21.08.2018

Łąka od kuchni

Imaginujcie:
Jest cudowne gorące lato, mieszkacie daleko od szosy wśród łąk i dostajecie zamówienie na temat: DOWOLNY.
Niby można wszystko ale jakby nie ma wyjścia.

Niektóre kwiaty już przekwitły, na szczęście ma się szkicowniki.
I wierne niebieskie szydełko nr 3,5, wszechmogące.







Na czas upałów przeniosłam się z pracą do filii pracowni w salonie.
Można się domyślać, że jeśli jeszcze kiedyś dane mi będzie pracować na dowolny temat, wezmę na warsztat kwiaty doniczkowe - choć trochę mnie wkurza, że stolik, który miał być biurkiem, stał się kwietnikiem i nie wygląda na to, żeby miało się to zmienić.





Nie mogłam się zdecydować, czy iść w naśladownictwo natury 1:1, czy raczej w stylizowane formy inspirowane naturą -




- niechże zatem będzie jedno i drugie, kto bogatemu zabroni?




A może niech będzie zielnikowo, skoro to takie pojedyncze sztuki?
Jak zielnik, to i paseczki papieru, którymi rośliny mocowano w kajetach i gablotach.
U mnie to kawałki tkanin podklejone taśmą dwustronną, żeby się nie błyszczało jak te kolorowe taśmy klejące.






Mam taki plan, że jak już czas mi pozwoli na zabawy, zrobię tutorial i każdy będzie mógł wydziergać sobie takiego chabra bławatka.



Bo taka nawłoć to czysty freestyle.




Efekty końcowe wkrótce a teraz biegnijcie na łąki oglądać prawdziwe nawłocie i rudbekie, ciągle jeszcze tam są.

10.08.2018

Prawdopodobieństwo i podobieństwo. Trochę z życia, trochę z pracowni.












Niezwykle rzadko drogi Jareckiej wiodą przez miasteczko powiatowe O
Chyba, że jest do załatwienia urzędowa sprawa albo gdy któreś dziecko trzeba okazać jakiemuś specjaliście, który akuratnie w O tronuje.
Na przykład cztery lata temu, gdy JP miał zajęcia dla młodych geeków, raz w tygodniu Jarecka cierpiała katusze w ciasnym korytarzu poradni próbując osłonić Piątka przed lądowaniem ze schodów, córki przed śmiercią z nudów a siebie przed towarzystwem ochoczej w rozmowie Matki Polki.
Matka Polka natychmiast podliczyła dzieci Jareckiej a wysnuwszy na tej podstawie wniosek o pokrewieństwie dusz, jęła raczyć Jarecką najbardziej intymnymi relacjami z życia rodzinnego, małżeńskiego, szczegółami z porodów, diagnozami dotyczącymi wszystkich członków rodziny i innymi pasjonującymi detalami - słowem: różnorodność jak na fejsbukowym profilu Karta Dużej Rodziny. Człowiek niby też posiada, też korzysta, ale cóż go obchodzi, ile kto zużywa wody.

Tym razem do O. zawiodła Jarecką sprawa urzędowa. 
Bladym świtem spakowała dokumenty, powierzyła dom opiece swojego wyrośniętego geeka i po kilkunastu minutach zatrzymała maszynę na pustawym parkingu.
To był piękny rześki sierpniowy poranek.
Ktoś zapukał Jareckiej w szybkę.

Powiedzcie - jakie było prawdopodobieństwo, że po kilku latach stawiając stopę w miasteczku, z którym prawie nic cię nie łączy, usłyszysz:
- Ja przepraszam, że tak pytam, ale tak się zastanawiam - ile miejsc jest w tym samochodzie? Bo my właśnie kupiliśmy taki, o, pani zobaczy, tu jest sześć miejsc, jeszcze dwa z tyłu się rozkłada w bagażniku. A można sobie taki siódmy fotel dokupić? Bo nas też jest siedmioro, nas dwoje i dzieci. Starsze właśnie wyjechały, mam teraz luz, tylko najmłodsza została!

Matko Polko, to ty, ta sama!

Jarecka uciekała co sił w nogach zmrożona przeczuciem, że jej rozmówczyni zmierza w tym samym kierunku.



To przeczucie okazało się mylne, wszelako nie był to koniec przygód.
Zanim pani z okienka zdołała rzucić okiem na przedłożone dokumenty, dokonała odkrycia:
- Ma pani nieważny dowód. Termin ważności  minął w lipcu.
Pocieszyła jednak stropioną petentkę, że wszystko da się załatwić z paszportem i potwierdzeniem meldunku a zatem Jarecka ruszyła w drogę do urzędu swojej gminy, gdzie rzeczony papier wręczono jej bez zbędnych ceregieli. W domu paszport leżał tam, gdzie powinien.

I powiedzcie, jakie było prawdopodobieństwo, że on też okaże się przeterminowany?



...




Nu, i taka troska, choć pozostaje satysfakcja, że jak się samemu sobie robi zdjęcie do nowych dokumentów, można sobie przyciemnić przedziałek, zrobić lifting i makijaż.


Dalej będzie trochę na temat konterfektów i w ogóle sympatyczniej.
Otóż moja siostrzenica, pierworodna Fistaszków, idzie za mąż.
Poprosiła o monidło, które przyozdobi zaproszenia.

Rzuciłam się na robótkę łapczywie. Zdjęcia poniżej różnej jakości, niektóre z telefonu, bo w szale pracy szkoda energii na usypywanie kopczyków magnezji.



Pan młody, jako charakterystyczny, zrobił się szybko i od strzału.



Gorzej było z panną młodą.
Jak się zna kogoś od urodzenia, gdy się widziało jak dorasta, gdy zna się jego rodziców i dziadków - wiadomo, skąd ta uroda przychodzi i dokąd zmierza, nie sposób dać się zwieść instadzióbkom i filtrom.
A siostrzenica jest prześliczna.
Zrazu jednak chciałam zrobić ją w nieco karykaturalnej konwencji, podobnie przecież jak wybranka. Panna młoda ma wielkie oczy, długie rzęsy, także te na dolnych powiekach, spojrzenie "spod grzywki". Nos z tendencją do wydłużania ( casus jej śp. Babki), nieco asymetryczny uśmiech, perfekcyjne brwi.
No to lecim:



Eee, nie. Niby wszystko się zgadza, ale ta panna młoda wcale nie wygląda na młodą. Ani na ładną.
A owal twarzy to już w ogóle z sufitu.

