Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka w akcji. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarecka w akcji. Pokaż wszystkie posty

1.10.2015

DZISIAJ

Właśnie Jarecka zatrzymała samochód przed pasmanterią, gdy wybiła dziesiąta i radio przeczytało wiadomości.
Wiadomość była taka na przykład, że polski autokar wycieczkowy, mknący z Wenecji do Polski, miał nocą wypadek w Czechach.
Trybiki w głowie Jareckiej drgnęły i ruszyły ze zgrzytem, najpierw powoli, jak żółw ociężale - dlaczego miałyby nie drgnąć? Był słoneczny dzień, po dwóch kawach.
Zdaje się, że Wlepka, młodsza siostra Jareckiej miała wracać jakoś na dniach ze swoich wojaży?
- Trzynastu pasażerów jest lekko rannych - powiedziało radio i zapewniło, że o obrażeniach zagrażających życiu nie ma mowy.
Jarecka wybrała numer Wlepki ale włączyła się poczta głosowa.
Wówczas, jednak lekko wzburzona, zadzwoniła do Mamy CałkiemInnej - w tym celu nastroiła głos, by brzmieć jak leniwy plażujący górnik:
- No cześć... A kiedy to Wlepka wraca z tej swojej wycieczki...?
(Trzeba by to usłyszeć, o Czytelniku. Jarecka, z nadbużańskich rodziców, na Śląsku chowana, od piętnastego roku życia między koleżankami Góralkami, ma specyficzny akcent, zaśpiew a nawet mazurzenie - przyp. Wszechwiedzącego Narratora)
- Dzisiaj - oznajmiła pogodnie Mama CałkiemInna - dzisiaj w nocy.
- A skąd?
- A z Wenecji.
Zapadki się zapadły, zębatki zazębiły.
Żebyż Jarecka miała szansę pomyśleć jeszcze z pięć minut, wymyśliłaby, żeby jakoś beztrosko zakończyć tę rozmowę, bo raczej trudno było udawać, że dzwoni do mamy na ploty, skoro w tym celu dzwoniła kilkanaście godzin wcześniej. Nie wymyśliwszy zatem nic, Jarecka zakrzyknęła: tylko się nie martw, nic się nie stało! - i powtórzyła, co mówiło radio.
Głos Mamy CałkiemInnej osunął się po ścianie na podłogę.
Jarecka zaś zadzwoniła do Jareckiego, bo ktoś musi działać by palpitacje mógł mieć ktoś.

Trzeba powiedzieć, że ustawa o ochronie danych osobowych wiele ułatwia. Nikt nic nie musi wiedzieć, z niczego się tłumaczyć - toteż Jarecki obdzwoniwszy wszystko, łącznie ze stróżówką Pałacu Prezydenckiego i budką z kebabami przy dworcu Warszawa Zachodnia, dowiedział się tylko tyle, że autobusów było więcej i że niekoniecznie Wlepka siedziała w tym feralnym. Więcej nawet! - do miasta zamieszkania Wlepki wycieczka na pewno dotarła zdrowiusieńka.
- A czy jest możliwe - drążył Jarecki - że pechowy autobus, ten do miasta A miał jechać przez miasto B (w którym miała wysiąść Wlepka)?
Pani, która miała to wyjaśnić, nabrała wody w usta i się zachłysnęła.


Jarecka czym prędzej (kukułki kukały już południe) przekazała mamie te uspokajające wieści, powtarzając raz po raz, że i tak nie ma się czym martwić, Wlepka najwyżej ma złamany paznokieć, rękę a choćby skórę zdarła z kolana - phi!
- Ale wiesz - rzekła z namysłem Mama CałkiemInna - ona chyba jednak wraca dopiero DZISIAJ w nocy.

DZISIAJ w nocy!


Wieczorem Wlepka przysłała esemesa, że właśnie je kebaba pod Brnem, i zęby ma wszystkie.






P.S. powiedzcie sobie kilka razy słowo: dzisiaj. Dziwnie brzmi, nieprawdaż? Dzisiaj. Dzisiaj. Śmisznie :)

3.09.2015

KTO TO JEST?

Gniazda rodzinne Jareckich w mieście J dzieli jakieś kilkadziesiąt metrów - spory przechodni parking, raptem trzy minuty drogi.
Tę właśnie drogę odbywała Jarecka w pewien letni ranek w towarzystwie swoich dzieci.
Ledwie przednie kółka piątkowego wózka dosięgły brzegu parkingu, kobieta, która szła naprzeciw Jareckiej rozpromieniła się i wydała frapujący okrzyk:
- Jarecka, Mirecka czy Drumla?
Na to Jarecka odparła radośnie:
- Jarecka!
I zrelaksowana faktem, że imię napotkanej od razu wychynęło z pamięci, dodała:
- Magda!
Magda, bo ona to była, nikt inny, wypytała Jarecką o losy tych sióstr, którymi się nie okazała, zawierzyła Jareckiej cel własnej przechadzki i poszła.
- Mamo - zapytały dzieci Jareckie, które powyższej scenie przyglądały się w milczeniu - KTO TO BYŁ?
- Koleżanka ze szkoły cioci Fist... - zaczęła Jarecka i urwała albowiem twarz kierowcy w mijającym ją samochodzie wydała jej się znajoma. Podążyła więc ku maszynie, która właśnie zajęła miejsce na parkingu i bezceremonialnie zapukała w szybkę.
Dzieci trwały w stuporze.
- Czeeeść! - zakrzyknęła kierowczyni auta na widok Jareckiej i automatycznie otworzyła boczne drzwi - dzieci! - huknęła przez ramię do swoich pasażerów - przywitajcie się z ciocią!
Młodzież, co to ją Jarecka pamięta w pampersach, zamrugała nerwowo na melodię "mamo-kto-to-jest" ale posłusznie wymamrotała: dzieńdobryciociu.
Po chwili nie krótkiej nie długiej lecz w sam raz Jarecka dołączyła do przyczajonej w głęb parkingu grupki swoich lekko znudzonych dziatek (pomyślałby kto, że to tylko kilkadzieiąt metrów i trzy minuty marszu).
- Mamo! KTO TO BYŁ??


