14.05.2015

Jeszcze o podróżach, czyli Jareccy w kraju dzięcieliny pały

Pewnego dnia, o szóstej rano Jarecki przedłożył żonie bilet.
Nie wiadomo, czego się spodziewał; na pewno nie wypowiedzianego tonem pretensji pytania: DO RUSKICH???

W podróżowanie Jarecka jest beznadziejna.
Może dlatego, że przez dziesięć lat swojego życia krążyła jak ta satelita na orbicie: dom - szkoła (z czasem dodając odległy przystanek: Jarecki) pociągami, autobusami i autostopem. Może dlatego, że zbyt jest przewidująca, a przewidywanie strasznie męczy i nie dziwić się Kasandrze, że wzięła i oszalała. Może wreszcie dlatego, że od lat dwunastu podróżuje głównie samochodem, który upośledza umiejętność rozsądnego pakowania się, bo doprawdy; co za różnica czy się wrzuci do bagażnika jedną parę butów czy pięć?
A na koniec będzie Jarecka piętrzyła stosy rzeczy "do zabrania" przez tydzień uzupełniając je o korkociągi, nebulizatory i przyrządy do manikiuru, które mają za zadanie li i jedynie (rzekomo) podwyższyć Jareckiej standard wypoczynku, bo jeszcze nigdy na urlopie nie zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem.
W ogóle nie zostały wykorzystane.
(wszak korek można wydłubać kluczem)

Nie inaczej było i tym razem. W połowie drogi "do ruskich", czyli do Wilna, Jarecka przypomniała sobie, że nie wzięła bransoletki wygranej u <Mana-j> i ubolewaniu nad tym faktem poświęciła kilka dobrych kilometrów suwalskiej ziemi.
(I nie, nie chodziło o pochwalenie się wygranym cukierasem; takie są okołopodróżne troski Jareckiej, tysiące trosk tej mniej więcej rangi)



Wyprawa była zaskakująca; nie tylko dlatego, że od decyzji do realizacji minęły ledwie dwa tygodnie  i że koszt podróży wyniósł sześć złotych polskich (lub półtora euro, jak kto woli) - za dwie osoby, w obie strony(!).
Okazało się na przykład, że Litwini nie mówią po polsku, co naiwna Jarecka uważała za pewne. W tym szalonym przekonaniu utwierdziła ją na starcie mówiąca po polsku recepcjonistka w hotelu i kelnerka w restauracji, w której Jareccy zjedli swój pierwszy litewski posiłek.
I to by było na tyle. W mieście Mickiewicza, Miłosza, Konwickiego i Tyrmanda Jarecka mogła najwyżej kaleczyć angielszczyznę lub pozwolić rozmówcom sylabizować sobie rosyjskie, swojsko brzmiące wyrazy. Litewskie słowa merdały do Jareckich niesfornymi ogonkami przy samogłoskach i klekotały jak nazwy produktów Ikea.
Zresztą; czy można znaleźć wspólny język z ludźmi, którzy o Polsce mówią: Lenkija? ;)


Pisać można by długo, można by wrzucić setkę zdjęć, można by o jedzeniu, i o tym, że dzięki tej wycieczce w Deszczowej Kuchni swoją premierę miała słonina. Wszyskie te ochy i achy spotęgowane do maksimum dzięki urokliwej porze roku i pysznej pogodzie Wszechwiedzący Narrator wmiata za kulisy i dalej popłynie strumieniem świadomości na temat: co najbardziej lubię w poznawaniu nowych stron.
Czyli, co Jarecka lubi.

Otóż tym, co Jarecką w podróżach jara - nie bójmy się tego słowa! - najbardziej, są zaskoczenia natury estetycznej. Wszechwiedzący Narrator świadkiem - post na ten temat był w planie od zawsze, lecz takie posty muszą być ilustrowane! I właśnie udało się te ilustracje zdobyć.
Dlatego do podróży nie należy przygotowywać się zbyt solennie. Trzeba stronić zwłaszcza od gugul-mapsów i stritwiułów po to, by dać się zaskoczyć.

Na przykład idziemy sobie cacaną uliczką - pierzeje wychuchane, jewropejski look.


Wchodzimy w cud-miód rokokową bramę, a tam...





Grekokatolicki kościół Świętej Trójcy




Ciary, Kochani, ciary na plecach!
Historie wypisane na murach - bezcenne!




