Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie rodzinne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie rodzinne. Pokaż wszystkie posty

2.02.2020

O tym, jak Trójka pogodziła się z życiową zmorą

Owszem, poniekąd czuję się winna, bo byłam pierwszą osobą, która na widok Trójki wybuchnęła śmiechem.
To był śmiech szczęścia i zachwytu ale Trójka, która dopiero co przepchnęła się przez kanał rodny mogła tego nie zrozumieć.
Potem jej wygląd już zawsze zwracał uwagę; wystarczy wspomnieć położnicę z sali obok, która podczas przechadzki po szpitalnym korytarzu zerknęła w wózek, roześmiała się i zapytała "czy tata jest obcokrajowcem?"
Komentarze, które w zamyśle rodziny, sąsiadów, przyjaciół i obcych były komplementami dojadły Trójce porządnie. Że taka ciemna, jak murzynka! - taka INNA!
Wiele razy próbowałam jej wytłumaczyć, że zwraca uwagę w pozytywnym znaczeniu, że może to niezbyt fortunne ze strony komplemenciarzy ale naprawdę, nikt nie chciał jej dokuczyć i że ostatecznie może powiedzieć, że nie lubi komentarzy na temat swojej INNEJ powierzchowności.
Tak, na stronie kopałam ciocie i wujków po kostkach i ponad głową Trójki strzelałam ostrymi pociskami spojrzeń.
Wszystko z wątpliwym skutkiem.



***



Plac zabaw na naszej wsi.
Chłodno, pustawo.
Oprócz nas tylko trzyosobowa rodzinka, zresztą gotowa już do odwrotu.
Siedzę na ławce. Trójka, Czwórka i Piątek nieopodal wirują na karuzeli.
Nagle dobiega mych uszu:
- czy to ty występowałaś na Wielkiej Orkiestrze?
Dzieci zgodnie zadzierają głowy ale pani wychodząca właśnie z placu zabaw zwraca się tylko do Trójki.
- Tak - mówi niepewnie Trójka.
- Jakie ty rzeczy potrafisz! Gratuluję ci, to było wspaniałe! Byłaś najlepsza!

Czwórka i Piątek, którzy z jednakowym oddaniem fikali na finale WOŚP musieli obyć się bez gratulacji i zachwytów.
Gdyż naprawdę, w tłumie dziatwy powleczonych w jednakowe kimona i zaplecionych w jednakowe warkocze nie każdy będzie rzucać się w oczy.
Co z satysfakcją odnotowała Trójka.





28.11.2018

Fotki ku pamięci

Bądźmy szczerzy.
To, że Deszczowy Dom na Zadniej Górze stoi jeszcze jako tako w pionie to w dużej mierze zasługa dzielnych opiekunek.
A także, oczywiście, tej brygady Jarecczątek gotowych do współpracy.
Takoż jest wieczór, opiekunka nawołuje do porządków a brygada robi odprawę pt. "kto sprząta co".
- No i co ja mam robić? - Dwójka bezradnie rozkłada ręce.
Praktyczna Trójka wie:
- Rozejrzyj się, zobacz co tu nie jest na swoim miejscu i wynieś to.
- JA tu nie jestem na swoim miejscu - stwierdza Dwójka i wychodzi.

Kurtyna opada.

Widownia jeszcze nie odzyskała głosu.


***


W męskim świecie jednak łatwiej.

JP wsiada do samochodu i starannie ustawia obok swoich nóg aligancką papierową torbę.
- Co to? - pyta Jarecka.
- Mieliśmy dzisiaj wigilijkę - odpowiada JP nie mrugnąwszy okiem - a ja o niej zapomniałem.
- No co ty! - dziwi się Jarecka. Nie temu się dziwi, że w listopadzie wigilijka, raczej temu, że JP wiedział a nie powiedział, zapomniał?
- Heh - chrząka z rezygnacją JP. Wpuszczać w maliny kogoś, kto bez wahania łyka bajki to żadna frajda. Przykrość nawet. Własną matkę zwłaszcza, co się ją do niedawna miało za wyrocznię (jakąś dekadę temu).
- Dostałem nagrodę dyrektora - wyjaśnia - za frekwencję.
Nagroda za frekwencję należałaby się też wujkowi Dąbkowi i młodym Dębiakom, którzy podwożą JP do szkoły a sterroryzowani obsesją punktualności JP spożywają swoje śniadania w samochodzie (na porcelanie; kanapki, kiełbaski, plamka keczupu. Wypchajcie się Mc drive'y).
Ale nie.
- Jeszcze jeden kolega dostał nagrodę za to samo. Ale nie odebrał, bo go NIE BYŁO.


***

- Dorośli są dziwni - mówi Piątek.
- Dlaczego?
- Bo mają pieniądze i zamiast kupować coś słodkiego, na przykład czipsy...
- Czipsy nie są słodkie!
- Dla niektórych są.



PS. Słuchajcie, Kochani! Mam przyjemność donieść, że  na stronie Quickbook TUTAJ, można już zamówić swoją fotoksiążkę z moją pieskową okładką, o której opowiadałam TU.
Nie mogę się doczekać, kiedy sami złożymy takie książki sobie i jeszcze komuś na prezenty gwiazdkowe! Cena nie zabija - polecam się na półkę :)



1.02.2018

Życie duchowe Piątka

Jednych rzeczy Piątek uczy się szybciej, innych wolniej a jeszcze innych nie musi się uczyć wcale.
Te pierwsze to elitarne zaklęcia Adwiana i pozostałych kolegów, te drugie to np. liczenie do dziesięciu po polsku, role w jasełkach i inne takie.
Te trzecie wprawiają Jareckich w podszyte dumą zdumienie, gdyż patrzcie Państwo, on tak ma, on się po prostu z tym urodził i geny nieśmiałych rodziców nie były przeszkodą.

Piątek albowiem sam inicjuje zawieranie znajomości.

Podchodzi do upatrzonej jednostki i mówi:
- Mamy cryslera i citroena.
Zaskoczona jednostka albo nie rozumie, co ów czterolatek wyartykułował, albo nie potrafi docenić rangi tej informacji, ale w sumie jak już podszedł, szkoda żeby sobie poszedł, taki sympatyczny chłopaczek, no więc jednostka proponuje:
- Chodź, pobiegniemy tam, do tamtego drzewa (za róg, w las, w cholerę, cokolwiek).
I biegną, biegną, wiatr rozwiewa ich włosy, niesie daleko ich radosny świergot, i jest przyjaźń, radość, i pokój na świecie.


Ale wróćmy do spraw wyuczonych, i do tego, że pomimo wiatru we włosach życie codzienne ma swoje udręki, toteż pewnego wieczora po powrocie do domu Jareccy zastali Mateusza Sosnę udręczonego bardziej niż zwykle.
(Mateusz w dalszym ciągu pełni funkcję okazjonalnej wieczornej niani - piąty rok? Szósty?)
- Piątek był dzisiaj nieznośny - oznajmił - bił wszystkich i używał brzydkich słów.
Po ustaleniu, że te słowa brzmiały: głupku, durniu, i kopa w dupę, i że "my tak w domu nie mówimy, to z przedszkola!", Mateusz poszedł wykopać z błota swój samochód a Jareccy spać.
Nazajutrz Piątek, budzony do przedszkola, nim dobrze otworzył oczy, chrząknął i coś powiedział, Jarecka zrazu nie zrozumiała, co.
- Co Mateusz wam powiedział? - wyszeptał wreszcie z głębi znękanego sumienia prosto w ucho swojej matki.
Jarecka powtórzyła relację Mateusza, Piątek zapłakał z żalu, wyjaśnił, że do tego haniebnego stanu przywiódł go sam Mateusz odmawiając podrzutów pod sufit, i wszystko jest do bani, nie idę do przedszkola, buu.


Tegoż dnia, w drodze powrotnej z przedszkola, Jarecka zatrzymała citroena albo cryslera na parkingu koło przystanku, na którym miał lada chwila wysiąść JP i oddała się niezmąconemu czekaniu.
Piątek też się oddał, na chwilę, potem odpiął pasy, wgramolił się na fotel koło kierowcy, przetrząsnął schowki, w jednym znalazł Prince Polo, ucieszył się, zjadł kawałek (tylko na tyle dostał zgodę) i pogrążył się w nudzie.
- Może się pomodlę? - zagaił.
- Bardzo proszę.
- Anieli boży (jako się rzekło, niektórych rzeczy uczy się trudniej) stróżu mój ty zawsze przy mnie stój...
Po amen Piątek kontynuował zwracając się wprost do wyższej instancji:
-...i proszę Cię Panie Boże, żebym nie bił innych i nie pluł na nich, i nie mówił brzydkich słów. I miał ojca...
- ????
-...i syna, i ducha świętego.

Amen

26.08.2017

O tym, jak przyszedł na Jarecką nieznany dzień i godzina a ona nie była gotowa

Złożyło się nader szczęśliwie.
Na tym samym piętrze, co fabryka Jareckiego otwarła swe podwoje przychodnia stomatologiczna Szalej & Co.
Tytułowy doktor Szalej okazał się niezwykle szlachetnym człowiekiem i godnym następcą Hipokratesa. Pośpieszył na pomoc Jareckiemu zaatakowanemu na służbie przez własny kręgosłup. Ofiarnie dźwignął Jareckiego na własnych plecach (co zważywszy na gabaryty obu panów mogło się wiązać z ryzykiem) i naszpikował pacjenta na tyle przeciwbólowo, żeby ten mógł dotrzeć do domu.
Co skwapliwie uczynił.
Jarecki długo opiewał zalety tego bezinteresownego Judyma a w dowód wdzięczności dał Szalejowi dużą zniżkę na wynajem sali w swojej fabryce na szkolenie dla dentystów.
Będą się uczyć zakładać szwy na dziąsłach.
Najsamprzód na dziąsłach świni.