...



Jak zrobić zdjęcia, żeby byli na nich wszyscy a nie było nikogo?

Po latach blogowania ma się tę wprawę, nawet kadrować nie trzeba :)




15.03.2015

Wpis wątpliwy moralnie


Zebrania klasowe zasadniczo nie zasmucają Jareckich, tym razem jednak odeszli sprzed oblicza jaśniepańskiej wychowawczyni promieniejąc.
Otóż Jaśnie Panicz, imaginujcie Państwo, złapał dwie tróje z polskiego i - uwaga - pobił się z kolegą! Co tam pobił. On ZACZĄŁ!!
Znamienne, że wychowawczyni wyjawiła sprawę tonem, jakim starsze panie mają zwyczaj oznajmiać, że oto miało miejsce skuteczne poczęcie długo wyczekiwanego wnuka; trochę zawstydzone - wszak rzecz dotyczy intymnego pożycia (cudzego!) - lecz zarazem radosne, bo: NARESZCIE!!!

- ...kopnąłem go... - wyznał Jaśnie Panicz wielce zatroskany.
Głowę wzorem winowajców miał pochyloną, nie mógł więc widzieć satysfakcji na rodzicielskich facjatach.
- Synu - powiedziała Jarecka - Święty Paweł mówi "o ile to możliwe, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi"*. O ILE TO MOŻLIWE. A jak to nie jest możliwe, to... wiesz.
Już ty wiesz, co :)




(żeby nie było, że ma tu miejsce promocja przemocy - Jaśnie Panicz został sprowokowany w sposób wystarczający, by na krótki moment pomroczność jasna zalała mu kindersztubę)











*luźny cytat, z listów rzeczonego, ale nie każcie Wszechwiedzącemu(?) Narratorowi rzucać adresem z pamięci a tym bardziej szukać teraz w PŚ. Dobranoc.

28.01.2015

Subtelny urok dywersji, czyli dzień z życia nomady



Bladym poniedziałkowym świtem, tuż po dziewiątej, zadzwonił telefon.
- No cześć - powiedziała Właścicielka Deszczowego Domu.
(w roli Właścicielki osoba doskonale znana Czytelnikom DD, ta sama, która z sukcesami ogrywa tu prawie cały drugi plan a nierzadko wysuwa się na pierwszy; nie dzięki sile łokci, lecz urokowi osobistemu i nadzwyczajnej wszechstronności)
- Jedni państwo chcą obejrzeć mieszkanie - zakomunikowała - zależy im na czasie, więc nawet dzisiaj chcieliby przyjechać. No ale ty pewnie będziesz chciała sobie posprzątać albo coś... więc może jutro?
- Może być dzisiaj - powiedziała Jarecka - i tak jutro nie posprzątam lepiej niż dzisiaj.
Ten rozsądny argument przekonał Właścicielkę, toteż miło pożegnała Jarecką i usunęła się za kulisy.

Alert pod tytułem "Państwo chcą obejrzeć mieszkanie" podnoszony jest średnio raz na pół roku, przy czym połowa umówionych oględzin w ogóle nie dochodzi do skutku.
Właściciel z upodobaniem przytacza anegdotę o panu, który dotarłszy pod Deszczowy Dom, na Ślepą Ulicę nrX, Zaogonie, wysiadł, rozejrzał się - i już nie był ciekaw mieszkania. Historia ta niebywale śmieszy Jareckich; nie mogą się zdecydować czy zabawniejsza jest wizja zawiedzionego kupca czy zaskoczonych tym Właścicieli. A trzeba dodać, że trafić do Deszczowego Domu to jak znaleźć peron, z którego odjeżdża pociąg do Hogwartu. 
Gdy Jareccy spodziewają się gości tkwią z telefonami w strefach najlepszego zasięgu, bo bankowo trzeba będzie pilotować.
Nawet jeśli ktoś był u Jareckich dziesięć razy, za jedenastym też przegapi zjazd w Ślepą Ulicę.
Jeden spryciarz opracował własną technikę trafiania do celu - jedzie, jedzie, i gdy widzi wielki czerwony neon wie, że musi zawrócić, bo właściwą przecznicę zostawił za sobą. Od strony neonu łatwiej, bo sklep NaRogu, przycupnięty za stosem rur i niewidoczny od strony Metropolii, tu ukazuje wsytdliwie prawy profil i dźga paluszkiem w kierunku Deszczowego Domu.

Państwo chcą zobaczyć mieszkanie.
Jarecką czekał pracowity dzień.



...


Okazało się, że pogoda sprzyja. 
Szaro, ponuro, chlapiąco, mżąco.
Od czego by tu zacząć?

Oczywiście najpierw od odkurzania, układania, upychania rękawów i nogawek po koszach i szafach. Jarecka posprzątała nawet na swojej półce, na której mieszczą się prawie wszystkie jej ubrania na cztery pory roku (plus piżamy) w obawie, że Właścicielka będzie chciała zademonstrować ewentualnym nabywcom czeluście selfmejdowych komandorów.
Potem można było przejść do kosmetyki, na przykład zdjąć w kuchni zasłonki w kwiatki i konewki i zastąpić je bielutkim szydełkowym lambrekinem, który należycie eksponuje naścienne wykwity wokół plastikowych okien.
(Tak, tak. Należy się cieszyć z pozostałych dwóch drewnianych okien, choć brzydkie, podwójne i nie dające się umyć)
Wiele pracy miała Jarecka w łazience, gdzie należało tak odsłonić styk ścian z podłogą, by od razu rzucała sie w oczy partacka robota przedpotopowego glazurnika, zwłaszcza w okolicach rur. W tym celu trzeba było upchnąć banie z płynem do prania za pralkę i schować dywaniki. 
Umywalkę i wannę - uczciwie wypucować.
Żeby nie było, że patologia.

