Znacie takie sny, gdy bardzo chcecie gdzieś zdążyć a nie możecie?
Albo przed kimś uciekacie ale nogi Wam ciążą, grzęzną jak w stygnącym betonie?
Jarecka nie zna.
Ilekroć we śnie goni ją jakiś łobuz, zanim naprawdę poczuje strach, myśli sobie: - halo, przecież to sen! Chciałabym być już zupełnie gdzie indziej, albo niech ten łobuz idzie w cholerę!
I już jest gdzie indziej a łobuz idzie w cholerę. A gdy Jarecka pnie się we śnie w góry i staje pod pionową, nie do zdobycia ścianą, wystarczy, że westchnie: pfff, przecież po tym nie wylezę, trzeba jakoś inaczej, jakoś w konwencji - i już może zatknąć flagę Deszczowego Domu na szczycie.
Jakże inaczej rzecz ma się w rzeczywistości!
O siódmej Jarecka wygania z łóżek dzieci i młodzież i następnie (dałaby głowę!) przez długie godziny kłębi się walka: z chlebem, skarpetkami, papierem śniadaniowym, termosami, spodniami, butami, pięcioma śniadaniami pierwszymi i trzema drugimi - trwa to wszystko niebywale długo a z pomocą nie przychodzi żadna refleksja, bo to nie jest sen, to najprawdziwsza gumowa rzeczywistość.
Czasami jednak z odsieczą przychodzi Jarecki; pakuje sztafaż do samochodu i wywozi w kierunku placówek. Zegar twierdzi, że trwało to niewiele ponad pół godziny.
W ciągu następnych kilku (nie)szczęsnych godzin Jarecka rozpakowuje zmywarkę, sprząta po śniadaniu, pakuje pralkę, zbiera suche pranie, zamiata - a wszystko z nogami w betonowych butach, marząc o śniadaniu i nie mogąc - według sennych reguł - dotrzeć do kuchni. Gdy jakimś cudem to się udaje, Jarecka nie znajduje już chęci do delektowania się posiłkiem, łyka na stojąco suchawe resztki chleba maczane w oliwie, popija kawą i zabiera się za nastawianie rosołu.
Ale otóż i południe, lada moment trzeba udać się do przedszkola po Piątka, żaden rosół nie ugotuje się w godzinę a zostawić na gazie pyrkający gar - lepiej nie. Wiadomo, jak to w snach, akurat ten jeden raz na milion krótkich, bezproblemowych wypadów z domu, samochód Jareckiej zsunie się do rowu, Jarecką wykręci lumbago, względnie rolnicy z całej Polski skrzykną się na marsz gwiaździsty. I jak to w śnie, Jarecka będzie brnęła do domu pieszo, przez śniegi i lody, z lumbago i wszystkimi dziećmi (na starsze trzeba będzie poczekać do piętnastej; a w domu gotuje się rosół!), przepuszczając na leśnych dróżkach dziki i sarny, i forsując żeremie.
Tak więc gotowanie obiadu trzeba odłożyć na później.
Najpierw pozwozić dzieci. Na raty.
O szesnastej kończy się zwożenie, można wstawić rosół, będzie na jutro.
Po zaimprowizowanym ciepłym posiłku zaczynają się wieczorne celebracje, które nie chcą się skończyć. Mamo, jeszcze jeden rozdział, a czy zęby umyte, a pazury - ło matko! - cóż to za pazury, idziemy obciąć, Mamo, mamooo - to Piątek, nieusatysfakcjonowany serwisem w wykonaniu Jareckiego domaga się poprawki.
Na koniec Jareckiej pozostaje smutny rachunek sumienia i jakby nie liczyć, wynik jest zawsze ten sam:
NIC DZISIAJ NIE ZROBIŁAM.
31.01.2017
16.01.2017
O tym, że jedni się rodzą zwycięzcami a inni muszą stawać w szranki
Miejsce akcji: parking pod Biedrą, czas: po zakupach, na pół godziny przed tym, jak JP kończy lekcje.
Osoby: Piątek, Trójka i Jarecka.
Jarecka: Nie zdążę was już zawieźć do domu, jedziemy prosto po Mikołaja (Jaśnie Paniczowi dali na chrzcie Mikołaj, coming out!)
Piątek: hurra!! (i dalej, z uczuciem) Lubię Mikołaja! (i z jeszcze większym uczuciem) To jest MÓJ BRAT.
Trójka: Mój też. Mamo, ja mam dwóch braci a Piątek tylko jednego.
Ałć!
Za plecami Jareckiej zapanowała cisza.
Piątek mełł porażkę.
- A ja - odezwał się wreszcie - mam w przedszkolu Mikołaja i w domu Mikołaja.
The winner take it all.
A skoro jesteśmy przy łinerach - ludu miast i wsi! Czyś wiedział o konkursie u <ELI?>
Konkurs trwa do jutra a ja już dziś posłałam całe dziewięć konkursowych Zoś.
Oto one:
Zofija wróżka. Ach, nieszczęsna, zginie w potyczce z dinozaurem!
A skąd, Zofija jest Zębuszką, wybiła mu co nieco.
Piątek okazał się zapalonym kreatorem mody. Wróżę mu świetlaną przyszłość w zawodzie, gdyż zdaje się rozumieć, że diamonds is the girl's best friends.