(Teraz chwila na kontemplację tej wizji. Stół, na stole świński łeb, wokół niego pilni uczniowie z igłami w ręku. I już weganie z westchnieniem odstępują od usług Szaleja, ech)

Wieczorami Jarecki sławił piękno przychodni Szalej & Co.; że na sufitach są podświetlane obrazy (na przykład kosmos!), i że kolega z pracy był na wizycie u doktora Szaleja i było SUPER, i już nie było wątpliwości, że TO musi się zdarzyć, to znaczy, że Jarecka ze wszystkimi dziećmi będzie musiała przyjechać do Szalej & Co. z wizytą a raczej z wizytami. Czterema.

Mamy więc piękny letni dzień, pewien malutki biurowiec w dużej metropolii, pod sufitem w korytarzu dynda absurdalny pseudokryształowy żyrandol a Jareccy z dziećmi suną galerią ku przeznaczeniu.
Drzwi przychodni się otwierają.
I niech to dunder świśnie, jeśli naprawdę zdarzyło się co innego, bo w pamięci Jareckiej wygląda to tak:
Skoro tylko Jareccy wsypali się do wnętrza, huknęły szampany, zawirowało konfetti, orkiestra łupnęła w talerze! Drzwi gabinetów otwarły się, wybiegli lekarze i pacjenci - gdy wiwatowali z ust wyskakiwała im lignina - rozpostarły się transparenty na cześć a na czoło rozentuzjazmowanego tłumu wysunęła się młoda kobieta, zdarła z twarzy papierową maseczkę i oznajmiła uroczyście: - pani ma PIĘCIORO dzieci?! Pani jest moją bohaterką!
Tłum w tle zafalował a Jarecka oniemiała. Może dlatego nie czuła, że pacjenci niepostrzeżenie odcinają jej kosmyki włosów i kawałki spódnicy, i upychają je w medaliony na szyjach. Niektórzy mieli nawet kieszonkowe relikwiarze.
Doktor Szalejowa, gdyż ona to była, ta moderatorka euforii, w ciągu następnych dwóch godzin przedstawiała Jarecką każdej pacjentce (zdaje się, że na tę okoliczność zaprosiła tłum koleżanek, gdyż do każdej zwracała się per ty) słowami: ta pani ma pięcioro dzieci! Jest moją bohaterką! A Jareckiej do ucha: no doprawdy nie wiem, Szalej namawia mnie na córkę - mamy dwóch synów - ale ja jestem nimi wykończona... A Jarecka mówiła: dziewczynkę, koniecznie... albo: dwóch małych chłopców? No to nie ma co się śpieszyć z tą dziewczynką...
Doktor Szalej natomiast pocałował Jarecką w rękę i poświadczał żarliwie: - namawiam żonę na córeczkę!

I jak myślicie, co ja wtedy czułam?

Powiem Wam.

Czułam na głowie suche, niekoszone od trzech miesięcy i niefarbowane od miesiąca siano. A na nogach rozkłapciane avarcasy, co to je cholera, zapomniałam w ostatniej chwili zmienić na jakiś bardziej miejski obuw.
Wstyd, wstyd - jeśli Szalejowa nie zechce urodzić kolejnego dziecka to na pewno zrażona podejrzeniem, że przy dzieciach się zapuści!


- Ach - westchnęła Jarecka, gdy wieczorem podsumowywali z Jareckim wrażenia - jak tam mają ładnie, i jacy wszyscy mili. Dzieci zadowolone. Szkoda, że nie mogę tam leczyć moich zębów.
 - Dlaczego? - zdziwił się Jarecki.

Dlaczego, ba.
Dosyć już widzieli.





P.S. Wszystkie matki wielodzietne, którym nie zrobiłam swoją osobą najlepszego PiaRu przepraszam. Poprawię się. U fryzjera już byłam.





18.07.2017

Akt drugi

Żona bez męża to wdowa, dziecko bez rodzica to sierota a rodzic bez dziecka?

Jarecka z żalem powiesiła na drzwiach pracowni zawieszkę z napisem URLOP i postanowiła, jako rasowa Polyanna, ugrać coś dla siebie (jest się tym Niepokonanym albo nie).
I wymyśliła, że uda się do centrum handlowego przejrzeć ofertę wyprzedażową, skoro akurat pozbawiona jest przez los i własne machinacje ogona dziewczynek mówiących: mamo, podoba mi się ta sukienka, a taką ma Zosia, a tata jest mi winien sto trzydzieści złotych, a właściwie to ja nie mam krótkich spodenek/sukni z trenem/pantofelków.
Tylko Piątek, jeden jedyny Piątek.
- Mamo, a czy tam jest jakieś jedzenie? - zainteresował się Piątek, gdy Jarecka zaparkowała samochód na miejscu dla matki z dzieckiem.
- Nie wiem - zełgała bezczelnie i pociągnęła dziecinę w kierunku szklanych drzwi - przez moment doznała zachwycenia widząc swoje odbicie takim luźnym; jedna ręka zajęta a jedna całkiem wolna, jedno oko wolne!

Zaraz po przekroczeniu progu przybytku próżności natknęła się na Koczkównę. Czy pamiętacie, ach, co to był za ślub? Na Zaogoniu? Tę bryczkę w cztery konie i tajemniczą kreację Narogowej? To właśnie ta Koczkówna wtedy za mąż szła.
Poszła i zaraz przyszła, córeczka jej się ino ostała, śliczna, czyściutka i nie stawiająca oporu względem przechadzek po centrach handlowych. Koczkównę przygnał tu ten sam BRAK, co Jarecką. Otóż Luba wyjechała do rodziców na Ukrainę* i na ulicy Ślepej w Zaogoniu zrobiło się nieznośnie odludnie. Brak koleżanki do pogaduszek i towarzyszek zabaw dla córeczki. 
Cóż było robić, zróbmy zakupy.

Piątka szybko znużyła rozmowa tocząca się nad jego głową.
 - Chodź, pokażę Ci, gdzie tata mi kupił mi okulary ze spajdermenem.
 - Ale ja chciałam tutaj...- zawahała się Jarecka ale już jej nieposłuszne nogi pognały za Piątkiem.
No dobra, i tak chciała zajrzeć do tego sklepu po ramkę dla Czwórki, co za różnica teraz czy później!
Regały z ramkami wszelako Piątek miał w pogardzie; ruszył ku zabawkom. Jarecka dała synowi delikatnie do zrozumienia, że te rzeczy nie są najlepszej jakości i może nie warto, na górze też jest sklep z zabawkami. 
W sklepie na górze zabawki były w takich cenach, że Jarecka zarządziła odwrót i dała zgodę na śmieciarkę; z sygnałem dźwiękowym, niech będzie (do cholery).
- Wróciła pani! - rozpromieniła się kasjerka widząc Jarecką ponownie - UPARŁ SIĘ?
Jarecka udała, że nie poczuła się upokorzona sugestią, że jest żałosną, bezwolną matką; Genowefą Smoliwąs dwudziestego pierwszego wieku.
Wyszła ze sklepu rezygnując z własnego shoppingu (za nią, wczepiony w sweter, Piątek sunął po gładkiej podłodze jak narciarz wodny) i postanowiła udać się do pasmanterii, na otarcie łez.
W pasmanterii Piątek (znów!) nie znalazł ujścia dla swojej żywotności i podczas gdy Jarecka w przykucu próbowała wybrać zestaw kolorystyczny dla pewnej maskotki, prosto w jej ucho emitował niecierpliwe: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...
Serio, przez kilka minut na jednym wydechu: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...

Po wyjściu stamtąd Jarecka wykonała telefon do siostry Drumli z informacją, że nie, nie przyjedzie już dzisiaj. Nie ma siły.
Może jutro?
Jutro kolejny dzień z Piątkiem jedyniątkiem.
Zostawmyż sobie jakieś atrakcje na zaś.





*Ze swojej podróży Luba przysłała krótki filmik, który mnie wzruszył do łez. Przebiegła Luba zapowiedziała rodzicom, że przez kierowcę autobusu poda im przesyłkę. I teraz wyobraźcie sobie: autobus podjeżdża, tata Luby wolnym krokiem się zbliża, mama chroni się w cieniu wiaty przed upałem. I WTEM! Z autobusu wyłania się wnuczka a za nią Luba z drugą córką. 
Gdyby mama Luby tego dnia nalazła się na torze w Pardubicach, wygrałaby bieg w cuglach.
Starsza pani w szaleńczo radosnym galopie na widok swojego dziecka - jak ja ją rozumiem!



3.06.2017

O niefrasobliwości, demencji i o tym, jaki ma to wpływ na ogólny stan zdrowia

Jak wyjaśnić to, że Jarecka porzuca samochód pod supermarketem "Juda&Tadeusz" i zmierza szybkim krokiem na przystanek autobusowy?
To dziwne, nieprawdaż, zwłaszcza, że w tym czasie jej syn lat 12 (i 10 miesięcy) został sam w domu z trzylatkiem, który właśnie...
- ...zwymiotował...
- Ach tak - zasępiła się Jarecka i na ułamek sekundy zawahała się, czy nie wrócić do domu - a czy drugą stroną też już zrobił?
- Dwa razy, musiałem mu zmienić majtki.
- Aha, aha - potakiwała Jarecka zachęcająco. Wiatr dął i trochę zagłuszał rozmowę.
- Ale właśnie powiedział, że czuje się dobrze.
Jak dobrze, to dobrze! Bene!
A otóż i autobus, ciao.