Trochę jeszcze próbowałam cudować, tu podszyć, tam upiąć, ale nie było nic lepiej.

Spróbujmy jeszcze raz.
















Dbając o podobieństwo nie można zaniedbać takich cech charakterystycznych jak zaciśnięte w uśmiechu usta czy przekrzywienie głowy - nie chwaląc się, ten układ postaci dodaje podobieństwa modelce (w przypadku pana młodego nie mogę zagrać tą kartą, bo zwyczajnie mało człowieka znam, niemniej na pewno trzeba mu poszerzyć barki).



Teraz popatrzę sobie na młodych i podumam, jakie dać im tło i ozdoby. Mam jeszcze czas. 







Co ciekawe, nie znalazłam w zasobach włóczki w kolorze włosów panny.
Zrobi się w Photoshopie, jak mój przedziałek.

28.07.2018

Okno

Padre Gabryjel, napojony ekstramocną kawą - tradycyjnie, żeby nie zasnął za kółkiem - już odjechał, kurz na drodze opadł i odgłos silnika zagłuszyły świerszcze.
Ciocia Domka szykowała się z dziewczynkami do spania w namiocie, Piątek wbijał kolejnego gola niewidzialnemu przyjacielowi. Od tego się ma niewidzialnych przyjaciół, co nie?
Zrobiło się ciemno.
Jarecki zapalił światło na tarasie, Jarecka zabrała się za porządkowanie naczyń zniesionych ze stołu przez córki.
Dlatego najpierw wydawało jej się, że to blacha z piekarnika, na której stały stosy talerzy, a którą musiała niechcący potrącić.
Rumor był straszny, metaliczny i narastał, narastało też w Jareckiej podejrzenie, że w całym Deszczowym Domu nie ma tylu blach i naczyń, który mogłyby wygenerować ten dźwięk.

Trwało to bardzo, bardzo długo.

Gdy Jarecka pozwoliła sobie się odwrócić, zobaczyła dziurę w oszklonych drzwiach na taras i na mgnienie oka ogarnęła ją ulga; że piłka, rozbita szyba, nic więcej.
Dopiero po chwili zobaczyła Czwórkę z zakrwawioną twarzą.

Czy też tak macie, że w chwilach wielkiego strachu ogarnia Was paraliż, który nie pozwala marnować energii na rzeczy niepotrzebne? Na lamenty, szukanie winnych. Gdy zaczyna się biadolenie, to znaczy, że najgorsze za nami.
Toteż, gdy Jarecki obmył rany a Jarecka dostarczyła czyste ubrania i ręczniki, można było zacząć płakać tematycznie.
- Boję się, że to się powtórzy! - zawodził Piątek.
- Ona tak chciała spać w namiocie!- rozpaczała Dwójka.
Sama poturbowana miała troski zgoła zaskakujące:
- Najbardziej martwię się o tę szybę!
Trójka cicho łkała, JP ukoił nerwy zajmując się czymś pożytecznym, czyli usypianiem młodszego brata.
Ciocia Domka zarządziła metodyczne sprzątanie.


I co Wam powiem?
Czwórka tylko trochę podrapana, fryzura nieco zgilotynowana ale jak się podepnie włosy w odpowiednim kierunku to nawet nie widać.
Trudno za to nie zauważyć płyty osb wstawionej w miejsce szyby, bo przed wyjazdem w rodzinne strony (czyli nazajutrz po feralnym zdarzeniu) nie udało się tego załatwić.
- A czy teraz nie będzie łatwiej się włamać? - zatroskała się Jarecka dokonawszy oględzin prowizorycznego okna.
- Przecież tu nie ma co ukraść - przypomniał Jarecki.
- No właśnie to chciałam powiedzieć - zawołała z wielkim śmiechem ciocia Domka.

Aha.

O beztroski losie niebieskiego ptaka!

A zatem - na Śląsk!







18.07.2018

Niezwykła podróż Jareckich

Rano instagram szepnął czule: "jesteś na bieżąco".
Jarecka wciągnęła majty z napisem TUESDAY i w tej części świata rzeczywiście był akurat wtorek.
Co za dzień, w sam raz, żeby nadrobić zaległości! -

- czyli: Jareccy na wakacjach.
Wakacje te miały miejsce tak dawno (w maju), i oddziela je od tej chwili tyle absorbujących wydarzeń, że to chyba ostatni moment, żeby je jeszcze pamiętać i jakoś te wspominki utrwalić.

Odpowiednio wcześniej postanowiliśmy się dobrze przygotować do naszego wyjazdu.
Nabyłam książki, które miały wprowadzić Piątka w to, co go czeka - a tak zupełnie szczerze - zawsze chciałam je mieć i nigdy nie znalazłam lepszej okazji, by spełnić tę zachciankę.




Trudno opisać, jakim hitem stała się Oto jest Wenecja.
Dość powiedzieć, że Piątek zna całość na pamięć.

- Synu, zabieramy tę książkę? - zapytałam znad walizki (oraz siedmiu śpiworów, karimat, koszyka z jedzeniem i innych tobołków).
- Nie, przecież ja już wiem, jak tam jest.
Aha.

Pierwszym przystankiem na wakacyjnej trasie był Zagrzeb. Na spacer po nim zabrał nas nasz przemiły gospodarz, który okazał się być historykiem i pracownikiem stołecznego uniwersytetu. Mówił tyle ciekawych rzeczy, że nie nadążaliśmy tłumaczyć dzieciom, niemniej dla nich sam fakt, że rodzice rozmawiają po angielsku był wystarczająco fascynujący. Plus latarnie gazowe i lody.





