Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka czyta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka czyta. Pokaż wszystkie posty

10.03.2017

O tym, że lubimy wiersze.





Honorowym (i symbolicznym ;)) sponsorem tego wpisu jest O jak Olga, czyli pani na blogu O TYM, ŻE, która w jednym z ostatnim wpisów napisała o sobie: "od lat omijająca tomiki poezji dla dzieci szerokim łukiem".
I zaraz pod postem piszą dziewczyny, że też omijają.

Ja nie omijam i powiem Wam dlaczego.
Po pierwsze skreślam ze słownika określenie "poezja dla dzieci". Może być poezja dobra i częstochowskie rymowanki; tym ostatnim dziękujemy - i przejdźmy dalej, do książek, które zdjęłam dzieciom z półek.
Jednej, bardzo ważnej dla mnie książki niestety nie mam w domu, ale całym sercem kochałam ją w dzieciństwie. Za słowo i obraz. Proszę Państwa, hit mojego dzieciństwa: Bajkoteka, Tadeusz Śliwiak, ilustracje: Janusz Stanny. Prima sort.







O Tuwimie i Brzechwie nie muszę pisać, prawda? ;)



Sto wierszy Brzechwy wydawnictwa Siedmioróg ilustracjami trochę straszy, ale zawiera mnóstwo mniej znanych - a doskonałych - wierszy mistrza. Na przykład ten o księżycu, jeden z moich ulubionych .Albo o zegarze. O Natce szczerbatce. Dowcipne, rytmiczne, z niebanalną puentą.

Skoro jesteśmy przy dowcipie - zatrzymajmy się przy wyliczankach, które moje dzieci bardzo lubią, rżą z uciechy i zapamiętują natychmiast.
Pamiętam, jak moja Przyjaciółka, etnolożka, wróciła z zajęć i zaskoczona opowiadała o zajęciach, na których leciwy profesor cytował z powagą wyliczanki w stylu: "jadą smerfy na rowerze a Gargamel na Klakierze", że niby to taki ważny element kultury.
Nie bójmy się tych niby głupot; treści wykonują na mózgu rozkoszne wolty a rymy często deklasują "poważne" wiersze.
Pana Pierdziołkę lubię głównie za to, że moje dzieci niestrudzenie się nim emocjonują. No, może jeszcze za to, że przypomina mi moje dzieciństwo blokersa. I tyle ;)





Tere fere kuku - może nie widać na zdjęciu - autorstwa Natalii Usenko i mojej ukochanej Danuty Wawiłow.
Wiersze dla niegrzecznych dzieci - tejże - wydane przez Egmont, zilustrowane przez kolejną moją idolkę Mariannę Oklejak.
To jest absolutny must have, że się tak wyczerpująco wyrażę.









Lubię w poezji rytm, to, że niesie mnie gładko przez słowa.
Bardzo dobrze mi się czyta (a moim dzieciom słucha) - nie wiem, czy to fortunne określenie - prozę wierszowaną.
Na dzień dzisiejszy na topie w tej kategorii - od lat niezmiennie - Wróbelek Elemelek Hanny Łochockiej (z ilustracjami Zdzisława Witwickiego) i Sanatorium Doroty Gellner.
 - Mamo, poczytaj mi SEMINARIUM - proszą moje córki i dzięki temu wszystko śmieszy mnie jeszcze bardziej!



Ilustracje Adama Pękalskiego - przednie! 

Ale żeby nie było, że wierszyki dla dzieci to tylko ubaw i boki zrywać.
Bynajmniej. 
Czasem, gdy Piątek już zaśnie, zostaję w jego pokoju i czytam sobie Wędrówkę Danuty Wawiłow. To nie jest wybór wierszy, to całość. Jest mały chłopiec Kostek, jego siostra, rodzice, jego miasto. Historia tego miasta. Jakieś smutki, nastroje. Subtelne plamy Stannego. Chwyta za serce. 
Papier gazetowy, okładka jak z bibuły do suszenia druków.
A zawartość bezcenna.







I jeszcze taki dream team: Małgorzata Strzałkowska i Ela Wasiuczyńska.
O Spacerku przez rok pięknie napisała Olga, ja tylko wspomnę i odsyłam do niej po więcej <TU>.







A na koniec tego wpisu polecam Wam Chichotnik, idealna pozycja dla tych, którzy nieśmiało chcieliby zacząć romans z poezją eee....dla dzieci ;)

Creme de la creme! Najlepsi autorzy, najzabawniejsze ilustracje (Wasiuczyńskiej)!
A potem już samo pójdzie, zobaczycie :)




Zaraz! A jeszcze Krawcowe Doroty Gellner!



I jeszcze nie waham się czytać dzieciom Gałczyńskiego!



A Rupaki Danuty Wawiłow z ilustracjami Elżbiety Gaudasińskiej?
A ...?

Bardzo proszę, uzupełnijcie mój wpis.
Czyje wiersze czytacie dzieciom? Co polecacie?
A jak nie lubicie, nie znosicie, to dlaczego? Kto Was wkurzył i zniechęcił?


11.12.2015

O tym, jak Jarecka odniosła wielki literacki sukces

W czwartkowe popołudnie na jednej z urokliwych podmiejskich stacyjek, oczom czekających na pociąg kolejki miejskiej ukazała się rzecz osobliwa.
Oto niewiasta obleczona w obcasy, przeskakująca o tyczce zamknięte już szlabany biegła wzdłuż peronu zostawiając za sobą smugę pudru. Wpadła do przedziału - bo pociąg właśnie nadjechał - i rzuciła się na siedzenie, gdzie natychmiast zastygła z obojętną miną.
Jarecka, bo ona to była, niedbale odmotała spowijające ją chusty i jęła aktywnie udawać, że półtorametrowe bambusy stojące obok stanowią element wyposażenia wnętrza. Makijaż, sporządzony w iście bizantyjskim stylu przez Lubę, osypywał się bezszelestnie na torbę i aparat fotograficzny.
Zaraz na kolejnej stacji wsiadł do pociągu zażywny jodłujący młodzian i pchany niezawodnym prawem Murphy'ego zajął miejsce obok Jareckiej. Poza tym, że w tejże chwili ów kącik przedziału znalazł się w centrum uwagi współpasażerów, towarzystwo młodziana nie byłoby uciążliwe, gdyż nie pachniał przykro i nie rozpychał się. Nie byłoby, gdyby chłopina raz po raz, w nieprzewidywalnych interwałach nie wydawał z siebie okrzyków godnych woźnicy. Bez wulgaryzmów, wręcz przeciwnie, modulował basem jakieś poetyckie wersety o tematyce okołozimowej; niemniej Jarecka zacisnęła dłoń kurczowo na swoich tyczkach w obawie, że przestraszona niespodziewanym okrzykiem puści je wprost na głowy współosadzonych.
Kilka stacji dalej śpiewający młodzieniec postury santa clausa jodłując opuścił pociąg i pasażerowie odzyskali głos.
-  Jaki idiota! - zakrzyknął z podziwem nastolatek siedzący naprzeciwko.
-  On po prostu jest jakiś chory - wyjaśnił spokojnie jego pryszczaty kolega i Jarecka dałaby głowę, że nimb zalśnił na moment wokół jego kędzierzawej głowy.
Ale otóż i stacja Aorta. Kijki w dłoń!
Ach, jak trudno wyglądać godnie o tyczce.



Deptak Aorta wessał Jarecką bezkolizyjnie i przyjaźnie.
- Gdzie kupiła pani takie bambusy? - zapytała pożądliwie elegancka dama w futrze.
- Yyyy, na ...Przedmieściu - wybąkała Jarecka zgodnie z prawdą, czym wyraźnie zawiodła damę.
Jareckiej zrobiło się raźniej. Tym bardziej, że na moment, dosłownie na ułamek sekundy, zabłysła rzęsiście iluminacja, której oficjalna inauguracja miała nastąpić dopiero za kilka dni.

Następnie zaś rozbłysły inne Gwiazdy!

...

Państwo się zastanawiają, co mają kijki do tytułowego sukcesu literackiego Jareckiej?

Oto, co:



Zdarzyło się Jareckiej namówić te dwie kobiety do wzięcia udziału w konkursie na dokończenie powieści Tyrmanda (w TYMpoście czaił się pierwszy haczyk). Ta z prawej to Dagmara znana w internetach jako Kaczka, ta z lewej - Monika vel Skorpion aka PandeMonia (jakiż ten internetowy świat skomplikowany!).

Dziewczęta podniosły rękawicę, która trochę sobie w błocku poleżała, wzięły i wygrały!



Więcej o tym sukcesie możecie przeczytać i zobaczyć u <SKORPIONA> i <KACZKi>.


Ponieważ bardzo mi zależało, by pochwalić się fotkami z laureatkami na blogu skorzystałam z porad Elżbiety <JAK DOBRZE WYCHODZIĆ NA ZDJĘCIACH>.





(Wkleiwszy ostatni link, Jarecka odeszła ku oknu zaczerpnąć powietrza, gdyż samo wspomnienie tamtych emocji zużyło tyle tlenu z krwi, że mus był uzupełnić. Ludzie! Na drugi raz bez Nervosolu ni rusz - przyp. Wszechwiedzącego Narratora)




P.S. Pomyślałby kto, doprawdy, że bambus ma w Polsce takie wzięcie! Jeszcze w Muzeum Literatury, gdzie miała miejsce koronacja, kije zostały sprzedane pewnemu pisarzowi kryminałów in spe w zamian za wątpliwego rażenia reklamę w mediach społecznościowych.
Koniunktura na tyczki oznaczać może niestety, że pod choinkami łatwo będzie trafić na rózgę.
Czego Wam szczerze nie życzę :)



1.01.2015

Kombajnem przez Jeżyce. 2

Ciąg dalszy refleksji po lekturze Jeżycjady.