(Jarecka łkała w Asyżu widząc freski Giotta pokolorowane w technikolorze i prychała z obrzydzeniem na widok nieskazitelnych fasad rzymskich bazylik. Konserwatorzy niszczą zabytki, wydzierają im dusze! - to osobista opinia Jareckiej, proszę nie rozpowszechniać, bo skądinąd chwała Polsce Ludowej za odbudowaną Warszawę)








Nad Wilnem górują dziesiątki wież kościelnych w takim stanie - przepych i nędza, piękno i rozkład, niezłomność. Miasto przeniesione przez wieki, WCZORAJ wytatuowane dla JUTRA.

Ale idźmy dalej.
Jarecka zarządziła wyprawę na cmentarz na Rossie. Wydał się jej hecnym pomysł, że mając na co dzień Marszałka przez płot nigdy nie była u niego w domu a teraz sobie pójdzie odwiedzić jego serce. Cmentarz w przewodniku nie prezentował się nadzwyczajnie:



Na miejscu, przed południem, najpiękniejszą z wiosen, wyglądał tak:



Ale i to nie przygotowało Jareckich na takie doznania: zbocze usiane grobami ( na zdjęciach nie widać, jak bardzo jest strome).
Jak ogród angielski - niby na dziko a jednak czyjaś ciężka praca stoi za tą malowniczą scenerią.







I jeszcze taki bonus, też w kategorii "zaskoczenia" ;)
Próbkę śniegu pobrano do analizy :)





12.05.2015

Jarecka, dziewczyna ze Świerszczyka

Kładę się na kozetce i wyznaję, jak psychoterapeucie:

Byłoby moim marzeniem coś dla Świerszczyka napisać, albo narysować, albo udziergać.(zauważyliście tryb przypuszczający? Nie mam śmiałości wyznać:"moim marzeniem jest...", bo jakiś elementarny realizm zachować trzeba, nawet w marzeniach)
Być dziewczyną Świerszczyka, jak ELA, jak BEBE...

I wiecie co? Zasnęłam na tej kozetce.
I śniło mi się, że Martyna Jakubowicz śpiewała mi spowita we flanelową piżamę a ja zostałam jubileuszową dziewczyną Świerszczyka.
W numerze specjalnym.




Pamiętacie o TYM konkursie? Mało czasu zostało, tylko do końca tygodnia! Biegnijcie tam winszować i wspominać, a ja jako pracę konkursową zgłaszam mój prezent urodzinowy dla jubilata, okładkę numeru mocno specjalnego. Gotowa, proszę Redakcji, teraz tylko trzeba dopracować wkładkę, najlepiej mocno mięsną... ;)


P.S. Moja sukienka powstała z... widać z czego? Kartki delikatnie poskładane i sklejone aby-aby taśmą, żeby nie zniszczyć, bo teraz przede mną żmudna robota - poskładanie numerów na powrót.
Zapewniam, że przy tej okazji żadnemu świerszczykowi nie stała się krzywda.
Winietkę do wydania mocno specjalnego zapożyczyłam z najwcześniejszych numerów. Autorem był Eryk Lipiński; te właśnie winiety pamiętam z dzieciństwa.

10.05.2015

O podróżach, odsłona pierwsza

- Jak ja nie znoszę podróżować! - powtarzała raz po raz Mme Miraille, nauczycielka francuskiego w liceum Jareckiej - nie lubię spać w obcych miejscach, nigdzie nie jest mi tak dobrze jak w domu!
Madame poprawiała na ramionach futro, potrząsała lwią grzywą w kolorze marchwi i trzepotała rzęsami, a tona zielonego lub granatowego cienia do powiek osypywała się na podłogę.
Jarecka uwielbiała Madame Miraille, z wzajemnością - choć pomysł, że można nie lubić podróży znajdował się daleko poza granicami percepcji nastoletniej Jareckiej.

Prawie dwie dekady później Jarecka zgromadziła w swoim niezbędniku prawie wszystkie narzędzia, które pozwalają jej zrozumieć pogląd świętej pamięci Pani Mirelli.
I nie o inne łóżka się rozchodzi, bo wszystkie łóżka świata są wygodniejsze niż dziesięcioletnia sofa Beddinge, która w Deszczowym Domu robi za małżeńskie leże.
I nie o to, że się Jarecka troska o dzieci, że im się krzywda stanie - bo zostawia je z takimi osobami, że się troszczyć nie musi.
Nie o to, że dzieci będą tęsknić - bo będą; Jareccy też będą tęsknić za nimi, i cóż z tego. Nikt nikogo nie porzucił, nikt od nikogo nie uciekł. Tęsknić za kimś, kogo się kocha - rzecz ludzka, piękna i NORMALNA. Od trzech dni tęsknoty nikomu się kuku na muniu nie zrobi.

