Dawno, dawno temu, w Deszczowym Domu używało się etykiet: książki z obrazkami, Jarecka i jej idole...
Dziś pora przewietrzyć etykietkowe zasoby, bo nadarzyła się okazja!
Czy ktoś nie zna ilustracji Elżbiety Wasiuczńskiej, ręka do góry?
Nie widzę. A czy wszyscy wiedzą, że pani Ela ma bloga, barwnego i dowcipnego, który Jarecka regularnie odwiedza od paru miesięcy? Nie wszyscy? No to KLIK
Przeczytawszy na tym blogu, jakoby w najbliższą niedzielę (a był czwartek), pani Elżbieta miała nawiedzić jedną z metropolitalnych księgarń, Jarecka w te pędy wykonała tamże telefon obwieszczając przybycie swoje i dzieci i zaczęła przebierać nóżkami.
Spotkania natury blogowej zawsze wywołują wiele emocji.
Człowiek się cieszy, ale nie wie, czy powinien, bo w gruncie rzeczy nie wie co to za jeden, ten Iks Igrek. Nadto musi się zmierzyć z wyobrażeniem tego kogoś o własnej osobie - i to jest, powiedzmy, sobie szczerze - stres.
Gdy Jarecka po raz pierwszy miała okazję poznać osoby znane wcześniej tylko z blogosfery, rozterki takie były jej oszczędzone - pamiętne urodziny w Sowie były przecież niespodzianką. Potem już spotkać się z Joanną S z Addicted to crafts, nawet na własnym balkonie, to już była sama przyjemność.
Tak więc kolejne dni upłynęły Jareckiej na zastanawianiu się w co się ubrać :)
Żeby nie było za elegancko, w trampkach też nie bardzo... Bardzo to w sumie śmieszyło Jarecką, ale pozbyć się tej troski nie mogła.
Dzieci tymczasem kopały na półkach z książkami w poszukiwaniu tych, na których pani Ela mogłaby złożyć własnoręczną sygnaturkę (Czwórka uparła się, że musi to być Czerwony Kapturek z ilustracjami Agnieszki Żelewskiej).
Wreszcie Jarecka uznała, że najlepiej będzie przywdziać na siebie sztandarowe barwy Elżbiety, niejako na cześć, i sięgnęła w najgłębszą czeluść szaf po kobaltową sukienkę. Sukienka nie pachniała najładniej, bo wisiała w tej szafie nie niepokojona przez dwa lata. Furda! A do tego rajtki w kolorze kanarka, który się objadł groszkiem.
- Mamo, masz zielone nogi! - tymi słowy Jarecka została obśmiana kolejno przez wszystkie swoje dzieci, nie licząc Piątka, który co prawda jeszcze nie mówi ale śmieje się, i owszem.
Na miejscu, w księgarni Badet, okazało się, że Jareckich nie ma na liście!
- Jak to? Przecież zapisałam naszą czwórkę już w czwartek!
Pełna najszczerszych chęci panna Badecianka wodziła ołówkiem po wydrukowanej liście, ale nazwiska Jareckich nie chciały się tam pojawić.
- Oczywiście, może pani wejść - skapitulowała wreszcie, a Jarecka powiedziała, że oczywiście, wejdzie choćby nie wiem co, i że dopradwy, dlaczego zawsze to jej zdarzają się takie rzeczy?
Niemniej już, już, w spowitą w kobalt i kanarka duszę wkradł się niepokój; zwłaszcza, gdy zaczęły się zajęcia plastyczne i Jarecka uslyszała, jak jedna Badecianka szepcze drugiej, że ponieważ są też dzieci niezapisane, nie dla wszystkich wystarczy tekturek... Od tej chwili każdy brak na stole zalegał kamieniem na sumieniu Jareckiej - wszak przywiodła aż troje niezapisanych plastelinożerców!
Czwarty, Jaśnie Panicz, ujrzawszy zaludniający księgarnię drobiazg, począł wić się w boleściach; szczęśliwie dla niego pojawiła się ciocia Sowa ze swoją córką i zaproponowała Jareckim wymianę - Sowianka została by lepić kaczkę Katastrofę, Jaśnie Panicz wyskoczył z ciocią na lody.
Podczas gdy Ela W (zaspojlerujmy - bruderszaft został symbolicznie wypity) zajmowała się tym, na czym Jarecka zjadła zawodowe zęby (do cna!), czyli nadzorowaniem prac twórczych, sama Jarecka popadła w otępienie, w jakie wpada zawsze ilekroć ilość dzieci w otoczeniu przekracza pięć sztuk.
Uściślijmy: gdy Jarecka znajdzie się w towarzystwie kilkorga obcych dzieci w odruchu bezwarunkowym uruchamia monitoring - oczyma pustułki wszystko widzi, przewidzi - czuwa. Gdy jednak odczuje obecność rodziców tychże, sylwetki dzieci natychmiast rozmywają się w jej oczach w barwne wijące się smugi. A jeśli spomiędzy tych eterycznych, półprzeźroczystych, przenikających się wstęg trzeba wyłuskiwać wciąż od nowa postaci własnych dzieci - energia witalna Jareckiej zużywa się bardzo szybko.
Jeden dwa trzy cztery, jeden dwa trzy cztery. Pięć.
Piątek szczęśliwie zasnął.
Skoro Kaczki Katastrofy zostały ullepione (materiałów starczyło dla wszystkich), panny Badecianki zajęły dzieci chustą w barwach tęczy a Jarecka dopadła wreszcie sławnej ilustratorki, docisnęła zielonym kolankiem i zażądała autografów na naręczach ksiąg i świeżo nabytym kalendarzu z Panem Kuleczką. Jaśnie Panicz, który akurat wrócił był z cukierni, pogalopował do samochodu, bo tam zostawił swój notes na autografy. Rozpoczęło się regularne oblężenie!
(Ciekawe dlaczego Jarecka wyobrażała sobie, że Ela ma głos jak Derekcja - jak spiż! Naprawdę mówi jak szemrzący strumyk)
(Na ilustracjach Eli - zdaniem Jareckiej - bohaterem pierwszoplanowym jest kolor. Dopiero potem człowiek, przebudziwszy się z hipnozy wyławia z tego barwnego tygla kształty i ich ścisły związek z tekstem)
Jak już Jareckie wrócili do domu, jęli opracowywać kalendarium na przyszły rok.
Zrazu Jarecka nadąsała się, że mało nalepek z napisem "moje urodziny"! - rychło okazało się, że dzieci wolą oznaczać daty swoich jubileuszów w inny sposób:
Można Jareckiej zazdrościć: trzy, czte-ry! - te oryginały nalepek wygrała Jarecka na blogu Elżbiety W:
Jaśnie Panicz wykoncypował jeszcze inaczej: w kratkę z datą 29 lipca wkleił nalepkę "za miesiąc", 28 sierpnia: "już jutro!" a 29 - "to dziś".
A potem to już Jarecka musiała odwrócić się do okna i szybciutko pomrugać, bo przyszła Trójka i spytała, kiedy dokładnie umarł Dwa i Pół, bo chciałaby przykleić tam naklejkę "nie zapomnij".
Na blogu Eli możecie jeszcze przez kilka dni zawalczyć o kalendarz Pana Kuleczki! - TUTAJ
Wszystkie malunki w tym poście, oczywiście pędzla rzeczonej.
Kaczki Katastrofy z plasteliny - córki Jareckie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka i jej idole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka i jej idole. Pokaż wszystkie posty
14.10.2014
5.01.2014
Spotkanie z Warszawą 1
Początek znajomości Jareckiej z Warszawą nie był najszczęśliwszy.