Zużywszy diamonds, nie stracił rozmachu:
A oto Zocha - stara matka; zrobiła już wszystko, co miała do roboty i idzie w miasto.
Tak twierdzi Dwójka.
Proszę się nie doszukiwać paraleli z jej starą (matką).
Stara matka jest kobietą pełną fantazji.
A tu proszę, dwie Zośki na spacerze. Aliganckie i wysmakowane, wprost spod igły Trójki.
Zosia Calineczka. Któż, ach, któż ma w Deszczowym Domu tyle cierpliwości? Kto ma takie wizje? Taką dbałość o szczegóły?
Czwórka.
A takich "szczewików" jak ta tutaj Calineczka nie ma w kosmosie nikt.
Poniżej Calineczka-Zosiuleczka w towarzystwie Łucji, Piotra i Zuzanny. Edmunda nie wystrzygła, bo zdrajca nie zasłużył.
Tak to jest, jak dziecko przedawkuje Lwa, czarownicę i starą szafę.
Jaśnie Panicz też się skusił.
Sofia Wurst, do usług.
A właściwie nie do usług, bo to Król(owa?).
No i takeśmy się bawili w niedzielę.
Wy też jeszcze macie czas na zabawę!
PS. Dinozaur z pierwszej ilustracji pochodzi z książki Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak Basia i zwierzaki.
A Chichotnik Eli Wasiuczyńskiej to jest proszę państwa taki fun dla małych i dużych, jak to ubieranie Zosiek.
Osoby: Piątek, Trójka i Jarecka.
Jarecka: Nie zdążę was już zawieźć do domu, jedziemy prosto po Mikołaja (Jaśnie Paniczowi dali na chrzcie Mikołaj, coming out!)
Piątek: hurra!! (i dalej, z uczuciem) Lubię Mikołaja! (i z jeszcze większym uczuciem) To jest MÓJ BRAT.
Trójka: Mój też. Mamo, ja mam dwóch braci a Piątek tylko jednego.
Ałć!
Za plecami Jareckiej zapanowała cisza.
Piątek mełł porażkę.
- A ja - odezwał się wreszcie - mam w przedszkolu Mikołaja i w domu Mikołaja.
The winner take it all.
A skoro jesteśmy przy łinerach - ludu miast i wsi! Czyś wiedział o konkursie u <ELI?>
Konkurs trwa do jutra a ja już dziś posłałam całe dziewięć konkursowych Zoś.
Oto one:
A skąd, Zofija jest Zębuszką, wybiła mu co nieco.
Piątek okazał się zapalonym kreatorem mody. Wróżę mu świetlaną przyszłość w zawodzie, gdyż zdaje się rozumieć, że diamonds is the girl's best friends.
Zużywszy diamonds, nie stracił rozmachu:
A oto Zocha - stara matka; zrobiła już wszystko, co miała do roboty i idzie w miasto.
Tak twierdzi Dwójka.
Proszę się nie doszukiwać paraleli z jej starą (matką).
Stara matka jest kobietą pełną fantazji.
A tu proszę, dwie Zośki na spacerze. Aliganckie i wysmakowane, wprost spod igły Trójki.
Zosia Calineczka. Któż, ach, któż ma w Deszczowym Domu tyle cierpliwości? Kto ma takie wizje? Taką dbałość o szczegóły?
Czwórka.
A takich "szczewików" jak ta tutaj Calineczka nie ma w kosmosie nikt.
Poniżej Calineczka-Zosiuleczka w towarzystwie Łucji, Piotra i Zuzanny. Edmunda nie wystrzygła, bo zdrajca nie zasłużył.
Tak to jest, jak dziecko przedawkuje Lwa, czarownicę i starą szafę.
Jaśnie Panicz też się skusił.
Sofia Wurst, do usług.
A właściwie nie do usług, bo to Król(owa?).
No i takeśmy się bawili w niedzielę.
Wy też jeszcze macie czas na zabawę!
PS. Dinozaur z pierwszej ilustracji pochodzi z książki Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak Basia i zwierzaki.
A Chichotnik Eli Wasiuczyńskiej to jest proszę państwa taki fun dla małych i dużych, jak to ubieranie Zosiek.
Etykiety:
zabawy z dziećmi
12.01.2017
Ania z Zadniej Góry
Wieczorami w Deszczowym Domu czyta się Anię z Zielonego Wzgórza.
Właściwie to już Anię z Avonlea, a to trudniejsza lektura i Jarecka raz po raz musi się wpuszczać w gąszcz wyjaśnień, na przykład dlaczego niejaki Parker powinien się wstydzić swojej gotowości do przehandlowania głosu wyborczego. Jeszcze trudniej wytłumaczyć, dlaczego niebieski Dom Ludowy jest gorszy od zielonego.
Emocje jednak nie słabną i "wieczory z Anią" w sypialni Jareckich oczekiwane są z entuzjazmem.
Po przeczytaniu dwóch, trzech rozdziałów Jarecka odprawia córki (no cześć pa, kochane, idźcie spać, dobranoc. Idźcie spać. No pa. Dobranoc. Paaa! Idźcie spać!! SPAĆ!!!) a sama brnie na wyrywki naprzód, po kilka stron przez strony, rozdziały i tomy.
