiać jego skrzydła żeby zobaczyć siebie w zielonkawym Korytarzu-Bez-Końca albo żeby pokój za swoimi plecami zobaczyć innym, CAŁKIEM innym.



Blisko rok temu medal się odwrócił i niespodziewanie przywarłam do rewersu.

Wszystko po tej stronie jest inaczej.
Nigdy nie znałam takiego życia, gdzie do pierwszego zawsze wystarcza.
Uczę się żyć z dwoma łazienkami i bez troski o zawartość lodówki.
Chodzę po tym nowym życiu jak po muzeum - wszystko takie ładne i interesujące, ale przecież chyba zaraz wyjdę i wrócę do siebie?





Poczekacie?











26.01.2016

Styczeń





W styczniu Deszczowy Dom zawisł w połowie drogi pomiędzy różowo-niebieskim odległym sklepieniem a szarymi koronkami drzew.
Dziesiąta rano zastaje Jarecką w szlafroku, przy kuchennym stole, wgapioną bezmyślnie w szklany ekran okna.
Obraz śnieży.

...


Słowniczek Piątka puchnie z dnia na dzień.
Mniam mniam - jeść
O-o-o - chcę umyć zęby
Ciuch ciuch  - chciałbym obejrzeć Stacyjkowo
Opalala - weź mnie na ręce
Tatom blom blom - chcę gdzieś pojechać z tatą samochodem
Pupa bleee - zdaje się, że trzeba zmienić mi pieluchę
Bapcia alo - chcę zadzwonić do babci, dajże mi, do jasnej anielki, swoje aloooo!
Tata lala oł je - tatusiu, proszę, włącz mi ten teledysk Guns'n'roses, chcę popatrzeć, jak gra Slash

Co  ciekawe, w dalszym ciągu Piątek nie ma słowa na określenie Trójki.
Wieczorem modli się: mama, tata, mimi, maja, TO, nina, tadzio, dommm.

Państwo się przyłączą.


Zaś z lakonicznej formy posta Państwo nie wnoszą pochopnie, że coś nie teges.


Ot, styczeń, minie :)

20.11.2015

O.





Motto: Co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone.*





Poniedziałek wieczór, zakupy w delikatesach. Sklep duży, ludzi niewiele, do stoisk z mięsem i warzywami ledwie kilkuosobowe kolejki.
Jareckiej, która z pustym koszykiem oddawała się raczej rozkoszy alienacji niż zakupom zdało się nagle, że jej mrugnięcie trwało dłużej niż zwykle. Mogła pomyśleć, że to z powodu zmęczenia i niedoboru minerałów, lecz nie umknęło jej, że naraz na wszystkich twarzach odbił się niepokój (wyglądał całkiem jak zdziwienie) i nim Jarecka zdołała dociec przyczyn tej postawy, światło ponownie zgasło.
Rozległo się krótkie, chóralne "o" i zapadła cisza.
Z ciemności szybko wyłoniły się zarysy sprzętów, bo przez okna sklepu, choć zastawione regałami, wpadało światło latarń. Po trzech sekundach w sklepie na powrót rozbłysły jarzeniówki i klienci spokojnie podjęli swój marsz między półkami.
- He, he - wysiliła się Jarecka - następnym razem, jak zgaśnie światło trzeba się ustawić przy jakichś łakociach.
Kobiety, do których skierowała ową przezabawną zaczepkę uśmiechnęły się grzecznie lecz niewesoło, i w tym momencie znów zapadła ciemność. Trwała jeszcze krócej - wystarczająco, by dostrzec matowe światło awaryjnych lamp nad wyjściami ewakuacyjnymi a zbyt krótko, by obrać azymut.

I powiedzcie, dlaczego - gdy zrobiło się ciemno, Jarecka wcale nie stała przy chłodni z lodami a jednak, gdy już w pełnym świetle z prawie pustym koszykiem spieszyła do kasy - czuła wyraźnie w żołądku lodowatą bryłę?


...


Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć ani do nich przygotować - o czym przekonali się dotkliwie pewien Brodacz i jego partnerka z Metropolii.
- Specjalnie jechaliśmy tysiąc pięćset kilometrów, żeby mieć ciszę i spokój - skarżył się Jareckiemu Brodacz - chcieliśmy słuchać szumu morza i cykad...
Pech! Czyż mógł się spodziewać, że tę maleńką zatoczkę ukrytą na odległej wyspie pośród gór i lasów, z dala nie tylko od zgiełku kurortów ale i od zwykłego spożywczaka upatrzy sobie także grupa Krewnych i Znajomych Królika?
W tym Jareccy.
I sześć innych podstawowych komórek społecznych, średnia dzietności trzy i pół sztuki na komórkę.
Żadną miarą, Brodacz nie mógł tego przewidzieć.

Nie szukając przykładów daleko - pewien Reżyser, z grona tychże Krewnych i Znajomych, amator nurkowania i przeciwnik gumowego obuwia do podwodnych przechadzek przez całe dwa tygodnie starannie i skutecznie unikał nadepnięcia na przyczajone pod wodą jeżowce.
Czy dałby wiarę, że po powrocie do domu na własnym trawniku gołą stopą nastąpi na jeża?
Przebóg, nie! - ale tak właśnie się stało.



...




Powinnam teraz puścić w niebo świetlistą racę puenty?
Może, ale się boję.

Tymczasem Mama CałkiemInna zrezygnowała z wycieczki do Paryża.




*Ze zbioru mądrości ludowych Babci CałkiemInnej, t.4, str. 372

7.04.2015

NIechby

Gdy się przeczytało ileś tam książek i ileś tam gazetowych reportaży o czekaniu na spotkanie z własną śmiercią obraz tego spotkania wyłania się spójny i dość przez swą powtarzalność nudny; że niby myśli się już tylko o sprawach najważniejszych, pamięta się tylko te naprawdę istotne, nawet jeśli zdarzyły się kilkadziesiąt lat temu, trwały sekundę i nigdy się do nich nie wracało.

Prawdopodobnie tak właśnie to jest.

Kiedy pani doktor w Szpitalu Nad Wisłą powiedziała Jareckiej, że może zacząć umierać w każdej chwili, i że jak już zacznie, to zostanie jej kilka godzin życia, w ciągu których może nawet nie zdążyć pożegnać się z rodziną, Jarecka zamknęła oczy i pomyślała, że w tej chwili, w tej właśnie chwili pragnie biec po zakurzonych wertepach Ślepej Ulicy i pchać ten cholerny rowerek, na którym Dwójka uczy się jeździć.
I tyle.
A jeśliby miała jednak przeżyć, to tylko po to, żeby móc co rano budzić się z ciężkiego snu targana za włosy przez własne dzieci, robić im śniadania i podawać ubrania, tylko po to.


A gdyby jutro miała być wojna, chciałabym, żeby moje dzieci miały życie długie i pospolite, którego końca będą wyglądać obojętnie jak napisów the end po nudnym filmie.
Niechby córki miały mężów tak bezbarwnych jak ci młodzieńcy, z którymi prowadzają się dziewczyny ze Ślepej Ulicy, niechby nawet strzygli oni swoje włosy maszynką i nosili sportowe buty. I niechby ci zięciowie mogli wieczorami pić piwo i oglądać w telewizji mecze a córkom niechby się dali we znaki rzucaniem zwitków brudnych skarpet pod łóżko. I mogliby ci zięciowie być sobie pierdołami, żebyśmy mogli im się dokładać do czynszu i moglibyśmy pilnować swoich wnuków, nie tak ubieranych, karmionych i wychowywanych jakbym sobie życzyła.
I niechby miały moje córki teściowe w sam raz wścibskie i czujne, żeby można było zżymać się na nie przyjaciółkom przez telefon.
A synowie niechby mieli żony niezaradne i strachliwe, którym musiałabym tłumaczyć jak należycie zajmować sie niemowlętami i kisić im na zimę tony ogórków, i mrozić dla nich kotlety. I żeby mieli ci synowie nad sobą szefów w sam raz głupich, żeby można było obgadywać ich z kolegami z korpo w przerwie na kawę albo i papierosa.

I tyle.

Niechby tak było.

14.01.2015

Od swetra po minione kształty, czyli kręte ścieżki skojarzeń

- Czy to nie jest nudne? - zapytał ostrożnie Jarecki widząc Jarecką robiącą na drutach.
(Na wszelki wypadek nie podchodził za blisko; gdyby tak włóczka chciała się nań rzucić z zębami)

Jarecka zastanowiła się głęboko i stwierdziła, że owszem, nudne.
Zwłaszcza gdy się taki sweter robi od wakacji niemalże.