Jak to jednak wspaniale, że Jarecki nigdy nie przejął się tym, że Jarecka chciałaby nowe fronty do kuchennych szafek.
Jak w sumie fartownie, że jeszcze nie było okazji nabyć karnisza do pokoju dziewczynek (starego Jarecka pozbyła się popularną na Zaogoniu metodą defenestracji)! Stare drzwi balkonowe na wprost wejścia do pokoju prezentowały się tak doskonale, że Jarecka odsunęła fotel, który zazwyczaj je zasłania i upchnęła go w kącie zagradzając dojście do powabnej szafy. Piątek znów pozbawił szuflady biurka gałek? Nie szkodzi, jutro się je przykręci. Trochę bałaganu, wiadomo, będzie - są dzieci, jasna sprawa. 

Z planu dnia zniknąć musiał punkt: pieczenie ciasta, gdyż zabieg ten generuje tyle miłej atmosfery i kuszącego zapachu, że doprawdy, inną razą.

Obiad przygotowała Jarecka szybko i sprzątnęła po nim starannie. 

Około południa z radością odnotowała, że młody pan Koczek pośpieszył jej z odsieczą i właśnie wybiera na podwórku szambo. Mieszkanie napełniło się stosowną aurą - cóż począć? - naturalia non sunt turpia - nie dziś.
Przy okazji: podwórko. Wyglądało jak należy. Co prawda Jarecka całkiem niedawno zgrabiła różne tam pojesienne zgniłki, niemniej kilka wyblakłych, połamanych plastikowych zabawek ogrodowych i popękane donice trzymały fason. Także kikut po jodełce, którą młody sąsiad przysposobił pod nieobecność Jareckich na choinkę, jakoś przestał irytować. 

O piętnastej trzydzieści Właścicielka dała znać, że do godziny zjawi się z "państwem" i na ten sygnał Jarecka zajęła się szyciem, która to czynność, jak wiadomo, generuje spory bałagan sprawczynię tegoż ukazując paradoksalnie w nimbie zaradności i pracowitości.



Państwo lat mieli ze dwadzieścia.
Zdjęli buty i kurtki i za przewodem dziwnie onieśmielonej Właścicielki ruszyli oględzać. 
Rzecz przedziwna mieć w domu gości-nie gości, nie proszonych ale i Bogu ducha winnych, nie robić im herbaty, nie częstować, nie zagadywać. Czymś się niby zająć-nie zająć i słuchać-nie słuchać komentarzy o domu, w którym się mieszka od lat, dba się o niego jak może, naprawia i poprawia, żeby było ładnie, miło, żeby się chciało do niego wracać, żeby się chciało w nim zostać.


Państwo wyszli po kwadransie.
I Jarecka mogła już zająć się czymkolwiek, lecz na początek starła z blatu te kilka kropli, które nie wiedzieć skąd się tam wzięły.


18.12.2014

Liryka, epika i dramat

Kurytna idzie w górę.
Raczej na boki - jedną z pierwszych czynności każdego dnia jest dla Jareckiej rozsunięcie zasłon w kuchni. Zasłonki w kwiatki, konewki i ślimaki.
Podczas gdy Jarecka wykonuje ten zamaszysty ruch, pan Gołąbek wspina się po schodach na swój ganek. Staje wolno przy barierce i rozgląda się po świecie a świat odbija się w jego twarzy.
Dopóki Pan Gołąbek hodował gołębie, dzień zaczynał od witania się z nimi. Jak Święty Franciszek stawał wsród ptactwa, wkładał palce do garnka z wodą i lekko wychlapywał wodę. Gołębie skakały z radości, przytupywały i tańcowały, pan Gołąbek się cieszył a Jarecka przyglądała się tym misteriom zza zielonej zasłony lipy.
Gołębie zniknęły ale pan Gołąbek nadal zaczynał każdy dzień od swoistej słonecznej pieśni. Stawał na ganku, przymykał oczy i uśmiechał się do świata; czy deszcz, czy mgła, czy słońce.

Dziś rano jak zwykle wdrapał się na ganek i stanął przy poręczy.
Zanim jednak podniósł oczy ku niebu, zasłonki w oknie naprzeciw niego rozsunęły się i ukazała się w nich gęba Jareckiej.
Pan Gołąbek speszony wszedł do domu.


Czy Jarecka, ciesząc się na widok lewitującego za kuchennym oknem majstra z piłą elektryczną spodziewała się, że oto ruguje on z jej codzienności ostatni kawałek poezji?


...


Jaśnie Panicz otwiera oczy i widząc swoją matkę w fotelu z kubkiem kawy wita się w swoim stylu:
- Wyobraź sobie budynek 17-piętrowy. Na którym piętrze powinienem stać, żeby mieć pod sobą trzy razy tyle pięter co nad sobą?
Jarecka przewraca oczami i wychodzi, bo doprawdy! W okno pogapić się nie może, posiedzieć bezmyślnie - też nie. Poranki dlatego są takie piękne, że imaginacja budzi się chwilę później.

Tymczasem w NASA uznali, że Jaśnie Panicz jak najbardziej nadaje się do wystrzelenia w kosmos i w poniedziałki spokojne, poniedziałki wesołe przybyło Jareckiej atrakcji; takich mianowicie, że podczas gdy pierworodny radośnie łopocze w wirówce, ona musi zorganizować zajęcie trójce swoich dzieci w ciasnym korytarzu pełnym stojących otworem schodów.
Przez półtorej godziny!