Kiedyś czytała o Ani jak o rówieśnicy, potem jak o zabawnym dzieciaku...
WTEM!
Ania ze Złotego Brzegu, ostatnie trzy rozdziały.
Ania Blythe jest żoną Gilberta od piętnastu lat, matką sześciorga dzieci żyjących i jednego Niebianina, co naszą Jarecką ustawia TUŻ ale jednak ZA Anią, ze stażem małżeńskim o rok krótszym i w plecy o jedno całe żywe dziecko.
Reszta właściwie się zgadza. Ania przegląda się w lustrze; no niby jeszcze podbródek jako tako, nos okej, włosy eeech lepsze nie będą, idźmy dalej, ale ten Gilbert to już wcale na mnie nie zwraca uwagi a ja już tak się w tym domu zakopałam, że w sumie mu się nie dziwię, buuu.
Gilbert popełnia przestępstwo za przestępstwem bo najpierw zapomina o rocznicy ślubu a potem przyjmuje zaproszenie na przyjęcie, na którym będzie obecna jego była sympatia, i nie tylko przyjmuje, ale jedzie tam z Anią i jest miły dla tej Krystyny, która jest piękna, elegancka i zawodowo aktywna, czyli wszystkim Aniom na sali nóż w serce.
Najlepsze zostaje na koniec, to znaczy rozmowa Blythe'ów w sypialni, po powrocie z kolacji.
(Lecz co się tam dzieje w tle tej rozmowy - oto pole dla imaginacji! Małżonkowie gadają jak najęci a tu albo nie wiedzieć czemu spada na podłogę wisiorek - prezent na rocznicę, o której Gilbert jednak pamiętał! - albo Ania ni z gruchy ni z pietruchy wzdycha: "Ach, Gilbercie, żeby ta chwila trwała wiecznie!" A to Gilbert niby od czapy cytuje z Biblii zdanie o dobrej żonie, która całe życie robi mężowi idobrze a nie źle - Jarecka zaś wachluje wypieki zakładką chociaż uważa, że aż tyle pytlować w łóżku chyba niepodobna)
Te komplementy, takie w punkt i sama słodycz:
Gilbert: Aniu, Krystyna jest w twoim wieku a wygląda dużo starzej!
Ania: Gilbercie, dr Iks jest chudy jak szczapa, dr Igrek tłusty jak pączek, W PORÓWNANIU Z NIMI jesteś taki przystojny!
I jest radość, i pojednanie, nieporozumienia wyjaśnione, i spadają brylantowe wisiorki.
Cóż, późna pora, idźmyż do sypialni pogadać.
Brylantów nie będzie, bo do rocznicy jeszcze kilka miesięcy - ale przynajmniej wiadomo jak się odezwać!
Właściwie to już Anię z Avonlea, a to trudniejsza lektura i Jarecka raz po raz musi się wpuszczać w gąszcz wyjaśnień, na przykład dlaczego niejaki Parker powinien się wstydzić swojej gotowości do przehandlowania głosu wyborczego. Jeszcze trudniej wytłumaczyć, dlaczego niebieski Dom Ludowy jest gorszy od zielonego.
Emocje jednak nie słabną i "wieczory z Anią" w sypialni Jareckich oczekiwane są z entuzjazmem.
Po przeczytaniu dwóch, trzech rozdziałów Jarecka odprawia córki (no cześć pa, kochane, idźcie spać, dobranoc. Idźcie spać. No pa. Dobranoc. Paaa! Idźcie spać!! SPAĆ!!!) a sama brnie na wyrywki naprzód, po kilka stron przez strony, rozdziały i tomy.
Kiedyś czytała o Ani jak o rówieśnicy, potem jak o zabawnym dzieciaku...
WTEM!
Ania ze Złotego Brzegu, ostatnie trzy rozdziały.
Ania Blythe jest żoną Gilberta od piętnastu lat, matką sześciorga dzieci żyjących i jednego Niebianina, co naszą Jarecką ustawia TUŻ ale jednak ZA Anią, ze stażem małżeńskim o rok krótszym i w plecy o jedno całe żywe dziecko.
Reszta właściwie się zgadza. Ania przegląda się w lustrze; no niby jeszcze podbródek jako tako, nos okej, włosy eeech lepsze nie będą, idźmy dalej, ale ten Gilbert to już wcale na mnie nie zwraca uwagi a ja już tak się w tym domu zakopałam, że w sumie mu się nie dziwię, buuu.
Gilbert popełnia przestępstwo za przestępstwem bo najpierw zapomina o rocznicy ślubu a potem przyjmuje zaproszenie na przyjęcie, na którym będzie obecna jego była sympatia, i nie tylko przyjmuje, ale jedzie tam z Anią i jest miły dla tej Krystyny, która jest piękna, elegancka i zawodowo aktywna, czyli wszystkim Aniom na sali nóż w serce.
Najlepsze zostaje na koniec, to znaczy rozmowa Blythe'ów w sypialni, po powrocie z kolacji.