Wysiadłszy na Dworcu Centralnym, Jarecka-CałkimInna dobyła z kieszeni mapkę nagryzmoloną przez Jareckiego i podążając za jego wskazówkami zapuściła się w podziemny labirynt. Wyszła spod ziemi na przystanku tramwajowym i zgodnie z instrukcją wsiadła w dziesiątkę. Mały szczegół - to mianowicie, że jedzie w złym kierunku - na razie pozostawał przed nią zakryty. Gdy pomyłka wyszła na jaw, Jarecka mogła już tylko wysiąść na pustawym przystanku i zakląć lub zapłakać. Nie było kogo zapytać o drogę; zresztą nazwy dzielnic, ulic i placów nic Jareckiej nie mówiły. Nie było kiosku, żeby kupić kolejny bilet, budki telefonicznej, było ciemno, zimno i beznadziejnie.
Jasnym tramwajem, niby w brzuchu wielkiej ryby Jarecka przemierzała na oślep to miasto odwrócone do niej plecami.
Kolejne wizyty w Warszawie były bardziej fortunne, upływały Jareckiej na odwiedzaniu muzeów, galerii sztuki i nieśpiesznym snuciu się spacerowymi szlakami stolicy.
Załóżmy, że ktoś by Jarecką zapytał: "No i cóż niezwykłego zobaczyłaś w tym mieście?" i poznałby odpowiedź - byłby nią może zaskoczony.
Nie zrobiło na niej wrażenia ani tempo życia - jej samej przecież nigdzie się nie śpieszyło; ani wysokość budynków w centrum miasta, ani architektura starej części miasta. Niczego się od tej Warszawy nie prosiła, niczego się po niej nie spodziewała, żadnych nadziei w niej nie pokładała. Wkroczyła w ten miejski organizm krokiem turysty - choć pewne znaki na niebie i ziemi zwiastowały już, że w przyszłości może trafić tu na dłużej.
Największym odkryciem Jareckiej były... warszawskie staruszki.
Zaprawdę, z tym gatunkiem człowieka Jarecka wcześniej się nie spotkała!
Starych ludzi widywała dotychczas w rodzinnych stronach Rodziców CałkiemInnych; wpół zgięte spracowane babuleńki przyglądające się światu z ławek pod chałupkami. W mieście, w którym Jarecka się wychowała, w stutysięcznym blokowisku, starszych ludzi w ogóle nie było. Trudno uwierzyć? Ale to prawda!
I oto objawiły się Jareckiej staruszki eleganckie, wytworne, ze starannym makijażem, z lakierowanymi paznokciami. Staruszki wiodące żywot kulturalny i towarzyski, pijące kawę w cukierniach w towarzystwie koleżanek staruszek, bywalczynie teatrów i galerii, choć często na zdeptanych obcasach, w żabotach sprzed półwiecza, ale z broszą po prababce-Warszawiance i wysoko uniesioną głową.
Jak silne wrażenie zrobiły na Jareckiej te niezwykłe istoty niech zaświadczą ówczesne Jareckiej szkice.
To jeszcze nie było spotkanie z Warszawą, to pierwsze wrażenie.
C.D.N.
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
Jarecka w zadumie,
rysunek
4.12.2013
Co ma zazdrość do Marszałka
Spośród siedmiu grzechów głównych tym, który najbardziej nęka Jarecką jest zazdrość. Myślała Jarecka, że opuszczając Przedmieście pełne bajkowych domów i beztroskich ludzi - a przynajmniej na beztroskich wyglądających - już jej ta zżerająca wątrobę zazdrość odpuści. Ale jak kogoś raz ten jad zaleje, nie tak łatwo się wyleczyć.
Zaogonie to niby "wieś spokojna, wieś wesoła" - a wokół wciąż tyle powodów do zazdrości!
Puka na przykład Jarecka do sąsiadki Danuty, piętro wyżej, bo jej pilnie potrzebna cebula a jak czegoś Jareckiej braknie to wali do Danuty jak w dym.
Puk puk, proszę, Jarecka wchodzi i zaraz w progu ostry szpikulec zazdrości przeszywa ją na wylot.
Czysto, panie tego. Ani farfocla na podłodze, ani buta w przedpokoju, ni kurteczki. A jak już Jarecka skręci do kuchni to aż jej gul rośnie, bo i tam czysto i na blatach przestronnie. A Danuta ma czworo dzieci, co z tego, że większość dorosła, ale to głównie chłopaczory!
Od uśmiechniętej Danuty Jarecka dostaje dwie cebule i drepcze do siebie na dół. Odsuwa nogą kilka sztuk małych kaloszy tłoczących się przy wycieraczce, przeciska się przez szparę w drzwiach (szerzej otworzyć się nie da, bo za drzwiami czekają reklamówki z ubraniami do wyrzucenia lub wydania), potyka się o buty Jareckiego, który nie ma w zwyczaju korzystania z półki na buty i skręca do własnej kuchni. I nic, tylko wziąć i kroić te cebule, i płakać - ale najpierw trzeba zrobić na to miejsce!
(Jarecka jeszcze tej cebuli nie oddała, a fe!)
Albo taka Czesiuniowa.
Dzieci ma Czesiuniowa pięcioro, zasuwa na kilku etatach, biega z pracy do pracy na niebotycznych obcasach i zastać ją w domu niepodobna. A dzieci Czesiuniowe grzeczne nad podziw! W pas się kłaniają, donoszą z uśmiechem i pocztę, i gruszki, i co tam Czesiuniowa zechce Jareckiej podać. A przecież są wychowywane raz w tygodniu, przy niedzielnym obiedzie!
Latem wylegują się Jareccy na balkonie, piją frappe, i widzą, jak rodzina Czesiuniów spożywa posiłek na tarasie (tak się dziwnie składa, że co się szeptem powie na Czesiuniowym tarasie to u Jareckich słychać wyraźnie - bez nadstawiania uszu, słowo honoru!). Zresztą dźwięczny głos Czesiuniowej niesie się daleko.
- Tylko żebyś mi się nie zadała z Niemcem albo z ruskim - ostrzega swoją nastolatkę - historia uczy, że nic dobrego z tego nie wyniknie!
A i sąsiadce Znaprzeciwnej - drzwi w drzwi z Jareckimi - zazdrość Jareckiej nie przepuści. Wystarczy w porze obiadu wyjść na schody (a zawsze o tej porze Jarecka wyjść musi) i już atakuje ją kuszący zapach obiadu a w ślad za nim zazdrość sama.
Wraca sobie niedawno Jarecka ze szkoły z dziewczynkami i oczywiście już na schodach dopada ją apetyczna woń obiadu. Mięso! Drobiowe! Wkładając klucz w dziurkę Jarecka zaciąga się ostatni raz z lubością - ale co to? - na samym końcu przebogatego bukietu czuć jakby... swąd... Ejże? Już, już, chce Jarecka z tryumfem zarechotać, gdy uświadamia sobie, że to jej własny obiad, gulasz z indyka. Raz, jedyny raz, nie zawróciła ze schodów sprawdzić, czy wyłączyła gaz (a zawraca codziennie, jak ten Adaś Miauczyński z "Dnia świra") bo pamiętała dokładnie, że przed wyjściem podnosiła przykrywkę i poważnie ZAMIERZAŁA wyłączyć!
Na szczęście większość mięsa udało się uratować. Węgielek z rondla też ładnie zszedł.
Doprawdy, na Zaogoniu cuda się dzieją! Dzieci się same wychowują a czyjeś tajemnicze płuca na ogień dmuchają...
Musi to ten Marszałek!
A co ma zazdrość do Marszałka?
Nic.
Ale tak wyszło w trakcie pisania, i co zrobić?
Zaogonie to niby "wieś spokojna, wieś wesoła" - a wokół wciąż tyle powodów do zazdrości!
Puka na przykład Jarecka do sąsiadki Danuty, piętro wyżej, bo jej pilnie potrzebna cebula a jak czegoś Jareckiej braknie to wali do Danuty jak w dym.
Puk puk, proszę, Jarecka wchodzi i zaraz w progu ostry szpikulec zazdrości przeszywa ją na wylot.