Niniejszym kombajn rusza ze stacji Kalamburka.
Dziwny to tom, nie dla młodzieży, nie dla dorosłych - mocno ekskluzywna pozycja dla czytelników Jeżycjady; trudno mi wyobrazić sobie wrażenia kogoś, kto nieuprzedzony lekturą wcześniejszych tomów czyta tę historię.
Dla mnie Kalamburka była odpoczynkiem od pewnych, niepokojąco narastających w poprzedzających ją tomach zjawisk.
Po pierwsze - w pewnym momencie fabuła zacząła kręcić się wokół sióstr Pyziakówien, a nie są to moje faworytki, niestety (Róża była - dopóki nie pojawił się prymus Schoppe).
Po drugie i zdecydowanie gorsze - nie wiem dokładnie kiedy pojawił się w Jeżycjadzie nowy ton - zwątpienie w ludzi, w świat. Weszło w użycie określenie "prostackie", co uważam za tak silnie pejoratywne, że aż nie przystoi w książkach dla młodzieży. No właśnie. Podobno nastolatki nie czytają Jeżycjady. Czytają osobniczki nieco starsze, nastolatki po trzydziestce (mniej lub bardziej), wychowane na Kwiecie Kalafiora i Opium w rosole.
I otóż ten ton zwątpienia wypada w Kalmburce bardzo naturalnie. Ostatecznie osoba taka jak Gizela, przybrana matka Mili, która przeżyła w naszym kraju lwią część dwudziestego wieku ma prawo do gorzkich podsumowań. Podobnie Borejkowie, dlatego z łatwością łykałam gorycz wylewającą się z książki, acz! Dwunastolatek (złodziejaszek przyłapany przez Gizelę) mówiący, że w tym kraju nie ma sprawiedliwośći, że wszyscy kradną - to przesada. Nawet komentarz Gizeli, jakoby mały musiał powtarzać to, co usłyszał od dorosłych, nie ratuje tej sceny.
Od Kalamburki z sympatią myślę o Ignacym Borejko. Wcześniej tylko mnie irytował, zwłaszcza jego łacińskie wtręty i to, że Mila natychmiast wyskakiwała z autorem cytowanych słów. To jakiś test na inteligencję?
Sama Mila pozostała dla mnie nieostra. Trudno mi ze wszystkich danych na jej temat ulepić jedną, żywą postać. Ta sama osoba tłumaczy cierpliwie wnuczce, że ojciec ją zostawił, bo był młody, skołowany a czasy były ciężkie, a innym razem, za plecami tejże wnuczki mówi o niej "niedobre dziecko", i że taka podobna do ojca, nie tylko z wyglądu, i że ona, Mila, zawsze wiedziała, że będą z nią kłopoty.
Zresztą, pozwolę sobie na małą dygresję. Sprawa nikczemnego odejścia Janusza Pyziaka wałkowana jest raz po raz, jak Jeżycjada długa. Biedna, biedna Gabriela... Rozumiem, że jako porzucona z dwójką dzieci miała ciężko, ale tak mi się zdaje, że 80% (albo i więcej) samotnych matek w naszym kraju ma gorzej. Gaba w tym trudnym położeniu miała wsparcie licznej rodziny i konkretną pomoc (Mila zajmowała się dziewczynkami), skończyła studia, wreszcie wyszła za mąż, z miłości. Mam wrażenie, że z perspektywy szczęśliwej pani Stryby odejście Janusza powinno jawić się jednak jako przyczynek do tego dobrostanu; skoro był zły, dobrze że odszedł. Im wcześniej tym lepiej. Na jej miejscu zabiegałabym usilnie o kontakt córek z ojcem - jaki jest, taki jest, ale to ojciec. Na szczęście nie musimy, drogie córki, znosić go na co dzień. Mamy spokojny dom, kochającą rodzinę i wiernego Grzesia. U Gaby nie ma tego elementu pogodzenia się z własną historią. Dziwne u osoby uchodzącej za pogodną i - dodam - katoliczki.

Kombajnista daje znać, że przystanek za długi, jedźmy dalej.
Język Trolli. Ręce mi opadły, gdy zorientowałam sie, że główni bohaterowie mają po dziewięć lat. Chyba było zapotrzebowanie na jakąś lekturę szkolną, więc autorka upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu. Na sam początek - Państwo wybaczą - dostałam po łbie wizją szkoły. Tępa, wulgarna nauczycielka mówiąca "kurde", "sorry" i kierująca do uczniów groźby. Sorry, ja w to nie wierzę. Wiem, że w szkołach nie dzieje się najlepiej ale nauczyciel to tylko trybik w tej machinie złożonej także z rodziców i dzieci, które ci rodzice wychowali (albo i nie), i to, jaki jest, zależy także od rodziców. Bolesne jest dla mnie pogardliwe naigrawanie się z Manuela i Barbie.
W książce dla dzieci.
Największe emocje wzbudziła we mnie scena najścia Oracabessów przez Ignacego. Pokrótce: dziadek powiadomiony przez Ignasia, że Józinek i Laura wymykają się do podejrzanego lokalu, udaje się ich tropem tamże. Miejscem tym okazuje się być studio nagrań sympatycznego Jamajczyka (wychowanego w Niemczech) i jego rodziny (żona Polka, poznali się za granicą i dwoje ich dzieci). Czas akcji to noworoczne popołudnie, gospodarze są w piżamach, coś tam się je, coś się muzykuje - jak to po całonocnej imprezie. Dziadek Borejko próbuje wytłumaczyć powody swojego najścia  - i zostaje niemal zmiażdżony przez kobietę światową i tolerancyjną, pozbawioną uprzedzeń -Teresę Oracabessa. Wykrzykuje ona, że jej mąż jest porządniejszy niż niejeden katolik, że jej dzieci (w przeciwieństwie do pańskich katolickich wnucząt) nie kłamią i nie kręcą.
Popadłam po tej scenie w głęboki namysł.
Zrazu pomyślałam, że to dziwaczny kontrast - wyluzowana babeczka naskakuje na plączącego się w wyjaśnieniach staruszka jak jaka straganiarka.
Potem pomyślałam, że może jest w tym jakiś głębszy sens. I zdaje mi się, że to jest doskonale zaobserwowane i pokazane w osobie Teresy - że wielu wokół nas ludzi postępowych i tolerancyjnych, pełnych braterskich uczuć dla czarnych i białych, Żydów i Muzułman - tylko nie dla tych cholernych bab w moherowych beretach!
Ale wisienką na torcie okazał się moment, gdy Teresa wychodzi, bo nadeszła pora... kąpania dzieci. O święta godzino Matek Polek! Nic to, żeśmy zmęczeni po Sylwestrowych baletach, żeśmy nadal w piżamach - żarty na bok, zero tolernacji dla niekąpania. Dodałabym jeszcze, że obsesja wieczornych ablucji dzieci to polski wynalazek, a Teresa - zdaje się - rodziła w Niemczech, gdzie do tych żelaznych zasad podchodzi się z rezerwą... W sumie śmieszny ten wątek Oracabessów - to raczej wariacja na temat "cudzoziemcy w Polsce".

Kombajn w ruch, Żaba.
Przy pierwszych stronach Żaby dopadło mnie zniechęcenie.
Na początek - opis okoliczności przyrody, majowy poranek. Opisy przyrody u Musierowicz lubię, krótkie, nastrojowe i w punkt. Ale nie, nie można na tym poprzestać (tu powinien być cytat - spisałam go starannie, lecz... zeszyt z notatkami gdzieś wcięło), po opisach nieba i zieleni następuje komentarz, że niby ten świat taki piękny, zupełnie jakby nie było w tym kraju nieuczciwości, bezprawia, korupcji, szkolnictwa be, systemu opieki zdrowotnej be, itp.
Czy to coś dziwnego, że nie myśli się o tym patrząc na świat w majowe dni?
Nie podoba mi się, że autorka własne frustracje zaszczepia młodzieży, dla której przecież pisze te książki.
No i zaraz potem następuje idiotyczna pogoń Piotrka za Żabą (jak w Córce Robrojka, o czym pisałam w poprzednim poście).
I właściwie o Żabie tyle mam do powiedzenia.
Żaden z nowych bohaterów nie zyskał mojej sympatii. Niby nowa bohaterka a jednak znów ten sam gęsty sos - Laura, Róża, Róża, Laura. Na tym etapie - to już w odniesieniu do wszystkich późniejszych tomów Jeżycjady - uważam za niepotrzebne prezentowanie historii wszystkich bohaterów, którzy kiedyś tam mieli w Jeżycjadzie "większe role", a którzy przewijają sie na drugim planie. Bernard mógłby być tylko ojcem bliźniaków, Aniela tylko ich mamą. Można by już dać spokój historiom i wspomnieniom, wycieczkom w czasy Kłamczuchy i grupy ESD. Tamci bohaterowie mieli już swoje pięć minut.

Czarna polewka tylko pogłębiła u mnie klaustrofobię.
Jedynym jasnym promykiem okazał się nieoczekiwanie Ignacy Borejko. To już nie ten "wielki nieobecny", za jakiego miałam go w pierwszych tomach Jeżycjady. W Czarnej polewce bawiło mnie jego zaangażowanie w sprawy wnuczek; zawzięty (pardon my French) stary pierdziel, nie do przegadania, który wszystko chce wiedzieć, nad wszystkim czuwać, lecz w stosownej chwili potrafi ogłuchnąć (świetna scena).
Takiego Ignaca kupuję.