Lecz oto Opatrzność, w rodzinnym mieście Jareckiej zwana także Opacznością (o czym świadczy stuletnia stela, gdzieś miałam zdjęcie...) pochyliła się z troską nad Jarecką i w tymże ciasnym korytarzyku postawiła kobietę z dzieckiem, a twarz tej kobiety była znajoma.
Kobieta spojrzała na Jarecką i rozpromieniła się.
Bij zabij, skąd ja ją znam? - pomyślała w popłochu Jarecka.
Jednocześnie podświadomość doszła do głosu i własnemu zaskoczeniu Jarecka przybrała ton serdeczny i poufały; kobieta zaś zachowywała się podobnie, wyraźnie nie mając wątpliwości co do tożsamości napotkanej.
Nie przerywając swobodnej pogawędki, Jarecka usiłowała uporządkować fakty. Znam człowieka. Na stopie koleżeńskiej, bez wątpienia, wszak tyknęłyśmy sobie jak najbardziej naturalnie. Te rzęsy jak szczotki. Ten z lekka świszczący głos. Tym głosem raczej nie prawiono o wyższości podgardla nad boczkiem w pasztecie, więc to nie babka sklepowa. Czyśmy razem pracowały, miały dzieci w tym samym przedszkolu?
Jarecka, raz po raz nazywana przez rozmówczynię po imieniu zaczęła popadać w cichą rozpacz. Roboczo ustawiła sobie tę sylwetkę na tle przedszkola na Przedmieściu, gdzie pracowała kilka lat, lecz żadne imię, ani żadne wspomnienie stamtąd z udziałem tejże osoby nie przychodziło jej do głowy.
Zapytać skąd się znamy?
Po kwadransie radosnych rozhoworów??

- A w przedszkolu teraz kiepsko - wyznała wreszcie tajemnicza znajoma (jeden kamień z serca - łup!) - zwolnienia. Całe szczęście, że byłam w ciąży, to mnie ominęło.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się i przerwano rozmowę wywołując koleżankę z pracy do gabinetu.

Do dziś Jarecka nie wygrzebała z archiwów pamięci imienia tej osoby. i trwa w rozpaczy nad rozmiarem czystki w swojej bazie danych.

Można się załamać.
Lub wmówić sobie, że się kroczy drogą Iris Murdoch ;)


11.10.2014

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!


Oto nastąpił dzień, którego Jaśnie Panicz wyglądał jak Gwiazdki!

Którego jego matka oczekiwała jak ścięcia.

I to bardzo nieładnie ze strony kosmosu, że tak zapętlił koordynaty. Okazało się, że Jarecki nie może zawieźć Jaśnie Panicza na jego pierwsze zajęcia na Politechnice, nie może też zostać z młodszym potomstwem w domu i w ogóle, musi wyjść z domu o szóstej rano. Jarecka może oczywiście zawieźć dzieci do Szwagrów i radzić sobie sama, cóż począć.
- Co?? - biadoliła Jarecka - mam pchać się sama do centrum? I tam parkować?
- Najlepiej jakbyś pojechała eskaemką. Potem możecie sobie podjechać kawałek metrem.
- Co?? Z wózkiem? Przez bramki?
Wszechwiedzący Narrator oczywiście bierze pod uwagę, że niniejszy tekst może być w pewnych (rozległych) kręgach kulturowych zupełnie niezrozumiały. Ostatecznie osoba, która wychowała się w mieście, lat ma mniej niż sto i nie cierpi na żadną manię nie powinna mdleć na myśl o podróży komunikacją miejską.
Ale komunikacja to jedno! Te wraże pociągi i podstępne kolejki, złośliwe autobusy! Na końcu ich trasy i tak czeka Jarecką obca uczelnia pełna drzwi i schodów - i jeszcze Jarecki mówi, że spóźnić się nie można! Że nie wpuszczą.
Tu Jareckiej wyobraźni przedstawił się Jaśnie Panicz, któremu zamknięto drzwi na upragnione zajęcia przed nosem a w innym, równie mrocznym, odcinku - zobaczyła siebie i synów błądzących bezdrożami Metropolii, która, jak Czytelnicy może pamiętają, na dzień dobry wyrychtowała Jarecką tak, że wsadziła ją w tramwaj jadący w dokładnie przeciwnym kierunku!
Odcinków było ze sto a fabuła obejmowała nadzwyczajne korki, skradzione szyny, zgubione bambetle, kontrolę biletów, które Jarecka akurat zgubiła, deszcze, grad i terrorystów.

A człowiek żyje sobie na Zaogoniu tak spokojnie i wesoło! Wszędzie wozi pupkę autkiem. Dwa kilometry w jedną - do szkoły, dwa w drugą - do Lidla, gdzie zawsze na parkingu czeka miejsce dla rodziny.

W przeddzień hekatomby Jarecka przyczaiła się na Jareckiego i napadła nań ledwie się wtoczył biedak, słaniając nogami, do domu.
- Postanowiłam pojechać samochodem aż do jakiejś stacji metra i dojechać do Politechniki metrem - oznajmiła straceńczo.
No, jak tam chcesz, powiedział Jarecki. I jako człowiek czynu zasiadł do laptopa, gdzie przecierając oczy ze zmęczenia pokazał jej mapę stacji metra X, na której Jarecka miała wsiąść, by dotrzeć do celu. Było to żenujące, albowiem Jarecka była na tej stacji setki razy; na użytek chwili Jarecki jednak dokładnie zanalizował zagadnienia takie jak winda i kiosk z biletami.
- A zaparkujesz sobie tu - wskazał parking "parkuj i jedź".
A Jarecka znowu w lament.
- O Boże! Znowu bramki! Szlabany łykające bilety! A na takich parkingach jest nisko i stromo i ja się boję! A jak stamtąd wyjdę z wózkiem?
- Ale dlaczego właściwie nie chcesz jechać eskaemką? Podjedziesz sobie na Prawie-Zaogonie, tam, skąd mnie często odbierasz, wsiądziecie w pociąg...
Tu Jarecki wyznał, że od biedy, Jarecka wcale nie musi w centrum wsiadać w metro, pójdzie sobie pieszo, całkiem prostą drogą i to nie potrwa nawet długo. Nastąpiła więc analiza mapy i rozkładu jazdy pociągów.
- ...a powrotne macie takie: albo o... - zaczął Jarecki.
- Jakie powrotne? Z powrotem zaczekamy na ciebie! Wracam tylko z tobą, samochodem!
- Rzeczywiście, do tej pory powinienem skończyć pracę... - zastanawiał się Jarecki.
- Zaczekamy tyle, ile będzie  trzeba - zapewniła żarliwie Jarecka.
Potem nastąpiła jeszcze wnikliwa analiza planu jaśniepańskich zajęć i i ich lokalizacji na terenie kampusu, i - w imię Ojca! - Jarecka poszła spać. Nie zasnęła bynajmniej, bo dręczyły ją pytania; o której musi wstać, by zebrać dzieci, odstawić dziewczynki do Szwagrów, kupić bilety, wybrać pieniądze z bankomatu (bo nie są to czynności, które by na Zaogoniu można było zrobić "przy okazji") a przede wszystkim - zdążyć.
I jeszcze uwierało Jarecką wspomnienie tej chwili, gdy Jaśnie Panicz dowiedział się, że to ona, nie Jarecki, zawiezie go na zajęcia.
- A ty sobie poradzisz? - zapytał nieśmiało.
- Synu! - wzburzyła się Jarecka - z czym mam sobie nie poradzić? Co to ma znaczyć?
Jaśnie Panicz nie wyglądał na przekonanego i Jarecka też przekonana nie była.