Czysto, panie tego. Ani farfocla na podłodze, ani buta w przedpokoju, ni kurteczki. A jak już Jarecka skręci do kuchni to aż jej gul rośnie, bo i tam czysto i na blatach przestronnie. A Danuta ma czworo dzieci, co z tego, że większość dorosła, ale to głównie chłopaczory!
Od uśmiechniętej Danuty Jarecka dostaje dwie cebule i drepcze do siebie na dół. Odsuwa nogą kilka sztuk małych kaloszy tłoczących się przy wycieraczce, przeciska się przez szparę w drzwiach (szerzej otworzyć się nie da, bo za drzwiami czekają reklamówki z ubraniami do wyrzucenia lub wydania), potyka się o buty Jareckiego, który nie ma w zwyczaju korzystania z półki na buty i skręca do własnej kuchni. I nic, tylko wziąć i kroić te cebule, i płakać - ale najpierw trzeba zrobić na to miejsce!
(Jarecka jeszcze tej cebuli nie oddała, a fe!)
Albo taka Czesiuniowa.
Dzieci ma Czesiuniowa pięcioro, zasuwa na kilku etatach, biega z pracy do pracy na niebotycznych obcasach i zastać ją w domu niepodobna. A dzieci Czesiuniowe grzeczne nad podziw! W pas się kłaniają, donoszą z uśmiechem i pocztę, i gruszki, i co tam Czesiuniowa zechce Jareckiej podać. A przecież są wychowywane raz w tygodniu, przy niedzielnym obiedzie!
Latem wylegują się Jareccy na balkonie, piją frappe, i widzą, jak rodzina Czesiuniów spożywa posiłek na tarasie (tak się dziwnie składa, że co się szeptem powie na Czesiuniowym tarasie to u Jareckich słychać wyraźnie - bez nadstawiania uszu, słowo honoru!). Zresztą dźwięczny głos Czesiuniowej niesie się daleko.
- Tylko żebyś mi się nie zadała z Niemcem albo z ruskim - ostrzega swoją nastolatkę - historia uczy, że nic dobrego z tego nie wyniknie!
A i sąsiadce Znaprzeciwnej - drzwi w drzwi z Jareckimi - zazdrość Jareckiej nie przepuści. Wystarczy w porze obiadu wyjść na schody (a zawsze o tej porze Jarecka wyjść musi) i już atakuje ją kuszący zapach obiadu a w ślad za nim zazdrość sama.
Wraca sobie niedawno Jarecka ze szkoły z dziewczynkami i oczywiście już na schodach dopada ją apetyczna woń obiadu. Mięso! Drobiowe! Wkładając klucz w dziurkę Jarecka zaciąga się ostatni raz z lubością - ale co to? - na samym końcu przebogatego bukietu czuć jakby... swąd... Ejże? Już, już, chce Jarecka z tryumfem zarechotać, gdy uświadamia sobie, że to jej własny obiad, gulasz z indyka. Raz, jedyny raz, nie zawróciła ze schodów sprawdzić, czy wyłączyła gaz (a zawraca codziennie, jak ten Adaś Miauczyński z "Dnia świra") bo pamiętała dokładnie, że przed wyjściem podnosiła przykrywkę i poważnie ZAMIERZAŁA wyłączyć!
Na szczęście większość mięsa udało się uratować. Węgielek z rondla też ładnie zszedł.
Doprawdy, na Zaogoniu cuda się dzieją! Dzieci się same wychowują a czyjeś tajemnicze płuca na ogień dmuchają...
Musi to ten Marszałek!
A co ma zazdrość do Marszałka?
Nic.
Ale tak wyszło w trakcie pisania, i co zrobić?
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
Na Zaogoniu
9.05.2013
O czym marzą matki
Dawno dawno temu, gdy Jarecka zwana wówczas CałkiemInną chodziła do podstawówki, dostała w szkole następujące zadanie- przeprowadzić wywiad z mamą.
Ostatnie pytanie brzmiało: o czym marzysz, mamo?
Gdy Jarecka CałkiemInna odczytała swoją pracę domową w klasie, pani zdziwiła się.
-Jak to? Twoja mama marzy o tym, żeby mieć więcej czasu na czytanie książek? A nie o tym, żebyście się dobrze uczyły, były zdrowe, skończyły studia?
Tak, drodzy Państwo, albowiem matka czterech zdrowych, dobrze się uczących córek nie ma prawa marzyć o czymś dla siebie- siebie to składa w ofierze całopalnej na intencję, żeby jej te córki jeszcze skończyły studia, wyszły za lekarzy, względnie prawników i powiły zdrowego chłopca i zdrową dziewczynkę.
CałkiemInna, która była dzieckiem całkiem bystrym (i cóż się z nią stało? Lobotomia okołoporodowa) zmiarkowała, że coś nie tak i pośpieszyła rehabilitować swoją płochą matkę:
-Tak, mówiła takie rzeczy- wyjaśniła- ale powiedziała, że to byłoby strasznie dużo pisania, więc żebym napisała tylko tyle.
Dziś Jarecka jest swojej mamie niezwykle wdzięczna za tę lekcję- odważna kobieta, miała odwagę marzyć o chwili czasu dla siebie, na czytanie!
A Jarecka marzy o tym, żeby choć raz móc obejrzeć od początku do końca, nieprzerwanie, bez zakłóceń, nadążając za akcją, w dzień (to ważne, bo w nocy Jarecka zasypia przy telewizji) i SAMA!- odcinek serialu typu "Gliniarz i prokurator"
Ostatnie pytanie brzmiało: o czym marzysz, mamo?
Gdy Jarecka CałkiemInna odczytała swoją pracę domową w klasie, pani zdziwiła się.
-Jak to? Twoja mama marzy o tym, żeby mieć więcej czasu na czytanie książek? A nie o tym, żebyście się dobrze uczyły, były zdrowe, skończyły studia?
Tak, drodzy Państwo, albowiem matka czterech zdrowych, dobrze się uczących córek nie ma prawa marzyć o czymś dla siebie- siebie to składa w ofierze całopalnej na intencję, żeby jej te córki jeszcze skończyły studia, wyszły za lekarzy, względnie prawników i powiły zdrowego chłopca i zdrową dziewczynkę.
CałkiemInna, która była dzieckiem całkiem bystrym (i cóż się z nią stało? Lobotomia okołoporodowa) zmiarkowała, że coś nie tak i pośpieszyła rehabilitować swoją płochą matkę:
-Tak, mówiła takie rzeczy- wyjaśniła- ale powiedziała, że to byłoby strasznie dużo pisania, więc żebym napisała tylko tyle.
Dziś Jarecka jest swojej mamie niezwykle wdzięczna za tę lekcję- odważna kobieta, miała odwagę marzyć o chwili czasu dla siebie, na czytanie!
A Jarecka marzy o tym, żeby choć raz móc obejrzeć od początku do końca, nieprzerwanie, bez zakłóceń, nadążając za akcją, w dzień (to ważne, bo w nocy Jarecka zasypia przy telewizji) i SAMA!- odcinek serialu typu "Gliniarz i prokurator"
Nie dlatego, żeby się Jarecka ekscytowała tym gliniarzem. Jest on dla Jareckiej za śliczny i zbyt uczuciowy (nie to, co twardziel Borewicz). Dobry może na męża, ale tego Jarecka już ma, więc chce oglądać w serialach kryminalnych bezczelnych twardzieli, inteligentnych i wyszczekanych, co to nie drga im warga, gdy kobieta, choćby najpiękniejsza, trzaśnie drzwiami. A Jake Styles niemal w każdym odcinku rozmaśla się na widok jakiejś odpicowanej paniusi...
I to właśnie ze względu na te kobiety Jarecka lubi "Gliniarza i prokuratora". Wszystkie kobitki występujące w tym serialu są piękne, dopracowane, wyfryzowane, natapirowane, wymalowane wedle najlepszych wzorców z przełomu lat 80 i 90, noszą wielkie klipsy, marynarki z ogromnymi poduszkami i torebki na długaśnych paskach dyndające w okolicy kolan.