Jak to wyjaśnić?
Bardzo łatwo.
Jarecka zmierzała do okulisty.
W głowie mając te sceny sprzed lat, gdy wychowawczyni Ewa (internAt szkoły matematycznej w mieście B), obfita macierz, stawała w drzwiach pokoju nr 414 i załamywała ręce.
- Dziewczyny, jak możecie czytać tak po ciemku, popsujecie sobie oczy!
Jarecka i Jej Najlepsza Przyjaciółka podnosiły wzrok znad Królów przeklętych, Muszkieterów tudzież innej pożywki nastoletniej egzaltacji - i tu się kończą wspomnienia Jareckiej, pozostaje tylko smutna konstatacja "a ostrzegała!".
Zupełnie jakby kolejne kilka lat Jarecka spędziła na leżeniu z okładem z rumianku na powiekach.

Pani doktor okazała się być z gatunku tych kobiet, które wprawiają Jarecką w zachwyt. Twarz jaśniejąca, jakby dopiero co zeszła z góry Tabor, zęby - no to już przesada! - i sylwetka tęga a energiczna, wysokaaaa! Co się robi z twarzą, żeby była taka gładka i jednolita w kolorze? Bo coś się robi, ludzie się chyba tacy nie rodzą?
- ...najgorzej jest jak jadę w nocy samochodem - użalała się Jarecka - światła mi się rozmazują, widzę same poświaty (że prawie zaświaty!), nie mogę ocenić odległości. No i na przykład, z tego miejsca - kiwnęła brodą w stronę okna - nie widzę wyraźnie twarzy ludzi, którzy idą tamtą ulicą.
Krasawica łypnęła we wskazanym kierunku i zdusiła w sobie uwagę, że zasadniczo, jak się nie jest myszołowem, nie ma potrzeby zoomować aż tak.
- A kiedyś widziała pani lepiej? - zapytała podejrzliwie.
- Zdecydowanie! - zapewniła żarliwie Jarecka.
Pani doktor zamrugała zakłopotana za szkłami swoich kocich okularów zastanawiając się najpewniej, jak przekazać pacjentce tę szokującą wiadomość.
- Znajduję pani wzrok bardzo dobrym - orzekła.
(Znajduję jakimś! - jakiż wspaniały zwrot! Ilekroć ktoś go użyje w obecności Jareckiej, w jej pamięci odżywa anegdota profesor Falistej. Było tak: koleżanka poprosiła Falistą o opinię o współpracowniku: "Powiedz, jak znajdujesz doktora Jima?" "Normalnie" - Falista na to - "idę do jego biura i pytam sekretarkę, czy jest Jim")



- ...i że nie proponuje mi okularów, wystarczy nawilżanie oczu - zakończyła Jarecka zwyczajowe sprawozdanie dnia. Jarecki jednym okiem był już w Krainie Snu.
Jakieś pół roku wcześniej Jarecka przebadała się od osocza aż po najmniejsze leukocyty i wprawiła w zdumienie lekarzy faktem, że niezbyt dbająca o siebie baba po kilku ciążach może mieć doskonałe wyniki bez wspomagaczy (nie licząc kawy. I wina). Te wyniki stanęły jej teraz przed oczami pod rękę z diagnozą okulistki.
- Ty mi powiedz - zapytała pochrapującego męża - na co ja umrę? Chyba już tylko na demencję.




Ach, może się martwicie co z tym chorym Piątkiem?
Nic mu nie będzie, takie geny.



...



Wakacje, wakacje, i po wakacjach, ech.
Jako te bańki są wakacje.
Amen i dobranoc.
















23.04.2017

Za górami, za lasami

Za górami, za lasami w domku na górze siedzi sobie Jarecka.
Czesze włosy za krótkie, żeby je choćby ułożyć na parapecie a co dopiero spuścić przez okno.
Rumak Jareckiej udał się na podkucie, gdyż swoje żelazne podkówki starł na zadniogórskich drogach.
Albowiem na Zadnią Górę X prowadzą dwie drogi: Straszne Wertepy i Sakramencko Straszne Wertepy. 
Monster Truck tego nie wytrzyma a co dopiero zwykły mały autobus.

No więc Jarecka siedzi i czesze.
Dziatki do szkoły nie pojechały, bo nie było komu odebrać, na rowery za zimno, na piechotę za daleko. Komunikacja wiejska omija szerokim łukiem. Lotnisko już prawie zaorane.*
Czesze.
- Zostawię ci mój samochód - mówi Jarecki. 
A Jarecka tylko łyp spod grzebienia i odmawia, bo wbrew temu co mówią, pewne rzeczy się zapomina, na przykład prowadzenie samochodu z manualną skrzynią biegów.

(I tu Wszechwiedzący Narrator natychmiast robi wtręt. Próby reaktywacji tych obszarów mózgu, które są odpowiedzialne za umiejętność używania sprzęgła i drążka zostały poczynione jeszcze latem. Jarecka spróbowała przestawić samochód Jareckiego. W tym celu rycząc silnikiem przejechała kawał Sakramencko Strasznych Wertepów i usiłowała zawrócić. Akuratnie pod domem sąsiada. Przemiłego starszego pana, który postawiony na nogi wyciem pojazdu otworzył pośpiesznie swoją bramę, żeby Jareckiej łatwiej było zawrócić. O wstydzie, o sromoto!**)

No więc Jarecka łypie i cedzi przez zęby: - zmuś mnie.
Jarecki nie zmusza.



W czwartek Jarecka poprosiła Jareckiego, żeby kupił jej krótkie szpilki, bo się skończyły a do prac z włóczką i  styrodurem są niezbędnie potrzebne.
- Ale to nie po drodze! - zdziwił się Jarecki.
W sobotę poprosiła o mascarpone i kremówkę.
- A gdzie ja ci znajdę u nas na wsi mascarpone?
Sobotnie popołudnie upłynęło Jareckiej na rozmyślaniach, jak wyglądałoby życie jej rodziny, gdyby udawała się tylko tam, gdzie ma po drodze a wszystkie sprawunki załatwiała "u nas na wsi". 
Wieczorem skończyło się masło.
- Wyjąłem kaszankę na jutro na śniadanie - oznajmił Jarecki, Król Zaradności.
- Ale chleb już wyszedł.

W niedzielę rano Jarecka, Królowa Zaradności postanowiła ugotować na śniadanie kluski lane na mleku.
Niestety, mąka też wyszła.
- No dobra - burknął Jarecki - pojadę coś kupić.
Wrócił bez masła, co niektórych doprowadziło do cichej rozpaczy.
Dwójka wygłosiła obszerny referat o zaletach majonezu w miejsce masła, na co JP natychmiast podjął polemikę, że co ma masło do majonezu, gdzie w maśle jajka i w tej sprawie wygłosił nie mniej płomienną orację. Trójka, która nie lubi ani masła, ani majonezu, ani żółtego sera, ani kaszanki żuła chleb, bo nie chciało jej się kopsnąć do garażu po dżem (lecz bardzo możliwe, że o tej porze roku już go tam nie ma...).
XXI wiek, Europa, sklepy pełne zwierza, złoty wiek pięćset plus, chrześcijański dom, oktawa Wielkanocy, niedziela miłosierdzia i dziecko jedzące na śniadanie suchy chleb. Nie mają chleba niech jedzą ciastka! - zakrzyknie jakaś Maria Antonina. Ciasta też nie było, choć gotowe blaty do tortu a la Luba leżały w spiżarni - bo rzeczywiście na wsi nie mieli mascarpone.


Nie wiadomo, ile potrwa jeszcze reanimacja rumaka.
Może dzień, może dwa.



A puenta jest taka, że od tych motocrossów na Sakramencko Strasznych Wertepach niektórym się w d... poprzewracało, nie? Chlebek w ząbki kłuje, patrzcie ich!






*Tak, na Zadniej Górze jest lotnisko! Stawiają na nim centrum handlowe, czemu by nie.
**To się nawet rymuje z "automoto"


2.02.2017

"Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy teeeen...."

Zaprawdę, zaprawdę.
Jak głęboka mądrość płynie z bajek!
Te sierotki, co litościwie oczyszczają napotkane jabłonki, ci Najmłodsi Bracia, co pakują w kabzy wszystkie napotkane artefakty!
Wniosek, że WSZYSTKO PRZYDASIĘ to tylko część pojemnej prawdy, a fakt, iż na te słowa do głowy przychodzą kamizelki z karakułów <O takie> i łabędzie ogrodowe z opon trywializuje temat i wstrzymuje człowieka poszukującego w drodze do głębin sensu. Gdyż naprawdę, WSZYSTKO  się może przydać.

Weźmy takiego Jareckiego.
Ach, pobaw się z nimi w coś mądrego, w planszówkę pograj, w zacne szachy! - prosi Jarecka.
A Jarecki do parteru, łapie któreś dziecko za nogi i ryczy: uwolnij się! Albo wierzga spod stery dzieci: trzymajcie mnie, trzymajcie!!! Dziatwa wyje z radości, piszczy, uwalnia się z uścisku, by następnie niby to przypadkiem dać się złapać znów temu potworowi z bagien, ratuj, mamo, ratuj! - wołają zachwyceni.
Jarecka ucieka, byle daleko od euforycznego kwiku.
Ponieważ bardzo podobnie bawi się z wnuczętami Tata Jarecki, Jarecka nadała tej zabawie miano "Jareckich przewalanek" i nazwa ta się przyjęła; przez jednych wymawiana jest z nabożeństwem, przez innych z irytacją.