(Lecz co się tam dzieje w tle tej rozmowy - oto pole dla imaginacji! Małżonkowie gadają jak najęci a tu albo nie wiedzieć czemu spada na podłogę wisiorek - prezent na rocznicę, o której Gilbert jednak pamiętał! - albo Ania ni z gruchy ni z pietruchy wzdycha: "Ach, Gilbercie, żeby ta chwila trwała wiecznie!" A to Gilbert niby od czapy cytuje z Biblii zdanie o dobrej żonie, która całe życie robi mężowi idobrze a nie źle - Jarecka zaś wachluje wypieki zakładką chociaż uważa, że aż tyle pytlować w łóżku chyba niepodobna)
Te komplementy, takie w punkt i sama słodycz:
Gilbert: Aniu, Krystyna jest w twoim wieku a wygląda dużo starzej!
Ania: Gilbercie, dr Iks jest chudy jak szczapa, dr Igrek tłusty jak pączek, W PORÓWNANIU Z NIMI jesteś taki przystojny!
I jest radość, i pojednanie, nieporozumienia wyjaśnione, i spadają brylantowe wisiorki.
***
Cóż, późna pora, idźmyż do sypialni pogadać.
Brylantów nie będzie, bo do rocznicy jeszcze kilka miesięcy - ale przynajmniej wiadomo jak się odezwać!
Etykiety:
Życie rodzinne
7.01.2017
Ho ho, zima!
Zima roztacza przed Jarecką nie znane jej dotychczas uroki.
Na przykład zamarznięte drzwi do samochodu.
Pomińmy skrobanie oblodzonych szyb; nareszcie, po dwóch latach Jarecka mogła wypróbować prezent od teścia - skrobaczkę obstalowaną w cieplutkiej miękkiej rękawicy - i stwierdzić, że to fantastyczny sprzęt. Dom na Zadniej Górze zasobny jest co prawda w garaż, lecz nawet gdyby wynieść zeń nadstawę wiadomego kredensu (rowery już zostały wyniesione na strych), nie ma pewności, że samochód by się tam zmieścił.
(I tu wspomnijmy rzewnie obszerny garaż na Zaogoniu, którego jedynym felerem było to, iż w mroźny czas Czesiuniowie dostawiali tam swoje autko. Feler ów polegał na tym, iż czasem to autko blokowało Jareckiej wyjazd, zatem musiała ona wóz przestawić osobiście; nie mając zaś wielkiej wprawy w posługiwaniu się manualną skrzynią biegów rykiem silnika i kłębami spalin obwieszczała urbi et orbi garażowe rotacje)
Ukryte w przydrożnych zaroślach łasice, łosie i dziki mogły tego ranka podziwiać zad Jareckiej pakującej się do samochodu przez bagażnik. Po kilku(nastu) próbach udało się uruchomić silnik, ponieważ jednak drzwi uparcie odmawiały współpracy, Jarecka musiała znów powtórzyć manewr i wydobyć się na zewnątrz niczym przez jelito grube - by oskrobać szyby.
A potem to już z górki!
A raczej, dzięki Bogu, po płaskim.
Jarecka, która na drugie ma Polyanna, znajduje zimą wiele powodów do euforii.
Że nie musi o tej porze jeździć po rodzinnym J, a już ekstraordynaryjnie, że nie mieszka w górach jak jej przyjaciółki! Bo suwać się bez abeesów po płaskim jest przecież dużo bezpieczniej.
Że lwia część drogi do szkoły odbywa się po drogach krajowych odśnieżonych do cna.
I dalej, to co zwykle; że jakimś cudem urodziła te dzieci, że może patrzeć jak rosną; zwykłe, codzienne euforie.
***
30.12.2016
Jarecki w akcji
Zaczęło się bardzo niewinnie, Jarecki nie mógł się spodziewać, co go czeka.
Przyjechali Pysiakowie i tak sobie miło gawędziliśmy o tym i owym, że na przykład tu w salonie jeszcze nam bardzo potrzebny jakiś kredens, a najbardziej, ach, pamiętasz Pysiaku (Pysiak to mój kuzyn) taki jak stał u naszej babci w letniej kuchni!
Ten kredens jeszcze tam stoi, mówił Pysiak, ale już się pewnie nie nadaje, ach-jaka-szkoda.
I na tym skończyłaby się rozmowa o wystroju wnętrz, gdyby kuzyn Pysiak nie odpalił internetów.
Już po chwili oznajmił, że w sąsiedniej wiosce podobny kredens jest do wzięcia za 100 złotych polskich.
Jarecki skrycie załamał ręce ale pojechał, przywiózł i...
...zaczął zdejmować warstwy farby olejnej, aż wyłoniła się solidna konstrukcja z drewna i sklejki. Niestety zdjęć z tego etapu prac brak.
Ponieważ kredens w salonie Deszczowego Domu naprawdę był potrzebny, Jarecki postanowił na cito wykończyć dolną część a nastawą zająć się w bliżej nieokreślonej przyszłości; może latem, gdy będzie można pracować przy otwartym garażu a może samo się zrobi, kto to może wiedzieć.
| Ta osobliwa ozdoba to źle przykręcony wieszak na różne kuchenne artefakty. Dlaczego źle go przykręcono? Ot, tajemnica. |
Ogołocony ze starych farb mebel (a raczej jego połowa) trafił do salonu.