Tymczasem ów dzień nastał i oto widzisz Czytelniku przez mgłę poranka, jak samochód Jareckiej skręca z drogi, co jak strzelił wiedzie do Metropolii, ku Prawie-Zaogonie Railway Station.
(Uwierz, Jarecka w tym momencie klnie, albowiem tak jasno jak nigdy do tej pory zdaje sobie sprawę, że nie ma żadnej - i to jest prawda! - powtórzmy: żadnej realnej przeszkody, by nie mogła dojechać samochodem pod sam gmach Politechniki)

Wsiadłszy w pociąg Jarecka poczuła się pewniej.
Wysiadłszy jeszcze pewniej.
A już zupełnie pokrzepiona była rozpoznając w korytarzach uczelni swoich towarzyszy niedoli; rodziców i dziadków studentów-juniorów. Wszyscy wyglądali podobnie, jak surykatki.

Piątek zachował się bardzo ładnie. Zasnął jeszcze w drodze z kolejki na Politechnikę i snem sprawiedliwego przespał tę godzinę, która Jaśnie Paniczowi pozostała do rozpoczęcia ćwiczeń z architektury (żeby się nie spóźnić, żeby się nie spóźnić!), kolejną, którą Jarecka przesiedziała w kafejce kojąc nerwy kawą (nic specjalnego, jak w domu - cytując klasyka -> KLIK) i jeszcze pół następnej, kiedy to Jaśnie Panicz słuchał wykładu o samolotach bezzałogowych a Jarecka siedziała na ławce pomiędzy budynkami uczelni gapiąc się w zachwycie na jesień.

I kiedy po zajęciach, odnalazłszy przy pomocy innej surykatki drogę do głównego wyjścia, opuściła wraz z synami pompatyczny gmach Politechniki, natychmiast zadzwoniła do Jareckiego, że nie, phi, nie będziemy czekać na ciebie pół godziny, wrócimy sobie kolejką!



Pomyśleć, że tak niewiele brakowało a ominęłaby Jarecką taka przyjemna wycieczka!
Okazało się bowiem, że w grupie Jaśnie Panicza jest jego kolega z klasy.
Z Zaogonia.






P.S. Może to zbyt wiele, lecz Jarecka z pewną nieśmiałością oczekuje od Państwa Czytelników słów otuchy, a konkretnie takich, że są na świecie jeszcze inne pierdoły takie jak ona.

2.10.2014

Stabat mater dolorosa. Rzecz o przemocy.

Akurat Jarecka ostrzyła brzytwę o skórzany pas.
Maczeta stała już oparta o ścianę - Piątek ostrzył sobie o nią dowcip.
Wtenczas zadzwonił telefon i cichy głos poprosił o chwilę rozmowy.
Rosynant za oknem przytupywał niecierpliwie.

Dzwoniła Roma Sienkiewicz i doprawdy, dziwne, że nazwisko to jeszcze w Deszczowym Domu nie padło!
Jan Maria Sienkiewicz - ukochany przedszkolny przyjaciel Czwórki. Majeczka Sienkiewicz - szkolna przyjaciółka Dwójki. Roma Sienkiewicz - matka siedmiorga, kobieta dzielna i pracowita. Rafał Sienkiewicz - prześladowca Jaśnie Panicza.

Roma nie wiedziała jak zacząć.
- Hm... rozmawiałam z wychowawczynią... Mój syn...
I tu zbolałym głosem Roma jęła wsączać w słuchawkę relację długą i wyczerpującą.
Jarecka opłukała ostrze i spróbowała palcem.
Słowom Romy, gdzieś na drugim planie towarzyszył odgłos ołowianych kuleczek uderzających z mocą o skórę.
- Co nieco słyszałam - przyznała Jarecka - Jaśnie Panicz mi powiedział...
Tu popłynęła podobna, w Jareckiej swoistym stylu, opowieść: tak, mówił mi coś tam, ale mówił mi jeszcze pięć innych rzeczy, więc inaczej rozłożyłam akcenty...
Podczas tej zawiłej, pełnej dygresji przemowy na linii trwała cisza (tylko trzask trzask - o plecy) i Jarecka zastanawiała się, czy aby Roma nie płacze?...

(Oj tam, synu - żachnęła się wtedy Jarecka - rozmawialiśmy o tym sto razy! Jak się komuś nie podoba, ze jeździsz na rowerze w kasku to jego problem! Albo, że zsiadasz z roweru na przejściu dla pieszych? Każdy powinien tak robić!
I jeszcze się Jarecka pozżymała na męski świat, gdzie trzeba sobie dokuczać albo i dać po nosie, zamiast obgadywać i obrażać się na śmierć, jak to się robi na bezpiecznej planecie Wenus, i kto was, faceci, zrozumie? No i dobra, dobra, a czym ty im właściwie zalazłeś za skórę?
To się wydało Jareckiej lepsze niż: kochany synku, biedna ty moja ofiaro!
Prawdziwe mamunie, jej zdaniem, załatwiają takie sprawy inaczej...)