Na mnie największe wrażenie zrobił drugi plan; blokowiska Zagrzebia, nad którymi unosi się duch Le Corbusiera. Czym się różnią od naszych polskich blokowisk? Zestarzały się razem z miastem. Nikt ich nie ociepla i nie maluje na pastelowo.





A dalej, przez Słowenię, do Wenecji.
Rodzinnie marzyliśmy o Wenecji już od dawna, choć obawy budziła zła sława tego miasta - że upchane turystami do granic możliwości.
Mieliśmy zatem niepospolite szczęście, że naszym przewodnikiem po Wenecji był Don Pepe, rodowity Wenecjanin.
- Mamo - zapytała Trójka przy kolacji (pasta i włoski stek grubości plastra szynki na kanapce) - dlaczego jak ktoś mieszka w Warszawie, to mówi o sobie, że jest Polakiem, a jak ktoś jest z Wenecji, to nie mówi, że jest Włochem, tylko Wenecjaninem?
Nadzwyczaj rezolutne pytanie jak na dziewięciolatkę.
Don Pepe prowadził nas pewnym krokiem przez zawiłe uliczki tego dziwnego miasta, co chwilę się zatrzymując i witając serdecznie z napotkanymi ludźmi.
- Wszyscy się tu znamy - tłumaczył - wszyscy chodzimy pieszo tymi samymi drogami, dzieci chodzą tędy do szkół, grają w piłkę na placach. Tu jest bardzo bezpiecznie, tu się nie popełnia przestępstw, bo nie ma dokąd uciec, he he.
Lunch zjedliśmy w domu Don Pepe. Dom przylega do kanału i jest zasobny w garaż - oczywiście na łódź - i taras z widokiem na wyspę Murano. Tego nie zobaczy turysta; domu zwykłego Wenecjanina ze szklanymi żyrandolami, ogrodów, jakie kryją niepozorne budynki niczym nie różniące się od setki podobnych w pierzei.
O, tu z prawej, za tymi drzwiami, jest piękny, kwitnący przestronny ogród.
Piątek gra w piłkę, jak wszędzie.



Z tej innej, domowej perspektywy, nawet to, co odruchowo kojarzy się z Wenecją, wygląda inaczej.
Chociaż tak samo.







Ciocia Domka kupiła sobie na pamiątkę szklane kolczyki (słynne szkło z Murano made in China). Jarecka - ścierkę.
Cóż, każdemu wedle zasług.


I dalej - do Rzymu.
Po nocy w mrocznym hotelu w Fiuggi.




- Muszę wam powiedzieć, he! - prawił Don Pepe - że nie znam ludzi, jak Rzymianie, he!
(zapewne tym samym tonem Asterix mówił: ale głupi ci Rzymianie) - co to są za ludzie, he!
Widać było, że są jakieś rzymsko-weneckie sprawki, o których nie możemy mieć pojęcia.

W Rzymie jechaliśmy metrem i było to jedyne, poza warszawskim, metro jakim jechałam. Kręte korytarze, niskie, ciasne, klaustrofobiczne.
- Trzymaj tylko jedno dziecko za rękę - radził Don Pepe - z dwoma będzie ci trudniej się poruszać.
Rozdysponowaliśmy więc nadmiar dzieci pomiędzy towarzyszy podróży.




Trudno wytłumaczyć, dlaczego w Rzymie zdecydowaliśmy się na zawodową przewodniczkę.
To nie był dobry pomysł.

Ledwie opuściliśmy Plac Św. Piotra (Państwo wybaczą, dla mnie nuda, nie znoszę wygłaskanych na cacy zabytków, nie mówiąc o tłumach turystów - a i uniesień natury religijnej trudno się w tych warunkach spodziewać), pani przewodnik porzuciła temat historii i architektury na rzecz szczegółowej opowieści na temat nieuczciwych rzymskich przewodników.
- Mamo - Dwójka wyjęła słuchawkę z ucha - ta pani mówi same bzdury.
Nie można było zaprzeczyć.
Lepiej zdać się na własne oczy.




Z małą pomocą smartfona.





Panteon robi ogromne wrażenie. Akurat zaczął padać deszcz, więc mogliśmy zobaczyć jak krople deszczu wpadają przez otwór w tej niezwykłej kopule.




I schroniliśmy się w pobliskiej ristorante.
A tam znowu bruschetta i pizza (przy sąsiednich stolikach pochłaniano mule, ale aż tak ekscentryczni nie jesteśmy, wystarczy nam piątka dzieci).



Powiadam Wam, nadzwyczaj cenną rzeczą jest poznawać kraj z jego rodowitym synem!
Może się okazać, że to, czego nauczyliśmy się o historii w szkole jest niewiele warte.
Czy wiedzieliście, że Cesarstwo Rzymskie nigdy nie chciało nikogo podbijać? Ale w życiu! Taka zaistniała sytuacja, cóż było robić, tak wyszło.

Późną kolację jedliśmy z Rzymianami.
Było uroczyście (bruschetta, pizza) i nieśpiesznie, a na naszą delikatną sugestię, że chcielibyśmy już wyruszać, bo przed nami naprawdę daleka droga, noc późna a i kierowcy autokaru mają swoje ograniczenia, nasi gospodarze wzięli i się obrazili.

Ale dziwni ci Rzymianie, he!



PS. Z Rzymu przywiozłam sobie sadzonkę agawy, którą z poświęceniem wygrzebałam spod ogromnego kłującego krzaka a z Wenecji, jak już wspomniałam, ścierkę. Dostałam na nią zniżkę, gdy sprzedawca policzył nasze dzieci.


17.07.2018

Miłość, wdzięczność i dużo włóczek

Chodźcie, zajrzyjcie mi przez ramię!

Motyw dzierganego obrazu (obrazu w obrazie) na ścianie ewidentnie mnie prześladuje - dlaczego? Nie wiem. 
A zatem monidło. 
Piękna panna, świeża jak brzoskwinia, w sukni na bogato a zarazem skromnie, pod samą szyję. Młodzian onieśmielon jej urodą i swoim szczęściem.