Tam dostał nowe szaty.
Farbę -
- gałki, uchwyty i nowe zamki.
Tak wygląda teraz, w roli komody.
Jarecki twierdzi, że z nastawą będzie przyciężko i nazbyt kuchennie a wszak to salon! Oraz (bardzo chytrze z jego strony), że ściana nad komodą to wymarzone miejsce do ekspozycji dzieł sztuki, które w kuluarach już tylko czekają na oprawę i Jareckiego z wiertarką.
Co myślicie?
Etykiety:
Jarecki w akcji,
wnętrze
28.12.2016
Prezent poświąteczny
Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarnko.
W zaogońskim lumpeksie, upiornej grzebalni, znalazłam dwa próbniki z jakiegoś sklepu z wystrojem wnętrz dla dzieci. Każdy taki próbnik to trzy kupony grubej bawełnianej tkaniny: jeden 145x110 i dwa 55x110. Ten sam wzór w pieski, trzy wersje kolorystyczne.
W sumie ogrom zacnej, nieużywanej materii.
(Właściwie post niniejszy jest z gatunku: patrzcie i zazdrośćcie, bo prawdopodobieństwo takiego łowu nie jest duże a praca włożona w efekt końcowy akurat w zasięgu każdej początkującej szwaczki)
Oto owoc poświątecznej laby i pokój Trójki jako miejsce docelowe.
Na powyższym zdjęciu jeszcze jeden materiał, który wykorzystałam w poniższej robótce - lniana surówka; akurat miałam w pracowni kilka metrów ;)
Z dwóch dużych kuponów powstała narzuta. Nie ma w środku żadnego wypełnienia. Była uszyta z dwóch warstw jak poszwa na kołdrę a następnie, już na prawej stronie przepikowana razem naokoło tych owali (jaj:)) z pieskami. Wszystko dobrze się trzyma kupy i jest odpowiednio ciężkie.
Z dwóch mniejszych kuponów uszyłam poduchy 47x47 cm.
Pozostałe dwa kawałki tkanin zostawiam "na zaś". A nuż trzeba będzie uszyć jakieś siedzisko na krzesło, worek czy coś tam jeszcze :)
Niech żyją lumpeksy!
Etykiety:
szycie
Tymczasem zamiast życzeń -
Tak się złożyło, że w wigilijny poranek Dwójka dostała ostrą reprymendę.
Obraziła się spektakularnie, trzasnęła drzwiami swojego pokoju; skąd za chwilę wychynęła, żeby udać się z Jarecką na ostatnie przed Świętami zakupy (foch fochem, ale lepiej nie ryzykować bycia zastawionym do jakiejś roboty).
- Ho ho - skomentowali chórem Rodzice Jareccy - jak w Wigilię tak cały rok! Teraz - wieszczyli Dwójce - cały rok będziesz dostawała łupu cupu!
O czym Jarecka z Dwójką rozmawiały jadąc do sklepu z grubsza wiadomo.*
- ...i oczywiście wiesz, że to co ci dziadkowie powiedzieli, że jak w Wigilię tak cały rok to tylko takie powiedzenie, i nijak się ma do rzeczywistości? Pan Bóg codziennie daje nam całkiem nowy dzień...
- Wiem - wstrzeliła się Dwójka - tak jak mówiła Ania**: JUTRO JEST ZAWSZE CZYSTE.
*Oto trudność blogera. Coraz częściej wypada nabrać wody w usta.
**z Zielonego Wzgórza :)
Etykiety:
złote myśli
17.12.2016
Kartki z kalendarza, adwentowego.
14 grudnia, godz. 15.00
Jasełka u Piątka
O znienawidzona, rokroczna torturo!
W gąszczu tabletów, telefonów i innych nagrywarek, pośród uszminkowanych ust matek i babek, w nerwowej atmosferze. Dzieci pobudzone, rodzice stłoczeni, panie zmęczone.
Morale Piątka-baranka padło na widok Jareckiej, która torując sobie drogę maczetą, dobrnęła do syna z czystą koszulą. Na szczęście rola czarnego barana sprowadzała się do jakiegoś: "zapraszamy na jasełka", które Piątek wyrecytował automatycznie nie wypuszczając z objęć swojej matki, i już można było udać się na tyły sali, gdzie wypadało zaczekać jeszcze na prezenty i uf.
Odfajkowane.
14 grudnia, godz. 16.00
Jasełka u Czwórki.
O znienawidzona, rokroczna torturo!
Ponieważ Jarecka przybyła na ten spektakl wprost z piętra wyżej, ergo - wcześniej niż inni - zajęła sobie miejsce w pierwszym rzędzie, za plecami (i jeszcze niżej) mając tablety, telefony i inne nagrywarki.
Zmęczony baran usnął na kolanach Jareckiej i jej samej niewiele brakowało, żeby pójść w jego ślady.
No ale już, prezenty rozdane, odfajkowane.
14 grudnia (rok ciągle ten sam, 2016), godz. 18.00
Zebranie w gimnazjum.
Lista mailowa do rodziców uzupełniona, składka klasowa ściągnięta.