Cud, miód, palce lizać! A do tego jeszcze inteligentne, twardo dążące do celu, przebojowe.
Hm.
A dzieci Jareckiej zapytane o marzenie mamy pewnie wspomniałyby o tym, że Jarecka chciałaby być ośmiornicą.
Bo ośmiornica ma aż osiem chwytnych kończyn.
I niech no jakaś pani uczycielka powie, że matce się nie godzi mieć takie marzenia!
I to właśnie ze względu na te kobiety Jarecka lubi "Gliniarza i prokuratora". Wszystkie kobitki występujące w tym serialu są piękne, dopracowane, wyfryzowane, natapirowane, wymalowane wedle najlepszych wzorców z przełomu lat 80 i 90, noszą wielkie klipsy, marynarki z ogromnymi poduszkami i torebki na długaśnych paskach dyndające w okolicy kolan.
Cud, miód, palce lizać! A do tego jeszcze inteligentne, twardo dążące do celu, przebojowe.
Hm.
A dzieci Jareckiej zapytane o marzenie mamy pewnie wspomniałyby o tym, że Jarecka chciałaby być ośmiornicą.
Bo ośmiornica ma aż osiem chwytnych kończyn.
I niech no jakaś pani uczycielka powie, że matce się nie godzi mieć takie marzenia!
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
Jarecka w zadumie,
szydełko,
zabawki hand made
23.03.2013
Uszy do góry!
Jakim cudem, Jarecka zapytana o prezent wspominany do dziś, zapomniała o TYM, nie pojmuje i się wstydzi.
(Jeśli, drogi Czytelniku, jeszcze przez dłuższy czas tematy wpisów wydadzą Ci się zupełnie od czapy i w poprzek koniunkturze, nie dziw się- przecież Jarecka wciąż jeszcze przekopuje swoje szafy i znajduje tam prawdziwe skarby, kamyczki, które wprawiają w ruch lawinę wspomnień i słowotok.)
Rzecz miała miejsce wieki temu, w odległej galaktyce... czyli w mieście B, gdzie Jarecka uczęszczała do szkół. Mieszkała w internacie, z Najlepszą Przyjaciółką. Owa przyjaciółka przywiozła z domu kasetę z muzyką z filmu "Dingo". No i to był szał!
Dziewczęta były jazzowo rozmiłowane za sprawą- niespodzianka!- braci Golców (tak, tych od "lornetki", których Jarecka poznała jako cudowne jazzowe dzieci, a właściwie młodzież. Z tegoż internatu się znali) i wkrótce Jarecka znała na pamięć każdy dźwięk i każde słowo, jakie pada na płycie, nie mając pojęcia o czym jest film, o czym do dziś ma zresztą ledwie mgliste pojęcie dzięki temu, że obejrzała sobie fragmenty na youtube. W odległych czasach jednak, do których się wraz z Jarecką cofamy, nie znano jeszcze youtube, a idea ściągania filmów z internetu- co logiczne- również nie miała miejsca w świadomości Jareckiej.
Znany był jej już jednak Jarecki. Parę razy odwiedził zresztą Jarecką (która wtedy nazywał się Całkieminna) w internacie i z miejsca stał się pupilkiem wychowawczyń, albowiem pojawił się nie z puszką piwa za pazuchą, a z siatką pełną jabłek. Słał też co tydzień listy do swojej dziewczyny, które to listy wychowawczynie doręczały adresatce utwierdzając się w zachwycie nad tym jakże akuratnym kawalerem. (Zrozum, Czytelniku, jeśli chodzi o chłopców, internat pełen był hałaśliwych muzyków, bałaganiarzy- delikatnie mówiąc-plastyków i nieskomplikowanych sportowców, nie licząc grzecznych, lecz nieco wyalienowanych matematyków).
Ale, ale, do rzeczy, miało być o wzruszającym prezencie.
Otóż edukacja licealna dobiegła końca i Jarecka i jej Najlepsza Przyjaciółka zamieszkały mniej więcej na dwóch krańcach Polski.
A żeby ukoić ból, Jarecki sprezentował Całkieminnej płytę "Dingo". Której- o pechu!- nie miała ona jak odtwarzać, bo nie dysponowała odtwarzaczem CD!
Zatem Jarecki kupił kasetę, przegrał na nią muzykę a opakowanie opatrzył własnoręcznie skopiowaną etykietą.
Oto ona:
Prawda, że lepsza niż oryginał?
A tu, prezent dla Was, zastrzyk energii na ten zimowy mroźny dzień, z tejże płyty, uszy do góry!
(fragment od ok.1.43 wprawia Jarecką w euforię, co przydaje się dziś jak znalazł :))
(Jeśli, drogi Czytelniku, jeszcze przez dłuższy czas tematy wpisów wydadzą Ci się zupełnie od czapy i w poprzek koniunkturze, nie dziw się- przecież Jarecka wciąż jeszcze przekopuje swoje szafy i znajduje tam prawdziwe skarby, kamyczki, które wprawiają w ruch lawinę wspomnień i słowotok.)
Rzecz miała miejsce wieki temu, w odległej galaktyce... czyli w mieście B, gdzie Jarecka uczęszczała do szkół. Mieszkała w internacie, z Najlepszą Przyjaciółką. Owa przyjaciółka przywiozła z domu kasetę z muzyką z filmu "Dingo". No i to był szał!
Dziewczęta były jazzowo rozmiłowane za sprawą- niespodzianka!- braci Golców (tak, tych od "lornetki", których Jarecka poznała jako cudowne jazzowe dzieci, a właściwie młodzież. Z tegoż internatu się znali) i wkrótce Jarecka znała na pamięć każdy dźwięk i każde słowo, jakie pada na płycie, nie mając pojęcia o czym jest film, o czym do dziś ma zresztą ledwie mgliste pojęcie dzięki temu, że obejrzała sobie fragmenty na youtube. W odległych czasach jednak, do których się wraz z Jarecką cofamy, nie znano jeszcze youtube, a idea ściągania filmów z internetu- co logiczne- również nie miała miejsca w świadomości Jareckiej.
Znany był jej już jednak Jarecki. Parę razy odwiedził zresztą Jarecką (która wtedy nazywał się Całkieminna) w internacie i z miejsca stał się pupilkiem wychowawczyń, albowiem pojawił się nie z puszką piwa za pazuchą, a z siatką pełną jabłek. Słał też co tydzień listy do swojej dziewczyny, które to listy wychowawczynie doręczały adresatce utwierdzając się w zachwycie nad tym jakże akuratnym kawalerem. (Zrozum, Czytelniku, jeśli chodzi o chłopców, internat pełen był hałaśliwych muzyków, bałaganiarzy- delikatnie mówiąc-plastyków i nieskomplikowanych sportowców, nie licząc grzecznych, lecz nieco wyalienowanych matematyków).
Ale, ale, do rzeczy, miało być o wzruszającym prezencie.
Otóż edukacja licealna dobiegła końca i Jarecka i jej Najlepsza Przyjaciółka zamieszkały mniej więcej na dwóch krańcach Polski.
A żeby ukoić ból, Jarecki sprezentował Całkieminnej płytę "Dingo". Której- o pechu!- nie miała ona jak odtwarzać, bo nie dysponowała odtwarzaczem CD!
Zatem Jarecki kupił kasetę, przegrał na nią muzykę a opakowanie opatrzył własnoręcznie skopiowaną etykietą.
Oto ona:
Prawda, że lepsza niż oryginał?
A tu, prezent dla Was, zastrzyk energii na ten zimowy mroźny dzień, z tejże płyty, uszy do góry!