Poniżej ta sama para pół wieku później.
Ona nadal piękna; szminka perłowa, trwała ondulacja w kolorze lila. On już nie taki spięty ale nadal nie dowierza swojemu szczęściu.



A czy ów starszy pan nie przypomina Wam kogoś (pytanie do instagramowych folołersów)?
Tak, to emerytowany kapitan, wilk morski jak się patrzy, w nadmorskich barach wiszą nawet jego portrety, no no.
Poniższą ilustrację przygotowałam na konkurs do Przekroju, gdzie oczywiście utonęła (jak statek z obrazu) w morzu lepszych propozycji; niemniej szkoda było nie skorzystać z potencjału obecnych na obrazku mężczyzn. Ten zblazowany młodzian początkowo miał zagrać Pana Młodego - ale był zbyt niedbały i jakiś taki wczorajszy, a na ślubie to jednak trzeba wyglądać.




A teraz uwaga - pozwalam zajrzeć za kulisy - najpierw wyglądał tak! Okropny, co nie? Łeb jak sklep, dajcie spokój.





Zmieniłam mu głowę i od razu znalazł żonę.

Projekt z parą młodą dopiero się kluje.
Uważam jednak, że jestem Wam winna sprawozdania z pracowni, skoro mi ją tak uposażyłyście KOCHANE MOJE!

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ! Tyleeee pięknych włóczek dostałam od Was, że w głowie mi się kręci! (że od kurzu? Możliwe)
Jak komuś nie podziękowałam mailowo to wybaczcie gapiostwo i przyjmijcie wielkie dzięki tą drogą! Jesteście nieprawdopodobnie wielkie a ja wielce Wam wdzięczna.

Jeszcze parę skończonych projektów zrobiło się przez ostatnie kilka tygodni ale na razie sza ;)






10.07.2018

O tym, że wakacje są jak lustro, w którym warto się przejrzeć



Namiot.
Jareccy kupili sobie namiot zaraz po powrocie z niezapomnianych wakacji w Jantarze.
Przez cały tydzień nad Bałtykiem świeciło słońce i Jarecka wreszcie ośmieliła się to powiedzieć: 
- będzie kolejne.
To było przy prymitywnych umywalkach na polu namiotowym. Jarecka myła naczynia po śniadaniu, obok dreptali trzyletni JP i Dwójka w różowym welurowym pajacu; niedawno skończyła rok.
Kobieta, która była czymś zajęta przy sąsiednim kranie zwróciła uwagę na te dzieci, że takie fajne, i czy oboje są Jareckiej?
Wtedy Jarecka powiedziała:
- Tak, i będzie kolejne, jestem w ciąży. - i stała się rzecz dziwna. 
Kobieta nie padła trupem, nie uciekła z krzykiem i nie wezwała policji. Uśmiechnęła się i powiedziała coś miłego. Jarecka nie pamięta już co, była zaskoczona słowami, które przeszły jej przez gardło, przeszły i nie zraniły; mało tego - nagle okazało się, że to takie proste i normalne, nic strasznego, nie ma się czego bać.
Kometa zmieniła trajektorię, nie będzie końca świata.

Po to się chyba jeździ na wakacje - żeby zobaczyć siebie z boku. Jarecka zobaczyła wtedy siebie, opaloną i uśmiechniętą, jak pcha wózek ku słonecznej plaży i nic sobie nie robi z tego, że znowu jest w ciąży, wczoraj zmęczona i obolała, dzisiaj dzielna i nieustraszona, bo taką ją zobaczyła kobieta z namiotu obok.

Zaraz po powrocie z tamtego wyjazdu zachwyceni Jareccy kupili własny namiot z myślą o przyszłych wakacjach.
Jarecka wkrótce poroniła, a ponieważ już się nie dało odkręcić tej radości, która nieoczekiwanie eksplodowała przy umywalkach, nastała wielka rozpacz.

(Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, że dla mnie z tematem namiotu zawsze wiąże się wspomnienie tamtych wakacji)




Jedenaście lat później Jareccy wreszcie wyjęli swój namiot z pokrowca, rozbili w ogródku i w Deszczowym Domu zaczęły się wakacje.
Przyjechali ciocia Rafał, wujek Beti i ciocia Magda, która przez telefon ze śmiertelną powagą informowała swoich znajomych: "jestem w Deszczowym Domu". 
I tamci podobno wiedzieli o co chodzi.

Ciocia Rafał przewiózł dziatwę swoim Monster Truckiem (ten zachwyt na twarzy Piątka!) a młodzieńców i mężczyzn (czyli Jareckiego i JP) przegonił po lasach na rowerach.




Wujek Beti zabrała dzieci na zielarską wyprawę na łąki - czyli raptem za płot - potem zaś zakotwiczyła w kuchni, by sprawnie zmieniać zawartość piekarnika.
Pochłonięto niebywałe ilości wypiekanego na miejscu pieczywa, zupę tajską z kalafiora, musakę według receptur tegorocznych greckich gości Jareckich, sushi, crumble, kruche z rabarbarem, ucierane z jabłkami i duże ilości różnych dziwnych piw.

W tym czasie, bądźmy szczerzy, Jarecka głównie kurzyła się w pracowni kończąc w pośpiechu projekt.
Ale za to jak spojrzy na zdjęcia - tu szkicownik, tam książka - od tego są wakacje, żeby zobaczyć siebie z lepszej strony!