Ale oto niedziela wieczór i skrzynka mejlowa w dzienniku elektronicznym zaczyna się zapychać. Wśród sterty arcyważnych napomnień i informacji - tu wycieczka, zebranko, tu bal karnawałowy -  mistrzostwa szkoły w grapplingu, proszę wyrazić zgodę. Podpisano: Muhamad Kotleta, wuefmen.
- Jarecki - pyta Jarecka - co to takiego ten grappling?
- Zdaje się, że jakiś rodzaj sztuki walki, ni to zapasy, ni dżudo... - improwizował Jarecki dedukując naprędce, czym też magister Kotleta mógłby poić dzieci na zajęciach.
Gdyż Pan Muhamad jest zawodnikiem MMA.
Słynny w jutubach jako uczestnik najkrótszego pojedynku.
Nieee, to nie on położył rywala. Nie jemu podniesiono rękę po ultrakrótkiej rundzie. Jemu podniesiono powiekę.

Ale mniejsza o Kotletę.

W środę po południu Jarecka wkroczyła na salę gimnastyczną. Zawody trwały już trzecią godzinę, oczy łzawiły od wyziewów młodzieńczych pach a Jaśnie Panicz, który niby spod ziemi wyrósł przed swoją matką doniósł, że akuratnie zaraz zacznie się finałowa rozgrywka z udziałem Dwójki.
Mrużąc oczy w wiszącym smogu Jarecka przedarła się przez woniejące złogi (maluchy za nią unosiły się na kilwaterze), odepchnęła rozjuszoną matkę niejakiej Debory, którą Dwójka zmiotła w eliminacjach i dopadła maty.
Na macie - Dwójka i jej koleżanka Elwira.
Pan Muhamad dał znak i walka finałowa się rozpoczęła.

I wtedy.
Wtedy, zdumionym oczom Jareckiej ukazał się jakże znajomy widok.
JARECKIE PRZEWALANKI!
Jarecka przecierała oczy - tak, od smogu też, ale i ze zdziwienia.
Jarecki, który natenczas siedział w pracy kilkadziesiąt kilometrów od Zaogonia, nie miał pojęcia, że w jednej chwili z pozycji leniwego ojca, który skąpi dzieciom intelektualnych rozrywek awansował na trenera grapplingu, w dodatku - trenera mistrzyni!
Czemu Jarecka nie zdziwiła się nic a nic, bo trening czyni mistrza, wiadomo.
I przeżyła chwilę osobistej satysfakcji widząc Dwójkę na szczycie podium -

- w jednej skarpetce czarnej a drugiej różowej.



PS. JP również odniósł sukces; zajął trzecie miejsce pokonując w walce o brąz swojego prześladowcę w jedyne 15 sekund. Kadra trenerska w składzie Tata Jarecki i Jarecki zwiera szyki przed następnym sezonem.
Ratuj się kto może.




12.01.2017

Ania z Zadniej Góry

Wieczorami w Deszczowym Domu czyta się Anię z Zielonego Wzgórza.
Właściwie to już Anię z Avonlea, a to trudniejsza lektura i Jarecka raz po raz musi się wpuszczać w gąszcz wyjaśnień, na przykład dlaczego niejaki Parker powinien się wstydzić swojej gotowości do przehandlowania głosu wyborczego. Jeszcze trudniej wytłumaczyć, dlaczego niebieski Dom Ludowy jest gorszy od zielonego.
Emocje jednak nie słabną i "wieczory z Anią" w sypialni Jareckich oczekiwane są z entuzjazmem.
Po przeczytaniu dwóch, trzech rozdziałów Jarecka odprawia córki (no cześć pa, kochane, idźcie spać, dobranoc. Idźcie spać. No pa. Dobranoc. Paaa! Idźcie spać!! SPAĆ!!!) a sama brnie na wyrywki naprzód, po kilka stron przez strony, rozdziały i tomy.
Kiedyś czytała o Ani jak o rówieśnicy, potem jak o zabawnym dzieciaku...

WTEM!

Ania ze Złotego Brzegu, ostatnie trzy rozdziały.
Ania Blythe jest żoną Gilberta od piętnastu lat, matką sześciorga dzieci żyjących i jednego Niebianina, co naszą Jarecką ustawia TUŻ ale jednak ZA Anią, ze stażem małżeńskim o rok krótszym i w plecy o jedno całe żywe dziecko.
Reszta właściwie się zgadza. Ania przegląda się w lustrze; no niby jeszcze podbródek jako tako, nos okej, włosy eeech lepsze nie będą, idźmy dalej, ale ten Gilbert to już wcale na mnie nie zwraca uwagi a ja już tak się w tym domu zakopałam, że w sumie mu się nie dziwię, buuu.
Gilbert popełnia przestępstwo za przestępstwem bo najpierw zapomina o rocznicy ślubu a potem przyjmuje zaproszenie na przyjęcie, na którym będzie obecna jego była sympatia, i nie tylko przyjmuje, ale jedzie tam z Anią i jest miły dla tej Krystyny, która jest piękna, elegancka i zawodowo aktywna, czyli wszystkim Aniom na sali nóż w serce.
Najlepsze zostaje na koniec, to znaczy rozmowa Blythe'ów w sypialni, po powrocie z kolacji.
(Lecz co się tam dzieje w tle tej rozmowy - oto pole dla imaginacji! Małżonkowie gadają jak najęci a tu albo nie wiedzieć czemu spada na podłogę wisiorek - prezent na rocznicę, o której Gilbert jednak pamiętał! - albo Ania ni z gruchy ni z pietruchy wzdycha: "Ach, Gilbercie, żeby ta chwila trwała wiecznie!" A to Gilbert niby od czapy cytuje z Biblii zdanie o dobrej żonie, która całe życie robi mężowi idobrze a nie źle - Jarecka zaś wachluje wypieki zakładką chociaż uważa, że aż tyle pytlować w łóżku chyba niepodobna)
Te komplementy, takie w punkt i sama słodycz:
Gilbert: Aniu, Krystyna jest w twoim wieku a wygląda dużo starzej!
Ania: Gilbercie, dr Iks jest chudy jak szczapa, dr Igrek tłusty jak pączek, W PORÓWNANIU Z NIMI jesteś taki przystojny!
I jest radość, i pojednanie, nieporozumienia wyjaśnione, i spadają brylantowe wisiorki.


***


Cóż, późna pora, idźmyż do sypialni pogadać.
Brylantów nie będzie, bo do rocznicy jeszcze kilka miesięcy - ale przynajmniej wiadomo jak się odezwać!




17.12.2016

Kartki z kalendarza, adwentowego.



14 grudnia, godz. 15.00
Jasełka u Piątka
O znienawidzona, rokroczna torturo!
W gąszczu tabletów, telefonów i innych nagrywarek, pośród uszminkowanych ust matek i babek, w nerwowej atmosferze. Dzieci pobudzone, rodzice stłoczeni, panie zmęczone.
Morale Piątka-baranka padło na widok Jareckiej, która torując sobie drogę maczetą, dobrnęła do syna z czystą koszulą. Na szczęście rola czarnego barana sprowadzała się do jakiegoś: "zapraszamy na jasełka", które Piątek wyrecytował automatycznie nie wypuszczając z objęć swojej matki, i już można było udać się na tyły sali, gdzie wypadało zaczekać jeszcze na prezenty i uf.
Odfajkowane.

14 grudnia, godz. 16.00
Jasełka u Czwórki.
O znienawidzona, rokroczna torturo!
Ponieważ Jarecka przybyła na ten spektakl wprost z piętra wyżej, ergo - wcześniej niż inni - zajęła sobie miejsce w pierwszym rzędzie, za plecami (i jeszcze niżej) mając tablety, telefony i inne nagrywarki.
Zmęczony baran usnął na kolanach Jareckiej i jej samej niewiele brakowało, żeby pójść w jego ślady.
No ale już, prezenty rozdane, odfajkowane.

14 grudnia (rok ciągle ten sam, 2016), godz. 18.00
Zebranie w gimnazjum.
Lista mailowa do rodziców uzupełniona, składka klasowa ściągnięta.
- Drodzy państwo - rzecze młodziutka wychowawczyni - właśnie zdałam sobie sprawę, że u progu liceum nasze dzieci spotkają się z młodszym rocznikiem, który charakteryzuje liczebność (wyż demograficzny) i niepospolita ambicja. Na dzień dzisiejszy szanse na dostanie się do liceum daję najwyżej jednej trzeciej klasy.
Borze sosnowy, czyli pięciu osobom.
Jarecka znów poczuła ten odpływ energii, co na pierwszym zebraniu, kiedy wyszło na jaw, że na szesnaście osób dziesięcioro ma orzeczenie o różnych poznawczych dysfunkcjach. W torbie zmaterializował się ten sam co wtedy bacik; a masz, ty leniwa matko, nie chciało się dziecka wozić do lepszej szkoły, nie chciało się wchodzić w całkiem nowe środowisko, zaprzepaścisz ty ten talent, a masz! - nie masz tu dla niego rywala, motywacji, pójdzie do branżówki razem z kolegami.

14 grudnia, 18.30
Zebranie u Dwójki.
- Skoro panie nie mogą sobie poradzić z naszą klasą, mamy pomysł! Podzielmy ją! Wszak pierwsze klasy są dwie, choć cały rocznik liczy dokładnie tyle, co nasza klasa. Napiszmy petycję do wójta, kto jest za?
- Ale w pierwszej klasie jest dziecko sołtysa - zauważył ktoś przytomnie.
A potem już było jak zwykle, czyli czemu pani tyle krzyczy i tak narzeka i tyle zadaje, jak dzieci żle się uczą to nie wymagajmy od nich tyle, noooo!