Stacja Sprężyna.
A teraz, Drogie Czytelniczki, proszę przyznać się bez bicia - która mówiła, że Sprężyna dobra?
Znów: jedyne, co pozwoliło mi przebrnąć przez nieprawdopodobny wątek wielkiej miłości Laury to jedna osoba - tym razem Łusia. Podobała mi się jej gramatyczna obsesja, uwielbienie dla pana od polskiego; przy scenie, w której Łusia odczytuje poloniście napisany dla niego sonet wyłam ze śmiechu.
Zupełnie zaś nie wierzę w miłość Laury i Adama. Owszem - miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się niewątpliwie: najpierw rażenie gromem a potem ciąg dalszy (spotkania, rozmowy, listy, maile), który to pierwsze wrażenie utwierdza albo i przebija. Ale że ludzie, którzy nawet ze sobą nie rozmawiali (nie liczę tych paru zdań w Daglezji, na temat obojętny) rzucają się sobie w ramiona - litości!
Moją irytację końcową sceną (Adam przyciska dłoń Laury do swojego serca) pogłębił jeszcze fakt, że taka oto nagroda spotyka tę wredną Laurę, która dopiero co wykręciła swojej małej kuzynce niegodny doprawdy dorosłej osoby numer w ostatniej chwili demonstracyjnie rezygnując z występu, który jej OBIECAŁA. I na którym Łusi bardzo zależało, i o który długo prosiła. Ohydny, ohydny egoizm. Który, jak zwykle zresztą, uchodzi Laurze bezkarnie.

I otóż majaczy już na horyzoncie kres naszej wycieczki!
McDusia.
Jedyna w serii książka, której treść znałam zawczasu z internetu, a konkretnie z analizy NIezatapialnej Armady. Ponieważ ton tamtejszych analiz z założenia łagodny nie jest, energicznym ruchem wytrząsnęłam spomiędzy zwojów pozostałości po tamtej lekturze i pełna najlepszych chęci zabrałam się za czytanie.
(wtrącę jeszcze, iż wracając po latach do Jeżycjady miałam świadomość, że istnieje prężne forum poświęcone książkom Małgorzaty Musierowicz - trafiłam tam właśnie po linku z Armady; ponieważ jednak miałam naonczas kolosalne braki w lekturze, a stare tomy czytałam już naprawdę dawno, niewiele moglam wyrozumieć z tamtejszych debat. Niemniej biorąc do ręki Pulpecję (sic!) złożyłam śluby iż nie zajrzę na to forum, dopóki nie skończę całej Jeżycjady, żeby mój odbiór był naprawdę nieuprzedzony)

Straszne rzeczy dzieją sie w McDusi.
Najsampierw pełnym głosem obwieszczon zostaje koniec ideałów grupy ESD. Oto najdzielniejsza z dzielnych, podpora rodziny, Gabriela, przyznaje przed sobą, że już nie wierzy w ludzi, że nie wszyscy mogą być lepsi, że nie warto zmieniać świata. Kiedyś wierzyła w ludzi, ale teraz jest dorosła, i już wie, że świat jest zły, o.
Wraca do domu z pracy, niby do tej ciepłej kuchni, do tego rodzinnego stołu - a tam: chamstwo, bójki, złośliwości. Ironiczna Mila przeobraziła się w złośliwą jędzę. Bezpośrednia Ida w bezczelną, protekcjonalną Ja-Wiem-Najlepiej, tylko Laura pozostaje sobą, czyli pępkiem świata pogardzającym wszystkimi. Kuzyni, którzy rywalizowali od zawsze (rzecz niby najzwyklejsza pod słońcem), w tym tomie ewidentnie się nienawidzą. Leje się krew (rozbity łuk brwiowy Ignacego G, rozbity nos Józefa, Ida rzucająca w syna słoikiem). W tym wszystkim Magda, osoba spoza rodziny, którą każdy poucza i usiłuje nawrócić na jedynie słuszną drogę (czytaj poezję! Odchudzaj się!).
Bardzo było mi tej Magdy żal. W rodzinie Borejków nie znalazła ani jednej życzliwej duszy.
A poza tym wszystkiem parada bohaterów innych tomów (po śmierci Dmuchawca przychodzą po zostawione im przez profesora książki) - a wszyscy gadają jakby słowa w usta kładł im Coelho, czy inszy mędrzec. I oczywiście, jakżeby inaczej, wszyscy oni czują się w obowiązku udzielać Magdzie życiowych rad.
Zgroza i smutek, moi drodzy, oto moje wrażenia po McDusi.

Stacja końcowa, rzutem na taśmę - świeżynka, "Wnuczka do orzechów".
Na bok irytacja, zaskoczenia i oburzenie.
Albowiem, panie tego, nuda. NUDA.
Rozwlekłe dialogi o niczym. Nieprzeliczone zastępy bohaterów. Na koniec (a właściwie quasi koniec) przerażająca scena przemocy.
Ale tu już naprawdę ugryzę się w język, bo książka nowa.
Przeczytajcie sami.



30.12.2014

Kombajnem przez Jeżyce. 1

O tym, że w ramach ratowania własnego poziomu czytelnictwa Jarecka przeczytała lwią część Jeżycjady, już Czytelnikom wiadomo.

Gwoli wyjaśnienia i uprzedzenia:
Nie będą to recenzje ani streszczenia, wszelako ten, kto jeszcze nie czytał tomów Jeżycjady od Pulpecji do końca serii musi sam zdecydować, czy chce zawczasu poznać treść tychże za sprawą niniejszego wpisu.
Przedstawiam Wam moje osobiste i luźne refleksje na temat lektury; nie jestem literatem, krytykiem ani polonistą - ot, przeciętny czytelnik.
Jarecką wysłałam na grzyby, bo Jeżycjada liczy wystarczająco dużo bohaterów, by miała się tu plątać jeszcze Jarecka.
Zakładam, że bohaterowie Jeżycjady znani są Czytelnikom DD, toteż nie należy się spodziewać omówień who's who.
Pomysł podsumowania wrażeń na blogu zrodził się raczej później niż wcześniej; nie robiłam w trakcie czytania rzetelnych notatek (nierzetelne - tak), fiszek i podkreśleń, bo trudno notować gdy się smaży placki i czyta jednocześnie.

Gwoli zaś wstępu, pozwólcie, o Czytelnicy, na małą wycieczkę w przeszłość aż do tej chwili, gdy (dwu-? trzy-?) nastoletnia  Jarecka znalazła na bibliotecznej półce książkę z roześmianym rudzielcem. Idę sierpniową - bo ona to była - Jarecka połknęła wielce kontenta a doczytawszy, że jest więcej książek w serii, wróciła do biblioteki po jeszcze, jeszcze, jeszcze! Szósta klepka, Kwiat Kalafiora - jakież to były emocje... Zwłaszcza w związku z Kwiatem kalafiora.
Jarecka i jej ówczesna przyjaciółka od serca Elizandra kochały sie podówczas w pewnym koledze ze szkoły - szatynie o uwodzicielskim wejrzeniu. Zwały go - tak, tak - Januszem Pyziakiem, żeby się inne koleżanki nie połapały o kim mowa nieustannie na ucho i na głos, radośnie i z pąsem. Wyglądał ten Janusz Pyziak dokładnie tak jak na tym obrazku (w prawym dolnym rogu):

Ilustracja z Kwiatu Kalafiora


A pieprzu sprawie niech doda fakt, że pewnego zimowego wieczoru zadzwonił u CałkiemInnych domofon i sam Janusz Pyziak we własnej osobie zaprosił Jarecką na spacer! Była to pierwsza randka w życiu Jareckiej.
Niezbyt udana, dodajmy półgębkiem. Ten Pyziak okazał się niepospolitym nudziarzem. Nie był w stanie podjąć żadnego z rzucanych rozpaczliwie (i litościwie) przez Jarecką tematów. Mówił głównie o swoim bracie, który mając lat dwadzieścia osiem właśnie się rozwodził i Januszek uważał, że to dobrze, świetnie, bo co mu będzie ta dziewczyna życie truć. Czternastolatek tak opiniował, uważacie.
Randka ta nie tylko położyła kres romantycznemu zauroczeniu Jareckiej, poważnie nadszarpnęła też przyjaźń z Elizandrą, niestety.
(Ale, ale - dziękujemy Jarecka, miałaś iść na grzyby. Koszyka zapomniałaś? Naści koszyk i nie wracaj bez grzybów, bośmy tu zajęci)


W czasach nastolęctwa czytanie Jeżycjady zakończyłam na Noelce (przedtem przeczytawszy jeszcze Pulpecję - ot, tak mi w bibliotece wpadały te książki nie po kolei) i niezbyt mi się podobało. Może dlatego, że nie lubię książek, których akcja zamyka się w tak krótkim czasie?
Przez te chronologiczne roszady zawsze wydawało mi się, że to na Noelce zakończyłam czytanie Jeżycjady, toteż w roku pańskim 2014 zaczęłam od Pulpecji.
No i mamy Patrycję, dziewczę piekne, pulchne i bez kompleksów, z planami, z ambicjami i dystansem do swojej zbzikowanej rodzinki. Bardzo mi się ta Pulpa podobała. Znieść natomiast nie mogłam Baltony, który miał irytujący zwyczaj "ujmowania" Patrycji pod brodę. Próbowałam sobie wyobrazić, jak by to miało wyglądać i co bym zrobiła facetowi, który spróbowałby takich rzeczy z moją brodą, i mocno się zdenerwowałam. Przykro mi było patrzeć, jak ta fajna dziewczyna traci rezon przy ujmującym (sic!) Baltonie a już zupełnie zohydziła mi tę postać scena oświadczyn, w której amant przy wszystkich gasi Patrycję chcąc zapewne przypodobać się przyszłym teściom. Oczywiście, uważam, że miał rację chcąc zaczekać ze ślubem, lecz swoją wyrywną narzeczoną mógł uciszyć na przykład kopnięciem w kostkę a nie napuszoną reprymendą.

W ogóle - stwierdziłam przy Dziecku Piątku, kolejnym tomie serii - chłopcy w Jeżycjadzie bywają tacy irytujący. Trudno uwierzyć, że udaje im się w ogóle zawojować jakieś serce. Bo otóż i kolejna obezwładniająca persona płci męskiej - Kozio. Miłośnik teatru - rozumiem. Wyspiańskiego - okeeej... Ale Kozio rozpływający się nad ponadczasowością Wesela to już przesada. Tego nawet najbystrzejszy, najbardziej oczytany czternastolatek ocenić nie potrafi - bo zwyczajnie brakuje mu doświadczenia, które pozwala ludziom dostrzec takie paralele - tylko tego i aż tego. Ja w takiego chłopaka zwyczajnie nie wierzę, to postać z papieru.