Skoro już się jednak człowiek bierze za druty, dobrze jest mieć nie tylko wizję ale i wzór. Jarecka upatrzyła dla siebie przyjemny sweterek w pakieciku od ciotki Feli - metropolitalne cioteczki obdarowują Jarecką nie tylko włóczkami ale i wzorami, i książkami o tematyce dziewiarskiej!
(Na własne uszy Jarecka słyszała, jak cioteczki szeptały między sobą, że Jareckiej dać warto, bo ona zrobi dobry użytek. Macie pojęcie, jak miło coś takiego o sobie usłyszeć? I dostawać te skarby, co je cioteczki troskliwie gromadziły przez wszystkie trudne lata Polski Ludowej?)

Taki pakiecik wzorów, perełka.
A w nim sweter-wybraniec, w swetrze zaś - Małgorzata Niemen.





A na ten wzór Jarecka w swoim - gotowym już - swetrze:




Znajdź trzydzieści różnic.


Oraz podobieństwa - w tej kategorii z dumą odnotujmy żylaste ręce. Mieć ręce jak Małgorzata Niemen to jest coś!!



A jak już padło nazwisko Niemen, od razu z offu płynie muzyka Czesława...
Jarecka pozostaje głęboko obojętna na Dziwny jest ten świat, Sen o Warszawie a nawet Pod Papugami - ale gdy słyszy Ciuciubabkę, Ktoś mi mówił że ty mnie kochasz albo Jeszcze swój egzamin zdasz - znów ma szesnaście lat i z wielką teczką pod pachą idzie wąską uliczką Kościelną ku wysokiej wieży katedry (za katedrą - bursa i szkoła). Odgłos kroków odbija się od ścian, łopocze spódnica, powiewa włos, biust podskakuje.

Dawne czasy ;)








7.09.2014

Szaro-bure według Jareckiej

W "Raz w roku w Skiroławkach" jest rozdział, bodaj Jareckiej ulubiony, gdzie pisarz Lubiński spotyka samego siebie.

Myśl o tym, że coś takiego mogłoby się jej przydarzyć napawa Jarecką niejasnym lękiem.

Podobne spotkanie, choć na płaszczyźnie bardziej przyziemnej, miało jednak miejsce.

Było to na pogrzebie Taty CałkiemInnego, tym, na który Jareccy zsunęli się po mapie Polski, jak mapa długa. Jarecka akurat przywiązywała do siebie Czwórkę jaskrawo turkusową chustą, która stanowiła miły akcent na tle czarnych sukienek, gdy podeszła do niej kobieta i przywitawszy się, zapytała: wiesz, kim jestem?
- Wiem - odparła Jarecka, bo wiedziała.
Jeśli się komu zdaje, że ta oto rodzajowa scenka niczym nie może zdziwić, niech wie, że Jarecka nigdy tej kobiety nie widziała na oczy (no, może we wczesnym dzieciństwie, gdy na dorosłych w ogóle nie zwraca sie uwagi)! Pamięta, owszem, zdjęcie na ścianie w domu Stryja, kolorowany konterfekt nastolatki - która to właśnie, po przebyciu kilkudziesięciu lat, matka dorosłych dzieci a nawet babka, stała teraz przed Jarecką.
Jarecka poznała ją, albowiem doznała niezwykłego uczucia, że oto widzi siebie - zapadnięte policzki, oczy o ciężkich powiekach, postura szczupła i charakterystycznie upozowana, poruszająca się jakby w przyśpieszonym tempie.

Czasem, gdy Jarecka stanie sobie z rękoma na biodrach, czuje, że stoi jak Tata CałkiemInny.
Tata CałkiemInny stał dynamicznie, niejeden nie biegnie tak, jak Tata CałkiemInny stał!
I Jarecka stoi staniem, co jest wbrew logice stania. Od samego patrzenia na to stanie dostaje się zadyszki.

Dziś, gdy Jarecka trefiła za pomocą wsuwek wątłe sploty na swojej głowie przypomniała jej się Babcia z Czerwonymi Drzwiami, mama Taty, i jej biały warkoczyk, długi i cienki, którym owijała głowę. Mocowała go wsuwkami przez prawie sto lat życia.

Nigdy nie będę nikim innym niż jestem - myśli sobie Jarecka.
Czy to dobrze, czy źle - nie wie.





(W tym miejscu Wszechwiedzący Narrator uznaje za słuszne zamieścić pozdrowienia dla sióstr CałkiemInnych, które w tym momencie biegną do lustra stanąć w kontrapoście i spróbować dociec, o co, u licha, chodzi z tymi ciężkimi powiekami???)


...



Tymczasem w Deszczowym Domu Jarecka poczuła na karku oddech Świętego Mikołaja i postanowiła na tę okoliczność zaopatrzyć ABSURDALIA w odpowiednie artefakty.
Przejrzawszy internet w celu pozyskania inspiracji, poczyniła konkretne spostrzeżenia:
Otóż pokoje dziecięce maluje sie na biało. To się widzi Jareckiej słuszne, bo pokoje dzieci zazwyczaj pełne są kolorowych bambetli. Łóżeczka białe, pościel biała. Okej, wystarczą kolorowe sny.
Lecz gdy białe te sale rodzice zapełniają li i jedynie lalami w kolorze surowego lnu, klockami w kolorze drewnianym i szarymi przytulankami, trochę się Jarecka marszczy na czole.

Ale ostatecznie cóż zrobić - klient nasz pan! Chcą ludziska kupować szare misie to niech mają! Pan każe, sługa musi.

Jarecka zrobiła więc szare misie.



Wyszło jak zwykle.










Niech Wam będzie kolorowo!

31.08.2014

Jarecka się irrrytuje

W miarę jak sierpień zbliża się do końca, melancholia ustępuje miejsca irytacji.

To dobry objaw, bo zdradza zaangażowanie w życie, które toczy się przy ziemi - na której to ziemi kobieta taka jak Jarecka, matka, stać winna obunóż i pewnie.
No właśnie.
Patrząc w lustro Jarecka nie myśli sobie: oto matka wielodzietna!
Ze swojego macierzyństwa nie czuje się ani mniej ani bardziej dumna niż matki jedynaków. Zasadniczo nie czuje się też ani lepsza ani gorsza, ani w ogóle jakoś specjalnie.


Oto w pewien słoneczny dzień Jarecka postawiła samochód przed Urzędem Gminy Zaogonie i podrzucając na biodrze Piątka, w asyście Trójki i Czwórki jęła drapać się na drugie piętro gmachu celem odebrania magicznej karty dużej rodziny. Ach, bo jest Jarecka w tej ekskluzywnej grupie szczęściarzy, którzy mogą nabywać złoto w Kruku z pięcioprocentowym rabatem! Holowana przez życzliwą urzędziczkę wylądowała w sekretariacie, gdzie Piątek natychmiast zaczął rozsiewać swój czar (skończywszy lat trzydzieści i pięć Jarecka zrozumiała wreszcie na czym polega urok nawet obcych niemowląt, toteż nie była zdziwiona ćwierkaniem pań), Jareckiej zaś nakazano czytać, sprawdzać, przeliczać i kwitować.
 I już już Jarecka wykonała w tył zwrot, gdy wkroczyła pani wójt i przywitawszy się sympatycznie zaproponowała Jareckiej wspólne zdjęcie. Takie piękne jesteście - mamiła Jareckie córki wpatrzone w nią jak w obraz - chciałybyście być na zdjęciu w internecie? Nie, nie dlatego, że Wasza mama bohatersko złapała złodzieja torebek i nie dlatego że nienagannie uczciwa odniosła na policję znalezione dwieście tysięcy, i nie dlatego, że pisze bloga, co to go czytamy pomiędzy petentami albo i w trakcie, lecz dlatego, że jest WIELODZIETNA!

Kamyk został rzucony (Jarecka przysięgłaby, że w twarz)! Potoczył się wartko, trącając po drodze inne kamyki, same w sobie nieważne i niegroźne, razem spłynęły lawiną, która niniejszym znajduje ujście.

Nie wyglądasz na taką, co urodziła pięcioro dzieci! - słyszy raz po raz* Jarecka i doznaje ambiwalentnych uczuć. Rozumie, oczywiście, że miał to być komplement, lecz dlaczego nie mogłaby usłyszeć po prostu: wyglądasz dobrze, ładnie, i temu podobne? Jak powinna wyglądać, żeby wyglądać na matkę pięciorga dzieci?
Jarecka zna dużo wielodzietnych kobiet i ręczy, wyglądają różnie - brunetki, blondynki, z krótkimi i długimi włosami, blade i śniade, grube i chude - różne: dokładnie tak, jak matki dwojga dzieci, jedynaków i kobiety bezdzietne.