(fragment od ok.1.43 wprawia Jarecką w euforię, co przydaje się dziś jak znalazł :))
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
Jarecki w akcji
26.02.2013
O tym, dlaczego Jarecka chciała pić alkohol z rana
Myśląc zawczasu o dzisiejszej wyprawie, Jarecka czuła niepokój.
Chciała przed wyjazdem strzelić sobie kielicha dla kurażu, niestety szybko porzuciła tę myśl- przecież miała wsiąść za kierownicę. Potem posępnie pomyślała o piersiówce, którą gdzieś tam kiedyś widziano w Deszczowym Domu, a która mogłaby tym samym odbyć swój dziewiczy rejs.
"Gdybym tak"-myślała Jarecka- "napiła się zaraz po przyjeździe, mogłabym załatwić co trzeba a potem pójść na spacer, zjeść...hot doga i zanim znów wróciłabym za kółko, po alkoholu we krwi nie byłoby śladu..."
Tak sobie myślała naiwnie Jarecka i oczywiście tylko myślała, a dziś rano poczuła niewytłumaczalną radość wjeżdżając w kałuże, potem słyszała w lesie krzyk gęsi, i nabrała przekonania, że to jest ten dzień w roku gdy czuje się na rauszu bez znieczulaczy i że da radę!
Jakoż udając się w TO miejsce samochód prowadziła jak ostatnia, za przeproszeniem, pierdoła, i doprawdy, gdyby się była napiła, na pewno nie robiłaby tego gorzej. Szczęściem (bo to był dzień, w którym poczuła wiosnę!) dotarła na miejsce bez szkody dla nikogo.
W świecie Jareckiej najgorsze, co zdarza się dzieciom, to zakaz oglądania Galileo, zupa z natką pietruszki i to, że mama ciągnie za włosy zaplatając warkocze. Ani się Jarecka domyśla, ani chce domyślać, że na tej samej planecie sprawy mają się zgoła inaczej.
Jarecka zawiozła te zabawki w miejsce, gdzie dzieci porzucone przez rodziców albo im odebrane CZEKAJĄ.
Może na lepsze a może na gorsze.
Czuwają nad nimi PRAWDZIWE twardzielki, co to im porucznik Borewicz może najwyżej przynosić kapcie i parzyć melisę. Jak to możliwe, że wiedząc, to co wiedzą, o całym okrucieństwie i bezbrzeżnej głupocie, które dotyka te małe osoby uśmiechają się, prowadzą normalne życie rodzinne a nawet śpią! (choć z tym podobno bywa różnie...)
A ponieważ Jarecka taka twarda nie jest, chciała się napić na znieczulenie, a ponieważ tego nie zrobiła, musiała w drodze powrotnej zrobić przez chwilę stosowny użytek z Niezawodnej Kapsuły do Niepohamowanego Płaczu zwanej powszechnie samochodem.
Chciała przed wyjazdem strzelić sobie kielicha dla kurażu, niestety szybko porzuciła tę myśl- przecież miała wsiąść za kierownicę. Potem posępnie pomyślała o piersiówce, którą gdzieś tam kiedyś widziano w Deszczowym Domu, a która mogłaby tym samym odbyć swój dziewiczy rejs.
"Gdybym tak"-myślała Jarecka- "napiła się zaraz po przyjeździe, mogłabym załatwić co trzeba a potem pójść na spacer, zjeść...hot doga i zanim znów wróciłabym za kółko, po alkoholu we krwi nie byłoby śladu..."
Tak sobie myślała naiwnie Jarecka i oczywiście tylko myślała, a dziś rano poczuła niewytłumaczalną radość wjeżdżając w kałuże, potem słyszała w lesie krzyk gęsi, i nabrała przekonania, że to jest ten dzień w roku gdy czuje się na rauszu bez znieczulaczy i że da radę!
Jakoż udając się w TO miejsce samochód prowadziła jak ostatnia, za przeproszeniem, pierdoła, i doprawdy, gdyby się była napiła, na pewno nie robiłaby tego gorzej. Szczęściem (bo to był dzień, w którym poczuła wiosnę!) dotarła na miejsce bez szkody dla nikogo.
W świecie Jareckiej najgorsze, co zdarza się dzieciom, to zakaz oglądania Galileo, zupa z natką pietruszki i to, że mama ciągnie za włosy zaplatając warkocze. Ani się Jarecka domyśla, ani chce domyślać, że na tej samej planecie sprawy mają się zgoła inaczej.
Jarecka zawiozła te zabawki w miejsce, gdzie dzieci porzucone przez rodziców albo im odebrane CZEKAJĄ.
Może na lepsze a może na gorsze.
Czuwają nad nimi PRAWDZIWE twardzielki, co to im porucznik Borewicz może najwyżej przynosić kapcie i parzyć melisę. Jak to możliwe, że wiedząc, to co wiedzą, o całym okrucieństwie i bezbrzeżnej głupocie, które dotyka te małe osoby uśmiechają się, prowadzą normalne życie rodzinne a nawet śpią! (choć z tym podobno bywa różnie...)
A ponieważ Jarecka taka twarda nie jest, chciała się napić na znieczulenie, a ponieważ tego nie zrobiła, musiała w drodze powrotnej zrobić przez chwilę stosowny użytek z Niezawodnej Kapsuły do Niepohamowanego Płaczu zwanej powszechnie samochodem.
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
szydełko,
zabawki hand made
24.02.2013
O tym, jak Jarecki dziwnie się zachowywał
Na tydzień przed urodzinami Jareckiej Jarecki zaczął zachowywać się dziwnie.
-Ale mam dla ciebie prezent!- powtarzał ni z gruchy ni z pietruchy w stanie najwyższego upojenia.
A czasem nawet dodawał- już nie mogę się doczekać!
Wszystko to niezmiernie dziwiło Jarecką- owszem, Jarecki lubi jej robić niespodzianki, ale żeby aż tak się tym ekscytował? Chichotał pod nosem, zacierał ręce- kilka razy zdało się Jareckiej, ze mąż już, już bliski jest zdradzenia tajemnicy- tak był przejęty. W końcu Jarecką zaczęło to zachowanie irytować, utwierdzało ją bowiem w przekonaniu, że z pewnością prezentem tym nie będzie książka, której sobie wyraźnie zażyczyła, to byłoby zbyt proste...
Poczuła ulgę, gdy nadszedł już ten dzień i mąż wytrwał nie pęknąwszy z nadmiaru emocji.
Ale urodziny wypadały w piątek, jeden z tych przeklętych piątków, może nawet gorszy niż zwykłe. Wczołgawszy się do Deszczowego Domu Jarecka bez protestu zasiadła w fotelu i zamknęła oczy- na prośbę rodziny.
Gdy je otworzyła, na stole stał tort- pralinowy, z cukierni Sowa.
W dłoni zaś Dwójka trzymała niepozorną torebkę, z której Jarecka wyjęła tę swoją książkę i natychmiast zaczęła się dyskretnie rozglądać za czymś większym, wartym pomieszania zmysłów Jareckiego.
-Otwórz!- zasugerował Jarecki, ciągle z obłędem w oczach.
Jarecka otworzyła odpędzając natrętnie podsuwane jej przez wyobraźnię wizje książek wydrążonych przez profanów dla ukrycia marnej butelczyny; nie, to nie w stylu Jareckiego...
Przerzuciła posłusznie parę kartek.
I trafiła na stronę przedtytułową, a na niej kilka linijek skreślonych długopisem.
Z podpisem:
Pamiętacie TEN WPIS ? Koniecznie przeczytajcie, to wszystko wyjaśni.
I wiedz, Czytelniku, że dziwne zachowanie Jareckiego okazało się zaraźliwe. U kobiet w pewnym wieku, jak się okazuje, przybiera nawet jeszcze gorszą postać...
Co się działo dalej, o tym nie warto pisać, po prostu wstyd!
Wszechwiedzący Narrator do dziś czuje się zażenowany na wspomnienie tamtego wieczoru.