Hop na kombajn, jedźmy dalej - Nutria i Nerwus. Historyjka smaczna, w onirycznym sosie, tu Sen nocy letniej, tu barokowa sielanka, jawory, sroki i lata czar, piękna Natalia i chmurny Filip.
Właściwie - Natalia poetyczna. To określenie zostało w odniesieniu do Nutrii powtórzone w Jeżycjadzie tyle razy, ze ilekroć usłyszę słowo "poetyczna" już zawsze będę myśleć o Natalii.
Natalia burzliwie rozstaje się z zaborczym narzeczonym, wraca rozdygotana do domu i póżnym wieczorem zwierza się Gabie lejąc łzy. Gabriela, poważnie chora (zakrzepica), wysyła siostrę na wakacje z własnymi córkami. Taka terapia - rozumiem. Jak człowiek ma dużo zajęć (czytaj: dzieci pod opieką) to mu głupoty nie w głowie. Nutria z Pyzą i Tygrysem wyjeżdżają już nazajutrz. NA - ZA - JUTRZ. Przed południem! Jakim cudem chora matka zdołała przygotować do podróży dwie dziewuchy i ich odklejoną od rzeczywistości opiekunkę ze zranioną stopą w tak krótkim czasie - oto zagadka! I kiedyż zgodziła Bernardów do pomocy w tym przedsięwzięciu?
To, co mnie poruszyło w tym tomie daleko bardziej niż (smaczne, owszem) perypetie miłosne, to sposób wychowania córek Gabrysi. Zaraz na początku dowiadujemy się, że Laura ma na sumieniu pewien występek - zdefraudowała pieniądze z klasowej składki. To, że Gabriela zastanawia sie nad karą wydało mi się naturalne ale zaraz okazało się, iż Laura doskonale wie, że nie zostanie ukarana! Że matka będzie myśleć nad karą i myśleć, ostatecznie jednak sprawa rozejdzie się po kościach. Rozumiem oczywiście, że jak się jest chorym, z zagrożeniem życia, nie karze się chętnie swoich dzieci, wręcz przeciwnie. Niemniej (słuszne) przewidywania Tygrysa, co do tego, że kary nie będzie, podparte są już doświadczeniem. Co gorsza, sprawa tej defraudacji powraca w którymś kolejnym tomie. Wspomina o tym Mila. Reakcja Gaby jest zdumiewająca:"przecież to nie było nic złego!"
Hm. Zdaje się, że etyka poszła naprzód, coś mnie ominęło.
Najzupełniej bezkarnie uchodzi także Laurze upokarzanie siostry. Podczas gdy urażona do żywego Pyza wypłakuje się ciotce, słyszy, że niektórzy już tak mają, że ciągle im trzeba wybaczać, itd., itp., Laura tymczasem nie słyszy ani słowa reprymendy w stylu "sprawiłaś przykrość siostrze, wyobraź sobie, co ona teraz czuje".
To, co w NiN bardzo mi się podobało, to obraz siostrzanej relacji Gaba - Ida. Troska, ironia, miłość, kpinki - wszystko to znam z autopsji i w tym tomie - zaświadczam - wypada to bardzo prawdopodobnie, by nie rzec - prawdziwie.

Nasz kombajn tymczasem zmierza prosto do stacji: Córka Robrojka.
Bardzo przyjemny tom, choć chętnie wycięłabym irytujące monologi Idy, tak ludzkiej w Nutrii..
W charakterze romantycznej pary mamy tu Bellę i Przeszczepa. Ich znajomość zaczyna się od zdumiewającej pogoni wrzeszczącego Przeszczepa za robojkową córką. Tu wyobraźnia mnie zawiodła, przyznaję. Nie potrafię sobie wyobrazić nastolatka goniącego z wrzaskiem za nastolatką! To taki rodzaj podrywu? Zwrócenia na siebie uwagi? Mogłabym złożyć to dziwaczne zachowanie na karb stanu psychicznego Czarka, gdyby nie to, że motyw chłopaka goniącego dziewczynę która mu się podoba (której nie chce okraść, pobić albo co gorsze ;)) powraca w Żabie! Zwykły chłopak, żaden zbój, goni wybrankę a ta ucieka na serio, z obawą, nie są to figle-ganianki od drzewa do drzewa jak to praktykowali Kreska i Jacek Lelujka (Opium w rosole). W życiu czegoś takiego na oczy nie widziałam.
Przeszczep, którego - uprzedzam - bardzo polubiłam (rówieśnik Jareckiej!) zaczytuje się, uwaga! - baśnią o Pięknej i Bestii. Ratunku. Myślałam, że nie zdarzy się już nic bardziej niewiarygodnego niż Maciek Ogorzałka rozkochany w powieściach Stendhala!
A jednak.
Ale! To doskonałe romansidło, mówię bez cienia ironii. Zabierzcie ze sobą na wakacje i urońcie łzę wzruszenia - Córka Robrojka, polecam.
(Zasłonę milczenia spuszczę na wątek Nutrii i dziadzia Robrojka...)


Kombajn zrobił swoje, kombajn jedzie dalej.
Imieniny.
Zapowiadało się cudnie. Do Pyzy pałałam wielką sympatią więc ucieszyłam się, że natychmiast znalazła się dla niej aż trójka adoratorów i to jakich! Chłopaki z krwi i kości, jak jeden mąż, bracia Lelujka. Oto męscy bohaterowie na jakich czekałam. Pikanterii fabule dodawał majaczący w tle prymus Schoppe...
Pierwszym zgrzytem był dla mnie pomysł na spędzenie imienin braci L - trzy dni z rzędu umyślili sobie zabierać Różę na randki, każdy po kolei. Koncept niesmaczny i trudno mi sobie wyobrazić, że dziewczyna tak wrażliwa i rozsądna jak Róża zgodziła się na coś takiego.
(Zaraz zaraz. Co chciałaś, Jarecka? Grzyby ma? Nie? Historię ma na temat? No to dawaj, byle szybko)
Może się to wydać niewiarygodne, lecz dokładnie nazajutrz po pierwszej randce Jareckiej, tej z Januszem Pyziakiem, miała miejsce druga. Druga randka w życiu, z kolegą z klatki. Zupełnie nieoczekiwanie zaprosił on Jarecką na... zgadniecie? Tak, spacer. Chłopak opowiadał szeroko o swoich licznych zainteresowaniach takich jak lotnictwo, muzyka, gra na gitarze - Jarecka też naonczas na gitarze grała, więc był wspólny temat; zresztą kolega ów wypytywał też Jarecką z zainteresowaniem o jej pasje, rozmawiało się niezgorzej i Jareckiej było bardzo, bardzo przykro, gdy musiała odmówić wspólnego wyjścia do kina. A musiała odmówić, bo wiedziała, że nie jest w stanie spełnić romantycznych oczekiwań tego przemiłego chłopaka.

I dlatego właśnie (dziękujemy, Jarecka) uważam, że Róża powinna wyczuć niesmak tej sprawy i jeśli żadnym z Lelujków nie była zainteresowana na poważnie, mogła uciąć sprawę, wymyślić jakieś przyzwoite rozwiązanie.
Ale to oczywiście taki zarzut-nie zarzut, każdy człowiek jest inny i nie ma co dywagować. Ale oto nadciąga porażka Imienin! Prymus Schoppe ni z gruchy ni z pietruchy dosiadł białego rumaka i zaczął gadać niemal wierszem. I już, od ręki - spacer pod gwiazdami, romantyczne wyznania, Różo, będziesz moją, poznaj moją rodzinę, love forever - hop, siup, koniec książki.
Pozostałam z niemądrze otwartą buzią i tak trwam.

Prymusa Schoppe nie znoszę szczerze, mówię od razu.
Jak miło, że w kolejnym tomie niewiele o nim. Jest za to prawdziwy festiwal zdumień, jak dla mnie.

Tygrys i Róża. Splot najbardziej nieprawdopodobnych wydarzeń, z jakimi dotychczas miałam w Jeżycjadzie do czynienia.
Pokrótce - Tygrys samowolnie udaje się do Torunia w poszukiwaniu ciotki.
Mamy późne zimowe popołudnie (czyli - ciemno), Robert Rojek, uosobienie odpowiedzialności, samotny lecz doskonały ojciec, zauważa w obcym mieście córkę najlepszej przyjaciółki. Że od razu się do Laury nie odzywa - jeszcze zrozumiem. Jest jednak na tyle zaniepokojony tym spotkaniem, że postanawia nie spuszczać jej z oka. Widzi, że dziewczę znika w jakimś mieszkaniu, wciąż niespokojny idzie do hotelu - i dopiero o północy przychodzi mu do głowy, że może wypadałoby zadzwonić do matki tego dziecka (14 lat)! Naprawdę, nie przyszło mu do głowy wcześniej, że Gaba może tymczasem szaleć ze strachu o dziecko; jemu, takiemu troskliwemu ojcu, niezawodnemu przyjacielowi z komórką w kieszeni płaszcza?
Chora, gorączkująca Laura nocuje w mieszkaniu ciotki, pod opieką tejże ciotki współpracownicy (dlaczego pani Oleńka nie pracuje pod nieobecność szefowej we własnym domu - kolejna zagadka).
Rano dziecina budzi się i chce zadzwonić do domu. I - dacie wiarę? - Oleńka odmawia, bo połączenia są takie drogie!
W tym momencie trzeba było mnie mentalnie cucić. Padłam na myśl, że moje własne dzieci w fazie sturm und drang mogą trafić na taki koktajl "odpowiedzialnych" dorosłych.
W istnienie osób takich jak Alma Pyziak oczywiście nie wierzę, lecz w pełni uznaję, że dla fabuły konieczne są tak nieskazitelne szwarccharaktery, więc - kupuję. Ponieważ jednak Alma jest bardzo niemiła, pani Oleńka zabiera Laurę do swojego mieszkania, by tam przeczekała te kilka godzin, jakie pozostały do odejścia pociągu do Poznania. W domu pani Oleńki Laura znów zapada w gorączkowy sen a Oleńce - żal budzić, gdy nadeszła pora! Niechże spędzi jeszcze jedną noc w obcym mieście, u obcej osoby!
Tu znów szlag mnie trafił i zaczęłam podejrzewać tę Oleńkę o naprawdę brzydkie rzeczy; w moim odbiorze pozostaje ona psychopatką. Około dwudziestej pojawia się na szczęście dzielny Robert. I znów - już wie, że Laura wyjechała bez wiedzy matki, że ta matka martwi się i czeka na wieści - lecz spokojnie zostaje u Oleńki na kolacji i dopiero dwie godziny później dobywa swej komóreczki by oznajmić, że już jedzie.
To się nie trzyma kupy, to jest jak zły sen.