Jak dajesz sobie radę? - kolejne "ulubione"pytanie Jareckiej, na które nie znajduje mądrzejszej odpowiedzi niż: jakoś. Względnie: normalnie. Prawdopodobnie nie lepiej i nie gorzej niż inne kobiety, żony i matki dzieciom, niekoniecznie licznym. Pytanie miałoby sens, gdyby je uściślić: jak sobie radzisz, Jarecka, z gotowaniem dla takiej gromadki? Jarecka powiedziałaby: różnie, albo: jak sobie radzisz, Jarecka, z logistyką? A Jarecka powiedziałaby: tak i tak.
Jak dajesz sobie radę? - Jarecka w przypływie desperacji odpowiada czasem szczerze: nie radzę sobie.
Mina pytającego - bezcenna. Temat zakończony, pytań szczegółowych brak. Bo przecież to, jak jest naprawdę, nie jest wcale interesujące. No, chyba, żeby matka była uśmiechnięta, w miarę uczesana i dzieci czyste.

- No i o co panu chodzi? - oburzyła się wójt, gdy Jarecki zadzwonił z pretensjami - piękną ma pan rodzinę, wszyscyśmy się tu zachwycali (jak nas było w sekretariacie pół tuzina!). Jaka stygamatyzacja? Jaka kampania??








*Prawda jest taka, że coraz rzadziej. I tu się w odbiór Jareckiej znów wkrada pewna ambiwalencja ;)

20.08.2014

Równia pochyła, czyli sierpniowe smuty

Jaśnie Panicz na próżno narychtował teleskop.
Niebo zasnuły chmury i nikt na Zaogoniu nie widział ani pół perseidy.
Czy z perseidami jednak, czy ze zwykłym deszczem, coś spadło na Deszczowy Dom; zdawało się Jareckiej, że prosto na jej serce i zaległo na nim ciężkim kamieniem. Najpierw przyszedł Jaśnie Panicz i się przytulił, a Jarecka zapytała: synu, czy coś zbroiłeś? Powiedział; nie, po prostu mi smutno, i się rozpłakał.
Zaraz potem spadły na Jarecką Strachy i Smutki, a wszystkie przez wielkie S, przerażające i ostateczne - a przy tym takie, że się nazajutrz nie pamięta; o co to płakałam w nocy...?

Ubyło księżyca a razem z nim smutków, sierpień przechylił się i potoczył -
- ku czemu? -
- ku końcowi -
- czego?
- ...





Piątek jako antydepresant daje radę, choć stało się boleśnie jasne, że wszystkie sznurki - atrybuty strażniczki domowego ogniska - ostatecznie wymknęły się Jareckiej z rąk.
Nie chce mi się - myśli Jarecka, nie chce mi się, nie chce mi się chcieć, nie mam siły chcieć.
Ejże, zepnij się - szepcze jej w ucho jakaś alternatywna Jarecka, jakaś taka idealna - zabierz gdzieś te dzieci, coś im zorganizuj, wakacje są.
Ale, mówi zwykła Jarecka, ja jestem sama a ich pięcioro.
Cmok, cmok, cmoka Jarecka idealna, to choćby na spacer, mówi, choćby do lasu, do kaczek, do koni...
Nie chce mi się, mówi Jarecka, nie chce mi się, nie chce, nie chce.
To są tajemne słowa, zakazane matkom, gorsze niż kurwa mać.
NIE. CHCE. MI. SIĘ.


...


Poza tym wszystkim, doskonale obojętny na wszystkie smutki, strachy i bezwład świata, Piątek wstaje codziennie jak słońce, cały w blaskach.
Spędził dziewięć miesięcy w brzuchu, drugie dziewięć po tej stronie.

Dopiero co dostał pierwsze jabłuszko(KLIK) a już siedzi w foteliku przymocowanym do blatu stołu i w pulchnych łapkach, jak jaka wiewiórka*, ściska wielkie, obrane jabłko, i orze je trzema zębami.
- Mamo! - woła z zachwytem Trójka - on wygląda jak PRAWDZIWY CHŁOPCZYK!


To prawda!
A zatem plwaj, Jarecka, na kamienie, te lecące z nieba, co ich nikt nie widział, i te, co zalegają na sercu, i też ich nikt ich nie widział; gwoli uczciwości.
Zażyj, Jarecka, pigułkę z Piątka, co chybocząc się stoi przy balustradzie na stopach jak kartofelki, i piszczy z uciechy, i suń spokojnie po tej równi pochyłej ku końcowi wakacji.

Jakoś to będzie, nie?





* Co ma wiewiórka do pulchnych łapek i jabłka, to jedna Jarecka wie (przyp. Wszechwiedzącego Narratora)




26.05.2014

Cóż powiedzieć?

Z okazji Dnia Matki Jarecka wybrała się na cmentarz, żeby odebrać życzenia od Dwa i Pół.
Pojechały we dwie, ze Świętą Ritą z obrazka.

Cmentarz na Zaogoniu jest ogrodzony, wygładzony i rozrasta się od środka ku kutym płotom.Siedem lat temu grób leżał na zalesionym wzgórku. Był piąty z kolei.
W pierwszych słowach swojej wizyty Jarecka zgarnęła z mogiły pęki sztucznych  kwiatów - empatyczne parafianki czują się w obowiązku jakoś upodobnić ten nagrobek do otoczenia, do glansowanych marmurów ze zniczami w kształcie pisanek. Kępy dorodnych szafirków, bratków i kwitnących bylin nie widzą się parafiankom godnymi tego miejsca, więc w szczeliny między płytami piaskowca cierpliwie utykają plastikowo-szmaciane bukiety.

- Słuchaj synu, jest taka sprawa... - zaczęła Jarecka a Święta Rita oddaliła się dyskretnie, żeby wyrzucić do kontenera sztuczne kwiaty.
Ona zawsze jest bardzo pomocna.



...



I cóż powiedzieć, Drogi Czytelniku?

Bo chyba nie wypada mówić, że to nie był przyjemny dzień, że przejechał po Jareckiej jak czołg - od porannych wycieczek po przychodniach; w upale, przez burzę nad Zaogoniem, w trakcie której trzeba było w końcu wyrwać Piątka ze snu, przemykać się w deszczu i kałużach i wciąż uśmiechać się grymasem szaleńca, aż do ostatniej minuty godzinnych występów w dusznej sali gimnastycznej, aż do ostatniej truskawki w deserze.
I że na koniec, pisząc te słowa, czuje ten winny-li-niewinny sumienia wyrzut, że ma się pięcioro dzieci -
- a inni wcale.









22.05.2014

Ponury post o śmiechu

Jarecka wybrała się na zebranie do przedszkola.
To rzadkość, bo zebrania z reguły obstawia Jarecki.
Tym razem jednak zebranie zapowiadało się spokojnie, bez rozlewu krwi - nuda! Nie, nie będę się zrywał, phi - zapowiedział Jarecki.
- Nie, nie jadę, kwiatki mam do posadzenia - powiedziała mama Amelki - ale możesz mi podrzucić Trójkę i Czwórkę (po co się mają nudzić).

A na zebraniu była kupa śmiechu!

Najpierw śmiała się Jarecka.
Rodzicom sześciolatków pokazano bowiem prezentację (dez)informującą ich, czego to mogą oczekiwać posyłając swoje dziecię we wrześniu do szkoły. I tak Jarecka dowiedziała się, że klasy nie będą liczyć więcej niż dwadzieścia pięć głowin, że po lekcjach dzieci mogą odpoczywać w świetlicy w grupie nie większej niż dwadzieścia pięć osób(tu już przepona Jarecka wpadła w subtelne wibracje) a na koniec oznajmiono, że każdy uczeń będzie mógł nabywać wiedzę we własnym tempie!
Zresztą, Jarecka nie jest pewna, czy dobrze usłyszała albowiem śmiała się już całkiem nieprzyzwoicie a łzy wesołości mąciły jej percepcję.

Kolejna część zebrania odbyła się już z podziałem na grupy, w sali grupy wiewiórek.
Pan Czarek, wychowawca, był nieobecny.
Była pani Agatka i kilkanaścioro rodziców oraz jedno dziecko, wiewiórka (Piątek i Dwójka wyalienowali się na dywanie).
Dziecko aktywnie uczestniczyło w zebraniu, zadawało pytania pomocnicze i komentowało - bardzo skądinąd a propos i rezolutnie - choć gdyby to było dziecię Jareckiej, raczej uciszyłaby je mówiąc mu na stronie, że to zebranie dla RODZICÓW i może raczej, dziecko drogie, weź wykorzystaj okazję i pobaw się tym wszystkim, do czego nie możesz dopchać się w trakcie zajęć.
Rodzice rżeli!
Cokolwiek by chłopczyna nie powiedział, źle czy dobrze, poważnie czy nie - rżeli.