Wieczorem Jareccy musieli napić się tego napoju, który powiększył Alicję z Krainy Czarów, cudem się to udało, bo już ledwo dosięgali blatu.




15 grudnia, godz.18.00
Koncert w Gminnym Ośrodku Kultury.
Wśród artystów - Trójka, która w tym roku pobiera lekcje śpiewu.
Sala zatłoczona, tablety, telefony i inne narzędzia nagrywające plus Jaśnie Panicz w roli fotoreportera; w tym roku pobiera nauki w dziedzinie fotografii, przyszedł na koncert wprost ze swoich zajęć piętro wyżej.
Trójka i jej koleżanki wyglądały olśniewająco (czemu Czwórka, zajęta przy bufecie na tyłach sali, musi uwierzyć na słowo). I znów Jarecka nie mogła się nadziwić, że jej córka ma urodę tak oryginalną, że drugiego takiego dziecka nie ma na świecie. No, chyba, że gdzieś tam na Karaibach.
Sami zobaczcie.



16 grudnia, godz.10.00
Śniadanie.
Piżamy.
Piątek miał w nocy gorączkę.
Jaśnie Panicz, nawet jeśli pójdzie do branżówki, może zrobić karierę kucharza.
Sikorki buszują w karmniku.
Wszystko powraca do właściwych rozmiarów.






Czego i Wam życzę :)


25.11.2016

Surrealizm magiczny czyli Jarecki jako płonąca żyrafa i Jarecka jako twoja stara


Ileż to razy po zebraniu rodziców Jarecka zasiadała do pamiętniczka, żeby utrwalić te niewiarygodne wrażenia!

Tyleż razy zamykała go z hukiem i konstatacją, że nie udźwignie ciężaru tego absurdu.
Zebrania rodziców w szkole są jak obrazy Fridy Kahlo. I straszno, i nieprawdopodobnie, i w jaskrawych kolorach. Zwolennicy krojonych jabłek kłócą się z frakcją "jabłka tylko w całości", miłośnicy kompotu dają po łbie propagatorom picia wody, przy czym sprawy wychowania zasadniczo omijane są szerokim łukiem. Bo tu już trudno mówić o frakcjach i stronnictwach, tu każdy z osobna wie najlepiej.

Jarecki z początkiem roku (dla zdrowotności) uroczyście ślubował odstawienie wszelkiej okołoszkolnej działalności; postanowienia trzymał się wiernie aż do końca listopada, kiedy to wychowawczynie zasypały Jareckich zaproszeniami. Dwa były nienachalne, trzecie wprost przeciwnie.
Ponieważ za sprawą diabelskiego wynalazku, jakim jest dziennik elektroniczny Jarecka dzień w dzień katowana jest mailami typu: "klasa zachowuje się skandalicznie, proszę wyciągnąć konsekwencje" - ciekawa sposobu, w jaki mogłaby zdyscyplinować całą klasę naraz, delegowała po tę wiedzę Jareckiego.
Na zebraniu czwartej klasy frekwencja jak zwykle była niemal stuprocentowa.
Pani wychowawczyni z miejsca chlusnęła żalem: że dzieci takie nieposłuszne, głośne, że ciągle tylko o grach komputerowych, biegają, biorą się za łby, itp.
Rodzice swoje: a dlaczego panie tyle krzyczą na niebożęta, dlaczego tyle zadają do domu, dlaczego robią trudne sprawdziany, odpytują, itp. Wszak te nasze dzieci do 22 siedzą nad lekcjami, kiedyż się bawić i kiedyż grać na komputerze, jak tu pani imputuje.
Pani dalej; że dzieciom już nie wystarczy obrażanie siebie nawzajem, że sięgają po cięższy kaliber i obelgi z gatunku "twoja stara".
- Zgadza się - potwierdziła mama Władka - koledzy powiedzieli Władziowi, że jestem Angry Birdsem.
Rodzice zamarli (możliwe, że namysł dotyczył tego, którym konkretnie).
- I że tylko chodzę do fryzjera, farbuję włosy i siedzę w domu.
Znów pełna zakłopotania pauza.
- Nooo - zaczęła niepewnie jedna z mam - ale tego to już chyba chłopcy sami nie wymyślili. Musieli to chyba usłyszeć w swoim domu...




Wystarczy, więcej pamiętniczek nie wytrzyma.
Warto tylko dodać, że w tej grupie rodziców Jarecki jest już spalony gdyż się wypowiedział.
Jarecka, wychodzi na to, była już wcześniej, bo skoro mamie Władka tak się po domach dostaje, to uuu...


A zatem Jarecka zamaszyście zatrzaskuje pamiętniczek i oddala się by czesać włosy, malować pazury i SIEDZIEĆ.


Krztusząc się z uciechy.

11.10.2016

Deszcz


Jesień weszła w tę fazę, kiedy człowiek przygląda się podejrzliwie drzewom, czy aby nie wypłyną zza nich ryby.



Trójka skończyła osiem lat i jak zwykle przy takich okazjach, Jarecka dobyła biczyka na swój grzbiet.
(Nie było łatwo namierzyć go po przeprowadzce!)

A że to wszystko mea, mea, mea maxima.
Że to dziecko tak śliczne, bystre, dokładne, solidne, sumienne, rzetelne, ach, dlaczegóż ono ma taki ciasno spleciony warkoczyk, a te bluzeczki, czemuż tak samo białe przez trzy dni z rzędu?
To moje (pac) moje (pac) geny, że przy tym wszystkim ciągle jakaś z siebie nie dumna i ciągle spuszczona ta głowa w splotach, z których kosmyki nie uciekają nawet po całym dniu.
A na koniec jeszcze w schedzie po mamusi dostanie ten biczyk (pac), którym się będzie smagać do znudzenia, a czemu nie jestem lepsza, inna, czemu nie jestem dużą blondynką, do ciężkiej cholery.






27.09.2016

Bezradność w ogrodzie

Każdego dnia, w tej krótkiej chwili pomiędzy odłożeniem książki a zaśnięciem Jarecka łyka gorzką myśl, że oto dobiegł nieodwracalnego końca dzień, w którym zamieniała z dziećmi zdania w locie, zdania przeźroczyste i bez smaku - czy umyłaś zęby, czy masz jutro wuef - rozmowy pozbawione spotkania.
A teraz już jest noc, rano będzie rano a potem znowu ta pigułka refleksji przed snem i znowu noc.

...


Na fali tęsknoty za czasem spędzonym z dziećmi, a może nękana wyrzutem sumienia, Jarecka zwołała swoją brygadę w sobotni poranek. Przyniosła z garażu trochę narzędzi, koszyk pełen kwiatowych cebul i drogie dzieci będziemy sadzić kwiatki na wiosnę. Dziatwa rzuciła się przebierać w kolorach i fasonach kwiecia! Piątek ochoczo odrywał z torebek etykiety, co wkrótce jednak zostało zauważone i jako tako naprawione, choć (zdradzi Profetyczny Narrator) identyfikacja cebuli ze zdjęciem stosownego kwiatka nie na wiele się przydała.
Ochoczy odrywacz oddalił się z głośnym protestem.
Jarecka tymczasem za plecami mając córki układające tulipany in spe w tęczę, jęła czynić sobie grządkę. Chichocząc szyderczo wykopała dwa krzaczyska kujoków-kolcoków znanych jako jałowiec płożący, które przez szybę okienną kłuły ją w oczy od zarania. Podczas tej oczyszczającej czynności przybiegł Piątek i zażądał prawa do partycypacji oraz rękawic, koniecznie tych, które ma na rękach Jarecka.
- Masz tu synu jedną rękawicę, małą łopatkę i pokażę ci, gdzie kopać dołki - zachęcała Jarecka ale partycypant oddalił się z głośnym protestem.
Czwórka dzierżąc w dłoniach sekator pytała, co może obciąć.
Zza rogu wychynął Piątek i też chciał obcinać.
- Weź rowerek - radziła córce na ucho Jarecka, bardzo przebiegle! - on będzie chciał, ty mu oddasz i znowu weźmiesz sekator.
Piątek odjechał na rowerku, a Jarecka przystąpiła do kopania dołków.
Czwórka do obcinania.
Świat oniemieje wiosną na widok tych rabatek, gdyż co tam wylądowało w ziemi, trudno zgadnąć. W powietrzu latały cebule i cebulki, którym Jarecka nie nadążała wiercić dziur w brzuchu Ziemi, oprócz nich fruwały inwektywy, to moje, oddaj, pierwsza to wzięłam, pierwsza to zobaczyłam, daj mi ten sekator, daj mi te grabie, daj mi te rękawice!
Na to wrócił Piątek na swoim wehikule, zmiarkował, że coś go ominęło i zażądał ekshumacji.
Wobec odmowy oddalił się z głośnym protestem.
Brnąc na skróty do końca tego ogrodniczego horroru Jarecka pośpiesznie zarządziła podlewanie. Dwójka odkręciła kran, woda chlusnęła z węża, Czwórka, przestraszona nagłym szarpnięciem szlaucha, wrzuciła go do garażu wprost na kosiarkę, Piątek wrzeszczał, że on chce!! - Jarecka wrzasnęła dosyć, do jasnej anielki, do domu, wszyscy, myć się i przebierać.

Gdyż, wyjaśni Wszechwiedzący Narrator, Jareccy proszeni byli na ślub.