Jubilatka zachowała się jak... jak BABA!
Jarecka już wie,co czują staruszki, którym na Dzień Babci wnuczęta i prawnuczęta zamówiły w Koncercie Życzeń piosenkę Karela Gotta.
I jest niezmiernie ciekawa biografii Tove Jansson, ale jakoś nie może się przebić przez stronę przedtytułową :)
-Ale mam dla ciebie prezent!- powtarzał ni z gruchy ni z pietruchy w stanie najwyższego upojenia.
A czasem nawet dodawał- już nie mogę się doczekać!
Wszystko to niezmiernie dziwiło Jarecką- owszem, Jarecki lubi jej robić niespodzianki, ale żeby aż tak się tym ekscytował? Chichotał pod nosem, zacierał ręce- kilka razy zdało się Jareckiej, ze mąż już, już bliski jest zdradzenia tajemnicy- tak był przejęty. W końcu Jarecką zaczęło to zachowanie irytować, utwierdzało ją bowiem w przekonaniu, że z pewnością prezentem tym nie będzie książka, której sobie wyraźnie zażyczyła, to byłoby zbyt proste...
Poczuła ulgę, gdy nadszedł już ten dzień i mąż wytrwał nie pęknąwszy z nadmiaru emocji.
Ale urodziny wypadały w piątek, jeden z tych przeklętych piątków, może nawet gorszy niż zwykłe. Wczołgawszy się do Deszczowego Domu Jarecka bez protestu zasiadła w fotelu i zamknęła oczy- na prośbę rodziny.Gdy je otworzyła, na stole stał tort- pralinowy, z cukierni Sowa.
W dłoni zaś Dwójka trzymała niepozorną torebkę, z której Jarecka wyjęła tę swoją książkę i natychmiast zaczęła się dyskretnie rozglądać za czymś większym, wartym pomieszania zmysłów Jareckiego.
-Otwórz!- zasugerował Jarecki, ciągle z obłędem w oczach.Jarecka otworzyła odpędzając natrętnie podsuwane jej przez wyobraźnię wizje książek wydrążonych przez profanów dla ukrycia marnej butelczyny; nie, to nie w stylu Jareckiego...
Przerzuciła posłusznie parę kartek.
I trafiła na stronę przedtytułową, a na niej kilka linijek skreślonych długopisem.
Z podpisem:
Pamiętacie TEN WPIS ? Koniecznie przeczytajcie, to wszystko wyjaśni.
I wiedz, Czytelniku, że dziwne zachowanie Jareckiego okazało się zaraźliwe. U kobiet w pewnym wieku, jak się okazuje, przybiera nawet jeszcze gorszą postać...
Co się działo dalej, o tym nie warto pisać, po prostu wstyd!
Wszechwiedzący Narrator do dziś czuje się zażenowany na wspomnienie tamtego wieczoru.
Jubilatka zachowała się jak... jak BABA!
Jarecka już wie,co czują staruszki, którym na Dzień Babci wnuczęta i prawnuczęta zamówiły w Koncercie Życzeń piosenkę Karela Gotta.
I jest niezmiernie ciekawa biografii Tove Jansson, ale jakoś nie może się przebić przez stronę przedtytułową :)
Etykiety:
Jarecka czyta,
Jarecka i jej idole,
Życie rodzinne
10.02.2013
Super Hero
W nocy nagrywał się film dla Jareckiej, a właściwie odcinek serialu.
Jarecka kocha ten serial od dziecka i kocha głównego bohatera. Wpatruje się w ekran z rozbawieniem i tylko zachwyt powstrzymuje ją przed rechotem. Jeśli powyższe zdanie wydaje Ci się, Czytelniku, dziwne, czytaj dalej! Jarecka nie może oderwać wzroku od głównego bohatera, niby od Kaszpirowskiego, chłonie każdy jego oszczędny gest. Każde jego niedbale rzucone słowo zbiera z podłogi i ogląda jak jubiler rzadką perłę. Akcja niespieszna, lecz trzymająca w napięciu. Aktorzy grają twarzami. Muzyka, że ciarki chodzą po plecach. Dynamiczne zbliżenia.
Lok. Nos. ON:
Porucznik Borewicz nijak się w głowie Jareckiej nie łączy z jakimś tam Malanowskim czy posłem na Sejm, jest wiecznie tym samym zniewalającym cwaniakiem z MO i niech się przy nim schowa agent 007, doprawdy.
Kobiety reagują na Borewicza w sposób absolutnie nieprawdopodobny. Idzie sobie Borewicz do dentysty- a pani doktor proponuje mu łóżko. Zjawia się w szpitalu- oczywiście w związku z prowadzoną sprawą, sam porucznik bowiem nie wymaga ŻADNEJ lekarskiej interwencji (no chyba że ten seks z dentystką)- a pielęgniarka proponuje mu łóżko (nie szpitalne, o nie!). I tak dalej, i tak dalej. W każdym odcinku pojawia się goła baba. Najczęściej jest to, jak się okazuje Maria Probosz. Pojawiła się w serialu dwukrotnie (a może i częściej, jako inna osoba), co nie umknęło uwagi Jareckiej, nie zdziwi się jednak Jarecka, jeśli umknęło to męskim widzom; w końcu piękna Maria każdorazowo wystąpiła w roli gołej baby właśnie, więc kontemplacja rysów twarzy mogła zejść na dalszy plan. W związku z tym niezwykłą postacią jest partnerka (służbowa!) Borewicza Ewa, która tegoż Borewicza (Sławek mu na imię...) niby to kokietuje, mruży ślepka, a jednak nabija się zeń bezlitośnie acz z wdziękiem i sympatią dla kolegi. I żadnej na niego chrapki nie ma, dacie wiarę??
Jak on pali papierosy! Jak spogląda spode zmarszczonych brwi! Jak się ubiera- czy widział go kto w mundurze? Jak mówi! Burczy niewyraźnie a jak trzeba obcyndala bezczelnych podejrzanych celnymi słowy, które mu się z taką lekkością układają w najpierwsze grepsy!
A drugi plan jaki przedni!
Te mordki naturszczyków, zdania wyrzucane na wprost, nie zagrane, lecz arcyzagrane, godne szekspirowskich teatrów, a jak świeżo, ach!
Jarecka pieje z uciechy, słyszysz to Czytelniku?
Zdarzyło się Jareckiej poznać Krzysztofa Szmagiera, reżysera i scenarzystę Serialu Wszechczasów.
Państwo Szmagierowie przyjaźnili się z Panią Felicją, co to wynajmowała młodym Jareckim mieszkanie w swoim Dużym Domu. Pani Felicja wiedziała, że Jarecka pała do "07 zgłoś się" miłością niezmienną i gdy się zdarzyło, że Jarecka przypadkiem(!) wybiegła na podwórko w momencie, gdy wiadomi goście zmierzali do wejścia, dokonała grzecznościowej prezentacji. Łajza Jarecka! Nie śmiała wydusić z siebie słów uznania i podzięki...
A pan Krzysztof był bardzo miły. Zachwycił się Dwójką siedzącą na maminym biodrze. Powiedział, że ma piękne oczy- po mamie.
I to było naprawdę bardzo miłe, zważywszy, że oczy Dwójki i Jareckiej różnią się od siebie jak Flip i Flap, jak Żwirek i Muchomorek, jak...Borewicz i Jaszczuk!!
P.S. Jeśli w kwestiach dotyczących bezpośrednio serialu coś się Jareckiej poplątało, serialowych purystów uprasza się o wybaczenie. Emocje wzięły górę :)
Jarecka kocha ten serial od dziecka i kocha głównego bohatera. Wpatruje się w ekran z rozbawieniem i tylko zachwyt powstrzymuje ją przed rechotem. Jeśli powyższe zdanie wydaje Ci się, Czytelniku, dziwne, czytaj dalej! Jarecka nie może oderwać wzroku od głównego bohatera, niby od Kaszpirowskiego, chłonie każdy jego oszczędny gest. Każde jego niedbale rzucone słowo zbiera z podłogi i ogląda jak jubiler rzadką perłę. Akcja niespieszna, lecz trzymająca w napięciu. Aktorzy grają twarzami. Muzyka, że ciarki chodzą po plecach. Dynamiczne zbliżenia.