Wszyscy oprócz Jareckiej.








PS. To przypomniało Jareckiej pewne zdarzenie.
Rzecz miała miejsce w Wielkim Szpitalu dla Dzieci. Kilometrowy korytarz, pod ścianą ukrzesłowione całe rodziny przybyłe z różnych stron Polski. Znudzone dzieci socjalizowały się jak kto mógł, Jarecka wdała się w rozmowę z wyfryzowaną panią siedzącą obok. Po chwili do rozmawiających dołączyła córka owej pani i niewerbalnie sygnalizowała chęć wzięcia udziału w rozmowie.
Jarecka: dzień dobry, jak masz na imię?
Zosia: Zosia (matka poczyna się trząść)
Jarecka: Ile masz lat? (taki tam dialog, nieprawdaż...)
Zosia: cztery i pół (matka chichocze)
Jarecka: chodzisz do przedszkola?
Zosia: tak (matka bije się z uciechy po udach)
Jarecka: lubisz przedszkole?
Zosia: tak (matka wije się ocierając łzy)
Więcej się Jarecka od Zosi nie dowiedziała, bo mama uznała za stosowne wtrącić się i opowiedzieć jak to z tym Zosi przedszkolem jest. Na poważnie.

13.05.2014

Dwa zdjęcia

Pogodnym wieczorem Jareccy zbliżają się do celu. Tak mówi nawigacja, krew w żyłach i widok tej sytej krainy. Tutejszy rozmiłowany w porządku ludek kiełzna swój pofałdowany teren za pomocą sześciennych domków i geometrycznych ogródków. Żywopłoty z krzewów naprzemiennie zielonych i brunatnych strzyżone są naprzemiennie w walce i kule, kolorowe rododendrony wyznaczają środek idealnie zielonych trawników. Nad wymuskanymi ogródkami wiszą małe balkoniki ciasno zastawione rattanowymi meblami, na bogato. Zdaje się, że akurat przypadła pora miejscowego fajfu (choć była już dziewiętnasta!), bo na każdym balkonie zażywne familie zażywały relaksu.
Potem sielskie suburbie znikają w bocznych lusterkach i zaczyna się właściwa pieśń dzieciństwa Jareckich - wielkie bloki z wielkiej płyty.
Też na bogato - pięter dziesięć, w każdej klatce na każdym piętrze cztery mieszkania, klatek sześć, bloków sto. Enutzjaści wielkiej płyty (Jarecka wie z radia, że tacy są) przeżyją tu jeszcze swoje chwile wzruszeń, choć ludziki zmyślnie podwieszone w specjalnych koszyczkach w dni powszednie od 8 do 16 pracowicie oklejają bloki styropianem - musi być ładnie, musi być ordnung.
Po jednej stronie miasta, na horyzoncie - góry.
Po drugiej - hałdy usypywane niestrudzenie przez tajemnicze machiny wyglądające jak skrzyżowanie gigantycznego owada z robotem.

Odwiedzić rodzinne strony to jak wpaść do głębokiej studni



Raz do roku, od ładnych kilku lat cała rodzina CałkiemInnych gromadzi się na Pierwszej Komunii jednego ze swych licznych potomków.
W tym roku uroczystość taka przypadła u Mireckich, rzecz ma więc miejsce w kościele odmalowanym na kolor komunijnego tortu, opasanym ciasnym kordonem cmentarza. Z głównej fasady świątyni łypie niewielkie oko Opatrzności wprowadzając niepokojący, masoński akcent.


We wnętrzu tego kościoła, w oczekiwaniu na mszę, dopada Jarecką jakiś smutek - niby echo wcześniejszych takich imprez w tym miejscu (więc czemu smutek?). A może to wspomnienie tego jednego zdjęcia sprzed trzech lat, na którym Tata CałkiemInny i Czwórka spotkali się, każde na swoim brzegu życia. Jest w tym wspomnieniu coś tak grząskiego, ze Jarecka salwuje się ucieczką w irytację,  bo oto majstry od renowacji wpakowali osiemnastowieczny trójkątny obraz Opatrzności Bożej w ramy podświetlone jak rozkład jazdy pociągów w przejściu podziemnym albo, w najlepszym wypadku, lustro łazienkowe. Dyskomfort natury estetycznej wypiera inne.
- Mamo!- Jaśnie Panicz odwraca się do Jareckiej i szeptem suflera obwieszcza jej i całej nawie - tu jest twój grób!*



Efektem ubocznym rodzinnych spotkań CałkiemInnych jest dla Jareckiej cały wachlarz objawów hiperwentylacji a także chrypka.
Wszystko przez to, że siostry CałkiemInne gadają dużo(na zapas), głośno i wszystkie naraz.
Oraz każdorazowo każą zrobić sobie wspólne zdjęcie z rodzicami, sto ujęć; tak, żeby każda mogła wybrać sobie takie, na którym wyszła najlepiej, oprawić w ramki i postawić/powiesić w swoim domu.
Fota jest  ekskluzywna, z planu surowo przegania się dzieci (żeby nie robiły konkurencji), w cenie także miejsce bliżej środka, bo na brzegach podobno wychodzi się trochę grubo...

Poniżej: members only! Mama CałkiemInna z córkami.
(plus Farciarz Roku, siostrzeniec Mirmił Fistaszko)









*To prawda! Na jednym z nagrobków jak byk stoi Jareckiej imię i nazwisko. Tylko daty się nie zgadzają, co także nie umknęło uwadze Jaśnie Panicza.


PS. Ze względu na te wydarzenia w rodzinie Jareckich mini konkurs na tytuł posta (KLIK) został rozstrzygnięty z opóźnieniem, co uczestnicy raczą wybaczyć?-
Palma zwycięstwa wędruje do MAMELKOWO! :)
(tlysiak już był w ogródku, już witał się gąską - wszelako Jarecka nie jest pewna, czy aby aluzja zawarta w proponowanym tytule "moja krew" nie jest dla niej hm... obraźliwa ;) Nie będąc tedy pewna, honoruje tytuł "wieża Babel")

3.05.2014

Wielowątkowa gawęda z królewskim akcentem

Jarecka uznała, że się starzeje.

Zauważyła to całkiem niedawno.
I nie dlatego, że sił brak, że skóra wiotczeje - tzn. nie tylko dlatego. Najsamprzód dlatego, że Piątek tak się Jareckiej podoba! Zaprawdę, ani przez minutę w ciągu ostatnich pięciu miesięcy Jarecka nie odczuła z jego powodu irytacji czy znużenia. To nowość względem poprzednich egzemplarzy i Jarecka przypisuje to zjawisko właśnie temu, że się starzeje. Potwierdzają tę tezę także obserwacje rówieśnic. Jeszcze kilka lat temu, gdy Jarecka prezentowała swoje dziecię równolatce, reakcja była pozytywna ale bez szału. Teraz, u kobiet dobrze po trzydziestce, widok Piątka wywołuje skrajny entuzjazm, a w niektórych przypadkach nawet ślinotok. A w jeszcze bardziej niektórych - nawet ciążę! To znaczy - nie, że widok Piątka wywołuje ciążę - on tylko wzbudza pragnienie, by mieć taki osobisty prozac na własność, tym silniejsze, im głośniej tyka ów osławiony biologiczny zegar.

(A trzeba powiedzieć, że w otoczeniu Jareckiej działa prężne i skuteczne starcze lobby.
- Jak nam teraz dobrze!- wykrzykuje z entuzjazmem Pułkownikowa, lat osiemdziesiąt pięć - codziennie po obiedzie sobie leżakujemy!
- Starość jest wspaniała - pieje ciotka Fela, lat osiemdziesiąt trzy, ta, co mieszka w pięknej kamienicy i ma żyrandol art deco - mogę sobie robić co chcę, czytam książkę za książką!
No i jak tu nie czekać na starość?)

Inną cechą zwiastującą niechybnie bliską starość, jest skłonność Jareckiej do gawędy.
Na co Jarecka nie spojrzy, co nie zasłyszy - wszystko może wywołać niepowstrzymaną falę wspomnień. Każde niewinne skojarzenie natychmiast pączkuje nieskończoną ilością kolejnych skojarzeń i dygresji. Na szczęście dzieci są już w tym wieku, że dzielnie znoszą dykteryjki z lamusa swojej matki, a nawet je lubią! (a nawet czasem wykorzystują je przeciwko niej!)

Wszelako nie każda historia nadaje się dla dzieci.

Szyjąc insygnia królewskie dla Jaśnie Panicza, który na szkolnej akademii miał się wcielić w rolę Stanisława Augusta Poniatowskiego, Jarecka snuła wspominki wielce niemoralne, właśnie z królem Stasiem w tle.
Ponieważ zaś nie uznała za słuszne dzielić się nimi z potomstwem, zrobi to niniejszym żywiąc nadzieję, iż Czytelnicy są pełnoletni i niepodatni na demoralizację.