Ślub na Starym Mieście, czyli będzie spacer, a że w stolicy Szalone Dni Muzyki, będzie jakiś koncert - tu Jaśnie Panicz wzniósł oczy ku niebu a oczęta wezbrały łzami, bo kurdeeee, koncert, koncert jest nudny! - wszelako siostry wykonały operacje pamięciowe i trafiły na następującą ścieżkę skojarzeń: koncert - pizza! - zbieranie kasztanów. Ale zanim przyjdzie pora na te przyjemności (konkretnie pizzę) Jaśnie Panicz znów załka, bo trzeba ubrać koszulę, o nie, bez sensu, muszę? - i kurde po co.
Na szczęście dziewczęta bez protestów a nawet z entuzjazmem utrefiły loki, naciągnęły najbielsze rajty, najsztywniejsze płaszczyki i najróżowsze futerka oraz lakierki -
- aż Jarecka po ceremonii zażyczyła sobie zdjęcia z kompletem przychówku, bo po pierwsze stwierdziła, że takich zdjęć wbrew pozorom nie ma wiele, a po drugie zrobiła sobie smokey eye i szkoda by tego nie uwiecznić.
Na szóstym zdjęciu udało się zebrać wszystkich. Na dziewiątym skłonić wszystkich do patrzenia w obiektyw - do przybrania zadowolonej miny już nie. Makijaż Jareckiej wyszedł dobrze, bo akurat zamknęła oczy.

Trudno uwierzyć, że wieczorem wszyscy byli zadowoleni, nawet Jaśnie Panicz.
Także Piątek, który aż do Jesieni (Vivaldiego) siedział jak zaklęty pod sceną. Dopiero gdy dyrygent zapowiedział, że oto winter is coming zdecydował się powędrować do Jareckiej, żeby na oczach tłumów odtańczyć szaleńczy zimowy taniec.

...


W ogrodzie na Zadniej Górze cebulki już zakopane, przykryte świeżą ziemią, i co dalej? Co się robi z różami? Tnie, chochoły stawia? A te nieboraki azalie, a jabłoneczki?

Po udanym dniu z dziećmi ile razy będzie można zasnąć bez wyrzutów?

Jak się szykuje ogród do zimy?
A dzieci do bycia szczęśliwymi?

5.09.2016

Powtórka z logiki



Piątek wraca z przedszkola.
- Co było na obiad? - pyta Jarecka. Nie żeby była ciekawa, albo żeby nie mogła sobie przeczytać menu w korytarzu, albo żeby Czwórka nie mogła jej powiedzieć; ot, chce sprawdzić, czy na emocjonalnym haju Piątek jest w stanie wykonać jakąś sensowną myślową operację.
- Zupa.
- A na drugie danie?
- Śniadanie.
- A na Śniadanie?
- Obiad.

...

Podwieczorek w domu. Jarecka kroi jabłka; znikają spod jej ręki w błyskawicznym tempie.
- Przynieście jeszcze.
Czwórka biegnie do kuchni, po chwili wraca szczerząc się chytrze.
- Przyniosłam dwa, żeby było więcej. Chciałam przynieść trzy ale były tylko cztery.

22.08.2016

Bolesne prawdy



Tytułem wstępu:
Zepsuł się rozrusznik w samochodzie, Jarecki odpalił silnik przy pomocy grabi i odprowadził narowistą maszynę do Ryżego Mechanika. Ryży, jak to Ryży, medytował nad rozrusznikiem kilka dni a po kolejnych kilku dniach samochód znów nie ruszył z miejsca. Jarecki znów dobył narzędzia ogrodowego, pouczył Jarecką "jak to się robi" i... zasobni w tę wiedzę, Czytelnicy proszeni są dalej, do lektury notki właściwej, której tematem nie będzie wbrew pozorom motoryzacja.


- Jasny Panie, jedź ze mną do sklepu. Nie chcę gasić silnika pod sklepem, więc musisz jechać ze mną.
Jaśnie Panicz posłusznie zasiadł w fotelu pasażera jako opiekun młodszego rodzeństwa i nadzorca urządzeń mechanicznych. Ruszyli, tym razem bez grabi.
Jarecka zatrzymała się pod sklepem Nowaków i od razu przekręciła kluczyk w stacyjce.
 - Kwa! - zaklęła - miałam nie gasić!
I znów obrót kluczyka, silnik odpalił.
- A zresztą ja nawet nie do tego sklepu chciałam - burknęła i ruszyła w dalszą drogę.
Jaśnie Panicz prychnął pod nosem.
- Ale co, synu? Przynajmniej się ze mną nie nudzisz. Chciałbyś mieć nudną matkę? Ze mną przynajmniej masz życie pełne niespodzianek. Żebym tylko teraz odruchowo nie wyłączyła silnika, bo to było odruchowo, wiesz, jaka to siła, te odruchy? Teraz będę sobie powtarzała: nie gasić, nie gasić, nie gasić, i tak aż do sklepu. Nie gasić,, nie gasić.
- Ale to bez sensu - jęknął Jaśnie Panicz - przecież to jasne, że i tak zgasisz.

Na własnej piersi.


***


Jaśnie Panicz twierdzi, że raz po raz zatrzymuje się czas.
My o tym nie wiemy, bo przecież on się zatrzymuje dla wszystkich, i wszyscy po takim postoju ruszamy na trzy cztery.
Tym razem chyba coś poszło nie tak, bo dekoracje i kostiumy podstępnie poszły naprzód. Pewnego letniego dnia Jarecka zauważyła, że jakoś dziwnie szybko siwa ścieżka na jej przedziałku zrobiła się szersza, trawa w ogrodzie nad podziw wybujała a za płotem, w olchach, klaskają już pojedyncze czerwone listeczki.


***


Deszczowy Dom, ranek.
- Jesteś zmęczona, wyglądasz na zmęczoną - zauważył Jarecki.
Doprawdy, jaka szkoda, że gdy mąż okazał się tak rozczulająco troskliwy, trzeba mu powiedzieć prawdę.
- Po prostu zmyłam makijaż.


4.07.2016

Wakacje, wakacje i po wakacjach


Dla niektórych, na przykład dla Jareckich, już po wakacjach.
Tyle rzeczy wydarzyło się tamtego czasu, że można by o nich zapomnieć.
Na szczęście kronikarz zawsze na posterunku.

Proszsz Państwa. Oto dziennik wakacyjnej (majowej) podróży Jareckich, na razie bez zdjęć, czyli w stanie idealnym do prezentacji w sieci.
Rysunki: Czwórka, z drobnym wsparciem mamy i sióstr.





Jazda tunelami zawsze robi wrażenie


 Ten blady rysunek jest tak blady, jak jego autorka w chwili, gdy go rysowała, po trzech godzinach niespokojnego snu. Zaraz po przyjeździe na kemping, po kilkunastogodzinnej podróży, Trójka i Piątek zaczęli wymiotować. Ale jak! Państwo nie widzieli takich dwumetrowych pawi.
Pierwszym miejscem, jakie Jarecki zwiedził na toskańskiej ziemi była pralnia, gdzie trzeba było wyprać całą przywiezioną z domu pościel.
A ptaki tak pięknie śpiewały całą noc!


Po udrękach pierwszej nocy nastał zwykły wakacyjny dzień. Poniżej widzimy basen z wodotryskami a w nim szczęśliwą Czwórkę.




Wujek Fistaszko wypożyczył bajtlom rozkosznego gokarta.




A morze, jak to morze, też było.




Słońce też zachodziło.




Po kilku dniach Jareccy, wraz z Mireckimi i Fistaszkami (w sumie szesnaścioro dzieci), ruszyli w teren.
Co ciekawego oferuje miasteczko Piombino?
Oczywiście lody.



...i szaleńców.
 Na deptaku widziano nawet pewną Fridę ;)




A tu już Siena, którą Jareccy dopadli tuż przed zachodem słońca. Plażowe stroje prezentowały się nieco dziwnie na tle botków i pikowanych kurteczek autochtonów.





Co Czwórkę urzekło w Sienie? Ano pizza. Wszystkie ręce na pokład!




A otóż i Piza, przez jedno "z". Baptysterium oczami Trójki.




Uśmiechy na szczycie wieży dowodzą, ze Czwórka uważnie przestudiowała maszkarony zdobiące fasady.


Wszyscy przestudiowali je uważnie.





Florencję Jareccy zwiedzili z bliska, bardzo bliska. Najpierw zachwycili się panoramą sprzed kościoła San Miniato al Monte a potem Jarecka kazała ustawić nawigację na Piazza della Signoria.
Mówisz i masz. Było to niezwykłe doznanie znaleźć się na środku tego placu w wielkim samochodzie z bagażnikiem na dachu.
Jeszcze bardziej niezwykłym było wykaraskać się stamtąd. Cud, udało się.









28.04.2016

Obrazki ze szkicownika

Prokrastynatory* świata uległy poważnej awarii.
Tylko tak można wytłumaczyć dlaczego po domu Jareckiej pęta się młody człowiek mówiący"wciągać"zamiast "jeść", "wbijać" zamiast "przyjść" oraz drugi, po prostu mówiący (!).
To także wyjaśnia, dlaczego postać, jaką Jarecka ogląda w lustrze jest starsza od niej samej o ładnych parę lat.
Ta zmarszczka, która z lewej strony łagodnym łukiem omija kącik ust już nie znika.


***


No i od czegóż tu zacząć zapuszczoną kronikę, żeby ocalić od zapomnienia te obrazki nie tak ważne, by wklejać w rodzinny album, lecz dość kolorowe by ucieszyć oczy?