A jednak Jarecka jakoś-jakby-się wije. Najsamprzód oczyma duszy widzi, że samoloty spadają, autobusy się rozbijają a pociągi wypadają z torów i strasznie jej żal, że coś takiego mogłoby jej przeszkodzić robić to, co robiła do tej pory, za czym niby nie przepada, ale co w obliczu śmierci uznałaby za najfajniejsze.
Potem widzi, że w innych stronach ludzie zabijają się za różne dziwne rzeczy, i znów - patrz wyżej - szkoda by było.
Że co, że takie rzeczy dzieją się także na sąsiednich zaogoniach? Tym bardziej - po co jeździć daleko?

A na koniec robi się Jareckiej tak, jak po raz pierwszy się jej zrobiło kilka lat temu na lotnisku w Innej Metropolii.
Pierwsze sto metrów przemaszerowała ochoczo w euforii, że nie musi pchać żadnego wózka, ciągnąć niczyjej ręki, na nikogo się oglądać i nikogo nie nawoływać, ale już w autobusie jadącym do hotelu myślała, że dzieciom podobałyby się widoki, zastanawiała się, co zrobiłoby na nich największe wrażenie, wreszcie - postanawiała, że musi tu przywieźć wszystkie swoje dzieci i zobaczyć to z nimi raz jeszcze, bo bez nich w ogóle się nie liczy, do poprawki.
I tak przez cały tydzień, z przerwą na sen.

Przed dorosłą Jarecką pierzchają smaczki oczywiste dla nieletnich.
- Zobaczcie, jakie piękne domy! - zakrzyknęła zachwycona Jarecka w Krakowie na ulicy Świętego Sebastiana.
- A zobacz, jakie TO jest piękne - odparła Dwójka podnosząc Jareckiej do oczu kwiat migdałowca.














P.S. Do Krakowa pojechaliśmy Polskim Busem. Piątek został w domu z Marią Sosną (i niestety, czuł się raczej nieszczęśliwy).
Koszt podróży w tę i z powrotem dla sześciu osób wyniósł (dzięki promocji) 50 zł.

Szczególne pozdrowienia dla ALI, której się chciało wyjść nam na przeciw :)

P.S.2  Przypominam też o konkursie ŚWIERSZCZYKA <TU>
Całe to podróżowanie opóźniło publikację mojej pracy konkursowej, ale - czuj czuj! Lada dzień! :)




1.05.2015

Czarna wołga



 Żyła sobie Jarecka minimalistycznie, nie wadząc nikomu, dziergając kwiatki w domowym zaciszu. Aż tu nagle cała lawina okoliczności uformowała ją na kształt czarnej wołgi dwudziestego pierwszego wieku. Ziemia drży, kwiaty chowają sie w pąkach, ptacy milkną gdy Jarecka na swoim złowrogim krążowniku pojawia się w okolicy. Śmieje się złowieszczo i uprowadza, uprowadza, a nic, co nie ma nóg, nie umknie przed jej pazernością!
Kawałek winy za katastrofę ekologiczną, jaka szykuje się na Zaogoniu (takiej na miarę zaniku Morza Aralskiego), ponoszą znane paczkowe wariatki - Jedna i Druga. Przysłały Jareckiej paczkę różnorakich materii, a między nimi grzybowy kupon.
I od razu Jarecka, z której grzybiarka marna, zapragnęła wozić się z koszem pełnym grzybów.
A jak na grzyby za wcześnie, z koszem czegokolwiek, bez różnicy.







(Nie było łatwo uszyć wyściółkę do tej graniastej formy, toteż nie należy się spodziewać wskazówek do uszycia takowego, niestety - ot, udało się jak ślepej kurze ziarnko)
Rzuciła się Jarecka obdzierać drzewa i łąki, żeby następnie te drzewa i łąki wekować.
Na przykład pod postacią syropu z pędów sosny albo miodu z mniszka lekarskiego.






 Łatwo być wiedźmą, gdy ma się taką ekipę; Czwórka i Trójka wpuszczone na łąkę pełną mleczy nie ustały, póki nie ogołociły. Ekosystem na Zaogoniu zachwiał się i upadł. Dmuchawców latoś nie będzie.

A wracając do sosny - Jaśnie Panicz zażyczył sobie akcesoria szefa kuchni"w sosnę".
Jedyne, co Jarecka znalazła w tym temacie, to taka oto drewutnia, nawiasem mówiąc, doskonała na tego typu uszytek.










Drżyj okolico!



...