3.07.2018

Bez efektu


W tych odległych czasach, gdy do spodni nosiło się spódnice, gdy istniało coś takiego jak karty do automatów telefonicznych (i gdy takowe automaty były w użyciu!), Jarecka studiowała sobie beztrosko w zielonym Cieszynie i mieszkała w schronisku młodzieżowym.
Pokój dzieliła z prześliczną Asieńką, której powierzchowność hot wampa pozostawała w intrygującej sprzeczności z bukietem cnót, którego nie powstydziła by się żadna Święta.
Oprócz stałej, około dziesięcioosobowej grupy studentów-lokatorów, schronisko, jak to schronisko, gościło wycieczki szkolne i wszelakich zabłąkanych turystów.
Ta ostatnia kategoria obfitowała w osobliwości!
Był na przykład starzec w szlafroku, wymachujący bronią palną.
Był sympatyczny lump warzący na wspólnej kuchence rzekomo jadalne klajstry.
Była Pani Muzyczka. Pojawiała się cyklicznie, miała okulary o grubych szkłach, rzadkie włosy ozdobione licznymi spinkami dla małych dziewczynek i tajemniczy album, nad którym gorliwie ślęczała wieczorami.
Raz po raz zachodziła do studentek pożyczyć kleju, by wklejać zdjęcia.
Ten album i te zdjęcia były jej potrzebne jakoby do doktoratu - lecz wystarczyło spojrzeć w szalone krótkowzroczne oczy Muzyczki, by zrozumieć, że ta benedyktyńska praca idzie na marne, bo nikt nie czeka na efekty, nikt ich nie potrzebuje.

Kimś takim właśnie czuła się Jarecka przez ostatni rok. 
Ciągle zarobiona po uszy, zajęta sprawami, które w większości nie ujrzały światła dziennego.



***


I tak, w minionym roku szkolnym, Jarecka zagrała w filmie.
Precyzyjniej byłoby rzec: przyłożyła ręki do filmu, a jeszcze precyzyjniej: przyłożyła RĄK.
Ręce zostały zresztą na tę okoliczność starannie przygotowane; ogolone, wypielęgnowane i zmakijażowane. 
Zmakijażowano nawet twarz Jareckiej, która koniec końców nie pojawiła się w filmie.
Wreszcie sam film nigdzie się nie pojawił.

Wiosną odbyła się w Deszczowym Domu sesja zdjęciowa do magazynu - uwaga - wnętrzarskiego!(można się śmiać), której Jarecka zawdzięcza półki w pracowni i parę innych udogodnień, choć niestety, nie listwy przypodłogowe i nie nową lampę nad stołem. Na zdjęciach Jarecka pracowicie dzierga i upina wśród porozwieszanych liter i cyferek.
Efekt dziergania przepadł, artykuł się nie ukazał.

Na drugim planie samych wielkich zdarzeń, które w tę i nazad rozjeżdżały Jareckich walcem, pomiędzy szpitalami i weselami, wyjazdami bliżej i dalej, powszednią pracą pro publico bono, tą zarobkową i zwykłą codzienną pogonią za własnym ogonem, Jarecka ściboliła ilustracje do historii, która zaplotła się w jej głowie w czasie rowerowych wy(u)cieczek ubiegłego lata.
Ilustracje są, książki nie ma.




Ha! Lecz cóż może człowieka lepiej przygotować do wytężonej pracy bez efektu niż macierzyństwo i obmierzła fucha gospodyni domowej?
Można już przestać zasypywać Stwórcę pytaniami: "dlaczego ja?" "Ale, ale...WHY?" "Naprawdę sądzisz, że się do tego nadaję?"
Wszystko jasne, to był trening.

Toteż Jarecka już nie zadaje tych pytań, poprawia spineczki we włosach i znika w pracowni.
Komu potrzebne, to co niepotrzebne?
To się okaże.











2.07.2018

Dzień dobry, witam się z Państwem

Nie było mnie tu tak długo, że czuję się w obowiązku przedstawić raz jeszcze.
Nazywam się Jarecka.
Mam 39 lat (mam wrażenie, że to ważne, bo jestem jeszcze na tyle młoda by dziwić się światu i na tyle dojrzała by nadal dziwić się światu nie dziwiąc się temu, że się dziwię).
Mam pięcioro dzieci w wieku 14, 12, 10, 8 i - uwaga - 4,5. SERIO! (to do tych, którzy Deszczowy Dom czytają od dawna albo i od początku - są tu tacy? - i którym się wydaje, że z Piątkiem dopiero co wyszłam ze szpitala po porodzie)
Męża, tego samego od 15 lat.
Trochę już wiem, co chcę robić jak dorosnę.
Ciągle myślę o sobie jako o niepracującej matce dzieciom i nawet w to wierzę, dopóki nie zerknę w kalendarz. Refleksje na ten temat nachodzą mnie także w porze obiadu, którego nie ma - bo czy kto widział housewife, która nie ma kiedy ugotować obiadu?
Mieszkam zaraz za rogatkami stolicy, wśród łąk i zielska.

Szydełkuję ilustracje, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Muszę, bo się uduszę a masa krytyczna kocyków i poduś dawno już została osiągnięta. Zresztą, inni robią te kocyki lepiej.

Dzień zaczynam kawą i brewiarzem, kończę winem, serialem i książką.
Raz na trzy tygodnie farbuję ścieżkę na głowie.
Kiedy już nie wyrabiam na zakrętach, szyję sobie sukienkę i z ich ilości wnoszę, że chyba jeżdżę w kółko.

Dzień dobry, Ludzie z Internetu!
Zostawcie mi jakiś komć, bo UWIELBIAM!

Wasza Jarecka.





1.02.2018

Życie duchowe Piątka

Jednych rzeczy Piątek uczy się szybciej, innych wolniej a jeszcze innych nie musi się uczyć wcale.
Te pierwsze to elitarne zaklęcia Adwiana i pozostałych kolegów, te drugie to np. liczenie do dziesięciu po polsku, role w jasełkach i inne takie.
Te trzecie wprawiają Jareckich w podszyte dumą zdumienie, gdyż patrzcie Państwo, on tak ma, on się po prostu z tym urodził i geny nieśmiałych rodziców nie były przeszkodą.

Piątek albowiem sam inicjuje zawieranie znajomości.

Podchodzi do upatrzonej jednostki i mówi:
- Mamy cryslera i citroena.
Zaskoczona jednostka albo nie rozumie, co ów czterolatek wyartykułował, albo nie potrafi docenić rangi tej informacji, ale w sumie jak już podszedł, szkoda żeby sobie poszedł, taki sympatyczny chłopaczek, no więc jednostka proponuje:
- Chodź, pobiegniemy tam, do tamtego drzewa (za róg, w las, w cholerę, cokolwiek).
I biegną, biegną, wiatr rozwiewa ich włosy, niesie daleko ich radosny świergot, i jest przyjaźń, radość, i pokój na świecie.