I na tym pozwolę sobie skończyć na dziś, kombajn trzeba naoliwić, zatankować. Robota czeka.

C.D.N.





PS. Tytuł posta jest parafrazą powiedzenia mojej polonistki. "Kombajnem przez epoki" - tak komentowała powierzchowne wypracowania na dużych, przekrojowych sprawdzianach.

29.12.2014

Na koniec roku o kończeniu, czyli list otwarty do literatów

Rok pański 2014 rozpoczął się głośnym książkowym akordem.
Znaczy się: Jareckie nabyli sobie czytnik. A konkretnie Jarecka dostała od Jareckiego, tuż przed Świętami, za wybitne zasługi w minionym roku :)
Czytnik dla matki karmiącej jest to rzecz nadzwyczaj wygodna! Nie trzeba przewracać kartek, leciutkie toto, rozmiar czcionki można sobie ustawić, jak się czytnik obiadem ubrudzi, można go wytrzeć i śladu nie będzie - no och i ach.
Wszelako. Taka Jarecka lubi książkę przewertować, zanim zacznie czytać. Nieraz - jeśli to nie kryminał - na ostatnią stronę lubi zajrzeć. Zobaczyć, jak rozdziały długie, czy dialogów dużo. A potem, w trakcie czytania lubi sobie wrócić do wcześniejszych scen, bo odbiór może się zmienić, gdy się wie "co było dalej". Z tych upodobań nawet sobie Jarecka nie zdawała sprawy, dopóki nie zaczęła czytać książek w czytniku.
Trudno więc się dziwić, że koniec końców czytnik zamieszkał w torbie Jareckiego.
Książki się teraz drukuje wielkie jak encyklopedie - jak czytać toto w autobusie, jak w torbie zmieścić?
Ostatecznie, w wybitnych zasługach Jareckiej z roku 2013, Jarecki, jak wiadomo, miał udział.

Ale do rzeczy.
W związku z czytanymi a nawet przeczytanymi w roku 2014 książkami, Jarecka ma odezwę!

Drodzy Literaci!
Kończcie swoje książki!

Weźmy takiego Tyrmanda, Leopolda.
Że Wędrówki i myśli porucznika Stukułki nieskończone, to Jarecka wiedziała już zaczynając książkę, więc dla równowagi nie skończyła nawet tego, co mistrz skończył nie kończąc.
(Drodzy Czytelnicy! Może Wy macie ochotę dokończyć za Tyrmanda? Jest konkurs <TU> pieniędze i sława w nagrodę)
Tyrmand nie skończył Stukułki bo stracił doń serce, zresztą wziął się wówczas intensywnie za Dziennik 1954 i wszyscyśmy dobrze na tym wyszli. Że Dziennik nieskończony - nikogo nie razi - trudno, żeby pisał tak wyczerpująco dzień w dzień do końca życia. Kiedy by miał czas na życie?

Nie dokończywszy czytania Stukułki Jarecka wzięła się za Filipa wiele sobie po lekturze obiecując, głównie ze względu na elementy autobiograficzne - bo te zawsze wychodzą literatom najlepiej. Nic a nic by się Jarecka nie zawiodła gdyby mistrz zechciał skończyć. Powieść dosłownie urywa się. Tak jakby autor się znudził - kropkę postawił, ale tak bardziej dla świętego spokoju. Ani światła na sprawy zaprzeszłe bohatera, ani rozstrzygnięcia tych bieżących - trochę się Jarecka czuje zlekceważona mistrzu Leopoldzie, niech Ci amerykańska ziemia lekką będzie.
(Opowiadania tegoż autora pomińmy. Może Jarecka jest za prosta i nie rozumi)

O uciętym w pół zdania Poskramianu demonów było? BYŁO.

Alice! Munro!
A pani czemuż nie kończysz? Twoje opowiadania to jak wstęp do pasjonującej powieści, ale co było dalej? Albo: co wydarzyło się wcześniej? Jaka to roamntyczna historia przydarzyła się komiwjażerowi (Komiwojażer Braci Walker)? I więcej proszę o jego żonie, postaci tak żywo nakreślonej.
Piszże pani powieści! Człowiek ledwie językiem mlaśnie a już koniec lektury.


Drodzy Literaci! (Ci, co dla odmiany kończycie)
Kończcie W PORĘ!

Weźmy mistrza Tołstoja, Lwa.
Po lekturze tego wpisu KLIK u Królowej Matki, Jarecka zdała sobie sprawę, że nie tylko nie obejrzała nigdy żadnej z licznych ekranizacji Anny Kareniny, ale nie przeczytała nawet tejże powieści! Nie mogłoby to dziwić żadną miarą, gdyby nie to, że obudzona w środku nocy Jarecka zapytana o czym jest Anna Karenina, wyrecytowałaby bez aszybki, że to o kobiecie, która zakochuje się do szaleństwa, porzuca męża i kończy tragicznie, rzucając się pod pociąg.
Jarecka postanowiła nadrobić to niedopatrzenie i zabrała się za lekturę.
Z wypiekami na licu połykała dzieło cmokając z zachwytu: jaki ten Tołstoj obserwator, jakie postaci wykreował, ileż emocji, ileż odcieni! Prawdę mówiąc, daleko bardziej niż losy wiarołomnej Anny interesował Jarecką wątek Lewina i Kitty. Sam Wroński wydał się Jareckiej obrzydliwy, toteż gdy czytnik wskazał, że koniec lektury blisko, a Anna, świeżo po urodzeniu nieślubnej córeczki zaczęła zdradzać objawy obłędu, Jarecka zatarłszy ręce jeszcze przyśpieszyla tempo czytania oczekując rychłego końca. Wszystko, absolutnie wszystko zmierzało prostą drogą do finału. Lewin i Kitty wyznali sobie miłość, nieszczęsny Karenin zyskał satysfakcję, Wroński dostał po nosie (szczegółów nie będzie - a nuż ktoś nie czytał a zamierza). Jarecka zamarła w oczekiwaniu chwili, kiedy to Karenina wdzieje palto i ruszy na stację kolejową, i... nastąpił koniec.
Koniec tomu pierwszego - powiedział czytnik.
Jarecka pomyślała, że to żart. To niemożliwe, żeby coś jeszcze z tej historii udało się udoić.
Mrugała, przecierała oczy, otrząsała się, szczypała - ale istnieniu tomu drugiego nie dało się zaprzeczyć.
Jarecka poczęła tedy brnąć w ciąg dalszy. I jak pierwszy pochłonęła nie wiedzieć kiedy, drugi czytała.
I czytała.
I czytała.
Po tygodniach męki uznała, że może to wina nośnika i wypożyczyła z biblioteki księgę z papieru, jak się należy.
I nic.
Nic już nie wydawało się Jareckiej ciekawe - ani dalsze losy Anny i Wrońskiego, ani Lewinów, ani nawet wątek Koznyszewa i Warieńki; nie mówiąc o polityce, którą Tołstoj uparcie wypychał w światła rampy.

Jarecka porzuciła lekturę nie skończywszy i kończyć nie zamierza.
(Nie zamierza też oglądać ekranizacji - tej najnowszej głównie ze względu na Keirę Knightley, której osoba zupełnie, zdaniem Jareckiej, do kostiumu nie pasuje. Nie pokusi się też obejrzeć wersji z Sophie Marceau, która zdaje się być za delikatna do roli Anny; za to Sean Bean jako Wroński mógłby bez trudu przekonać Jarecką, że hrabia wart był grzechu, nawet takiego, jak samobójstwo)



A są i tacy literaci, co w ogóle nie mogą skończyć.
I takim trzeba powiedzieć po prostu: Kończcie NAPRAWDĘ!

Taka Jeżycjada, na przykład - końca nie widać.
Zdesperowana bilansem niedokończonych książek Jarecka sięgnęła po ten pewnik. Wrażeniami z lektury (ukończonej aż po Wnuczkę do orzechów!) podzieli się wkrótce.






8.03.2014

Lekturą w płot

Jarecka starannie dobiera lektury.
Żeby był płodozmian, lżejsze na przemian z cięższymi, klasyka, biografie, Polska i zagranica. Od czasu do czasu reset mózgu przy pomocy Agathy Christie albo Jane Austen. Czasem coś niby przypadkiem wpadnie w rękę/oko w bibliotece (Jarecka sądzi książki po okładkach i ma nieprzezwyciężalną słabość do tomów w granatowych albo marmurkowych introligatorskich oprawach, takich, co mają na grzbietach fragmenty tytułów nasmarowane białą farbką. A takie zdarzają się już baaardzo rzadko).

Jedne lektury Jarecka pamięta lepiej niż inne, bo trafiła jak kulą w płot. Nie, że książki słabe, bynajmniej!