Na przykład taki obrazek, na którym Jarecka rozmawia z dyrektorką zaogońskiego przedszkola na chwilę przed tym, jak dozna rozdwojenia osobowości (Jarecka).
- To straszne - mówi dyrektorka - mam w tym roku tylko trzy miejsca. Rodzice zostawiają swoje sześciolatki w przedszkolu i tylko trzy, słownie TRZY miejsca mam dla nowych przedszkolaków. Piątek na pewno się załapie, wy jako rodzina wielodzietna...
Jarecka, do niedawna przeciwniczka posyłania trzylatków do koszar pozwala swoim poglądom swobodnie ewoluować ale przez jakieś sentymentalne przywiązanie, głęboko ukryty perfekcjonizm (przynajmniej w dziedzinie: macierzyństwo) czy zwykłą głupotę obnaża przy rozmówczyni swoją ambiwalencję.
- Ja właściwie nie jestem pewna, czy Piątkowi to potrzebne już-już... Ja i tak będę pracować w domu. Byłoby co prawda fantastycznie móc wykonywać pewne czynności bez Piątka na plecach/pod nogami/w kontrze, ale gdyby jakaś samotna matka, ktoś, kto bardziej tego miejsca potrzebuje... - rozpędzała się Jarecka na fali własnej fajności, że bodaj łzy wzruszenia napłynęły rozmówczyniom do oczu.
Nieszczęsna!
Kilka dni później, gdy Jarecka szła przedszkolnym korytarzem, drzwi sali jakichś tam wiewiórek uchyliły się i czyjaś ręka wciągnęła Jarecką do środka.
- Widziała pani, a? - cedziła pani od wiewiórek - nie przyjęła Piątka. Dostaliście miejsce, byłam w komisji to wiem, ale dyrektor powiedziała, że wam nie zależy. Pani sobie nie da! Należy wam się! Po co ma to miejsce dostać ktoś tam.. ja już wiem, kto. Pani się nie zgodzi!

Rzeczywiście, na liście przyjętych Piątek znalazł się tuż pod kreską, na pierwszym miejscu listy rezerwowej.

Jarecka wyszła z przedszkola nieco rozwarstwiona. Pierwsza warstwa ze szlachetnej materii utkana mówiła: ach, to znak od niebios, że jeszcze nie pora. Może rzeczywiście ktoś bardziej potrzebuje, może to dla Piątka lepiej jeszcze pospać dłużej w domu. Zresztą, może szybko jakiś elew się wykruszy i wtedy hop, Piątek wskoczy z listy rezerwowej, gdy pierwsza fala wrześniowych łez niewiniątek już spłynie do Wisły?
Ale druga warstwa, ze słomy, szeptała: jaki znak od niebios, co to za dyrdymały? Raz w życiu coś ci się NALEŻY Jarecka i dasz się tak wyrychtować? Odwołanie pisz frajerko! Że co, że będziesz Piątka uczyć w domu literek i piosenek o angielsku? Żartujesz? A kto będzie zasuwał z odkurzaczem po tych metrach kwadratowych? I jakie: pośpi dłużej? I tak przecież musisz go zwlec z łóżka, żeby odwieźć do szkoły resztę ferajny!

- No i co zrobimy Jarecki?
- Nic. I tak ktoś z tej listy odpadnie, szkoda robić dym (skoroś sama temu winna - tego litościwie nie dodał). Będziemy się martwić we wrześniu.
Pokrzepiona spokojem męża Jarecka szlachetnie nie robiła nic.
Do czasu, gdy sprzedawczyni w zaogońskim sklepie nie pochyliła się ku niej mrucząc: - Jak to tak? Widziałam, że nie dostaliście miejsca w przedszkolu? Przecież wam się NALEŻY!
I Jarecka już już rozwarła usta, by jakoś się bronić, gdy ekspedientka wysyczała:
- Ja bym sobie tak nie dała.
I Jarecka połknęła to, co chciała powiedzieć, i wyszła ze sklepu z mocnym postanowieniem napisania odwołania od decyzji komisji rekrutacyjnej, no bo co w końcu, kurczę blade!

Zanim napisała spotkała jednak znajomą mamę, która  zgodziła się, że to dobry pomysł, żeby Piątek nie zaczynał przedszkolnej kariery już od września.
Ale potem woźny szkolny zastąpił jej drogę ze słowami: jakże to, pani sobie nie da, NALEŻY wam się!
I Jarecka podniosła z ziemi ten brudnopis odwołania, co już go zmięła i rzuciła do kosza (nie trafiła), wygładziła na kolanie i obiecała sobie dokończyć.

I tak w koło Macieju

Aż zadzwoniła pani dyrektor i powiedziała, że jedna osoba nie podpisała deklaracji woli i na to miejsce wskakuje Piątek. Oraz najserdeczniej dziękuje Jareckiej za wyrozumiałość.


***


Albo taki obrazek, na którym Jareccy szybkim krokiem przemierzają najmroczniejszą z dzielnic Metropolii, bo oto znajomy muzyk zaprosił ich na koncert.

Ale o tym innym razem.


C.D.N.




*Zasadę działania tych urządzeń do dystrybucji czasu przybliża Terry Pratchett w Złodzieju Czasu.

15.01.2016

We can do it!

Rok pański 2016 zastał Jarecką w fotelu pasażera, w głębokiej awersji do czynności kuchennych.


Zaczęło się tak: Jarecka spojrzała w głąb siebie jak w studnię, krzyknęła HOP HOP a echo odpowiedziało jej: no weź, Jarecka, przecież ty naprawdę, ale to naprawdę, nie masz ochoty wyjeżdżać na święta.
Najbliższa z punktu widzenia topografii rodzina Jareckich zdecydowana była obrać świąteczny kurs w rodzinne strony, stało się więc jasne, że Jareccy spędzą Wigilię sami, w swoim skromnym, siedmioosobowym gronie.
Dziatwa uderzyła w płacz; Dziadkowie! Kuzyni! WIĘCEJ prezentów!
Jarecka nie ugięła się pod naciskiem, na drugiej szali zaległo bowiem: pakowanie, pakowanie oraz planowanie, które jest niebywale męczące (choć nie aż tak, jak brak planów).

Wkrótce samochód dowiódł słuszności hegemonicznej decyzji Jareckiej psując się porządnie już w wigilijny wieczór. Natychmiast po świętach został odstawiony do najbliższego mechanika, tego, który "ma czysto"(widział kto kiedy czysty warsztat samochodowy? Jest taki, na Zaogoniu).

A skoro mowa o porządku, w toku przedświątecznych przygotowań - na które można by machnąć ręką w przypadku wyjazdu do Dziadków - Jarecka poczyniła pewne przykre spostrzeżenia i powzięła środki zaradcze.
- Jarecki! - oznajmiła - jest taki problem. Poważny, toteż oczekuję od ciebie konkretnych propozycji, nie frazesów typu "jakoś to zorganizujemy". Tu potrzeba systemowych rozwiązań!
Tu zawiesiła głos i gdy już dostatecznie zaciekawiła Jareckiego, przystąpiła do rzeczy:
- Nie radzimy sobie ze sprzątaniem. Mnie całe dnie upływają na wożeniu dzieci do szkół i nazad, gotowaniu, odgrzewaniu (tu nastąpiła drobiazgowa i w istocie oszałamiająca lista zająć, której stopnia trudności i tak nie ogarnie ten, kto nie zna Piątka) a ty przeważnie jesteś w pracy. Owszem, w ciągu dnia miewam czas na odpoczynek. Ale przecież nie mogę go poświęcić na pucowanie wanny, bo kiedyś MUSZĘ odpoczywać!
Jarecki się zgodził, musi.
- Szorowałam dziś szczotką kąty w łazience, na kolanach, i zobaczyłam co się dzieje pod umywalką - kontynuowała dramatycznie Jarecka - tak być nie może. Albo umawiamy kogoś do sprzątania albo wyznaczamy sobie jeden cały dzień raz na jakiś czas i wtedy jedno z nas musi zabrać gdzieś dzieci na cały dzień a drugie cały ten dzień sprzątać (tu Jarecka popadła w głęboki namysł, co tak naprawdę wolałaby robić i rozpaczliwy jęk rozdarł jej trzewia).
- Dobrze - odparł dzielnie Jarecki najwidoczniej rozdarty wewnętrznie tym samym spazmem - wkrótce coś postanowimy.

W przeddzień Sylwestra właściciel czystego warsztatu, schludny czterdziestolatek w firanki czesany doniósł, że owszem, usunął skutek, lecz przyczyny usunąć nie da rady i Jarecki, dziwnie czemuś smutny, odstawił samochód do najpierwszego speca, Ryżego Mechanika z Przedmieścia, tego samego, który w piegowatej dłoni wciąż dzierży 250 zł Jareckich.
Znaczyło to ni mniej ni więcej, że to Jarecki będzie pełnił funkcję sylwestrowego szofera, gdyż Jarecka zapomniała już, jak prowadzi się samochód z manualną skrzynią biegów, a w taką właśnie zasobny jest służbowy wóz Jareckiego.
A zatem, tak, Jarecki nie wypije ani drinka-drineczka z kolegą Lekarzem i kolegą Lekarza, lekarzem.
Oraz z Jarecką i żonami lekarzy, dodajmy.

I oto widzimy Jareckiego w wesołej kompanii jak grzebie widelcem w talerzu pełnym specyjałów, popija colą i zerka na zegar.

...

Tymczasem ferie świąteczne dobiegły końca i brak samochodu zaczął Jareckiej mocno doskwierać. Pospolite punkty dnia codziennego, jak zakupy w Biedronce czy kurs na pocztę - nie mówiąc o zwykłej logistycznej obsłudze uczniów! - znalazły się poza jej zasięgiem.
Ponadto w dalszym ciągu trzymała Jarecką w czułym uścisku niechęć do przygotowywania posiłków, co miało oczywiście związek z nadużyciem tych funkcji w okresie przedświątecznym. Co - powtórzmy - nie miałoby miejsca, gdyby Jareccy, jak co roku, spędzili święta w szerszym rodzinnym gronie.