Tymczasem dosiadajcie rowerów, bryczek i hulajnóg i mknijcie co tchu do Bebeluszka <TU>, zdobyć do swojej duchowej spiżarni prenumeraty Świerszczyków a na blogi i fejsościany banerki! Albowiem, zacny ten tytuł ma już 70 lat i należy mu się huczna feta, fanfary i piniata.


W Deszczowym Domu będzie jeszcze na tę okoliczność specjalna feta, lada dzień, bo zwyczajnie mamy chrapkę na Świerszcze :)

28.04.2015

Jarecka w krzyżowym ogniu pytań

MISIURA  wyróżniła Deszczowy Dom odznaką Liebster Blog Award. Dziękuję!




"Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Jeśli nie lubicie tego typu postów, proszę, bardzo proszę, pomińcie moje odpowiedzi, lecz udajcie się wprost na dół, gdzie wyróżniam kilka blogów. Napracowałam się nad wszywaniem tych linków, ale CHCIAŁAM to zrobić, bo uważam, że warto.

Ale patrzajcie też jakie trudne pytania wymyśliła Misiura i jak Jarecką nimi zastrzeliła :)

Jakie 3 książki zabrałabyś na bezludną wyspę i dlaczego te?
Dlaczego, gdy pada takie pytanie, każdy zakłada, że wyspa jest dzika (koniecznie tropikalna), nie ma tam żadnego domku ani sprzętów i że będzie się tam siedziało latami, samemu? Otóż ja zakładam, że to może być wyspa taka jak ta, na której mieszkała Tove Jansson a więc stoi tam domek a w nim wszystkie potrzebne sprzęty i że spędzę tam akurat tyle czasu, ile sama będę chciała. Na wszelki wypadek jednak zabrałabym książkę telefoniczną, bo to jest kupa podpałki a ogień na pewno się przyda, w końcu prądu raczej nie należy tam się spodziewać. Pewnie wzięłabym "Złego", bo to bardzo gruba książka i chętnie przeczytałabym jeszcze raz. I brewiarz. Na bezludnej wyspie pewnie łatwiej się przyswaja.

Twój sprawdzony sposób na chandrę?
Kolorowa robótka, najlepiej taka, którą się zacznie i skończy za jednym "zasiadem".

Twoje największe marzenie na ten rok? (Jeśli nam powiesz, możemy Cię wspierać w jego realizacji :)
Mam mnóstwo marzeń, ale wszystkie pływają swobodnie niby w wodach płodowych i w nosie mają roki i inne cezury :)

Czy zajmujesz się jeszcze czymś, co zaskoczy nas zupełnie?
Misiuro, czy Ciebie zaskoczy, że skończyłam dwa semestry ceramiki? I że byłam już po słowie z panią doktor Ceramiczną, że będę robić w jej pracowni aneks do dyplomu? Stchórzyłam albo miałam proroczą wizję; zarzuciłam ten plan.
Pytanie brzmiało: czym sie zajmujesz...?
Aha ;)

Jakiej dziedziny sztuki chciałabyś spróbować, ale wciąż odkładasz to na później?
Nie żeby zaraz inna dziedzina sztuki, ot nowa technika: od dłuższego czasu ostrzę sobie zęby na batik. W GOK Zaogonie są zajęcia, nawet już mam numer telefonu, pod którym można się umawiać ale jakoś zebrać się nie mogę. Proszę o zdalnego kopniaka, dobrze?

Jakie składniki znajdują się w Twojej diecie mentalnej?
Afirmacja, powiedzenie, rymowanka, która dodaje Ci otuchy?
Z jakim zwierzęciem utożsamiasz się, jakim jesteś?
Twój przepis na spełnione marzenie (lista celów, mapa marzeń, wizualizacje?)
Kolejne cztery pytania zbiły mnie z tropu, gdyż nie wiem, co to dieta mantalna a otuchy nie szukam w słowach. W ogóle nie szukam otuchy. Jak jest mi smutno, wysmucam się do dna.
Nie wiem, co to mapy marzeń i nie wiem, na czym polegają wizualizacje. Moje wizje są raczej czarne i szczęśliwie rozmijają się z rzeczywistością.
Jakim zwierzęciem jestem? - zapytałam nawet Jareckiego. On twierdzi, że zimną rybą.
Phi, ryba to nie zwierzę.