Lata temu, Jarecka, która bywa bardzo praktyczna, postanowiła ułatwić sobie życie zabierając na wakacje szkolną lekturę. Bo jak przyjdzie przerabiać lekturę w roku szkolnym i wszyscy w panice rzucą się przeglądać opracowania, ona już będzie miała je w głowie. I tak, na plackowanie na nadbałtyckiej plaży z Najlepszą Przyjaciółką zabrała... Inny Świat.
Nomen omen!
O jakże inny był to świat od tego, w którym przyszło Jareckiej o nim czytać! Jakże się gryzła wizja generalskiej doczki oddającej się jakiemuś dziadydze za cokolwiek do jedzenia z błękitem nieba, młodością, beztroską, opalonym ciałem i bikini Triumph! (z lumpeksu. Dziesięć zeta)

Nauczona tym doświadczeniem, Jarecka staranniej dobierała wakacyjne lektury. Kilka lat później na wczasy z rodziną - także nad morze - zabrała pewniaka Tatuś Muminka i morze oraz Morze, morze Iris Murdoch (łapiesz, Czytelniku, tę logikę? Wedle klucza klimatycznego). Pozycję pierwszą łyknęła radośnie i poklepała się po brzuchu kontenta. Druga też, hm, niczego, morze, piękna przyroda, klimat nieco groźny, żywioł, nieźle! Do pewnego czasu nastrój książki  ładnie korelował z rzeczywistością - rzecz miała miejsce w czerwcu i polskie morze było odpowiednio zimne, wietrzne (czyli żadne tam bikini) ale słoneczne i fascynujące. Jarecka oddawała się lekturze dzwoniąc zębami nad szybko stygnącym kubkiem herbaty przed bungalowem (bo twardym trzeba być, nie miętkim, nie po to człowiek jeździ na wczasy, żeby siedzieć w domku) albo za parawanem na plaży, podczas gdy dziatki (Jaśnie Panicz, Dwójka) okutane w co się dało stawiały z tatusiem budowle z piasku lub spały ukołysane szumem (a właściwie SZUMEM) fal (Trójka).
Wszystko grało, aż w pewnym momencie dotarło do Jareckiej, że oto mówi do niej szaleniec i włosy powstały jej na głowie, o co nie było trudno, bo nosiła się wówczas Jarecka na zapałkę. Było tak, jakby łagodny uśmiech zastygł w złowrogą maskę. Okazało się, że narrator, snujący swą opowieść leniwie i kojąco, nagle dopuszcza się przemocy, której nadaje pozór miłości i troski, a czytelnik, czyli Jarecka, wierzyła mu długo w każde słowo, w dobre intencje. Odkrycie własnej pomyłki było jak policzek, książka stała się wstrętna i do dziś widzi Jarecka tę okładkę, czarną, w niebieskie i turkusowe smugi, czuje zawód i lęk jak przed psychopatą.

A i to przecież dziś zdaje się błahostką!

Ech, bo ki diabeł podkusił Jarecką, żeby końcem lutego zabrać się za Imperium Kapuścińskiego???



1.03.2014

Rękopis znaleziony w J


J to rodzinne miasto Jareckich.
Dzieci przywiozły stamtąd przechowane przez Mamę CałkiemInną manuskrypty.

Ale od początku.

Gdy Jarecka była dzieckiem, prawdziwym przedmiotem pożądania był dla niej zeszyt. Zeszyt do rysowania. Taki, który, strona po stronie będzie można zapełnić rysunkami dopracowanymi i barwnymi, i nie zdarzy się, by z okrzykiem "nie udało mi się!" pozbawić taki zeszyt choćby jednej kartki. Od czasu do czasu Mama CałkiemInna wręczała Jareckiej to z trudem zdobyte dobro z przeznaczeniem "na rysunki". Wszystko to było mało! Jarecka zapełniała rysunkami więc wszelkie znalezione papiery - wewnętrzne strony pudełek i teczek, kartoniki z rajstop i marginesy w zapisanych przez siostry CałkiemInne w szkole zeszytach.
Niemniej kilka tych bezcennych, wyżebranych na rysowanie zeszytów trafiło niedawno w ręce Jareckiej. Starsza o ćwierć wieku Jarecka obśmiała się, wzruszyła, ułożyła w głowie okolicznościowe przemowy zaczynające się od "jak ja byłam w waszym wieku, nie miałam tyle kartek do drukarki..." i śpieszy podzielić się z Czytelnikami pierwocinami swojego literackiego pomyślunku.

Oto historia pewnej Rusałki i jej przyjaciółki eee...Smerfetki.

Rusałka snuje się samotnie po swoim wypielęgnowanym ogrodzie.


 By ulżyć samotności, zaprasza do siebie przyjaciółkę, Smerfetkę. 
(Owe mazy, np.na niebie, zostały najpewniej dosmarowane przez młodszą siostrę Jareckiej, Wlepkę, lub jeszcze później, przez któregoś z Jareckiej siostrzeńców.)
Zwracamy uwagę na minę środka lokomocji, stonogi - jak nic siekierkowski cwaniak.


Smerfetka przybywa i zaczyna się typowe babskie rajcowanie.
Ploty.

Jedzenie.

 Wieczorne ablucje. (Intrygujący piktogram na drzwiach łazienki...)


Znowu jedzenie.
Kontemplujemy wnętrzarskie rozwiązania. (dom Rusałki jest bez wątpienia domem o stu pokojach!)
Poniżej antresola na którą wiodą schody z lastryko, hitem zaś jest komodo-kominek.
Bauhaus, panie tego, i czysta forma.


Nawet Święta mają, a więc znowu jedzenie.


I znów w kuchni. Ale innej! Bystry obserwator wypatrzy w głębi pokoju telewizor, a w nim - przemawia KOPERNIK!!! (trochę tylko podkolorowany przez Wlepkę).
Na uwagę zasługują też garnki Philipiaka na górnej półce.



Ale żeby nie było tak tylko o jedzeniu i wnętrzarstwie, oto nasze bohaterski gdziesik się pindrzą.
Jedna:


I druga:

Niech Was nie zmylą gruszki na drzewie! To wierzba, a panny pindrzą się, bo święto!


1 maja!
A więc pochód!



Wystarczy? :)))
Miłej niedzieli, Drodzy Czytelnicy!

15.01.2014

Dzień jak z Shirley Jackson



W poniedziałki rano budzę tylko Jaśnie Panicza i Trójkę, bo dzieci zawozi do szkoły moja sąsiadka, Kasia. Odkąd urodził się Piątek wzięła na siebie codzienne odwożenie dzieci do szkoły, co było bardzo miłe z jej strony. Wstałam o wpół do siódmej i popijając zrobione przez męża cappuccino robiłam kanapki na drugie śniadanie dla dzieci. Dla syna z serem i wędliną, dla córki z dżemem. Dołożyłam im do śniadaniówek po jabłku i poszłam budzić Trójkę, Jaśnie Panicza nie trzeba było budzić. Następnie podgrzałam mleko, zalałam nim płatki kukurydziane i poszłam do pokoju dziewczynek przygotować córce ubranie. Syn zapytał, czy może zjeść jeszcze kanapkę, więc zrobiłam mu jedną i zaparzyłam herbatę.
Po wyjściu dzieci wróciłam do łóżka i chciałam poczytać, ale obudził się Piątek. Przebrałam go, nakarmiłam i przez następny kwadrans czytałam.

Jarecka miała szczerą intencję, by w ten sposób opisać cały dzień, jednak spasowała, jak widać, tuż po ósmej rano.
Książka, którą czytała tego ranka to Poskramianie demonów Shirley Jackson, cała napisana w ten deseń.
Lektura ani przykra ani porywająca, lecz niezmiernie zdumiewająca. Czytając Jarecka nieustannie mełła w swoich szarawych zwojach znak zapytania obrastający z lewej strony pytaniem: jak...? Jak można napisać całą książkę (a nawet dwie!) z pozycji matki czworga dzieci ani razu nie okazując emocji? Nie wartościując, nie zdradzając się z własnymi opiniami, pozostając bezimienną i nie ujawniając nawet imienia męża? Jak to jest, że Słowianie najbanalniejszą czynność czyszczenia butów podniosą do rangi misterium, oblepią poezją, metaforami i odniesieniami do historii, filozofii, literatury i wszelkiej sztuki w ogóle, zaś Amerykanie piszą "wstałem, zrobiłem, wyszedłem". Taka Jarecka nie wie gdzie ironia, gdzie drugie dno, czy autor chciał powiedzieć coś ponad to, że wstał i wyszedł? W Poskramianiu demonów wątki zaczynają się i kończą znienacka, nieraz nie wyodrębnione nawet akapitem, nie mówiąc o puentowaniu wątków. Upływu czasu czytelnik domyśla się, bo narratorka raz po raz komunikuje, że np. Laurie miał wtedy dziewięć lat lub Laurie miał wtedy trzynaście lat.
Powiedzmy sobie szczerze: tak Jarecką ta książka zirytowała, że myśli o niej do tej pory. Fachowcem od literatury się nie czuje, ale od rodzin wielodzietnych owszem i jak sobie taka matka wielodzietna nie huknie i nie szlochnie, na męża się nie pozżyma to Jarecka myśli, że chora jakaś albo co?...

...

Dziś Jarecka wstała, wyszykowała dzieci do szkoły i odprowadziła je pod bramę domu sąsiadki Kasi.
Drepcząc z powrotem żwirową uliczką w czapce naciągniętej na rozczochrane włosy, w kurtce zarzuconej na piżamę i z kamykami w rozczłapanych botkach zauważyła, że oto dziś jest jeden z tych dni, gdy czuje tylko żwir w butach i chłód na łydkach, w nosie ma różanopalcą jutrzenkę, a  kałuże skute lodem i szron skrzący się na zeschłych liściach nic do niej nie mówią. Wejdzie do domu, zdejmie buty, kurtkę i czapkę a potem spróbuje cicho wsunąć się do łóżka i jeszcze poczytać.
Będzie dzień jak u Shirley Jackson, bez początków, zakończeń i puent.