- Za mało uwagi mu poświęcam - mówiła Roma - (trzask, trzask) ciągle tylko dziewczynki i dziewczynki. Jan Maria choruje, mój tata w szpitalu...
Podczas gdy Roma przepraszała, kajała się i obwiniała w poświście rzemieni, Jarecka otworzyła szafkę pod zlewem i nie zważając na protesty Piątka upchnęła maczetę na powrót za butlą z gazem.

Rosynant dyskretnie strząsnął siodło w krzaki hortensji i z miną niewiniątka począł skubać trawę.

Jarecka obejrzała pod światło brzytwę i jakby z żalem pomyślała, że skoro już tak ją pięknie wyostrzyła, może sobie na przykład ogolić pachy.
Pożegnała się z Romą sympatycznie, choć właściwie nie wiadomo było co powiedzieć - nie przejmuj się, że masz syna łobuza? Nic się nie stało, drobiazg?

W połowie drogi do łazienki schowała ostrze w rękojeść i wsunęła brzytwę do kieszeni.

Pachy nie zając.







P.S. Nietykalność cielesna JP nie została naruszona, o czym zgodnie donoszą ofiara, piątka zgniłych oprychów i dwie świadkowe, które o sprawie poinformowały wyższą instancję.
Nietykalność cielesna winowajców - nad czym boleje Jarecka kreśląc brzytwą wzorki na linoleum - również.

Zaprawdę, zaprawdę, jeśli ktoś uratuje grzeszny świat, będzie to matka bolejąca.

18.01.2014

O tym, jak Jarecka bawiła się w Hitchcocka, czyli kino niepokoju, niekoniecznie moralnego

Dwa koszmary od zawsze towarzyszyły Jareckiej. A właściwie można by rzec, że jeden, bo zawsze chodziło tylko o to nie do wytrzymania uczucie przeciążenia.
I tak małej CałkiemInnej śniła się huśtawka unosząca ją na ogromne wysokości,  zaś w dorosłym życiu towarzyszy Jareckiej sen o windzie osiągającej nieprawdopodobną prędkość - często w wyniku spadania, po prostu.
To straszne sny. Nie tak jak te, w których jakiś zbir gania ją po klatce schodowej. Wtedy wystarczy, że Jarecka pomyśli: zaraz, zaraz, przecież to tylko sen! I już hop!- zostawia zbira daleko w tyle.
To jedna rzecz -

 - druga zaś jest taka: na studiach miała Jarecka przedmiot o nazwie "multimedia".
Temat pracy zaliczeniowej brzmiał: film na dowolny temat. Jarecka wzięła na warsztat huśtawki i windy. Film był pomyślany jako luźna zbieranka scen: ot, Jarecka na huśtawce typu konik filmowana przez Jareckiego siedzącego na drugim końcu huśtawki, Jarecka na zwykłej huśtawce, gapi się w obiektyw; kamera odjeżdża i okazuje się, że film był kręcony z dużej wysokości (a ściśle - z jedenastego piętra, z balkonu siostry CałkiemInnej). Perełką w koronie, elementem zaskoczenia, miała być ostatnia scena, w windzie. Kręcona z korytarza: drzwi windy otwierają się, a w środku - salon. Nakryty stół, Jarecka w stroju wieczorowym, szampan. Następnie drzwi zamykają się, the end.



Nakręcenie tej krótkiej, kilkunastosekundowej sceny wymagało poważnych przygotowań. Od koleżanki zajmującej się (jeszcze wtedy hobbystycznie) projektowaniem ciuchów Jarecka pożyczyła suknię - czarną, długą, z gołymi plecami (tzn. gołe plecy trzeba było mieć własne). Resztę potrzebnej scenografii, jak stół, zastawa, itp. zapewniali Szwagrostwo, bo to u nich całe przedsięwzięcie miało się odbyć.
Mamy więc sam środek ciemnej zimowej nocy, nowoczesny blok typu twierdza (strażnicy drzemiący w swoich kanciapach) i Jarecką w wieczorowym anturażu od czubka fryzury, przez makijaż, aż po czubki szpilek. W nerwowej ciszy Jarecki ze Szwagrem załadowali do windy stolik, na którym wylądował obrus, nakrycie, kubełek z winem udającym szampana i jakieś przystawki... Jarecki ustawił się z kamerą na wprost windy, Jarecka zajęła miejsce przy stole. Teraz należało już tylko zaczekać aż drzwi windy się zamkną i otworzą ponownie, który to właśnie moment miał być uwieczniony.
Drzwi elegancko się zasunęły, Jarecka przybrała wieczorowy uśmiech i chwyciła lampkę wina.
Jak surrealne są sny!
Drzwi zignorowały przycisk wciśnięty z zewnątrz przez Szwagra! Pudło windy drgnęło i Jarecka mogła już tylko bezradnie patrzeć, jak zielone, świetliste cyferki nieubłaganie zbliżają się do zera.





Tak prawdopodobnie wyglądała Jarecka owej nocy, gdy winda wezwana tajemniczą ręką sunęła w dół.
Na gołych plecach czuła chłodny powiew, w palcach kręciła nerwowo szklaną nóżkę lampki, tafla wina drżała. Było mało czasu, by przygotować sobie sensowną przemowę na tę chwilę, gdy na parterze zdumionemu człowiekowi winda objawi swe absurdalne wnętrze. Jarecką wstrząsał nerwowy chichot, świece płonęły, naczynia delikatnie dzwoniły wprawione w wibrację przez cicho płynący dźwig.
Pierwsze piętro.
Jarecka zagryzła uszminkowaną wargę.
Parter.
Drzwi zaczęły się rozsuwać, Jarecka zamarła.
Na parterze nie było nikogo.
Szybko nacisnęła przycisk z numerem cztery. W nieskończoność ciągnęła się ta chwila, gdy na wprost windy, w szklanych drzwiach odbijał się świetlisty prostokąt. W nim stół i świece, i zgarbiony kształt w czarnej sukni.