Co lubisz w sobie najbardziej?
Na to pytanie odpowiem w osobnym poście, ok? Kiedyś tam, niedługo ;)

Kiedy ostatnio sprawiłaś sobie małą przyjemność i co to było?
Pooglądałam szmatki, którymi niespodziewanie obdarzyły mnie Kaczka i Bebe. poukładałam, zaplanowałam co z tego będzie, dziesięć razy zmieniłam zdanie i powiadam, to był doskonały relaks! Jedna szmatka uległa już przeistoczeniu, efekty wkrótce ocenicie sami :)





Nie nominuję jedenastu blogów ale chętnie wskażę kilka - i uzasadnię wybór!
(Kolejność absolutnie przypadkowa)

Apaczowa - skoro się wzięła za blogowanie dostanie kopa w wirtualny zadek - oby tak dalej! Dobra robota!
Dorota Pies w swetrze - Jak wyżej! Przez Dorotę (dzięki niej :)) w lumpeksach uważniej skanuję metki przy swetrach!
Aga W międzyczasie. Krótko: za wrażliwość i lapidarność
Mruwka. Mruwka ot, tak sobie potrafi uszyć Olafa, który wygląda jak OLAF, smerfa, który wygląda jak smerf i świnkę Peppę, która wygląda jak świnka Peppa. To robi na mnie wrażenie.
Kolejne dwie dziewczyny wielodzietne, jako i ja :) obie wyróżniam za styl, niebanalny i cieszący me oko niezmiennie, za pomysły i zapał.
Agnieszka Plachaart - TO mnie urzekło. Czemuż ja nie mam takich jaj? ;)
Iza Gromatka - Powtórzmy: czemuż ja nie mam takich jaj? Czy Czytelnicy pamiętają bohaterską wyprawę Jareckiej do centrum Metropolii, z synami, kolejką? Nie? To dobrze. Tak? To poczytajcie TU i załamcie ręce nad Jarecką.
A na koniec pchnę Was do Anny z bloga Hugo&Mathilda, gdzie Jarecka odpowiada na kolejne pytania <TU> Tym razem poważnie! :)


22.04.2015

Jarecka u mechanika

Okazało się, że jest wiosna.
Na Ślepej Ulicy, wśród tuj i świerków wcale nie widać.
Co innego na Przedmieściu, gdzie Jarecka udała się odebrać samochód od mechanika. Od Mechanika. Znowu.
Mechanik łatwo nie miał, kilka razy dziennie smagany przez telefon nahajem po ryżych plecach. W trybie superpilnym uporał się z robotą w jedyne pięć (w tym niedziela, więc właściwie cztery) dni. Samochód u Jareckich jest jeden, Jarecka jedna, dzieci do wożenia po szkołach czworo.
Kilka sztachnięć kwitnącymi drzewkami trwało, zanim z głębi podwórka, wezwana dzwonkiem, wyłoniła się krasnoludzka sylwetka Mechanika.

- Ja po ten tego tam - powiedziała Jarecka.
- Aha - rzekł Mechanik - przepraszam, że tak długo. Mąż dzwonił parę razy... - dodał nieprzeniknionym tonem.
Jarecka rozpostarła przed uzbrojonym okiem Mechanika ten sam co zwykle, zmiętolony baner z napisem: tonaszjedynysmochódczworodzieciposzkołachmuszęwozić - ale jakoś tak niepewnie.
- Zrobiłem ten silnik, ma już moc, ale wciąż nie pracuje tak, jak się spodziewałem (wie pani, ja to słyszę), zmieniłem tę część - tu machnął przed oczyma Jareckiej kawałkiem okopconej rury - na używaną, na szczęście na używaną!(czy pani jest w stanie docenić ten łut?), ale powiem tak...

I tu rozpoczął się hipnotyzujący monodram. Mechanik opowiadał Jareckiej o usterkach i niespodziewanych zwrotach akcji w ich usuwaniu, a ilekroć wątki nazbyt się namnożyły (o czym informowało go spojrzenie Jareckiej), zbierał je do kupy, zgarniał i uklepywał jak babkę z piasku, na szczycie pewnym gestem osadzając podsumowanie zaczynające się od "powiem tak". Po tych słowach dłonie Mechanika znów poczynały się wić i jakby wbrew mówiącemu rozgarniać opowieść i mącić w toku słów - więc Mechanik znów zaczynał omiatać rozproszone wątki i kolejnym "powiem tak" mocował je niby niesforne włosy na czubku głowy.
Na którymś piętrze tej konstrukcji Jarecka już tylko pilnowała twarzy, uporczywie formując ją w kształt "słońce mnie razi, co za dyskomfort".
Dotrwała do końca sceny, upuściła krwi - dużo krwi, i wsiadła za kółko.
DO ZOBACZENIA - powiedział Mechanik, szuja.


Powinna być puenta, prawda?
Wszechwiedzący Narrator powienien teraz usypać z tych obrazków kopczyk i zatknąć na szczycie chorągiewkę?
Powiem tak:

Słońce mnie razi.