Lok. Nos. ON:
Porucznik Borewicz nijak się w głowie Jareckiej nie łączy z jakimś tam Malanowskim czy posłem na Sejm, jest wiecznie tym samym zniewalającym cwaniakiem z MO i niech się przy nim schowa agent 007, doprawdy.
Kobiety reagują na Borewicza w sposób absolutnie nieprawdopodobny. Idzie sobie Borewicz do dentysty- a pani doktor proponuje mu łóżko. Zjawia się w szpitalu- oczywiście w związku z prowadzoną sprawą, sam porucznik bowiem nie wymaga ŻADNEJ lekarskiej interwencji (no chyba że ten seks z dentystką)- a pielęgniarka proponuje mu łóżko (nie szpitalne, o nie!). I tak dalej, i tak dalej. W każdym odcinku pojawia się goła baba. Najczęściej jest to, jak się okazuje Maria Probosz. Pojawiła się w serialu dwukrotnie (a może i częściej, jako inna osoba), co nie umknęło uwagi Jareckiej, nie zdziwi się jednak Jarecka, jeśli umknęło to męskim widzom; w końcu piękna Maria każdorazowo wystąpiła w roli gołej baby właśnie, więc kontemplacja rysów twarzy mogła zejść na dalszy plan. W związku z tym niezwykłą postacią jest partnerka (służbowa!) Borewicza Ewa, która tegoż Borewicza (Sławek mu na imię...) niby to kokietuje, mruży ślepka, a jednak nabija się zeń bezlitośnie acz z wdziękiem i sympatią dla kolegi. I żadnej na niego chrapki nie ma, dacie wiarę??
Jak on pali papierosy! Jak spogląda spode zmarszczonych brwi! Jak się ubiera- czy widział go kto w mundurze? Jak mówi! Burczy niewyraźnie a jak trzeba obcyndala bezczelnych podejrzanych celnymi słowy, które mu się z taką lekkością układają w najpierwsze grepsy!
A drugi plan jaki przedni!
Te mordki naturszczyków, zdania wyrzucane na wprost, nie zagrane, lecz arcyzagrane, godne szekspirowskich teatrów, a jak świeżo, ach!
Jarecka pieje z uciechy, słyszysz to Czytelniku?
...
Zdarzyło się Jareckiej poznać Krzysztofa Szmagiera, reżysera i scenarzystę Serialu Wszechczasów.
Państwo Szmagierowie przyjaźnili się z Panią Felicją, co to wynajmowała młodym Jareckim mieszkanie w swoim Dużym Domu. Pani Felicja wiedziała, że Jarecka pała do "07 zgłoś się" miłością niezmienną i gdy się zdarzyło, że Jarecka przypadkiem(!) wybiegła na podwórko w momencie, gdy wiadomi goście zmierzali do wejścia, dokonała grzecznościowej prezentacji. Łajza Jarecka! Nie śmiała wydusić z siebie słów uznania i podzięki...
A pan Krzysztof był bardzo miły. Zachwycił się Dwójką siedzącą na maminym biodrze. Powiedział, że ma piękne oczy- po mamie.
I to było naprawdę bardzo miłe, zważywszy, że oczy Dwójki i Jareckiej różnią się od siebie jak Flip i Flap, jak Żwirek i Muchomorek, jak...Borewicz i Jaszczuk!!
P.S. Jeśli w kwestiach dotyczących bezpośrednio serialu coś się Jareckiej poplątało, serialowych purystów uprasza się o wybaczenie. Emocje wzięły górę :)
Etykiety:
Jarecka i jej idole
21.12.2012
Z lekkim poślizgiem, na imieniny
Jarecką nastroiło literacko już w poprzednim poście, więc może nie będzie tak zupełnie od rzeczy wspomnieć Mikołajka, skoro pół Polski (w tym Jareccy) znów oczekuje tego Świętego. Wpis na ten temat miał "iść" bliżej szóstego grudnia, ale tak jakoś czas pogalopował i dziś, jako remedium na pasztet, choinkę i bolące plecy, Jarecka popłynie w miłe rejony.Początki znajomości Jareckiej z tym kawalerem toną w pomroce dziejów.
Zapewne nie umiała jeszcze czytać, gdy w Polskim Radio program pierwszy wieczorem, w cyklu "radio dzieciom" czytano fragmenty (a może i całe rozdziały- w końcu tego kiedyś dzieciom nie żałowano) książek o Mikołajku. Nijakiej fabuły już Jarecka nie pamięta z tamtych czasów, ale zapamiętała nastrój i dowcip tej postaci, chłopca w wieku wczesnoszkolnym, który wiedzie najzwyklejsze życie ucznia. O życiu tym, z własnej perspektywy, opowiada tak zabawnie, że Jarecka już zaczyna rechotać i tak zapewne zostanie do końca wpisu.
Kilka lat później, gdy mała Jarecka- czyli CałkiemInna- była z rodzicami na jakimś festynie, przy stoisku z książkami wybrała sobie dwie książki- w ładnej, twardej oprawie, w dodatku kolorowej i z ciekawymi ilustracjami, na które, jak każde dziecię Jarecka była łasa, a jakże.
W domu okazało się, że skądś Jarecka te historie zna...
Na powyższym zdjęciu leży, nadgryziona zębem czasu, książka, o której mowa- "Wakacje Mikołajka", zdaniem Jaśnie Panicza najzabawniejsza z całej serii (a w niej, najzabawniejszy, zdaniem Jareckiej rozdział; Mikołajek na wakacjach nad morzem uczestniczy wraz ze zgrają wakacyjnych kolegów w zajęciach sportowych na plaży. Instruktor wita chłopców:"nazywam się Hector Duval"- mówi-"a wy?" -"My nie"- odpowiadają chłopcy. Jarecka tarza się ze śmiechu, wierzaj Czytelniku).
Jaśnie Panicz okazał się nieodrodnym synem swojej matki w uwielbieniu dla Mikołajka, potrafił wchłonąć tomiszcze w dwa dni a nieustanny rechot utwierdzał rodziców w przekonaniu, że syn oddaje się lekturze. Jaśnie Panicz doszedł w swoim fanatyzmie do tego stopnia, że każda realna sytuacja nasuwała mu skojarzenia z jakąś przygodą Mikołajka (choć słowo "przygoda", chyba nie jest najwłaściwsze- w końcu Mikołajek ma zupełnie zwykłe życie). Kolegów przyrównywał do tych mikołajkowych a sam był oczywiście- nomen omen- Mikołajkiem. Swoją drogą to ciekawe, że najlepsi koledzy Jaśnie Panicza to zawsze typ Alcesta...
W Deszczowym Domu mają miejsce na przykład takie sceny:
Jaśnie Panicz w zamyśleniu pociął nożyczkami rękaw swojej koszulki.
Jarecka na ten widok, z wizją znacznie uszczuplonej synowskiej garderoby i zgrozą: -"Synu!!! Czy tobie się wydaje, ze jesteś Gotfrydem?!!"
I wszystko jasne.
Tego lata, w podróżach bliższych i dalszych towarzyszył Jareckim Mikołajek w wersji do słuchania, absolutnie fantastycznie zagrany przez tatę i syna Stuhrów. Jarecki nie mógł się nadziwić, że Jarecka może się śmiać setny raz z tych samych dialogów a nawet się irytował, gdy w odpowiedzi na poważnie zadane pytanie Jarecka wybuchała śmiechem, bo akurat korepetytor Mikołajka wykrzyknął desperacko "CHRZANIĘ TO!!". Trzeba ten okrzyk usłyszeć w wydaniu Jerzego Stuhra- radzi Jarecka nie przestając się trząść z uciechy.