Ale wróćmy do spraw wyuczonych, i do tego, że pomimo wiatru we włosach życie codzienne ma swoje udręki, toteż pewnego wieczora po powrocie do domu Jareccy zastali Mateusza Sosnę udręczonego bardziej niż zwykle.
(Mateusz w dalszym ciągu pełni funkcję okazjonalnej wieczornej niani - piąty rok? Szósty?)
- Piątek był dzisiaj nieznośny - oznajmił - bił wszystkich i używał brzydkich słów.
Po ustaleniu, że te słowa brzmiały: głupku, durniu, i kopa w dupę, i że "my tak w domu nie mówimy, to z przedszkola!", Mateusz poszedł wykopać z błota swój samochód a Jareccy spać.
Nazajutrz Piątek, budzony do przedszkola, nim dobrze otworzył oczy, chrząknął i coś powiedział, Jarecka zrazu nie zrozumiała, co.
- Co Mateusz wam powiedział? - wyszeptał wreszcie z głębi znękanego sumienia prosto w ucho swojej matki.
Jarecka powtórzyła relację Mateusza, Piątek zapłakał z żalu, wyjaśnił, że do tego haniebnego stanu przywiódł go sam Mateusz odmawiając podrzutów pod sufit, i wszystko jest do bani, nie idę do przedszkola, buu.


Tegoż dnia, w drodze powrotnej z przedszkola, Jarecka zatrzymała citroena albo cryslera na parkingu koło przystanku, na którym miał lada chwila wysiąść JP i oddała się niezmąconemu czekaniu.
Piątek też się oddał, na chwilę, potem odpiął pasy, wgramolił się na fotel koło kierowcy, przetrząsnął schowki, w jednym znalazł Prince Polo, ucieszył się, zjadł kawałek (tylko na tyle dostał zgodę) i pogrążył się w nudzie.
- Może się pomodlę? - zagaił.
- Bardzo proszę.
- Anieli boży (jako się rzekło, niektórych rzeczy uczy się trudniej) stróżu mój ty zawsze przy mnie stój...
Po amen Piątek kontynuował zwracając się wprost do wyższej instancji:
-...i proszę Cię Panie Boże, żebym nie bił innych i nie pluł na nich, i nie mówił brzydkich słów. I miał ojca...
- ????
-...i syna, i ducha świętego.

Amen

25.01.2018

Krwawo

Piątkowe wczesne popołudnie, ten szczęsny czas i szczęsne miejsce, z którego tak daleko do poniedziałku!
Jareccy w składzie: Jarecki, Jarecka i Trójka szczęśliwi jadą przed siebie - Trójka rada, bo rodzice kupili jej nowe buty. Jarecka, bo kupiła Trójce buty. Jarecki, bo -
- Pobierałem dzisiaj krew!
Fajne buty, sama bym takie chciała.
Pobierałem krew.
- Que???
- Normalnie, pani z punktu pobrań powiedziała, że musi sobie pobrać krew ale nie da rady. Powiedziałem, że nie umiem, nigdy tego nie robiłem, a ona, że wszystko mi pokaże.

Wszystko mu pokaże.
Dalej nastąpiło skrupulatne sprawozdanie, którego Jarecka nie słuchała, bo zatkała sobie uszy.
- Powiedziała, że mam talent.

Proszę, pokażcie mu, jak się robi półki w pracowni! Na pewno ten talent też ma.


***


Grzebałam ostatnio w archiwach DD i znalazłam coś w temacie krwi. Linkuję, bo fajne a tak stareńkie, że może nikt z tu obecnych nie może pamiętać! >TĘDY<





4.01.2018

...I darypanu i darypanu...

W roku pańskim 2017 wychowawczynie młodych Jareckich musiały obejść się bez wypiekanych specjalnie dla nich pierniczków.
Szkolne imprezy JP bez jego ryby po grecku.
Dzięki zarazie, która znokautowała mieszkańców Deszczowego Domu, łaskawie ominęły Jarecką wszystkie te wigilijki, opłatki i inne okołoświąteczne utrapienia, które przemnożone przez liczbę dzieci czynią grudzień nieznośnym.

Na chwilę przed tym, gdy fala gorączek porwała ostatnie niedobitki, udało się Jareckiej dopłynąć do przedszkola na jasełka z udziałem Piątka. Dzięki niebiosom!
Piątek, przyodziany w królewski płaszcz i koronę niestrudzenie pozdrawiał swoją matkę energicznymi wymachami; podobnie czynili pozostali królowie Adwian i Artur.

Adwian, ach, Adwian, guru, idol i najlepszy kompan z leżaczka obok. Posiadacz najfajniejszych zabawek i szafarz najpiękniejszych słów przedszkolnego półświatka.

Wszelako ukoronowany Adwian miał jakiś kłopot, o czym raz po raz donosił swojej matce, poskładanej w kostkę na krzesełku przed Jarecką. Chodziło mianowicie o prezent dla Jezuska, rzekomą sztabkę złota, którą król Artur był uszkodził na próbie generalnej. Rodzice Adwiana zapewniali syna, że nic nie szkodzi, wystarczy chwycić sztabkę rozdarciem w dół, zasłonić dłonią i prezent będzie JAK ZŁOTO.
Tego jednak czyste dziecięce serduszko znieść nie mogło i Adwian rozpłakał się, bo jakże tu z takim wybrakowanym prezentem do Jezuska, no bo co w końcu, kurcze blade.
Na to matka Adriana wyjęła z torebki srebrną paczkę gum Orbit i zaproponowała zamianę.
Adwian oszalał ze szczęścia. Wrócił na miejsce pomiędzy pozostałymi znudzonymi królami i podjął fałszywie pieśń pastuszków, a gdy przyszła pora bieżyć z darami, hojnie złożył u stóp świętej rodziny gumy. Tego jednak nie mógł zdzierżyć król Artur. Jakże to, Jezuskowi - orbitki? Złoto, to drugie i to trzecie - owszem, ale o gumach nie było mowy w scenariuszu!
Król Artur podbiegł do żłóbka, porwał paczuszkę Adwiana i zwrócił mu ją z oburzeniem.
Adwian wpadł w szał.