Lat temuuuu... piętnaście, Jarecka zdawała maturę.

W owych szczęsnych czasach można było sobie wybrać przedmiot, z jakiego będzie się ów egzamin pisało, wyjąwszy język ojczysty, rzecz jasna. Jarecka wybrała historię.
Nauczyć się całej historii świata to jest, co tu dużo mówić, kupa roboty. Zwłaszcza, że się człek musiał nauczyć jeszcze polskiego, a miesiąc wcześniej - w przypadku uczniów Liceów Plastycznych - jeszcze historii sztuki od Lascaux do Joanny Rajkowskiej niemalże.
I tu następuje pierwszy niemoralny akcent - otóż Jarecka postanowiła, że nie będzie się tej historii uczyć aż tak od deski do deski. Wedle mądrości poprzednich roczników pytania maturalne dzielić się miały na te dotyczące zdarzeń do - powiedzmy - Rewolucji Francuskiej i na te dotyczące nieco nowszej historii. Jak to jest w szkołach - wiadomo, zwykle rok szkolny kończy się gwałtownie gdy przychodzi omówić najbliższe dzieje, toteż Jarecka obkuła się w temacie wszelkich królów Ćwieczków, skończyła gdzieś w siedemnastym wieku, i ani jej w głowie nie powstało, że mogłaby nie trafić ze swoją wiedzą w choć jedno z AŻ trzech pytań na egzaminie.
W dniu egzaminu (a dzień był piękny, słoneczny, nad szkolnym podwórcem wisiały tylko ciężkie chmury kwitnących kasztanowców) Jarecka stawiła się na sali gimnastycznej swojej szkoły na obcasie i w białym żakiecie.
Sala z początków dwudziestego stulecia, odmalowana koszmarnie na olejno, okna nowe.
Obcas ówczesny nie przypominał szpilki, raczej kartofel.
A żakiecik miał tajemniczą właściwość; kieszonkę wszytą w podszewkę.

Jarecka zasiadła sobie, rozesłała płachty papieru kancelaryjnego i -
- pierwsze pytanie - druga wojna światowa.
Drugie - też wiek dwudziesty.
Jarecka przełknęła ślinę.
Trzecie - czasy stanisławowskie.

Gdybyż człowiek mógł zmienić stan skupienia, Jarecka rozlałaby się w kałużę, z głośnym pluskiem!
Niestety, siedziała wciąż w stanie stałym, tudzież osłupienia. Aż do Stanisława w swoich przygotowaniach nie doszła, jakoś tak czas stanął w miejscu w okolicach Jana Kazimierza...

Jeśli aż do tej pory został przed monitorem jakiś nieletni czytelnik, proszony jest o zamknięcie oczu! Albowiem nadciąga zgorszenie.


Żakiecik, który Jarecka miała na sobie, zasobny był, jako się rzekło, w tajną kieszonkę. W kieszonce zaś tkwił pokaźny plik miniaturowych tabelek z datami najważniejszych wydarzeń w danym okresie. Ilość karteluszków nastręczała pewnych problemów; odszukać naprędce i dyskretnie tę jedną jedyną pomoc nie było łatwo. Jarecka przystąpiła do mozolnej rzeźby. Podczas gdy, spocona z emocji, spisywała z karteluszka potrzebne daty, pomału docierało do niej, że pytanie dotyczy kultury, i że o tejże kulturze już coś tam było kiedy indziej i gdzie indziej.
Na języku polskim, na przykład. Na historii sztuki.
I tak, z dat i innych karteluszkowych rewelacji Jarecka uściboliła niby-wstęp, niby-tło. Potem wzięła na warsztat literaturę i od razu poczuła się lepiej, albowiem z polskiego była maglowana regularnie i okrutnie, na wyrywki, z materiału sprzed roku, sprzed dwóch, bez uprzedzenia - ot, taka fantazja polonistki. I w końcu na tyle otrząsnęła się z szoku, że - nomen omen! - doznała oświecenia (wszak miesiąc wcześniej był egzamin z historii sztuki)!
Jarecka popłynęła. Od architektury, wszystkich tych Merlinich, Zugów, Aignerów, Kubickich, po Baciarellego i jego malarnię. Na koniec zaś, bezczelna, zaczęła wizualizować sobie obrazy z epoki i na tej podstawie wysnuwać nawet jakieś quasi wnioski na temat lajfstajlu czasów stanisławowskich w ogóle!
Po czym: łup, łup - to odgłos tamtych żenujących obcasów - opuściła miejsce kaźni.

W ten oto sposób Jarecka, nie dość, że leniwa, to i nieuczciwa, zdobyła ocenę celującą na swoje świadectwo maturalne. Chichot losu, który Czytelnicy mogą w tej chwili usłyszeć, polega na tym, że ta ocena nigdy się Jareckiej do niczego nie przydała - ani na uczelni, ani w żadnej pracy.
I na co te nerwy, pot i wszywanie kieszonek?
Żeby po latach wspomnieć te chwile przy prasowaniu królewskiej szarfy w barwach niezapominajki.
(eee...ewentualnie dyskretnie pochwalić się na blogu ;))






Koronę króla Jarecka uszyła z filcu 3mm obszytego "złotą" materią.
Tak, tak, Stanisław August mało kojarzy się z koroną, ale peruka, widzi się Jareckiej, to wyższa szkoła jazdy.
A to niebieskie to królewska szarfa.
Wszystkie materiały biorące udział w projekcie przyniósł do Deszczowego Domu listonosz - ale nie ten, co głośno puka, bo on jeździ na rowerze i dowozi tylko małe przesyłki. Od gabarytów jest inny, strasznie ciekawski. Każdą paczką potrząsa, opukuje, prześwietla oczyma i wypytuje o zawartość.
- A co to takiego? Hm, co to może być?? Co pani nazamawiała??? - i jeszcze długo w tym stylu.
Tym razem też potrząsał i opukiwał.
- Ciężkie - oznajmił podekscytowany - nie wiem co to jest... Z Łomży! Na panią, nie na męża(znaczy, powinna pani wiedzieć, co tam jest)! Co to jest...?
(Jarecka nie potrafiła odpowiedzieć, choć miała wielką ochotę ulżyć męce listonosza. Ostatnio specjalnie dla niego zrobiła dziurkę w gigantycznym kartonie i poinformowała doręczyciela, że oto przyniósł rower. Listonosz był niezwykle rad ale Jarecka potem wyrzucała sobie nieostrożność i raz po raz rzucała okiem przez okno, czy aby listonosz nie wrócił z kumplami po odbiór towaru zostawionego w garażu)
- Jakieś ciuchy...? - zastanawiał się ważąc w rękach pakę.
Rzeczywiście, niewiele się pomylił. Paczka zawierała przeróżne tkaniny od Czytelniczki Deszczowego Domu, która wpadła na doskonały pomysł, żeby przesłać Jareckiej to, z czego sama nie zrobi już użytku.
I teraz Jarecka intensywnie utylizuje a efektami będzie się sukcesywnie chwalić. Na dobry początek królewska korona :)




31.01.2014

O podobieństwie i komunikat drobnym drukiem

Piątek skończył dwa miesiące i przygląda się światu szeroko otwartymi oczyma, a jego oczy są ciemne.
Drogą eliminacji dowiedziono również, że jego śniada cera to nie kwestia specyficznego umaszczenia noworodków ani żółtaczki.

Takiego właśnie typa brakowało Jareckim!
Angelinę Jolie ściska z zazdrości, że niepozorne Jareckie nie jeżdżąc po świecie w poszukiwaniu egzotycznych sierotek dorobili się takiej kolekcji!

Jaśnie Panicz od urodzenia uchodzi za podobnego do matki. Zdaniem Jareckiej opinia ta dowodzi, ze istnieje coś takiego jak zbiorowa halucynacja; jak można było dopatrzeć się rysów Jareckiej w buzi okrągłej i ślicznej?
Wygląd Dwójki też nie zaskoczył rodziny - córusia tatusia, szczególnie zaś duplikat siostry Jareckiego, Szwagierki.

A Trójka?...
- Ona jest podobna do syna mojego brata - stwierdził Padre Carlos. Na dowód zaprezentował w telefonie komórkowym zdjęcie bratanka. Chłopiec wyglądał jak najbardziej naturalnie w towarzystwie swoich luzofońskich południowoamerykańskich przybranych rodziców i rzeczywiście był podobny do Trójki.
- U was wszystkie dzieci rodzą się takie kudłate? - zapytała Jarecka.
- Kudłate? - zdziwił się Padre - co to znaczy? Grube?
Wuj Henryk poszedł o krok dalej.
- Carlos! - zakrzyknął - jaka ona do Ciebie podobna!