21.04.2015

Krótko i monotematycznie







Szafirkowa.
Portfel, choć cienki, nie zmieścił się do środka. Telefon dał radę, i ulubiony krem do rąk; najlepszy na świecie, z Lidla :)





Myślicie, że to koniec?
Niestety nie.
Jest jeszcze melanżowa torebka dla pięcioletniej jubilatki.



I czerwona, dla Trójki.






14.04.2015

Zrób sobie desiguala

Kiedy KATI coś zamawia, np. torebki z poprzedniego wpisu, przysyła takie zdjęcia, i takie linki, że nie da się obok tego przejść obojętnie.

I tak, od inspiracji do inspiracji, uszyłam dziewczynkom sukienki.
Wyobrażacie sobie? Jak się ma trzy córki nie można jednej uszyć a innej nie.
Proste, raglanowe, z cienkiej dresówki. Radziłam sobie jak mogłam bez owerloka - mam stopkę do dżerseju, specjalne igły (może ktoś mi wytłumaczy, czym różnią się od zwykłych?) i ściegi owerlokowe; jakoś poszło.


Do roli kropki nad i zatrudniłam kolorowe dziergane rozetki, i proszę państwa, nosimy się na desigualowo.











Żółta dla Czwórki, różowa dla Trójki. Dla Dwójki też różowa ale bez rozetek, bo Dwójka gardzi nazbyt księżniczkowym lookiem. Dla niej tylko dekoracyjne wykończenie dekoltu i przypinka.
Naszywka "tył" tak naprawdę maskuje partactwo, ale postanowiłam wykorzystać ją do oznaczenia, gdzie tył - dziewczynki nazbyt często noszą się tył naprzód ;)






Dodam jeszcze, że tak jaskrawe mundurki sprawdzają się "na mieście". Łatwo wypatrzyć w tłumie swojego motyla :)

9.04.2015

DLA nr4. Zaraźliwe torebki

"Pomarańczowa, z kwiatkiem fioletowym z żółtym środkiem i z motylkiem."
Oraz "różowa, z takim to guzem i kwiatkami, żeby pasowały."




Wcale to nie było tak łatwo!
Ten pomarańczowy, który pewna mama (czy można pokazać palcem?) kazała przysłać wprost na Zaogonie, okazał się bardzo trudnym towarzyszem. Ni to cegła, ni koral, ni pomarańcz - i weź dobierz coś, żeby pasowało. A jeszcze musi być żółty, i fiolet!
Ale w gruncie rzeczy to krzepiące, gdy młody człowiek wie, czego chce :)

Wiadomo jak jest z dziewczynami: jedna ma, to i druga chce.
Córki mają, to i matce się zachciało, o:








A jak już tę torebkę zrobiłam od razu zapragnęłam podobnej dla SIEBIE!
Należy się więc spodziewać:
1. Sweet torebuś dla dziewczynek,
2. i wieczorowej torebko-"porponetki" dla mnie.

(Już siedzę w internecie i dumam nad kolorem :))





7.04.2015

NIechby

Gdy się przeczytało ileś tam książek i ileś tam gazetowych reportaży o czekaniu na spotkanie z własną śmiercią obraz tego spotkania wyłania się spójny i dość przez swą powtarzalność nudny; że niby myśli się już tylko o sprawach najważniejszych, pamięta się tylko te naprawdę istotne, nawet jeśli zdarzyły się kilkadziesiąt lat temu, trwały sekundę i nigdy się do nich nie wracało.

Prawdopodobnie tak właśnie to jest.

Kiedy pani doktor w Szpitalu Nad Wisłą powiedziała Jareckiej, że może zacząć umierać w każdej chwili, i że jak już zacznie, to zostanie jej kilka godzin życia, w ciągu których może nawet nie zdążyć pożegnać się z rodziną, Jarecka zamknęła oczy i pomyślała, że w tej chwili, w tej właśnie chwili pragnie biec po zakurzonych wertepach Ślepej Ulicy i pchać ten cholerny rowerek, na którym Dwójka uczy się jeździć.
I tyle.
A jeśliby miała jednak przeżyć, to tylko po to, żeby móc co rano budzić się z ciężkiego snu targana za włosy przez własne dzieci, robić im śniadania i podawać ubrania, tylko po to.