Film został zaprezentowany adiunktowi Kolanko w ramach zaliczenia semestru. Gdzie dziś jest kaseta z tym obrazem, Jarecka nie wie, nigdy potem go nie oglądała.
Nie ma nerwów na kino grozy.



(rysunek to część scenopisu, z epoki ;))


PS. Przeczytawszy powyższy post, Jarecki stwierdził że nic takiego nie pamięta! Następnie przekopał domowe archiwum i... jakimś cudem wiele lat temu udało się zapisać cyfrowo film oryginalnie zapisany na kasecie! Oto, kochani, kadr z wspomnianego filmu.:)))




17.11.2013

Weekend gdy przyjdzie, co z nim czynić, czyli o recyklingu z sercem

Nie wiedzieć czemu Jarecka trwa w przekonaniu, że poród nastąpi w weekend.
To prawda, że dwoje jej dzieci przyszło na świat w niedzielę, ale to ledwie połowa jej potomstwa!

Z początkiem listopada dopadła Jarecką zwykła jesienna infekcja, w efekcie której zaległa na kanapie w przekonaniu, że to już.
Rodzić w weekend niekoniecznie jest dobrze. Niby mąż w domu, podobnie jak sąsiedzi i rodzina, byłoby z kim zostawić dzieci. Nie trzeba nikogo nigdzie wozić, nikogo znikąd odbierać.
Niestety w domu są także lekarze, na świątecznych dyżurach zaś ktokolwiek.

Szczęśliwie nastał poniedziałek, na kolejne kilka dni Jarecka porzuciła więc zamiar rodzenia i rzuciła się w wir codziennych zajęć. Każdego wieczora myślała tylko: żeby to jeszcze nie dziś, jestem taka zmęczona, żeby tak jeszcze się wyspać... I nastawał poranek, dzień następny - Jarecka witała go na nogach, z kubkiem kawy w ręku, gotowa wziąć na klatę szoferowanie, zarządzanie zasobami ludzkimi i wszystko, co się zdarzy - byle nie poród.

Tymczasem nadszedł kolejny weekend, znów - o zgrozo! - długi!
W sobotni poranek, wijąc się w bólach, Jarecka dokończyła pakowanie torby. Jarecki został pouczony, że od tej pory ma zakaz wypowiadania pytania "co się dzieje?", bo jeśli coś się będzie działo, to tylko to, że jego żona RODZI! I że dalszych instrukcji będzie udzielała na bieżąco. I że nie życzy sobie, by w szpitalu używał telefonu. I w ogóle, ma obstawiać plecy, li i jedynie, w przenośni i dosłownie.
Minęła sobota, i noc, i poranek - dzień następny.
W niedzielę Jarecka pozwoliła się nawet zawieźć (wraz z torbą!) do Centrum Nauki Kopernik. Wołami nie dałaby się tam zawlec, zwłaszcza w przedłużony weekend - co niebagatelnie wpłynęło na frekwencję tamże - gdyby nie to, że w bliskim sąsiedztwie CNK są dwa szpitale położnicze, zaś jeden z nich to rodzima placówka Czwórki, do której Jarecka ma wiele ciepłych uczuć.

No i nic.
Kolejny tydzień upłynął spokojnie.

I znów przyszedł weekend, zawierający już w sobie datę, która padła była z okrytych białym wąsem ust doktora Ahmeda. Niestety, w piątkowy wieczór Jarecka przypomniała sobie, że nie odebrała z przychodni wyników ostatnich badań, które mogą mieć duże znaczenie przy porodzie; a zatem: not yet.
Poród musowo było przesunąć o kolejny tydzień.
A skoro jest weekend i nie można rodzić - co robić?

Jarecka siadła więc do maszyny i radośnie przystąpiła do recyklingu.
Uszyła Czwórce poszewkę na poduszkę z jaśniepańskiej flanelowej koszuli.Tył poszewki wycięła z przodu koszuli załatwiając w ten sposób kwestię zapięcia. Awers poduszki z lnu w kolorze ecru przyozdobiła aplikacją wykonaną tym sposobem  KLIK






Ale w Deszczowym Domu ubrania nie tylko się psuje szyjąc z nich poduszki. Jeszcze się je ratuje!
Rzadko, bo rzadko. Częściej okazuje się, że bardziej opłaca się wycieczka do pobliskiej hurtowni odzieży używanej niż łatanie. Czasem jednak żal rozstać się z ulubionymi spodniami lub bawełnianą bluzką doskonałej jakości.
Ta bluzka Dwójki miała zniszczoną naprasowankę, więc Jarecka naszyła na jej resztki serce z kwiecistej tkaniny.
To niezły sposób, żeby nie tylko ukryć plamy czy dziury, ale też niepożądane facjaty czy napisy - kotki, czaszki, i co tam kto nie lubi :)



Albo bardzo wygodne portki Trójki - przetarły się tu i ówdzie. Łaty są naprasowane, przeszyte czerwoną nitką dla ozdoby. Drobne czerwone elementy pełnią już tylko funkcje dekoracyjne.



- Dlaczego cały dzień musi być noc?- pyta rozpaczliwie Czwórka, gdy zaraz po obiedzie Jarecka zapala lampę.
Jeśli, Cny Czytelniku, znasz odpowiedź na to pytanie, bez trudu wytłumaczysz sobie kiepską jakość zdjęć, które teraz w Deszczowym Domu nastaną.
Aby do wiosny! :)

17.03.2013

Przeprowadzka higieną rodziny

Od jakiegoś czasu, bez względu na niesprzyjające okoliczności, na choroby, wyjazdy i gości, w Deszczowym Domu trwa akcja pod kryptonimem "szafa".
Trwa i końca nie widać, i Jarecka jest skłonna sparafrazować Marinettiego, który bredził, że wojna jest higieną świata i wykrzyczeć, że higieną rodziny jest przeprowadzka. "Rzućmy to wszystko w cholerę!"- krzyczałaby Jarecka- "Przeprowadźmy się i zabierzmy ze sobą tylko to, co POTRZEBNE!" To byłoby łatwiej niż wszystko to, co jest, posprzątać i ułożyć na należnym mu miejscu- zresztą, skąd wytrzasnąć miejsce dla "wszystkiego?"
To zdumiewające, ile gromadzi wokół siebie człowiek, a już sześcioro ludzi- strach pomyśleć.