Śniada, kudłata (i gruba) Trójka co prawda szybko przestała przypominać Carlosowi bratanka ("On już teraz wygląda jak prawdziwy Murzyn"), do dziś jednak nie jest podobna do żadnego z rodziców.
- Na twoim miejscu byłabym zaniepokojona - przyznaje Jarecka. Jarecki jest spokojny. Mama CałkiemInna wyszperała dla niego zdjęcie tajemniczej ciotki Tekli, na oko dońskiej Kozaczki. Na dowód, że takie okazy się w tej rodzinie zdarzają.

- Cały Jarecki! - zakrzyknęła  pani pediatra na widok Piątka - u was tylko Czwórka taka... inna...
- U niej te cechy wcześniacze trochę... - zaczęła niepewnie Jarecka.
- Tak! - przerwała żarliwie pani doktor - one są u niej bardzo widoczne! Bardzo!
Jarecka się żachnęła, ale tylko tak w środku, bo tę panią doktor niezwykle lubi.
Potem w domu przyglądała się Czwórce skaczącej w rytm przebojów w Jaka to melodia i zgodziła się z Jareckim, że ona taka niepodobna, że nawet dłonie ma inne - i coś jak niepokój nawet odczuła Jarecka, bo podmienić Czwórkę w inkubatorze to byłaby doprawdy bułka z masłem.

Pomiędzy sobą dzieci Jareckie nie wykazują żadnego fizycznego podobieństwa. Nie to, co Jarecka i jej siostra Mirecka - jak Jarecka odwiedza Mirecką, sąsiedzi  Mireckich się Jareckiej kłaniają i ani podejrzewają, że to obca baba. A jakby mało było tego, że podobne, działa między nimi jakaś telepatia.
 - Byłam u fryzjera - mówi Jarecka Mireckiej przez telefon.
- Ja też - mówi Mirecka - jak się obcięłaś?
- A, tak, krótko z przodu, długo z tyłu.
- Ja tak samo. I kolor sobie zrobiłam jaśniejszy niż zwykle.
- Ja też, już miałam dość tamtego.
I tak dalej w tę mańkę.


A w ogóle Jarecka przypomina Tatę CałkiemInnego.
Tata CałkiemInny zaś był łudząco podobny do swojego starszego brata, zwanego przez siostry CałkiemInne Stryjkiem Diabłem.

Zwanego tak nie przez wzgląd na jego diaboliczną naturę, bynajmniej.



(W kuluarach trwa spór - Wszechwiedzący Narrator rad jest z puenty, Jarecka nie bardzo. I nie tylko o to się spierają. Wszechwiedzący Narrator odmawia współpracy, bo wprawia go w zażenowanie udział w konkursie na Blog Roku. Jarecka, jak wiadomo, nie zna co to wstyd - KLIK - i staje w szranki z sześcioma setkami blogów w kategorii "Ja i moje życie"
UWAGA! - dodatkowej pikanterii sprawie dodaje fakt, że jurorką w kategorii jest Perfekcyjna Pani Domu! Masz pojęcie, Czytelniku? Jarecka kontra Perfekcyjna Pani Domu???
Tylko w Was zresztą Jareckiej nadzieja na spotkanie tych zawodniczek. Jarecka nie ma konta na fb, tym najlepszym z narzędzi propagandy, nie pozwoli także promować sprawy Jareckiemu. Przecież absolutnie wszyscy bohaterowie Deszczowego Domu mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości i nie wszyscy muszą być tym zachwyceni, czyż nie?...
Głosować można wysyłając sms A01104 na nr 7122
Koszt - jakieś złoty dwadzieścia, która to suma zasili hospicjum dla osieroconych dzieci, szczegóły po kliknięciu w ikonkę Bloga Roku na bocznym pasku
I tyle. Wszechwiedzący Narrator chowa głowę w piasek, Jarecka układa listę pytań do pani Małgorzaty)




26.01.2014

Rozliczenia noworoczne





Patrzcie Państwo, nagle zrobił się koniec stycznia!
Niby już późno na rozliczenia z zeszłorocznych postanowień i powzięcie nowych.
Deszczowy Dom bywa jednak okresowo wyjęty spod czasu i oto Jarecka popada w zadumę nad tym co się chce, co może a co naprawdę się zdarza. (w nawiązaniu do - KLIK)

W najbardziej fantastycznych rojeniach nie przyszłoby jej rok temu do głowy, że Nowy Rok 2014 powita z Nowym Człowiekiem, znaczy się Piątkiem.
Oraz, że będzie tym faktem uszczęśliwiona i daleka od myśli samobójczych.

Ale spójrzmy, co tam sobie roiła Jarecka rok temu, uśmiejmy się, mili Czytelnicy!

-Jarecka NIE POSTANAWIA schudnąć (bo zdaje się, że tego zazwyczaj dotyczą noworoczne plany).





No i nie schudła! Ach, więc warto postanawiać, warto uparcie dążyć do celu! Nawet przytyła. Ile, dokładnie nie wiadomo. Przestała się ważyć, gdy zobaczyła, że przybyło jej 20 kg. Dzięki temu lato 2013 było pierwszym od kilku lat beztroskim latem kiedy to nie wstydziła się nosić topów na ramiączkach i głębszych dekoltów. Obraz Jareckiej w letniej odsłonie nie prowokował znajomych i nieznajomych, i wszystkich, którzy odczuli taką przemożną potrzebę, do pełnych troski zapytań o zdrowie, stan tarczycy, czy się Jarecka odchudza i jak długo jeszcze zamierza, i na co jej to, przecież już i tak wygląda STRASZNIE.
Gwoli uczciwości, po namyśle, dodać trzeba, ze jednak trochę schudła; znaczy się, nie do końca się z tym postanowieniem udało - po porodzie straciła jakieś 10 kg. Ale ponieważ nadal zostaje przynajmniej drugie tyle - zaliczone!
-NIE POSTANAWIA zadbać bardziej o formę fizyczną, zapisać się na zumby, pumby, pilatesy i siłownię. Albowiem Jarecka po prostu tego nie lubi! Nie bawi ją to! I niewygodnie jej w portkach do aerobiku.
Cjaaaa.... W tych portkach od aerobiku jest Jareckiej jeszcze bardziej niewygodnie niż było. Wie, bo mierzyła. Mierzyła, bo czytała, nie bez zainteresowania, ogłoszenia o zumbie w zaogońskiej szkole i aerobiku w parafialnej sali sportowej... Ostatecznie ma się tę wprawę w robieniu rzeczy, których się nie lubi i które nie widzą się zabawne.
-I nie postanawia w ogóle niczego, będzie jak dotąd mierzyć się z tym, czym ją życie zaskoczy, padać, wstawać, otrzepywać się i dalej brnąć DO PRZODU!
No i to ulubione Jareckiej postanowienie nadal pozostaje w mocy. To jest absolutnie niezawodne, stuprocentowo spełnialne postanowienie! Satysfakcja gwaratowana.


Jeszcze robiła Jarecka robótkowe plany.
Planowała zrobić sukienkę, o tę:



I zrobiła, jeszcze w lutym.



Wyszła w niej raz. Niestety, była już wówczas w drugim miesiącu ciąży, co nie przydało uroku kibici, bynajmniej. Na dodatek dzień był chłodny i deszczowy, w związku z czym nie udało się zdjąć sweterka i zaprezentować tego uroczego dekoltu na plecach, owego smaczku sukni.

Chciała jeszcze zrobić sobie torbę, taką:





Ale najzwyczajniej w świecie jej przeszło!

(W tym momencie Wszechwiedzący Narrator uznaje rok 2014 za ostatecznie na oścież otwarty, Jarecka zaś poprawia nową, już tegoroczną, sukienkę i oddala się ku sypialni, w której w subtelnym szumie suszarki do włosów przysypiają Jarecki wespół z Piątkiem.
Pozostałe dzieci już chrapią  -
- a śnieg j...... d......ch.....psiakrew, pada.)



11.01.2014

Dziękuję



Rzecz miała miejsce w drugiej dobie życia Czwórki.
Oczom Jareckiego, który wkroczył na noworodkowy OIOM ukazał się osobliwy widok: wszystkie inkubatory stłoczone były chaotycznie w jednej sali, pomiędzy nimi bezradnie krzątały się białe figurki pielęgniarek a w drugim, opustoszałym pomieszczeniu kręcili się robotnicy w strojach bynajmniej nie sterylnych. Ich wielkie buty mlaskały o pokrytą burym szlamem podłogę. Nad wszystkim zaś, niczym Duch Boży nad wodami unosił się charakterystyczny smród.