- Drodzy państwo - rzecze młodziutka wychowawczyni - właśnie zdałam sobie sprawę, że u progu liceum nasze dzieci spotkają się z młodszym rocznikiem, który charakteryzuje liczebność (wyż demograficzny) i niepospolita ambicja. Na dzień dzisiejszy szanse na dostanie się do liceum daję najwyżej jednej trzeciej klasy.
Borze sosnowy, czyli pięciu osobom.
Jarecka znów poczuła ten odpływ energii, co na pierwszym zebraniu, kiedy wyszło na jaw, że na szesnaście osób dziesięcioro ma orzeczenie o różnych poznawczych dysfunkcjach. W torbie zmaterializował się ten sam co wtedy bacik; a masz, ty leniwa matko, nie chciało się dziecka wozić do lepszej szkoły, nie chciało się wchodzić w całkiem nowe środowisko, zaprzepaścisz ty ten talent, a masz! - nie masz tu dla niego rywala, motywacji, pójdzie do branżówki razem z kolegami.
14 grudnia, 18.30
Zebranie u Dwójki.
- Skoro panie nie mogą sobie poradzić z naszą klasą, mamy pomysł! Podzielmy ją! Wszak pierwsze klasy są dwie, choć cały rocznik liczy dokładnie tyle, co nasza klasa. Napiszmy petycję do wójta, kto jest za?
- Ale w pierwszej klasie jest dziecko sołtysa - zauważył ktoś przytomnie.
A potem już było jak zwykle, czyli czemu pani tyle krzyczy i tak narzeka i tyle zadaje, jak dzieci żle się uczą to nie wymagajmy od nich tyle, noooo!
Wieczorem Jareccy musieli napić się tego napoju, który powiększył Alicję z Krainy Czarów, cudem się to udało, bo już ledwo dosięgali blatu.
15 grudnia, godz.18.00
Koncert w Gminnym Ośrodku Kultury.
Wśród artystów - Trójka, która w tym roku pobiera lekcje śpiewu.
Sala zatłoczona, tablety, telefony i inne narzędzia nagrywające plus Jaśnie Panicz w roli fotoreportera; w tym roku pobiera nauki w dziedzinie fotografii, przyszedł na koncert wprost ze swoich zajęć piętro wyżej.
Trójka i jej koleżanki wyglądały olśniewająco (czemu Czwórka, zajęta przy bufecie na tyłach sali, musi uwierzyć na słowo). I znów Jarecka nie mogła się nadziwić, że jej córka ma urodę tak oryginalną, że drugiego takiego dziecka nie ma na świecie. No, chyba, że gdzieś tam na Karaibach.
Sami zobaczcie.
16 grudnia, godz.10.00
Śniadanie.
Piżamy.
Piątek miał w nocy gorączkę.
Jaśnie Panicz, nawet jeśli pójdzie do branżówki, może zrobić karierę kucharza.
Sikorki buszują w karmniku.
Wszystko powraca do właściwych rozmiarów.
Czego i Wam życzę :)
Etykiety:
szycie,
Życie rodzinne
28.11.2016
Obrazki z Dwójką
- Mamo, co to znaczy "miejscowość rodzinna"?
- Nnnnoooo - kombinuje Jarecka - taka, w której się urodziłaś, z której pochodzą twoi rodzice, gdzie mieszka twoja rodzina...
- Bo dzisiaj na historii mieliśmy coś napisać o naszej rodzinnej miejscowości.
Hm.
Dwójka urodziła się na Przedmieściu, więc w dokumentach stoi: Metropolia. Rodzice urodzili się w J, tam też mieszkają dziadkowie, ciotki i kuzyni, Dwójka bywa tam kilka, kilkanaście dni w roku.
Trzy lata na Przedmieściu u Pani Feli, osiem miesięcy u Gargameli, też na Przedmieściu.
Sześć lat na Zaogoniu.
- Nie wiedziałam, co mam napisać. Napisałam o Zadniej Górze.
Pół roku na Zadniej Górze.
Takie korzenie, jak rzodkiewka.
Ilustris przysłał kolejny pakiet świątecznych kartek, na prośbę Jareckiej. Jakimś cudem pierwsza przesyłka umknęła Dwójce, toteż kontempluje radośnie po raz pierwszy.
- Nie widziałam tego wcześniej! - wykrzykuje.
I teraz, Kaczka, Bebe, uważajcie, bo Dwójka dodała: - będziemy je mogli wysłać tym, wiesz, Straszakom.
Wzruszyłam się.
A Wy pamiętacie o Robótce?
Starszaki czekają, co rok bardziej (bośmy je rozpuścili, ot co :))))
I, jak się okazuje, moje starszaki też czekają :)
Wszystko, co musicie wiedzieć, by się przyłączyć - <TUTAJ>
- Nnnnoooo - kombinuje Jarecka - taka, w której się urodziłaś, z której pochodzą twoi rodzice, gdzie mieszka twoja rodzina...
- Bo dzisiaj na historii mieliśmy coś napisać o naszej rodzinnej miejscowości.
Hm.
Dwójka urodziła się na Przedmieściu, więc w dokumentach stoi: Metropolia. Rodzice urodzili się w J, tam też mieszkają dziadkowie, ciotki i kuzyni, Dwójka bywa tam kilka, kilkanaście dni w roku.
