Jareccy kłócą się średnio dwa razy roku.
Jarecki przychodzi i mówi: - pytają, co chcesz dostać na urodziny (opcjonalnie; na Gwiazdkę).
Jarecka doskonale wie, kto pyta ale nieużywanie imion i stopnia pokrewieństwa należy do gry. Oczywiście zawczasu jest przygotowana na to pytanie, przemyślała sprawę: żeby było nie za drogo, niezobowiązująco, w granicach rozsądku praktycznie i żeby zakup nie nastręczał większych problemów.
- O takie rameczki sobie w Ikei wypatrzyłam - mówi, i klik! - otwiera w laptopie stosowną zakładkę.
Jarecki zagląda w monitor a nazajutrz przychodzi i mówi:
- Powiedziała (wiadomo kto), że taka rameczka, to co to za prezent.
- Dobrze - mówi Jarecka. Jest opcja B - to poproszę kubek albo filiżankę, ale piękne! Wyjątkowy, porywający kubek! (to pomysł Kingi z
Piecuchowa, Jarecka uznała, że świetny)
- Ale ktoś może nie wiedzieć, co dla ciebie jest porywające - upiera się Jarecki.
- To niech kupi taki, jaki sam/a uzna za porywający. To nawet jeszcze lepiej.
- Ale kubek - prycha pogardliwie Jarecki - kubek możesz sobie kupić sama.
- Sama? Szkoda mi kasy na takie pierdoły! Nigdy w życiu nie kupię sobie sama kubka!
Jarecki milknie, ale coś waży i Jarecka pośpiesznie uprzedza jego kolejne kontrargumenty:
- Dobrze. To poproszę dwadzieścia złotych do koperty, sama sobie kupię kubek jaki zechcę.
- No wiesz! - oburza się Jarecki.
I tu już jest Jareckiej za wiele; mówi, że jak to? Wszyscy wiedzą lepiej co się nadaje dla niej na prezent a co nie? A skoro wiedzą, to po co pytają? Ramki źle, filiżanki źle, pieniądze źle! To ona w ogóle nie musi nic dostawać!
Jarecki, wzorem kłótni poprzednich, nie mówi już nic.
Taka jest Jareckiego strategia, jedyna słuszna, albowiem na każde jego słowo miałaby teraz Jarecka dziesięć swoich.
I już, i po kłótni.