Szambo zalało oddział noworodków.

Awarię oczywiście naprawiono, salowe uprzątnęły wnętrze, pielęgniarki obstalowały inkubatory na właściwych miejscach i Jareccy zapomnieli o tym incydencie na kolejne cztery miesiące.
Byliby zapomnieli na zawsze, gdyby nie pewne zdarzenie.

W dniu, w którym Jareccy zdążali do tegoż szpitala z radością w sercu, fotelikiem samochodowym dla niemowlaka i pożegnalnymi tortami dla personelu, muszla klozetowa w Deszczowym Domu zrobiła GLURP i wylała brudną zawartość na ubikację i pół przedpokoju. Szczęściem na miejscu był Tata Jarecki; wespół z Czesiuniem zaradził katastrofie i gdy Jareccy przenieśli tryumfalnie Czwórkę przez próg mieszkania, po przygodzie pozostał tylko zapach. Wtedy to Jareckiemu przypomniało się, że przecież niedawno... wtedy, gdy się Czwórka urodziła... na OIOMie...
Z właściwym sobie poczuciem humoru stwierdził, że Czwórka zdaje się ma przesrane!
Jareccy zgodnie zarechotali z doskonałego dowcipu i tyle.


A jednak, Drodzy Czytelnicy, wiele wcześniaków NAPRAWDĘ ma przesrane.


Tamtego lata, gdy Jarecka otoczona fachową opieką czekała na narodziny Czwórki, jedna z jej Najlepszych Przyjaciółek szczęśliwie powiła bliźnięta w małym górskim miasteczku. Na oddziale położniczym poznała dziewczynę, która musiała urodzić w 28 tygodniu ciąży (dokładnie tak, jak Jarecka). Kobieta była świadoma, że urodzi swoje dziecko na pewną śmierć i nikt jej nie pocieszał, nikt nie dał grama nadziei. Nie szykowano się na przyjęcie tego dziecka, bo w szpitalu nie było odpowiedniego sprzętu. Dziecko przyszło na świat - i umarło.
Tymczasem kilkaset kilometrów dalej w dół rzeki, w tym samym kraju, kilogramową Czwórkę podłączono do maszyn, które przez kilka tygodni pompowały w to ciało życie, do skutku.

Wiele razy Jarecka i jej koleżanki - mamy wcześniaków - zastanawiały się, co by było, gdyby z sal szpitalnych, w których zalegały ich dzieci, zniknął sprzęt oznaczony czerwonym serduszkiem.



Jutro Jarecka nie pojedzie na żadną imprezę plenerową, żadne "światełko do nieba", bo nie lubi tłoku, zimna, i boi się wirusów.
Nie włączy telewizora, bo ma alergię na orkiestrową stylistykę, która polega na tym że ma być głośno, hałaśliwie, szybko, i koniecznie na luzie, czyli głośno i hałaśliwie.
Wolontariuszy jak zwykle spotka pod kościołem i wrzuci im do puszki to, co znajdzie w portfelu.
Dzieci natychmiast uhonorują się czerwonymi serduszkami; Jarecka swoją naklejkę schowa do torebki, bo nie pasuje jej do kurtki.




Drogi Czytelniku.
Czegokolwiek nasłuchasz się o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.
Cokolwiek myślisz o Jerzym Owsiaku.
Sprzęt zakupiony przez WOŚP naprawdę istnieje.
Naprawdę ratuje życie.
A choćby przez te dwadzieścia lat, w tych wszystkich hałaśliwych akcjach, uzbierano tylko na te kilka urządzeń w Szpitalu Nad Wisłą, było warto.

Dziękuję





Na zdjęciu - pled dla dziewczynek. Gotowy. No, prawie. Jeszcze tylko podszycie całości mięciutkim polarem, który już czeka w szafie. I bordiura, skromna i prosta. Czyli, jako się rzekło, pled gotowy ;))

5.01.2014

Spotkanie z Warszawą 1


Początek znajomości Jareckiej z Warszawą nie był najszczęśliwszy.

Wysiadłszy na Dworcu Centralnym, Jarecka-CałkimInna dobyła z kieszeni mapkę nagryzmoloną przez Jareckiego i podążając za jego wskazówkami zapuściła się w podziemny labirynt. Wyszła spod ziemi na przystanku tramwajowym i zgodnie z instrukcją wsiadła w dziesiątkę. Mały szczegół - to mianowicie, że jedzie w złym kierunku - na razie pozostawał przed nią zakryty. Gdy pomyłka wyszła na jaw, Jarecka mogła już tylko wysiąść na pustawym przystanku i zakląć lub zapłakać. Nie było kogo zapytać o drogę; zresztą nazwy dzielnic, ulic i placów nic Jareckiej nie mówiły. Nie było kiosku, żeby kupić kolejny bilet, budki telefonicznej, było ciemno, zimno i beznadziejnie.
Jasnym tramwajem, niby w brzuchu wielkiej ryby Jarecka przemierzała na oślep to miasto odwrócone do niej plecami.

Kolejne wizyty w Warszawie były bardziej fortunne, upływały Jareckiej na odwiedzaniu muzeów, galerii sztuki i nieśpiesznym snuciu się spacerowymi szlakami stolicy.
Załóżmy, że ktoś by Jarecką zapytał: "No i cóż niezwykłego zobaczyłaś w tym mieście?" i poznałby odpowiedź - byłby nią może zaskoczony.
Nie zrobiło na niej wrażenia ani tempo życia - jej samej przecież nigdzie się nie śpieszyło; ani wysokość budynków w centrum miasta, ani architektura starej części miasta. Niczego się od tej Warszawy nie prosiła, niczego się po niej nie spodziewała, żadnych nadziei w niej nie pokładała. Wkroczyła w ten miejski organizm krokiem turysty - choć pewne znaki na niebie i ziemi zwiastowały już, że w przyszłości może trafić tu na dłużej.

Największym odkryciem Jareckiej były... warszawskie staruszki.
Zaprawdę, z tym gatunkiem człowieka Jarecka wcześniej się nie spotkała!
Starych ludzi widywała dotychczas w rodzinnych stronach Rodziców CałkiemInnych; wpół zgięte spracowane babuleńki przyglądające się światu z ławek pod chałupkami. W mieście, w którym Jarecka się wychowała, w stutysięcznym blokowisku, starszych ludzi w ogóle nie było. Trudno uwierzyć? Ale to prawda!
I oto objawiły się Jareckiej staruszki eleganckie, wytworne, ze starannym makijażem, z lakierowanymi paznokciami. Staruszki wiodące żywot kulturalny i towarzyski, pijące kawę w cukierniach w towarzystwie koleżanek staruszek, bywalczynie teatrów i galerii, choć często na zdeptanych obcasach, w żabotach sprzed półwiecza, ale z broszą po prababce-Warszawiance i wysoko uniesioną głową.







Jak silne wrażenie zrobiły na Jareckiej te niezwykłe istoty niech zaświadczą ówczesne Jareckiej szkice.

To jeszcze nie było spotkanie z Warszawą, to pierwsze wrażenie.

C.D.N.

 




11.12.2013

O trudzie daremnym

Czy to za sprawą hormonów, pierwszej niespokojnej nocy czy kryzysu mlecznego - najpewniej zaś przez ten nieszczęsny kalendarz adwentowy, co go robiła od wakacji niemal - Jarecka nabrała wstrętu do świątecznej otoczki.

Ten mizerny przedmiot na poniższych zdjęciach składa się z dwudziestu czterech specjalnie w tym celu uszytych woreczków, z których każdy jest oznaczony numerem - zważ, Czytelniku, że większość liczb jest dwucyfrowa! Cyferki z filcu naszyte są ręcznie... Podobnie jak wstążeczki mocujące woreczki do obręczy (nie należy dopytywać z czego popełniono tę obręcz, niegrzecznie być nazbyt ciekawskim).
Każdy woreczek zawiera ambitne zadanie dla dzieci, którego przygotowanie i nadzór nad realizacją zajmuje Jareckiej w obecnej sytuacji pół dnia.
Czy kogoś dziwi, że raz po raz karteczki zastępowane są cukierkami?





Wczoraj, gdy Jarecka odczepiła wszystkie puste już woreczki i odpruła bezczynnie dyndające wstążeczki, okazało się, że już tak niewiele zostało - woreczków, zadań, czasu...

...