W dziejach rodziny Jareckich był taki rok, gdy przeprowadzali się dwa razy.
Wprowadziwszy się do Deszczowego Domu, wnieśli ze sobą dwumetrowy stół i sześć krzeseł, szafę i sofę beddinge.
Siedem lat małżeństwa, trójka dzieci, czwarte w drodze.

Reszta mebli i innych gratów została w poprzednich mieszkaniach, bo w nowych z różnych powodów nie były potrzebne. Jareccy zabrali ze sobą to, co niezbędne, choć i tak było tego mnóstwo, całe mnóstwo, czarne wory wypełnione wszystkim zajmowały pół Deszczowego Domu. Potem większość rzeczy znalazła swoje miejsce w szafie mieszczącej się za "drzwiami garażowymi", jak Jareccy nazwali ogromne przesuwne połacie w pokoju dziś należącym do dziewczynek.
I tu dotarliśmy do bohatera dzisiejszego posta, Szafy.
Konieczne będą rysunki pomocnicze; nie dlatego, Czytelniku, że nie jesteś w stanie pojąć opisu manewrów w przestrzeni Deszczowego Domu, ale dlatego, że opisu Jareckiej nie pojmiesz. Jarecka nie ma bowiem żadnej orientacji w przestrzeni, nie wie, która lewa a która prawa, nie wie, gdzie wschód a gdzie zachód- jeśli to nie jest na mapie. Gubi się na klatkach schodowych i w dużych sklepach a samochodem jeździ tylko tam, gdzie już wcześniej jeździła.

Wielkie zmiany za "drzwiami garażowymi" zaczęły się w momencie, gdy Jarecki kupił dwie duże szafy bez drzwi, które idealnie miały się zmieścić za tymiż drzwiami. Wcześniej stały za nimi trzy szafy po poprzednich właścicielach i przez ostatnie trzy lata Jarecka nieustannie pomstowała na niewykorzystany potencjał przestrzeni. Nowe szafy były pełne półek, drążków i szuflad (Jarecka kocha szuflady- Jarecka i szuflada to duet idealny) i miały wprowadzić w graty Jareckich ład.

Najpierw więc Jareccy stawili się po odbiór szaf, używanych, rzecz jasna. Przedziwnym trafem, ilekroć kupują używane meble, facet, który je sprzedaje, ma akurat atak rwy kulszowej/ jest świeżo po operacji kręgosłupa/ ma zagipsowaną jakąś część ciała, a co za tym idzie, nie może Jareckiemu pomóc znieść mebla do samochodu. Czy są na świecie zdrowi, krzepcy mężczyźni sprzedający swoje meble?
Tak czy siak, Jareccy w roli tragarzy są jako ten ślepy z kulawym- Jarecki ze swoim kręgosłupem i Jarecka ze swoją krzepą.
Szafę przywieziono i rozebraną na części obstalowano w salonie.

Tak doczekała następnego dnia.
Dnia, w którym Jarecka zakasawszy rękawy stanęła naprzeciw "drzwi garażowych".



Wypatroszyła z ubrań, letnich kołder i pudeł.
I tu miała skończyć i zaczekać na męża- ale co tam!
Najpierw wysunęła szafę nr 1 i złożyła ją na podłodze.


Następnie dobrała się do szafy nr 2- tej jednak nie było już gdzie położyć, bo całą wolną przestrzeń (pamiętajmy, że zawartość szaf zalegała pokój) zajmowała szafa nr1.
Tedy Jarecka postanowiła szafę nr2 rozkręcić i po kawałku wynieść na balkon.
Zaopatrzywszy się w odpowiedni imbus oraz dwa śrubokręty rozkręciła szafę i po kawałku poczęła ją wynosić. Było to trochę trudne, bo na drodze leżała szafa nr1.


Jarecka uporała się z szafą nr2 i- kierując się swoją żelazną logiką- uznała, że w zasadzie to samo można zrobić z szafą nr1, co, nie zwlekając, uczyniła.
Utorowawszy w ten sposób drogę na balkon stwierdziła, że wygodniej jej będzie w dresach; do tej pory, nie wiedzieć czemu pracowała w sukience, dość wąskiej i bez kieszeni, przez co ciągle musiała szukać imbusu, który jest mały i wciąż się gdzieś zapodziewał.
Przyodziana stosownie nie bacząc na zmęczenie i dziatwę (ależ tak, dom był ponadto pełen dziatwy aż palącej się do pomocy, tudzież z lubością zapoznającej się z niedostępną dotychczas zawartością szaf), zabrała się za szafę nr3, która była skręcona dziwnie, tak, że ani imbus, ani śrubokręt nie dały rady.
I tu wkroczyła Jarecka ze swoją mocą, albowiem nie przypadkiem nosi ona koszulkę z iron-manem, nie! Szafę rozhuśtała, połamała i po kawałku wyniosła.
RRoooaaarrr!!!!!


Po tych wydarzeniach Jareckiemu nie pozostało już nic innego, jak skręcić zakupione szafy i umieścić je w opustoszałej przestrzeni za "drzwiami garażowymi".
Jareckiej zaś zapakować do wnętrza to wszystko, co wcześniej stamtąd wyjęła.

I to było gorsze niż rozkręcenie i wyniesienie na balkon trzech szaf.


Dlatego Jarecka dziś pyta siebie całkiem poważnie "na co mi to wszystko??" i maluje na sztandarze swoje surrealistyczne hasło "przeprowadzka higieną rodziny", a potem zwinie ten sztandar i schowa go głęboko, bo przeprowadzki są zawsze trochę smutne.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...