PS. Ale, ale! Świetną książkę z rodziną w roli głównej napisała blogowa koleżanka Sylaba z bloga Koza i Kozak pod palmą. Jarecka śmiała się i wzruszała, choć trzeba zaznaczyć, że tej Sylaby wcale osobiście nie zna, jak również za niniejszą reklamę nie otrzymała gratyfikacji. Więcej TU (tu Jarecka oddala się chichocząc na wspomnienie ojca tejże rodziny, którego pierwowzór jakoby istnieje naprawdę, w co Jarecka pozwala sobie nie dowierzać...Acz! Acz! momentami jakby Tata CałkiemInny... :))))

9.01.2014

Dydaktyczny dialog o pierogach

- Mamo, dlaczego jesz przy czytaniu? - pyta Jaśnie Panicz.
Jesz przy czytaniu - nie na odwrót, odnotowała Jarecka z pewnym rodzajem uznania a może nawet satysfakcji.
- Bo mam ciekawą książkę - odpowiada z dziwnym przeczuciem, że to nie koniec dialogu i że może on przyjąć niepożądany kierunek...
- A prawda, że ty kiedyś czytałaś książkę z biblioteki...
Mhm...
- ...jak jadłaś pierogi? Z czym one były?
- Ruskie...
- I jak czytałaś Misia Paddingtona...
Mhmm... (coraz bardziej rozpaczliwie)
- ...to ci te pierogi spadły na książkę...
Pierogi były polane masłem.
- Tak - wije się Jarecka i odruchowo odsuwa książkę na bezpieczną odległość.

I po co wstawia dzieciom te dydaktyczne kawałki? Ma za swoje. Mogła chociaż powiedzieć, że to nie ona, że to się zdarzyło koleżance. Albo... albo na przykład jakiejś Jareckiej!


8.01.2014

Spotkanie z Warszawą 2, czyli lektura nie tylko na zimę

Jakieś dwieście razy (albowiem tyle mniej więcej postów liczy sobie archiwum Deszczowego Domu) Jarecka próbowała napisać post o Tyrmandzie.
Próbowała z każdej strony - i nie dało rady. Zawsze w drogę wchodziły jej emocje - tak, że miała ochotę ryknąć tylko: no przeczytajcie sami! I och, i ach; a cóż to za recenzja, co za zachęta: och i ach?

Ruszył trzeci sezon, w którym Jarecka na podorędziu kładzie Dziennik 1954 - będzie go sobie podczytywać, przeglądać, sprawdzać, co też 60 lat temu porabiał i myślał ten mężczyzna próżny i niezależny, bystry, zdolny, baczny obserwator, filozof, dandys, czarodziej. Swój dziennik Leopold Tyrmand pisał przez trzy zimowe miesiące. Od 1 stycznia do 2 kwietnia dzień w dzień zasiadał do kajetu i emanował tym mrozem, nędzą i absurdem, z których składały się wtedy dni ...Warszawy.
To właśnie w książkach Tyrmanda Jarecka tak naprawdę spotkała się z tym miastem.
Bez patosu, wyznań i deklaracji, Tyrmand wystawił Warszawie pomnik złożony z ludzi i miejsc, w czasach trudnych, tuż po Stalinie, gdzie echa przedwojennej stolicy zagłuszano socrealistycznym zadęciem.

Ciągłe oczekiwanie na tramwaj. Mróz. Artyści zakleszczeni w dylemacie: wierność sobie czy ustępstwa wobec odgórnych nacisków. A w tym wszystkim Tyrmand jak kolorowy ptak - ćwierka o modzie, o tym, jak wynalazł krawca, który mu przerabia szmaty dobrej jakości na modne ubrania, o Bognie, swojej o szesnaście lat młodszej dziewczynie - ile opisów jej kreacji! (zapytajcie swoich mężów: "w co byłam ubrana na Sylwestra?" - docenicie niezwykłość Tyrmanda :)) Zwierzenia koleżanek, plotki, rozmowy przy obiedzie "U Literatów". Soczyste opisy osób, które spotyka.
Wypadałoby rzucić jakimś ulubionym, zachęcającym cytatem, ale przepisywanie książki byłoby bez sensu, czyż nie?

Ot, kilka próbek:

"Chodzę jak struty, bo Rosja zdobyła mistrzostwo świata w hokeju w Sztokholmie. Jeśli kiedykolwiek przejdę na stronę komunistów, to nie bo rozwój przemysłu, Bertolt Brecht, czy potęga militarna ojczyzny proletariatu, lecz takie zrywy ambicji i wytrwałości. Nalać Kanadę 7:2!"

"W Alejach Ujazdowskich dopadło mnie pytanie:czy warto pisać? Po prostu, czy warto, czy opłaca się, czy nie szkoda czasu i sił żywotnych. Czy w ogóle warto i czy w szczególe warto? I ogólnie biorąc: co pisać - wszystko, cokolwiek czy coś?"

"Od początku wieczoru między mną a Bogną skład z dynamitem. Wyszedłem od siebie z domu wypielęgnowany jak przystoi, w cieniutkiej bieliźnie, czarnym półbucie i , rzecz jasna, bez nakrycia głowy. Na 25-stopiniowy mróz. Moje śliczne uczesanie pokryło się z mety lodem, pod którym tężała głucha nienawiść do bali, chemicznego braku taksówek na placu Trzech Krzyży i zachcianek Bogny. Gdy po nie do wytrzymania czekaniu nadszedł autobus, byłem siny i było mi już wszystko jedno."

"Po dwugodzinnym czekaniu - rytuał, nic tak nie zmiękcza jak samotnie trawiony czas - drzwi otwierają się i mam wejść do środka. Topografia chwili: pokój pierwszy - dwóch tęgawych facetów, rozwalonych za biurkami w standardowej pozie policyjnej władzy, która wszystko może. Marynarki z lichego welwetu, urody fryzjerskie z hojną domieszką małomiasteczkowej tępoty, czółka niskie, oczka małe, baczki długie, wąskie i wypielęgnowane.(...)ogólny wzór antropologiczny wprost z Wołomina, Tłuszcza lub Zielonki - wschód województwa warszawskiego."

"Gdy się obudziłem, olśniło mnie, że pośród wszystkich mądrości narodów, pomiędzy nieprzebranymi skarbami przysłów, brylantami wszechwiedzy, diamentami ostatecznego zrozumienia, nic nie da się porównać ze skromnym polskim zdaniem, które brzmi: Życie jest jak gówno na kole - raz na górze, raz na dole. Nie znam niczego w w dorobku poznawczym kultur i cywilizacji, w uniwersalnym wysiłku filozofii od Sumeru poprzez Grecję, Konfucjusza, Talmud i chrześcijaństwo aż do szkoły wiedeńskiej, egzystencjalizmu i logiki formalnej, co dałoby się porównać z głębią tego stwierdzenia. Co z równą precyzją i siłą obrazowania oddałoby to, o co właściwie chodzi. Tak mnie ta myśl pocieszyła, że wstałem z łóżka i się ogoliłem."

To świetna lektura na zimę.
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954





4.11.2013

Ratunku, lektury!! - czyli narzekanie zamiast narzekania

Mogłaby Jarecka narzekać na wiele rzeczy.
Podziębiona, z zatkanym uchem, ociężała, raz po raz niepokojona braxtonem hicksem (czy też hixtonem braxtonem, jak mawia Jarecki :)) - nie ma dla niej wygodnej pozycji ani wygodnych ubrań. O innych atrakcjach w dobrym towarzystwie wspominać nawet nie wypada.
Ale narzekać Jarecka nie znosi, bo jej to psuje krew!
Tedy sobie ulży zżymając się na szkolne lektury, które jakie są, takie są, ale jeśli dzieci Jareckie zejdą kiedyś na złą drogę, to nie za ich sprawą zapewne...

Żółci się lej, krwi płyń wartko, Jarecka śpij spokojnie.


 ...


W środowe samo południe Jarecka oczekuje Dwójki w ciemnym korytarzu zaogońskiego Domu Kultury. Czwórka na krześle obok, na stoliku- kubek termiczny po herbacie z imbirem i książki z biblioteki piętro wyżej.
Drzwi otwierają się i wychodzi Piękna Aktorka, która uczy Dwójkę plumkać na pianinie, zza jej pleców zaś wyłania się owa udręczona życiem uczennica.
- Czarna owieczka! - wykrzykuje Piękna Aktorka na widok książki leżącej na stole - ach, ile wspomnień!...

Tak właśnie.
Dzieci Jareckie czytają w szkole te same lektury, co ich rodzice - i ich rówieśnicy.

Jarecka jako matka Jaśnie Panicza nie jest udręczona szkolną lekturą- Jaśnie Panicz od początku czytał sam, na dodatek chętnie i ze zrozumieniem. Tylko z Plastusiem rodzice musieli wspomóc, bo to naprawdę kupa czytania! Nadto trzeba było dziecięciu tłumaczyć co to obsadka, stalówka, kałamarz. Na co Tosi bibułka do suszenia atramentu, scyzoryk, po co w łazience wiadro z wrzątkiem (swoją drogą- gdzie przepisy BHP??) Nie był to jednak czas stracony i obfitował w obopólne korzyści.
Jarecka wcale nie jest za tym, żeby Grzegorzem Kasdepke zastąpić kultowe "Karolcię" czy "Naszą mamę czarodziejkę". Nawet ta "Czarna owieczka" to miła książeczka na jeden wieczór, w dodatku pięknie zilustrowana.
Nie da się ukryć jednak, że w kwestii obyczajów wiele się zmieniło od czasu, w którym pewne lektury powstały i czasem Jarecka musi się zapienić.