A gdyby jutro miała być wojna, chciałabym, żeby moje dzieci miały życie długie i pospolite, którego końca będą wyglądać obojętnie jak napisów the end po nudnym filmie.
Niechby córki miały mężów tak bezbarwnych jak ci młodzieńcy, z którymi prowadzają się dziewczyny ze Ślepej Ulicy, niechby nawet strzygli oni swoje włosy maszynką i nosili sportowe buty. I niechby ci zięciowie mogli wieczorami pić piwo i oglądać w telewizji mecze a córkom niechby się dali we znaki rzucaniem zwitków brudnych skarpet pod łóżko. I mogliby ci zięciowie być sobie pierdołami, żebyśmy mogli im się dokładać do czynszu i moglibyśmy pilnować swoich wnuków, nie tak ubieranych, karmionych i wychowywanych jakbym sobie życzyła.
I niechby miały moje córki teściowe w sam raz wścibskie i czujne, żeby można było zżymać się na nie przyjaciółkom przez telefon.
A synowie niechby mieli żony niezaradne i strachliwe, którym musiałabym tłumaczyć jak należycie zajmować sie niemowlętami i kisić im na zimę tony ogórków, i mrozić dla nich kotlety. I żeby mieli ci synowie nad sobą szefów w sam raz głupich, żeby można było obgadywać ich z kolegami z korpo w przerwie na kawę albo i papierosa.

I tyle.

Niechby tak było.

5.04.2015

**

Jakieś dwa tygodnie temu:
Jaśnie Panicz: Mamo, prawda, że nie będziesz piec na święta babki?
Jarecka: Prawda.
JP: Bo zawsze wychodzi Ci zakalec.

Antrakt

Kilka dni póżniej.
Jarecka z notesem w dłoni zwraca się do dzieci:
- Proszę mi tu dyktować, co robimy na święta. Planujemy menu.
(Milion jajek póżniej)
JP: ...i babka.
Jarecka:  Przecież sam mówiłeś, że zawsze wychodzi zakalec!
JP: TOBIE.

Kurtyna


...


Kościół na Zaogoniu nie jest takim zwykłym wiejskim kościółkiem, co to, to nie.
Ksiądz proboszcz postawił dwie wieże, bo - przekonywał parafian - jak przyjdą muzułmanie to im taki dwuwieży pod półksiężyce nie spasuje. Na zewnątrz ma więc kościół dwie wieże a w środku same cuda. Najprzedniejsza dębina i marmury z Włoch, takie, jakimi Florencja jest intarsjowana. Wszystkie ławki ksiądz proboszcz kazał wymościć miękkimi siedziskami, żeby parafianom nie marzły zadki, żeby można było wygodnie przesiedzieć całe Triduum Paschalne (albo pół, jak kto ma chore dzieci i musi się zmieniać z mężem).
Nad drzwiami z lewej strony prezbiterium wisi pięknie oprawiona ogromna reprodukcja Świętego Pawła Carravaggia. Z prawej, nad drzwiami do zakrystii, wisi tak samo oprawiony, równie duży obraz przedstawiający Jana Pawła II. Nie jest to zwykły obraz! Papież stoi na ziemskim globie, mniej więcej na Saharze, wspiera się na swojej pasterskiej lasce i błogosławi. Spod płaszcza wypływa mu Morze Czerwone a bardziej w tyle, na wysokości papieskiego uda widać Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie. I co w tym dziwnego? - zapyta kto wnikliwy. Niby nic, ale gdy wytężyć wzrok, w miejscu, gdzie zakrzywiony horyzont spotyka się z nieboskłonem zasnutym różowymi obłokami, bystre oko dojrzy dwie wieże kościoła na Zaogoniu. Podpis głosi: Św. Jan Paweł II. Znów - niby nic dziwnego, wszystko prawda, lecz dwie pierwsze literki malarz wymalował już prawie dzisięć lat temu, ledwie wybrzmiały okrzyki Santo subito. Ksiądz proboszcz chlubi się swoją przenikliwością - antycypował.

Przed ołtarzem, na małym stoliczku siedzą kolejno: Święta Faustyna, Błogosławiony Jerzy Popiełuszko i Święty Jan Paweł II. Trochę im ciasno, odkąd papież się dosiadł; siostrzyczka, wiadomo, chucherko, ksiądz kapelan też raczej chudziak ale papież to jednak kawał chłopa.
W Wielki Czwartek przesadzono całą trójkę bliżej Grobu Pańskiego, który kształtem przypomina plażowy namiot z Decathlonu i jak przyjrzeć się uważnie (a Jarecka tak właśnie się przygląda) - chyba właśnie z takiego jest zrobiony.