Tu musiała interweniować Pani Ela, bo, wbrew pozorom, show trwał, pląsały jamioły, pastuszkowie bawili się kapeluszami a Józef i Maryja przysypiali na krzesełkach.
Pani Ela nakazała królom ciszę i bezruch, i osobiście zostawiła u żłobu zarówno niepełnowartościową sztabkę złota jak i gumy Orbit.
To salomonowe rozstrzygnięcie tak ucieszyło Adwiana, że zwrócił się roześmianym obliczem do króla Piątka i wycisnął mu na policzkach dwa solidne całusy.
Bardzo to rozśmieszyło Piątka więc nie pozostał dłużny.
Adwian poprawił, Piątek też, z namaszczeniem i serdecznie - rzekłbyś: Chruszczow i Gomułka witają się przed kamerami!
Także Arutr się przyłączył, bo w odróżnieniu od pomysłu z gumami ten wydał mu się przedni.
Serdecznościom nie było końca.
Rozczulona widownia miejscami łkała ze śmiechu.

A potem przyszedł św. Mikołaj z prezentami, królowie (w tym niezwyczajnie ciepły - czyżby z emocji? - Piątek) podzielili się na stronie gumami, które w cudowny sposób wróciły do darczyńcy, Jarecka odebrała ze szkoły gorejącą Trójkę i z grubsza wiadomo, co było dalej.


Tym bardziej Deszczowy Dom życzy Wam zdrowia na wieczór Trzech Króli.






30.12.2017

Ordinary

Uprzedzam. Jak ma być ordinary to może być ordynarnie.

Dziś na zajęcia Jarecka udała się samochodem Jareckiego.
Odpaliła silnik, włączyło się radio.
A tam, Panie dzieju, czegóż to Jarecki słucha na osobności!
- Lekcja trzecia - przemówił miły głos - codzienne czynności. Powtarzaj za lektorką.
(Ho ho, dawajże, będę powtarzać!)
- Brać prysznic.
- Golić się.
- Robić makijaż.
- Wstawać wcześnie.
Potem zaczęło się ambitniej, całe zdania, ho ho.
- Nie lubię wstawać wcześnie ale już się przyzwyczaiłam.
To o mnie, to o mnie! - cieszy się Jarecka.
- Anna jest typową kurą domową. Pierze, sprząta i plotkuje.

Lektorko. FUCK YOU!

18.12.2017

Pauza


(Powiadam Wam, prowadzenie bloga robótkowego okazało się tak nudne, że nawet nie zaczęłam)



Ileż to razy, frunąc nad miastem otoczona furkotem peleryny Jarecka zastanawiała się, co musiałoby się stać, żeby pozwoliła sobie zwolnić.
Oddać trykot wonderwomen do pralni, komuś odmówić, zacytować Dulskiego na głos, nie tylko w myślach.
Przyznać się, że czegoś nie umie, że nie da rady i choć wszyscy będą mówić: "poradzisz sobie", po prostu sobie nie poradzić. Pozwolić sobie nie pójść gdzieś, gdzie brak Jareckiej podetnie nogi.
Kto jak nie ty?
Każdy, ktokolwiek.

- Mamo, poczytasz mi dzisiaj? - pyta Czwórka.
Ależ nie, sezon na zbawianie świata jeszcze się nie skończył, gdzie moja peleryna, muszę podeprzeć głową opadające sklepienie niebieskie, lecęęęę!

- Obejrzymy następny odcinek Arabeli*? - pyta Dwójka.
- Obejrzyjcie sobie same, potem mi opowiecie.
- Ale to nie to samo.
Na chwilę rąbek peleryny zahacza o drzwi ale wystarczy lekko szarpnąć i fruuu.


***


Jak to dobrze, jak to dobrze, że człowiek jednak nie jest z kryptonitu, tylko z mięsa i gluta!
Leżymy sobie chorzy jak jeden mąż, nikogo nie trzeba zawozić do szkoły. Nie trzeba gotować, bo nikt nie je. Nie trzeba prać, bo od tygodnia pocimy się w te same piżamy.
Nie trzeba myć włosów i pudrować nosa.

Podsuńcie nam parę fajnych kategorii do "państwa miasta"**, jeśli łaska, bo w tych podstawowych alfabet mamy przerobiony.




*Arabela, serial mojego dzieciństwa! (pamiętacie ten czarodziejski pierścień?)
To zawsze duże ryzyko wracać do hitów sprzed lat, rozczarowania bywają miażdżące. W przypadku Arabeli  nie tylko nie było rozczarowania - serial stary prawie tak jak ja - ma dziś nie tylko oldskulowy urok - to wciąż zabawna, niebanalna i wciągająca historia - ucieszyła mnie i moje córki po równo. Sięgnęłyśmy nawet ( ja nieufnie) po Powrót Arabeli, kontynuację serii nakręconą dekadę później. I znów miłe zaskoczenie! Wspaniałe jest to, że w drugiej serii grają ci sami aktorzy, nawet role drugoplanowe są tak samo obsadzone. Niestety, niestety - z wyjątkiem tytułowej Arabeli :(
Polecam na długie wieczory z dziećmi.

**Nasze nowe kategorie to potrawy, choroby, marka samochodu, sklep/marka, dyscyplina sportowa. Chcemy więcej :)




Korzystając z uziemienia zamierzam zrelacjonować Wam najprzedniejsze jasełka, na jakich byłam.
Jeśli za prędko nie wyzdrowieję to się uda :)

14.12.2017

Jarecka się budzi

Jarecka obudziła się zlana potem i przedtem, i o dziwo była już połowa grudnia.
Z ręką w nocniku (do czego akurat zdążyła się już przyzwyczaić, ale do tego, że czas przestał być wymiernym wymiarem - nie).
Za oknem padał śnieg, świeciło słońce i miesiło się błoto.
Dzieci były same duże, ani jednego małego.