Lecz czym byłby człowiek bez żelaznej woli, która za nic ma okoliczności!
Czegóż człowiek nie dokona, gdy się, zaweźmie, napnie jak te rzeźby na MDM-ie, natęży jak murarz co podaje cegłę? Gdy zaplanuje, gdy MUSI?

- Zaraz wracam - rzucił Jarecki wyskakując z samochodu pod sklepem.
Było niedzielne popołudnie.
Rodzina Jareckich właśnie udawała się na jasełka a ponieważ Jarecka nie miała ochoty upiec ciasta na poczęstunek zaplanowany po przedstawieniu, Jarecki zboczył do Biedronki.
Na parkingu było tłoczno i Jarecki wcisnął się na wolne miejsce z brzegu, nieco tylko wystając bryłą wozu poza linię.
- Chyba się zmieszczą, nie? - rzucił niedbale wysiadając.
Jarecka równie niedbale rzuciła okiem na zwężoną drogę przejazdową i stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że samochód osobowy przejedzie obok SPO-KOJ-NIE.
Tak, oczywiście, prawo Murphy'ego jest nieubłagane.
Gdy tylko drzwi sklepu zamknęły się za Jareckim, w okno Jareckiej załomotał kierowca wielkiej ciężarówki (niedzielne popołudnie, przypomnijmy), który niewerbalnie dał do zrozumienia, że chciałby tędy, kurde blaszka, przejechać!
Cóż było robić.
Jarecka wyjęła telefon,
Jarecki nie odbierał.
Wzięła kluczyk.
Przesiadła się i przez chwilę odgruzowywała w złogach pamięci długotrwałej "które to sprzęgło??"
Następnie nadepnęła, przekręciła, wrzuciła bieg i - w imię Ojca! - ruszyła. Postawiła samochód kilka miejsc dalej, wyłączyła silnik i wtedy na tyłach samochodu rozległy się brawa.
- Mamo! - jodłowały okrutne stwory - brawo ty!
- Dziękuję dzieci.
- Mówi się: brawo ja.
Okrutne, krwiożercze stwory.


Wszystko się da, tak brzmi błyskotliwa puenta.


- Jarecki! Co ty zrobiłeś z łazienką?! Jak tu lśni!
- Wkręciłem mocniejsza żarówkę.

2.11.2015

Scheda



- No i tak już będziemy jechać, aż do celu - uprzedziła Jarecka, wytoczywszy pojazd ze Ślepej Ulicy na Wylotówkę.
Samochód grzecznie ustawił się w statycznym, nieskończonym ogonie innych aut.
- Tak się u nas świętuje pierwszy listopada - tłumaczy Jarecka - wszyscy jadą na groby swoich bliskich, nawet bardzo, bardzo daleko, a wcześniej te groby sprzątają, zawożą kwiaty i zapalają znicze.
Luba mówi; a, to dlatego w Biedronce tyle tych... (...zniczy?) nu, tak.
- Tak, dlatego.
- Ja - ciągnie Jarecka - nie czuję tej tradycji. Moi rodzice mieszkali bardzo daleko od grobów swoich bliskich i rzadko decydowali się przebyć tę drogę w listopadzie. W dzieciństwie we Wszystkich Świętych chodziliśmy na cmentarz komunalny i zapalaliśmy światełka pod krzyżem, bo mnie bardzo długo nikt z mojego świata nie ubył, dopiero kilka lat temu - tata. Ale i tak nie czuję imperatywu, żeby stawić się na jego grobie w określonym dniu i godzinie; po prostu, jak jesteśmy w J, to tam zachodzimy. A w ogóle, Lubo, w drodze powrotnej z lumpeksu zahaczymy o cmentarz, zostawię te kwiaty, co to je wczoraj kupiłam, bo widziałam, że Danuta kupiła, i mi się przypomniało, że i ja powinnam.

Najpiękniejszy moment jesieni właśnie minął, liście drzew przybrały odcień starego złota.
(Kamera odjeżdża i samochód Jareckiej widać już tylko jako mikry segment w ciele nieruchawej dżdżownicy rozciągniętej od Metropolii aż Gdzieś-tam)
Cisza.
- Jarecka - pyta Luba - ty tęsknisz za swoim tatą?
Luba za swoim tęskni bardzo, serce jej się ścisnęło, gdy zobaczyła, jak Jaśnie Panicz przytula się do Jareckiego. Też chciałaby móc się tak przytulić do swojego ojca.
Jarecka wzięła lekki łuk i może dlatego przechyliła głowę; nie dlatego, że musiała sie zastanowić, i zmrużyła oczy, bo oślepiło ją słońce; nie dlatego, że musiała sobie przypomnieć jak-to-było.
- Nie.



...


Na kolejnym levelu macierzyństwa jest i śmieszno i straszno.
- Zaraz - zastanowiła się Dwójka pewnego popłudnia - nie jadłam dzisiaj obiadu!
Może i prawda, może między lekcjami, treningami i innymi determinantami akurat dla niej Jarecka zapomniała odgrzać wikt.
- Zaraz... Wczoraj też nie jadłam... ja w ogóle ostatnio mało jem! JA NIE DOSTAJĘ JEŚĆ!
Logiczny ten wniosek ubawił Jarecką okrutnie, do tego stopnia, że nazajutrz powtórzyła ów dramatyczny okrzyk na ucho dwójkowej wychowawczyni chichocząc nieprzystojnie.
Pani Agnieszka też się śmiała.
- Rzeczywiście - przyznała, ocierając łzę radości - Dwójka mówi czasem takie rzeczy na zajęciach z socjoterpii. Gdybym państwa nie znała, mogłabym pomyśleć, że (haha) rzeczywiście...!



...


- Jaśnie Panie, wynieś śmieci!
- Co? Teraz? Już jest ciemno!
- Mówiłam ci już kilka razy, pierwszy raz gdy było jeszcze jasno. Bez przesady, wilcy cię nie zjedzą, nie mieszkamy w lesie. Przez pół dnia potykam się o ten śmierdzący wór - wynieś wreszcie śmieci!
Jaśnie Panicz to grzeczny chłopiec, nie taki furiat jak Dwójka.
- NIE! Nie wyniosę! - wrzasnął dramatycznie - nie będę wynosił! Zresztą - zawsze jestem do tego ZMUSZANY!!!
No, no. Skry z ócz, nozdrza jak u byka!
Jarecka pochyliła się nisko nad szufladą i po chwili chaotycznego przekładania zawartości wydusiła:
- Rzeczywiście, ale zamierzam zmuszać cię do tego w dalszym ciągu.


...



...no więc, Lubo, nie tęsknię.
Nasze stosunki układają się bardzo dobrze przez Styks i świetlisty tunel. 
Jedną rzecz chciałabym robić tak jak on - umieć przepraszać dzieci za swoje wybuchy bezsilności. A co do jutrzejszego Święta - wierzę w świętych obcowanie i żywot wieczny, ale nie przekonuje mnie ta raz-do-roczna zaduma, te smętne kawałki w radiu, te szeptanki o przemijaniu i poważne miny. 
Codziennie myślę o tym, co dalej, co potem.
Codziennie chcę być lepsza i codziennie MAM NADZIEJĘ, że jestem dobra wystarczająco.








Państwo przyuważą pieczęć :)))






17.10.2015

Królik w kąpieli

W Piątek Czwórka pamiętała, żeby zabrać ze sobą do przedszkola zabawkę.
Nie pamiętała, żeby przynieść ją z powrotem, więc wieczorem do wanny zamiast gumowej mulatki zabrała pluszowego królika.
(miejskie, czy też wiejskie legendy o tym, że w dużych rodzinach ludzie kąpią się w tej samej wodzie od najmłodszego do najstarszego nic a nic nie są przesadzone, toteż widzimy Jarecką siedzącą na plastkiowym podeście przy wannie, w której tura pierwsza - Piątek i Czwórka)
- Wiesz, że jak on zmoknie, trzeba będzie go długo suszyć? - ostrzegła Jarecka.
Czwórka przez chwilę dywagowała ze zmrużonymi oczami, po czym odłożyła pluszaka na kosz z brudną bielizną.
- Ale nie martw się - uspokajała Jarecka - jak będzie mokry to na noc wrzucę go do pralki, wypierze się, odwiruje i jutro szybko będzie suchy.
Ten pomysł nie spodobał się Czwórce, wizja wirującego w pralce królika zasnuła marsem czoło.
- Zabawki lubią być prane, naprawdę - brnęła Jarecka.
Czwórka targana sprzecznymi uczuciami wzięła królika i przytuliła go ostrożnie ponad powierzchnią wody, bacząc pilnie, by dyndające nogi się nie zmoczyły.

Tymczasem Jarecka zamknęła zawór wody i to nie spodobało się Piątkowi. Z głośnym protestem zaczął majstrować przy kranie. Kran, najwyraźniej przekonany ponaglającymi okrzykami i chaotycznym szarpaniem ustąpił - struga zimnej wody z hukiem spadła do wanny.
Jarecka skoczyła, zamknęła zawór ponownie (wśród protestów i ciskanych z furią plastkiowych stateczków, a jakże) i wróciła na swój zydel.
Skąd zobaczyła, że przerażona Czwórka trzyma zabawkę za plecami.
- Och - wyjaśniła Czwórka zakłopotana - królik... ZE STRACHU SIĘ ZMOCZYŁ.




Hm, każdemu może się zdarzyć, no nie?





PS. Przypominam o konkursie! - Szczegóły w poprzednim poście :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...