Trzy lata na Przedmieściu u Pani Feli, osiem miesięcy u Gargameli, też na Przedmieściu.
Sześć lat na Zaogoniu.
- Nie wiedziałam, co mam napisać. Napisałam o Zadniej Górze.
Pół roku na Zadniej Górze.
Takie korzenie, jak rzodkiewka.
***
Ilustris przysłał kolejny pakiet świątecznych kartek, na prośbę Jareckiej. Jakimś cudem pierwsza przesyłka umknęła Dwójce, toteż kontempluje radośnie po raz pierwszy.
- Nie widziałam tego wcześniej! - wykrzykuje.
I teraz, Kaczka, Bebe, uważajcie, bo Dwójka dodała: - będziemy je mogli wysłać tym, wiesz, Straszakom.
Wzruszyłam się.
A Wy pamiętacie o Robótce?
Starszaki czekają, co rok bardziej (bośmy je rozpuścili, ot co :))))
I, jak się okazuje, moje starszaki też czekają :)
Wszystko, co musicie wiedzieć, by się przyłączyć - <TUTAJ>
Etykiety:
szycie
25.11.2016
Surrealizm magiczny czyli Jarecki jako płonąca żyrafa i Jarecka jako twoja stara
Ileż to razy po zebraniu rodziców Jarecka zasiadała do pamiętniczka, żeby utrwalić te niewiarygodne wrażenia!
Tyleż razy zamykała go z hukiem i konstatacją, że nie udźwignie ciężaru tego absurdu.
Zebrania rodziców w szkole są jak obrazy Fridy Kahlo. I straszno, i nieprawdopodobnie, i w jaskrawych kolorach. Zwolennicy krojonych jabłek kłócą się z frakcją "jabłka tylko w całości", miłośnicy kompotu dają po łbie propagatorom picia wody, przy czym sprawy wychowania zasadniczo omijane są szerokim łukiem. Bo tu już trudno mówić o frakcjach i stronnictwach, tu każdy z osobna wie najlepiej.
Jarecki z początkiem roku (dla zdrowotności) uroczyście ślubował odstawienie wszelkiej okołoszkolnej działalności; postanowienia trzymał się wiernie aż do końca listopada, kiedy to wychowawczynie zasypały Jareckich zaproszeniami. Dwa były nienachalne, trzecie wprost przeciwnie.
Ponieważ za sprawą diabelskiego wynalazku, jakim jest dziennik elektroniczny Jarecka dzień w dzień katowana jest mailami typu: "klasa zachowuje się skandalicznie, proszę wyciągnąć konsekwencje" - ciekawa sposobu, w jaki mogłaby zdyscyplinować całą klasę naraz, delegowała po tę wiedzę Jareckiego.
Na zebraniu czwartej klasy frekwencja jak zwykle była niemal stuprocentowa.
Pani wychowawczyni z miejsca chlusnęła żalem: że dzieci takie nieposłuszne, głośne, że ciągle tylko o grach komputerowych, biegają, biorą się za łby, itp.
Rodzice swoje: a dlaczego panie tyle krzyczą na niebożęta, dlaczego tyle zadają do domu, dlaczego robią trudne sprawdziany, odpytują, itp. Wszak te nasze dzieci do 22 siedzą nad lekcjami, kiedyż się bawić i kiedyż grać na komputerze, jak tu pani imputuje.
Pani dalej; że dzieciom już nie wystarczy obrażanie siebie nawzajem, że sięgają po cięższy kaliber i obelgi z gatunku "twoja stara".
- Zgadza się - potwierdziła mama Władka - koledzy powiedzieli Władziowi, że jestem Angry Birdsem.
Rodzice zamarli (możliwe, że namysł dotyczył tego, którym konkretnie).
- I że tylko chodzę do fryzjera, farbuję włosy i siedzę w domu.
Znów pełna zakłopotania pauza.
- Nooo - zaczęła niepewnie jedna z mam - ale tego to już chyba chłopcy sami nie wymyślili. Musieli to chyba usłyszeć w swoim domu...
Wystarczy, więcej pamiętniczek nie wytrzyma.
Warto tylko dodać, że w tej grupie rodziców Jarecki jest już spalony gdyż się wypowiedział.
Jarecka, wychodzi na to, była już wcześniej, bo skoro mamie Władka tak się po domach dostaje, to uuu...
A zatem Jarecka zamaszyście zatrzaskuje pamiętniczek i oddala się by czesać włosy, malować pazury i SIEDZIEĆ.
Krztusząc się z uciechy.
Etykiety:
Życie rodzinne
17.11.2016
Kto nie pozwala Jareckiej odpocząć, lista winowajców.
Na czym polega trudność bycia matką wielodzietną?
No jakże! - powiecie - to oczywiste. Rano kilka śniadaniówek do zapakowania, kilka kursów na trasie szkoła-dom, więcej siatek z zakupami do noszenia, więcej butów i kurtek do kupienia, więcej pościeli do zmiany.
Furda to wszystko, powiadam Wam.
Jest coś, co matki wykańcza skuteczniej niż ospa w domu.
Zajrzyjmy na przykład przez okno do kuchni w Deszczowym Domu, gdzie Jarecka nad zlewozmywakiem gapiąc się w okno pucuje filiżankę (takusieńko jak Meryl Streep w Żelaznej damie).