(I tu w oryginalnym tekście następował obszerny fragment przemyśleń Jareckiej na temat upływu czasu i olaboga, czemu nie jestem w stanie więcej udoić z dnia; wszystko to, jako mało interesujące i tendencyjne Wszechwiedzący Narrator pozwolił sobie wyciąć. W zamian za to, pójdźcież, Wierni Czytelnicy na salony, dosłownie, i rzućcie okiem na chustę, co tam sobie Jarecka usztrykowała leżąc bez ducha w żółtym fotelu)












3.11.2017

O korzeniach

Czy ja mówiłam, po co były te kwiaty, te łąki wiosną dziergane?

To był konkurs na ilustracje do pięknej historii. Taki był temat zadany przez wydawnictwo MOI:
"W ogólnym założeniu książka ma pokazywać, jak różnie może przebiegać życie od narodzin do śmierci w zależności od tego, na jakie warunki dany kwiat/ zwierzę/ człowiek trafi. By podkreślić wieloznaczność przekazu, słowa są ograniczone do minimum pozostawiając pole dla ilustracji i własnych odczuć związanych z nimi.  Stąd też wybór najmniej popularnej i najmniej „zużytej” w literaturze dziecięcej materii, jaką jest roślina. Kwiat milcząco, z pokorą przyjmuje, co mu jest dane, jedynie po jego systemie korzeniowym i wyglądzie możemy zauważyć, „kim jest” i  skąd pochodzi. To książka do środka, do odczytania przez własną wrażliwość. Odbiorca, niezależnie od wieku, staje się dyskretnym obserwatorem piękna, delikatności i jednocześnie siły rośliny - w toku całego jej życia. „O wzrastaniu” wraca do wymykającego się słowom momentu wzruszenia, zachwytu, który potrafi (może, niestety, coraz rzadziej) zdarzyć się człowiekowi w trakcie obcowania z  naturą."



Opowiem Wam tę historię po mojemu.



Kiedy wychylasz się z cebulki, świat pełen jest już innych istnień.




Można cię formować jak inne kwiaty twojego gatunku, są na to sposoby.




Ale to, kim będziesz, twój przyszły obraz - był gotowy, zanim pokazałeś się światu.







Może kiedyś uda mi się dokończyć/rozwinąć ten temat w formie książki?





A w ramach ciekawostki pokażę Wam, jakimi ścieżkami brnęłam przez ten temat.
Poniżej gotowa do zdjęcia pierwotna forma "korzeni".
Przepadła jako zbyt dosłowna a przede wszystkim mało atrakcyjna wizualnie.
Kłącze, z którego wyrośnie coś na obraz i podobieństwo.



Temat do przemyśleń na listopadowe wieczory :)

10.10.2017

Konkurs


Kochani, zapraszam na fejsbukowy profil Deszczowego Domu!

Trwa właśnie konkurs w którym nagrodą jest...niespodzianka!...plakat z alfabetem! :)))

Potrwa do piątku.
A teraz pędzę do ortodonty, gdzie dostanę ochrzan jak amen w pacierzu. I tak jestem sprytna, bo na szczepienie z Piątkiem- czyt. zebrać burę - wysłałam Jareckiego. Zdaje się , że przegapiliśmy jeszcze kilka szczepień i za tydzień mam się stawić z całą czwórką. To dopiero będzie występ.
Czy Wasze przychodnie też nie przypominają o szczepieniach? To ich wina, co nie?

A teraz już zapraszam w szranki, >>TĘDY<<




Do wygrania, wiadomo, plakat taki, jak ta wisi na ścianie.



2.10.2017

Plakat z alfabetem

Jest!!!!







Kurier doniósł.
Nie chwaląc się, wyszło cudnie.
Kolorowo, trójwymiarowo. Widać każdy puszek, włókienko, pętelkę. Jest się na co pogapić.

Natychmiast powiesiłam plakat u mojej pierwszoklasistki a pozostałe 6 mld i 9 zer głaskam sobie i głaskam, bo to kreda 250 mg na coś tam i jest nawet mój odręczny podpis zmultiplikowany na każdym egzemplarzu.





Znaczy się, można zamawiać, co tak będę sama głaskać!
Wymiary 98x68
Do kupienia w sklepie internetowym Strefa Psotnika, tędy proszę: >>KLIK<<





6.09.2017

With love

Prawie pięć lat temu zaczęłam pisać bloga.
Tylko pięć lat!
Zdaje mi się, że sto, bo gdy widzę siebie - nas te pięć lat temu, ledwie poznaję.

Na blogu miałam pokazywać swoje szydełkowe wytwory; tylko tyle.
Co z tego wyszło - sami wiecie.
Taka była potrzeba chwili.
Trudno mi dziś uwierzyć, że po dniu pracy w przedszkolu, z własnymi dziećmi w wieku 2-8 miałam jeszcze siłę, by klecić zdania.
Zdania, które mnie - a potem także i Wam, wreszcie NAM - sprawiały dużo radości.
Było mi to wszystko bardzo, bardzo potrzebne. DZIĘKUJĘ.

Nie ma powrotu do tamtej formuły bloga, tak jak nie ma powrotu do tamtego czasu w moim życiu.

Dziś pisząc o dzieciach czuję, że popełniam nielojalność (tak się w ogóle mówi?;)). To ich życie, ich sprawy - a przecież wciąż zajmują w moim grafiku i głowie tyle miejsca, że nie sposób tego wypikać.


Deszczowy Dom pozostanie tym, czym miał być w złożeniu - galerią moich prac.
Fanpejdż Deszczowego Domu pewnie odżyje, zapraszam >KLIK<
Na koncie instagramowym można nam nawet czasem zajrzeć w kąty albo i w garnki :) (deszczowy.dom)



Z dedykacją dla Nas wszystkich: >KLIK<




Dziękuję


Brakuje JP, naszego fotografa :)
Jarecka




P.S. Obiecuję, że odpowiem na każdy komentarz, jaki zostawicie!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...