W Święta widać, że na Zaogoniu jest naprawdę dużo ministrantów. Najmłodszy, Lolek Sienkiewicz, syn Romy, ma cztery i pół roku. Siedzi spokojnie; jakby co, starszy brat Rafał i siostra ministrantka ustawią go do pionu. Tylko pół roku starszy jest najmłodszy Jagiełka, także wspierany przez straszych braci. Mariola Jagiełka, która z pierwszej ławki ma oko na wszystko, promienieje w ostatnim miesiącu szóstej ciąży. 
Po drugiej stronie ołtarza, bliżej ambony, górują nad innymi bracia Sosna. Dziwne, zawsze się Jareckiej wydawało, że są do siebie bardzo podobni - teraz widać wyraźnie, że choć obaj tej samej postury i koloru, wyglądają zupełnie inaczej - młodszy to cała Danuta, starszy  - Generał.
Sama Danuta siedzi zresztą tuż przed Jarecką a obok niej poważna pani katechetka z dwójką dzieci jak z obrazka. Za plecami cała rodzina Jaśniepańskiej koleżanki Zosi, dalej Państwo Koczek.
Pani Koczek jak zwykle na czarno, w odwiecznym uczesaniu ale w nowym żakiecie.
- Mamo - szepcze Jaśnie Panicz - wiesz ile dokładnie mam lat? Dziesięć, osiem miesięcy, sześć dni i dwadzieścia... a jeśli teraz jest dziewiętnasta dwadzieścia to równe siedem dni.


Bardzo łatwo jest przegapić Zmartwychwstanie.







Czego Wam nie życzę :) Chrystus zmartwychwstał!




...



Załącznik obrazkowy. Miało być tradycyjnie i pięknie, wyszło jak zwykle ;)
W rolach głównych: wosk pszczeli ze stopionej świecy, barwniki spożywcze (Dwójka w szale porządkowania wyrzuciła mozolnie zbierane łupiny cebuli) i radosna twórczość żeńskiej części rodziny Jareckich.























1.04.2015

Zielony obrazek

Wiosną i tylko wiosną (dziwne, że tylko wiosną, ale tak właśnie jest), zdarza się Jareckiej przez jakąś czasoprzestrzenną dziurę wpaść po uszy w ciemną zieleń i opadać nią na dno jak wiadoma Alicja.
Na dnie spływa ku rzece słoneczna ulica, lawiruje pomiędzy stuletnimi kasztanami - i tą ulicą szła kiedyś Jarecka w dzień słoneczny, jasny i ciemny zarazem, bo cienisty.


A naprzeciw niej pięła się w górę grupa jak z filmów Felliniego - anioł, szczudlarz i jeszcze parę dziwadeł.
Przez te kilka minut, gdy szli ku sobie i przygladali się sobie nawzajem, Jarecka i kolorowa gromada z naprzeciwka ważyli tyle samo - byli jednakowo dziwni i zwyczajni, na miejscu i z innej bajki.
Szczudlarz posypał Jarecką srebrnymi papierkami, anioł zatrzepotał, karzeł w meloniku się ukłonił - i każdy poszedł w swoją stronę.


W miasteczku C, tam, gdzie Jarecka pędziła studencki żywot, wiosną kwitły magnolie.
Nie takie krzaczki, jakie znacie z ogródka sąsiadów! To były magnolie-drzewska, magnolie-sekwoje! W każdym ogódku magnolie-Bartki, całe w kwiatach, kwieciskach, kwiatorach wielkich jak wiadra. Spomiędzy tych różowych obłoków schody wylewały się miękkimi kałużami, wystawały wieżyczki i owalne okienka.

W jednym takim okrągłym, szeroko otwartym okienku stała Jarecka i szorowała zęby.

Bardzo ją śmieszył odgłos szczotkowania odbijany od leciwych ścian, gdy tak wypełniał zieloną ciszę zamkniętą jak toń wody wysoko nad głową.
I znów - trywialne ablucje i monumentalna zieloność były jednakowo doniosłe i banalne, jedyne i pospolite.



...








29.03.2015

Wiosna!


Torbiczkę sobie udziergałam na zieloną porę.
Tak się rozpędziłam przy TEJ poszewce, że już nie było wyjścia, a chodziła za mną taka od dawna.
Chciałam, żeby była prima sort, najlepsze nici, ucha i podszewka.
W końcu, eee, trzeba było na czymś oszczędzić (bo ucha - 36 zeta!), więc podszewkę zajumałam starej lnianej spódnicy.

Ale reszta, nie ma to tamto, de lux.



































...



Mam jeszcze taką apetyczną siatkę od KASI, jeszcze się nie chwaliłam. Pełna była skarbów ale przejedlim albo się rozeszły po Deszczowym Domu.

Torba zwana makaronikową zawsze na posterunku, w sam raz na te sześć bułek z NaRogu ;)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...