"Oto jest Kasia".
Ośmioletniej dziewczynce rodzi się siostrzyczka. Kasia ma problem z akceptacją tego faktu (dziesięcioletnia Jarecka-CałkiemInna też miała, gdy przyszła na świat jej siostra, ale tylko dopóty, dopóki nie zobaczyła na oczy tego czerwonego pomarszczonego zwierzątka; dzieci Jareckiej zaś zachowują się zupełnie dla Jareckiej niezrozumiale - kłócą się o to, kto będzie zajmował się Piątką i snują marzenia o wspólnych zabawach). Ok, ma prawo czuć się źle. Ale czy wydaje Ci się właściwe, rodzicu dwudziestego pierwszego wieku, że matka zostawia kilkumiesięczne dziecko pod opieką ośmiolatki, sama zaś udaje się na zebranie do szkoły? Czy nie mogłaby umówić się na indywidualną rozmowę z wychowawczynią Kasi, po skończonych lekcjach na przykład, pod szkołą? Mniejsza z tym, może pani po lekcjach musi mknąć na jedyny w tym dniu ogórkowy PKS, który ją uwiezie do domu daleko szosy. Tak więc Kasia zostaje z maleńką siostrą sama w domu. Jarecka zostawiając swoje kilkuletnie córki na 10 minut  same w domu czuje się jak ostatnia szuja, jak przestępca! Dobrze pamięta, jakie gromy opinia publiczna rzucała na matkę, która zostawiła dwoje dzieci w samochodzie pod szkołą, by odprowadzić najstarsze na lekcje. Zdarzyło się, że maluchy się odpięły i narozrabiały- samochód się zapalił... Nic się nikomu nie stało, jeśli nie liczyć matki, która została odsądzona od czci i wiary publicznie, za to, co wydaje się zrozumiałe a nawet oczywiste matkom w takiej jak ona sytuacji.
Ale o tym, że mama wychodzi z domu na dwie godziny zostawiając w nim dwoje dzieci- wszak trututu! -ZEBRANIE!!- dzieci czytają jako o czymś normalnym, a właściwie zupełnie nieistotnym, nawet w kontekście tego, co się stało. A stało się to, że mała Agnieszka szczęśliwie uratowana przed uduszeniem poważnie się rozchorowała. I to Kasia zostaje wskazana jako winowajczyni tego stanu rzeczy!
Patologia, ludziska, Chiny, Uzbekistan i Indie.

...

- Mam jeszcze jedno zadanie - obwieszcza Jaśnie Panicz wieczorem (a Jaśnie Panicz zazwyczaj odrabia lekcje sam, rzadko prosi o pomoc) - muszę napisać kilka zdań na temat: Czy Pinokio zasłużył na to, żeby być chłopcem?



Jarecką w momencie trafia szlag, co na zewnątrz objawia się głębokim westchnieniem i opadnięciem powiek, wskutek czego Jarecka upodabnia się do Garfielda.
I teraz niby ma zasiąść z własnym synem i odbyć sąd nad Bogu ducha winnym pajacem... A za jakież to zasługi ona sama, Jarecka, nagrodzona została swoją rodziną na przykład? I na cóż kładzie dzieciom do głowy, że to, co najlepsze, dostaje się w życiu za darmo? "Synu, nie znoszę, jak jesteś z rana taki upier... (tu następuje długa wyliczanka tego, czego Jarecka nie znosi), ale i tak cię bardzo kocham, jesteś super chłopakiem"- a czy miłość Dżepetta nie wystarczyła, żeby Pinokio mógł zostać sobą, głupiutką zabawką? Trzeba go było przeorać, zmienić, i dopiero wtedy mógł uchodzić za pełnowartościowego?
Możliwe, że Jarecka już nie pamięta dokładnie treści tej lektury. Całość czytała w swoich szkolnych latach, potem już tylko uproszczone wersje dla maluchów zdobne w disneyowskie obrazki. Możliwe więc, że nie jest ta książka jeżącą włos na głowie mroczną historią, gdzie na każdym kroku nieszczęsnego Pinokia spotykają przykre, ba! - straszne! - przygody.
(Tu Wszechwiedzący Narrator spogląda wyczekująco w kierunku polonistów- o co chodzi z tym Pinokiem? Zasłużył sobie, czy nie zasłużył? Jak i na co? I czy musiał?)






Nazajutrz o poranku Jaśnie Panicz ze stoickim spokojem przygląda się, jak jego matka sypie w stojące przed dziećmi miseczki płatki śniadaniowe i zalewa je mlekiem. Gdy dziewczynki biorą się do jedzenia, syn zaczyna wić się i skwierczeć.
- O co chodzi? - pyta Jarecka.
- Ja chcę kanapkę - jęczy Jaśnie Panicz.
Garfield wypływa na oblicze Jareckiej. Raz, dwa, trzy...
- OK, jak zjesz płatki.
- Nie chcę płatków...
- Synu. Patrzyłeś jak robię te płatki i nie powiedziałeś ani słowa, że nie chcesz. Dziewczynki już jedzą, ja nie mogę zjeść za ciebie, bo za chwilę jadę na badanie i muszę być na czczo. Zjesz płatki - zrobię ci kanapkę.
Jaśnie Panicz odmawia, więc Jarecka oznajmia:
- dobrze, w takim razie zapłacisz za śniadanie, które się zmarnuje.
- Ile??- wykrzykuje poruszony Jaśnie Panicz.
- Eee...trzy złote (jędza Jarecka! Złoty pięćdziesiąt byłoby aż nadto!)

Albowiem, zapamiętaj Czytelniku, to co NAJLEPSZE dostaje się w życiu za darmo.
A przecież łatwo można sobie wyobrazić śniadanie lepsze niż płatki z mlekiem, prawda? :)

3.08.2013

Ciut klasyki :)

Upalny dzień. Wczesne popołudnie, powietrze nieruchome, cisza.
W dmuchanym basenie pod domem leżą Dwójka i Trójka. Brzuchami przywarły do dna, ponad wodę wystają tylko ich głowy w kapeluszach.
-Zabiła mnie matka...-zaczyna Dwójka.
-...i ugotowała...-podchwytuje Trójka.
-...zrobiła potrawę...
-...ojcu ją podała...
-...a siostra Marlenka kosteczki zebrała...
-...poszła pod jałowiec...
-...i tam pochowała.
Razem: -ożywiony bożym znakiem jestem teraz pięknym ptakiem.*






*Bracia Grimm, Krzak jałowca


20.04.2013

Tajemniczy ogród

"Tajemniczy ogród" Frances Hodgson Burnett to aktualnie wieczorna lektura w domu Jareckich.
Historia dziewczynki, która w posiadłości swojego zgorzkniałego krewnego natrafia na ślad zamkniętego od lat ogrodu. Zdaje się, że szczegółowy opis treści nie jest potrzebny bo większość populacji zna tę książkę. Tak czy owak bohaterce udaje się dostać się do ogrodu i zastaje w nim taki mniej więcej stan rzeczy:


Dokładnie tak się sprawy mają na spłachetku ziemi przy Deszczowym Domu, na terytorium szumnie zwanym ogródkiem- to przesada doprawdy!- lub trawnikiem, co już bliższe prawdzie. Jarecka, kochani, jest absolutnym ogrodowym beztalenciem.
To smutne, lecz niestety prawdziwe.
Nie ma żadnej wiedzy na temat ogrodnictwa, co większości znanych jej kobiet nie przeszkadza jednak zorganizować czegoś na kształt rabat, zielnika, a nawet zatroszczyć o jakieś owoc jadalny rodzące krzaczki.
Jarecka z niedowierzaniem wspomina swój balkon w Dużym Domu, gdzie miała piękny winobluszcz i pelargonie, na oknie zaś w pokoju pokaźną kolekcję sukulentów i innych kaktusów :)
W Deszczowym Domu jest ciemno i już tylko na oknie u Jaśnie Panicza dogorywają na parapecie resztki jej sukulentowej kolekcji.
W Deszczowym Ogrodzie zaś królują całkiem całkiem wyględne chwasty, jak kwitnący wielkim żółtym kwieciem topinambur i bylinopodobna roślina o ślicznych biało obramowanych listkach, która udatnie stwarza pozory nie bycia chwastem.

Ale wróćmy do "Tajemniczego ogrodu."
Czy znacie stan, w którym zawaleni robotą po czubek głowy szukacie sobie kolejnego zajęcia, które służy jedynie rozrywce i oderwaniu się od Strasznie Ważnych Spraw? W nawale obowiązków owo zajęcie jawi się jako strata cennego czasu, powoduje nawet wyrzuty sumienia, ale i tak jesteście skłonni oddać się mu w poczuciu, że ratuje Was to przed szaleństwem.
Otóż z Jarecką było podobnie.
Jarecki w ostatnich dniach wraca z pracy, gdy dzieci już śpią, w związku z czym nabierają wątpliwości czy tata w ogóle nocuje w domu? Jarecka ma swoją pracę, obsługę domu, gotowanie, rękodzieło na zamówienie, rysowanie czarodziejek do kolorowanek, więc dla higieny psychicznej oddała się beztroskiej zabawie podpuszczona przez lasche.
Co prawda tajemniczy ogród powinien zdaniem Jareckiej eksplodować zielenią, ale w książce, w miejscu, w którym Jarecka akurat włożyła wczoraj wieczorem zakładkę znaleziony przez Mary ogród wygląda właśnie tak, jak na zdjęciach z Deszczowego Ogrodu.

Taki oto pomysł na okładkę (nie mylić z projektem! Na takie poważne przedsięwzięcia dla własnej rozrywki Jarecka NAPRAWDĘ nie ma czasu)  do "Tajemniczego ogrodu" zmajstrowała Jarecka pewnego słonecznego ranka, który powinna była wykorzystać na grabienie prawdziwego ogródka na przykład, że nie wspomni o prasowaniu, segregowaniu zimowego obuwia tudzież sprzątaniu spiżarni.






Teraz zaś Jarecka zyskawszy chwilowo równowagę psychiczną dzięki zabawie w blogowanie udaje się w rejony Naprawdę Ważnych Zajęć i pozdrawia stamtąd wszystkich miłych gości Deszczowego Domu!

P.S. I proszę się nie śmiać z topornego rudzika! :)))))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...