Wpis niniejszy nawet nie próbuje być recenzją książek o Mikołajku, dwojga autorów- Rene Goscinny'ego i Jean Jacquesa Sempe- genialnego ilustratora (Jarecka jest przekonana, ze Mikołajek nie może wyglądać inaczej niż na jego ilustracjach, dlatego do tej pory nie obejrzała filmu na bazie historyjek o Mikołajku, choć znajomi mówią, że dobry). Tak w ogóle wpis miał służyć prezentacji torby, którą Jarecka wyhaftowała synowi posyłając go do klubu malucha, gdy miał trzy lata.
Służy do dziś, bez obciachu.
Zaprawdę, dobre książki są dobre w każdym wieku.
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
szycie,
Życie rodzinne
20.12.2012
Jarecka i Wiking z radia
Jarecka nienawidzi piątku, to nic nowego.
A jednak! A jednak w tym dniu kilka minut lśni niezwykłym blaskiem, który opromienia Jareckiej piątkowy znój.
Jedzie sobie Jarecka samochodem, wiezie starszaki na ósmą do szkół, po tym jak je wcześniej obudziła, wydała ubranie, znowu obudziła, nakarmiła, zapakowała drugie śniadania (a czasem i obiady!), zmusiła do ubrania się, do zapakowania drugich śniadań, mycia zębów, ubrania się w kurtki i wyjścia z domu, następnie wróciła po zapomnianą przez Dwójkę torbę z jedzeniem, wyjechała z garażu, zatrzymała się przy wejściu do domu, bo Jaśnie Panicz zapomniał stroju na wf (o który Jarecka pytała przed wyjściem trzy razy)- i kiedy już sobie dalej "spokojnie"jedzie, opromienia ją ten niebiański blask, bo w radio mówi Michał Nogaś!
Michał Nogaś opowiada o książkach tak, że Jarecka najchętniej zrobiłaby zwrot o 180 stopni i udała się wprost do najbliższej księgarni by zakupić to, o czym akurat mówi, głos rozsądku jednakowoż napomina, że po pierwsze, księgarnie jeszcze są zamknięte, a po drugie-
-to naprawdę bardzo daleko.
Głos pana Michała z hozkosznym "eh" nasuwa Jareckiej obraz wielkiego acz łagodnego blondyna, w zasadzie ryżego; z brodą, taki typ wikinga, co to na dodatek czyta i opowiada i jeszcze inteligentnie dialoguje z redaktorem Mannem. A to jest właśnie dla Jareckiej ideał męskiej urody.
Właściwie skąd się Jareckiej taki ideał wyłonił, nie wiadomo, bo uczciwie musi przyznać, że nie zna i nie znała mężczyzny pasującego do tego opisu, Jarecki zaś nie jest blondynem i nie nosi brody, czyta ale nie opowiada i nigdy nie miał okazji rozmawiać z Wojciechem Mannem( nobody's perfect- wzrusza Jarecka ramionami, bo poza tym Jarecki jest idealny).
A teraz imaginuj sobie, Czytelniku, co Jarecką spotkało!
Było to, zda się, kilka dobrych miesięcy temu, bo głos redaktora Nogasia z radiowej Trójki dobiegł ją nie w samochodzie a przy śniadaniu, w kuchni. Zanurza się więc Jarecka w odmęt tego głosu i jak już jest z głową unurzana, nagle- co słyszy! że jakoby audycję pokazuje telewizja! Jakiś program typu "pytanie czy herbata" czy "kawa na śniadanie"! Biegnie Jarecka co sił do salonu, ma blisko ale kręto więc ledwie wyrabia na zakrętach a serce jej wali, bo już tylko chwila dzieli ją od ujrzenia obiektu swoich westchnień na własne oczy! Włącza Jedynkę- i jest!
Oto, co się ukazało oczom Jareckiej w ten piątkowy, jasny poranek:
No i w zasadzie wszystko się zgadza. Broda jest, nawet jakby ryża.
Kocham pana, panie redaktorze!
P.S. Szukając tego zdjęcia w internecie, Jarecka dowiedziała się, że Michał Nogaś jest od niej tylko o rok starszy. To przywiodło ją do gorzkich rozważań na temat własnej Jareckiej kariery zawodowej, realizacji swoich pasji i upływu czasu w ogóle...
A jednak! A jednak w tym dniu kilka minut lśni niezwykłym blaskiem, który opromienia Jareckiej piątkowy znój.
Jedzie sobie Jarecka samochodem, wiezie starszaki na ósmą do szkół, po tym jak je wcześniej obudziła, wydała ubranie, znowu obudziła, nakarmiła, zapakowała drugie śniadania (a czasem i obiady!), zmusiła do ubrania się, do zapakowania drugich śniadań, mycia zębów, ubrania się w kurtki i wyjścia z domu, następnie wróciła po zapomnianą przez Dwójkę torbę z jedzeniem, wyjechała z garażu, zatrzymała się przy wejściu do domu, bo Jaśnie Panicz zapomniał stroju na wf (o który Jarecka pytała przed wyjściem trzy razy)- i kiedy już sobie dalej "spokojnie"jedzie, opromienia ją ten niebiański blask, bo w radio mówi Michał Nogaś!
Michał Nogaś opowiada o książkach tak, że Jarecka najchętniej zrobiłaby zwrot o 180 stopni i udała się wprost do najbliższej księgarni by zakupić to, o czym akurat mówi, głos rozsądku jednakowoż napomina, że po pierwsze, księgarnie jeszcze są zamknięte, a po drugie-
-to naprawdę bardzo daleko.
Głos pana Michała z hozkosznym "eh" nasuwa Jareckiej obraz wielkiego acz łagodnego blondyna, w zasadzie ryżego; z brodą, taki typ wikinga, co to na dodatek czyta i opowiada i jeszcze inteligentnie dialoguje z redaktorem Mannem. A to jest właśnie dla Jareckiej ideał męskiej urody.
Właściwie skąd się Jareckiej taki ideał wyłonił, nie wiadomo, bo uczciwie musi przyznać, że nie zna i nie znała mężczyzny pasującego do tego opisu, Jarecki zaś nie jest blondynem i nie nosi brody, czyta ale nie opowiada i nigdy nie miał okazji rozmawiać z Wojciechem Mannem( nobody's perfect- wzrusza Jarecka ramionami, bo poza tym Jarecki jest idealny).
A teraz imaginuj sobie, Czytelniku, co Jarecką spotkało!
Było to, zda się, kilka dobrych miesięcy temu, bo głos redaktora Nogasia z radiowej Trójki dobiegł ją nie w samochodzie a przy śniadaniu, w kuchni. Zanurza się więc Jarecka w odmęt tego głosu i jak już jest z głową unurzana, nagle- co słyszy! że jakoby audycję pokazuje telewizja! Jakiś program typu "pytanie czy herbata" czy "kawa na śniadanie"! Biegnie Jarecka co sił do salonu, ma blisko ale kręto więc ledwie wyrabia na zakrętach a serce jej wali, bo już tylko chwila dzieli ją od ujrzenia obiektu swoich westchnień na własne oczy! Włącza Jedynkę- i jest!
Oto, co się ukazało oczom Jareckiej w ten piątkowy, jasny poranek:
No i w zasadzie wszystko się zgadza. Broda jest, nawet jakby ryża.
Kocham pana, panie redaktorze!
P.S. Szukając tego zdjęcia w internecie, Jarecka dowiedziała się, że Michał Nogaś jest od niej tylko o rok starszy. To przywiodło ją do gorzkich rozważań na temat własnej Jareckiej kariery zawodowej, realizacji swoich pasji i upływu czasu w ogóle...
Etykiety:
Jarecka i jej idole,
Jarecka w zadumie
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