W Deszczowym Domu nie istnieje coś takiego, jak przedświąteczne porządki.
Dlaczego, stali bywalcy pewnie się domyślają, ale korzenie tego zjawiska tkwią jeszcze głębiej. W domu CałkiemInnych, czyli rodzinnym domu Jareckiej przedświąteczne porządki zaczynały się jeszcze końcem listopada i w praktyce oznaczało to totalny bajzel aż do dnia Wigilii. Oczywiście, z punktu widzenia Mamy CałkiemInnej rzecz przedstawiała się inaczej - wszak w tym szaleństwie była metoda! Pomału, pomału, permanentne porządki postępowały naprzód i z chaosu wynurzał się ład przypieczętowany rozwinięciem chodnika w przedpokoju w wigilijne popołudnie. Mama CałkiemInna padała już wtedy na twarz lecz nie opuszczało jej poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Rzeczywiście, Małgorzata Rozenek w białych rękawiczkach - a, co tam! - w białym ubraniu mogłaby zajadać wprost z podłogi przygotowane od A do Z przez Mamę CałkiemInną specjały bez żadnej ujmy dla jej, Małgorzaty, wyglądu oraz smaku potraw. Gdyby zaś Perfekcyjna Pani Domu zechciała jeszcze dla rozrywki, w oczekiwaniu, powiedzmy, na Pasterkę, pogrzebać w szafkach, to proszę bardzo, do woli, z góry na dół, tam i nazad; nawet od wieków nieużywane naczynia były wypucowane a Jarecka da głowę, że nawet dziurki od kluczy były wyczyszczone za pomocą zapałek i kłaczków waty...
Idealny ten stan poprzedzał miesiąc w mieszkaniu bez dywanów, firan i zasłon, najgorsze zaś było to, że w tym przedświątecznym czasie Mama CałkiemInna była ciągle zmęczona i zdenerwowana.

Dlatego właśnie w Deszczowym Domu na święta sprząta się tak, jak na każdą niedzielę, jak na gości, czyli, jak powiedzą złośliwi: rynek i główne ulice. Zasłony pierze się, gdy są brudne a gdy Jarecką albo Jareckiego dopadnie przemożna potrzeba wybebeszenia jakiejś szafki i poukładania w niej od nowa, robią to, choćby do świąt zostało jeszcze pięć miesięcy. Bolą Jarecką nieumyte okna, bolą - a jednak całą energię, którą mogłaby włożyć w umycie okien wkłada w walkę z tym przyziemnym i drobnomieszczańskim przesądem, że do świąt trzeba się przygotować tracąc zdrowie i nerwy na sprzątanie. Nie mówiąc już o traceniu czasu (w tym miejscu rodzice małych dzieci kiwają głową ze zrozumieniem), bo czy czysta podłoga przetrwa choć jeden posiłek?

A jednak pod tą buńczuczną maską, Jarecka trochę żałuje a przede wszystkim niezmiennie się dziwi: jak to możliwe, że nie tylko nie trafił jej się gen pedanterii po mamie, ale że nawet nie nabyła owej cechy przez osmozę, wychowując się tam, gdzie w każdym ogródku na idealnie wystrzyżonym trawniku nie uświadczysz ni chwasta, ni śmiecia, jeno dekoracyjne muchomorki wykonane z misek, krasnale wykonane z gipsu i Bóg wie z czego wykonane jelenie.

Ostatecznie, co za różnica, czy się trwoni nerwy i zdrowie na sprzątanie, czy na robienie kalendarza adwentowego.









26.11.2013

Bredzenie położnicy, czyli Państwo wybaczą, groch z kapustą


Z arcymądrych gazet dla młodych matek można się dowiedzieć niemal wszystkiego na temat ciąży i porodu.
Na przykład tego, że do szpitala koniecznie trzeba zabrać pomadkę do ust, bo usta w czasie porodu mogą wysychać. Że ojciec powinien mieć przy sobie aparat, żeby utrwalić wiekopomną chwilę narodzin.
Kładzie się przyszłym mamom do głowy, że zawczasu powinny obejrzeć kilka szpitali położniczych i wybrać sobie ten najlepszy. Jarecka kiedyś pojechała obejrzeć sobie taki upatrzony szpital i wyszła stamtąd z płaczem; tak ją przeraziło wnętrze, które, choć upiększone, nadal wyglądało jak sala wyrafinowanych tortur.
Gdy zaś zaczął się poród, upatrzona placówka oznajmiła, że miejsca dla Jareckiej niet.
- Czy ja mogłabym wstać, spróbować na stojąco albo w kucki? - zdarzało się pytać Jareckiej w czasie porodu (w gazetach czytała, że tak lepiej).
- No jak na stojąco? - wykrzyknęła położna - jak ja będę to dziecko łapać?



Przed wakacjami Jarecka spotkała się z dwiema swoimi Najlepszymi Przyjaciółkami z licealnych czasów,
akurat też ciężarnymi.
- Czy ty przygotowałaś coś takiego, jak lista oczekiwań co do porodu? - zapytała Najlepsza Przyjaciółka przy obiedzie.
- Co??? - Jarecka omal się nie zachłysnęła zupą tajską.
- No, koleżanka mi mówiła, że spisuje się coś takiego, że na przykład nie chcesz oksytocyny - tłumaczyła nieco zbita z tropu Przyjaciółka - albo, że nie chcesz, żeby ci dziecko umyli zaraz po porodzie...
Jarecka zarechotała szpetnie na samą myśl nie tyle o sporządzaniu listy przez kobiety, który jeszcze nigdy nie rodziły, ale próbując wyobrazić sobie reakcję załogi JEJ szpitala na takową. Oznajmiła Przyjaciółce, że jak żyje, o czymś podobnym nie słyszała albowiem od lat nie czyta już gazet dla młodych matek, że wątpi, by udało się personelowi zastosować do wszystkich postulatów, że przebiegu porodu nie da się przewidzieć oraz że w bólach porodowych kobieta machnie ręką na swoje gazetowe mądrości i będzie błagać, byle tylko szybko mieć to już za sobą, chrzanić zakaz oksytocyny i wszystko chrzanić, byle mieć!- TO!- JUUŻ!- ZA SOBĄ!!!
Druga Najlepsza Przyjaciółka zagadnięta o listę życzeń powiedziała:
- Wiesz, ona swoje pierwsze dziecko urodziła w Japonii... Osiem lat temu...
A Jarecka ze zrozumieniem pokiwała głową - to tłumaczy, dlaczego Najlepsza Przyjaciółka - ta od tajskiej zupy - w ogóle potraktowała temat listy poważnie...


Temat połogu tymczasem zdaje się niespecjalnie interesować gazety dla młodych rodziców.
Ot, że przez sześć tygodni potrzebne będą podpaski i że jakiś baby blues - tajemnicze hasło, które nie wiadomo co znaczy.
Nic o tym, że macica boleśnie się kurczy w czasie pierwszych karmień, że boli kręgosłup, który nagle pozbawiono sporego ciężaru, żebra, które wracają na swoje miejsce. Nietrzymanie moczu, hemoroidy.
Z gazet można się natomiast dowiedzieć, że przyda się specjalna bransoletka, która pomoże zapamiętać, z której piersi się ostatnio karmiło (specjalna! nie taka zwykła!) albo chusta do karmienia poza domem - rodzaj śliniaka, który zasłoni obnażoną pierś przed wzrokiem ciekawskich. Jak Jarecka wykarmiła czworo dzieci nie mając takiego wynalazku, trudno sobie wyobrazić! To, że korzystała w takich sytuacjach z własnych chust i szali oraz tetrowych pieluch to jakaś staromodna, uboga improwizacja!

...


Tym razem zdarzył się Jareckiej poród DOBRY.
Nie mylić z lekkim, łatwym i przyjemnym.
Piątek, nie licząc Czwórki - wcześniaka - okazał się najmniejszym z dzieci Jareckich.
Po raz pierwszy po porodzie Jarecka poszła na oddział położniczy na własnych nogach. Cztery godziny po porodzie chlapała się pod prysznicem jak dziecko w fontannie. Wysypia się w nocy, bo Piątek sypia po pięć godzin bez przerwy, a świadomość tego, że to pewnie wkrótce się zmieni nie przeraża jej; wręcz przeciwnie, tym bardziej cieszy się dniem dzisiejszym. Gdy wieczorem Piątek trochę skwierczy, nosi go tatuś - z uśmiechem na ustach; bo Jarecki, podobnie jak jego żona najwyraźniej się starzeje.
- O!- wykrzykuje niestrudzony chór nad kołyską Piątka - ruszył rączką! Otworzył oko! Zrobił tak! - i cała czwórka chórzystów demonstruje minę lub układ rąk niczego nie świadomego pierwowzoru.
Starszawi zaś (stażem!) rodzice nie mogą się powstrzymać od ochów i achów.
- Popatrz - powtarza Jarecka - jaka ona śliczna...eee...śliczny.






P.S. A poza tym Deszczowy Dom szykuje się do Świąt.
Jest już ciasto na pierniczki, pierwsze ozdoby.
Nawet tutek jakiś się robi... ;)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...