Wyobraźmy sobie, że filiżanka jest nowa, jakiś tam prezencik albo trofeum z lumpeksu. Wchodzi któreś dziecko i mówi: - o, mamo, nowa filiżanka? Skąd masz?
Jarecka odpowiada nie odrywając ócz od krzy za oknem i pucuje dalej (choć Jareckiemu, który też ogląda tę scenę wraz z czytelnikami już drga powieka, bo kto to widział tyle wody naraz w szambo lać?)
Trzy minuty później wchodzi inne dziecko i mówi: - o, mamo, nowa filiżanka? Skąd masz?
Piąte dziecko nie może zrozumieć, dlaczego po niewinnym pytaniu matka zaczyna wrzeszczeć, rzuca filiżanką w okno i sama ucieka w ślad za nią.
Za kilkanaście lat będą opowiadać o tym leżąc na kozetkach a psychoterapeuta na próżno będzie dociekał jednostki chorobowej matki pacjenta.
- Mamo, widziałaś, te spodnie są PRAWDZIWE!
- Mamo, widziałaś, te spodnie są PRAWDZIWE!
- Mamo, widziałaś, te spodnie są PRAWDZIWE!
- Mamo, widziałaś, te spodnie są PRAWDZIWE!
- Mamo, widziałaś, te spodnie są PRAWDZIWE!
I teraz możemy przejść do właściwego tematu posta.
Jeszcze tylko mała inwokacja do wszechświata, ach, czemuż ty mi nie dasz odpocząć, czemuż mi podsuwasz tyle inspiracji, czemuż się one wlewają każdą szczeliną, czemu nie mogę sobie po prostu zasiąść w fotelu przy kominku i się zdrzemnąć?
Winowajczyń było wiele:
Koleżanka Jareckiego, która przysłała na Zadnią Górę swojego męża, ciężarówką ładowaną po sufit włóczkami, materiałami i pasmanterią wszelaką.
<Joanna w kolorze>, u której widziałam na ścianach takie szyte, tekstylne ramki na zdjęcia, że klękajcie narody.
W Szopiętach Piątek zakochał się bez pamięci, do tego stopnia bez pamięci, że ciągle każe czytać sobie od nowa.
Co czynię bez przykrości napawając się pięknem szaty graficznej. Szaty ze szmatek.
No i czy ja mogłam po takim ataku lektury usiedzieć spokojnie?
No nie. Uszyłam swoje szopięta.
Proszę Państwa, oto Czwórka i Piątek. Czwórka nawet jakby podobna... nawet szczerbę ma na miejscu. Piątek do przeszycia, bo tylko brwi się zgadzają.
- Mamo, a mnie też uszyjesz?
- Mamo, a mnie też uszyjesz?
- Mamo, a mnie też uszyjesz?
Oczywiście, będzie cała galeria, o, taka:
(To już Ela Wasiuczyńska i jej Chichotnik. Jak to dobrze, że pora prezentów się zbliża! Można tyle fajnych książek sobie kupić, niby że dzieciom!)
PS. Donoszą mi krakowskie koleżanki, że Ewa Kozyra Pawlak kojarzy Jarecką z blogiem Deszczowy Dom.
Jeszcze zostało mi ten Neapol zobaczyć. Na razie się nie wybieram, więc do następnego!
Etykiety:
ilustracja,
szycie
9.11.2016
Pierwszy dżingiel :)
To niewiarygodne, jak pogoda wyszła naprzeciw koniunkturze!
Wczoraj odebrałam przesyłkę, dziś na Zadniej Górze spadł śnieg i na tym podwójnym haju donoszę:
Święta idą!
Firma <ILUSTRIS> kupiła ode mnie projekt, który przygotowałam w czerwcu.
Zrobiłam zylion świątecznych symulacji - i tak, pokażę Wam je, co tak będą leżeć bezczynnie w wirtualnej szufladzie.
Start!
A może jednak tło za ciemne?
A może domek z prawej, choinka z lewej?
Może jednak ciemne?
Może przyprószyć drzewa?
Może jednak szare tło?
Może jednak ciemne.
Może domek ciut mniejszy?
A może zacznijmy od początku.
Ciepło ciepło...
... gorąco!
Dochód ze sprzedaży kartek zasili stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce.
Jak Wam się podoba?
Wczoraj odebrałam przesyłkę, dziś na Zadniej Górze spadł śnieg i na tym podwójnym haju donoszę:
Święta idą!
Firma <ILUSTRIS> kupiła ode mnie projekt, który przygotowałam w czerwcu.
Zrobiłam zylion świątecznych symulacji - i tak, pokażę Wam je, co tak będą leżeć bezczynnie w wirtualnej szufladzie.
Start!
A może jednak tło za ciemne?
A może domek z prawej, choinka z lewej?
Może jednak ciemne?
Może przyprószyć drzewa?
Może jednak szare tło?
Może jednak ciemne.
Może domek ciut mniejszy?
Ciepło ciepło...
... gorąco!
Dochód ze sprzedaży kartek zasili stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce.
Jak Wam się podoba?
Etykiety:
ilustracja,
szydełko
Subskrybuj:
Posty (Atom)


