31.12.2014

W rozbłysku racy


Szczęsny czasie!
W życiu matki takiej jak Jarecka, pełnym rozterek natury wychowawczej, pytań, dla których jest po tysiąc odpowiedzi a każda równie dobra (zła?), w gąszczu wyborów między dobrym, lepszym a równie dobrym, w ogniu poświęceń, w pół skoku z motyką na słońce - błyśnie czasem jak brylant w błocie, jak ryba w stawie, jak oko kota w nocy -
 - ten moment, w którym jasne się staje, że nauka nie idzie w las, że z bogatych zasobów własnych doświadczeń te dzieci dzieciątka konstruują obraz świata sensowny i zasadny, że własnoręcznie plotąc pomost między "wczoraj" a "dziś" mogą antycypować zdarzenia przyszłe nad podziw celnie i wyjść im na przeciw nad podziw roztropnie.

Jaśnie Panicz, nazajutrz po powrocie ze świętowania w rodzinnym J:
 - Mamo... bo chciałbym o coś zapytać, ale nie wiem, hm, jak... bo... możesz się zdenerwować, hm, hm... CO BĘDZIE DZISIAJ NA OBIAD?





...





Przypominam  - miejcie w pogotowiu nową cyferkę! Czwórki są już passe!




30.12.2014

Kombajnem przez Jeżyce. 1

O tym, że w ramach ratowania własnego poziomu czytelnictwa Jarecka przeczytała lwią część Jeżycjady, już Czytelnikom wiadomo.

Gwoli wyjaśnienia i uprzedzenia:
Nie będą to recenzje ani streszczenia, wszelako ten, kto jeszcze nie czytał tomów Jeżycjady od Pulpecji do końca serii musi sam zdecydować, czy chce zawczasu poznać treść tychże za sprawą niniejszego wpisu.
Przedstawiam Wam moje osobiste i luźne refleksje na temat lektury; nie jestem literatem, krytykiem ani polonistą - ot, przeciętny czytelnik.
Jarecką wysłałam na grzyby, bo Jeżycjada liczy wystarczająco dużo bohaterów, by miała się tu plątać jeszcze Jarecka.
Zakładam, że bohaterowie Jeżycjady znani są Czytelnikom DD, toteż nie należy się spodziewać omówień who's who.
Pomysł podsumowania wrażeń na blogu zrodził się raczej później niż wcześniej; nie robiłam w trakcie czytania rzetelnych notatek (nierzetelne - tak), fiszek i podkreśleń, bo trudno notować gdy się smaży placki i czyta jednocześnie.

Gwoli zaś wstępu, pozwólcie, o Czytelnicy, na małą wycieczkę w przeszłość aż do tej chwili, gdy (dwu-? trzy-?) nastoletnia  Jarecka znalazła na bibliotecznej półce książkę z roześmianym rudzielcem. Idę sierpniową - bo ona to była - Jarecka połknęła wielce kontenta a doczytawszy, że jest więcej książek w serii, wróciła do biblioteki po jeszcze, jeszcze, jeszcze! Szósta klepka, Kwiat Kalafiora - jakież to były emocje... Zwłaszcza w związku z Kwiatem kalafiora.
Jarecka i jej ówczesna przyjaciółka od serca Elizandra kochały sie podówczas w pewnym koledze ze szkoły - szatynie o uwodzicielskim wejrzeniu. Zwały go - tak, tak - Januszem Pyziakiem, żeby się inne koleżanki nie połapały o kim mowa nieustannie na ucho i na głos, radośnie i z pąsem. Wyglądał ten Janusz Pyziak dokładnie tak jak na tym obrazku (w prawym dolnym rogu):

Ilustracja z Kwiatu Kalafiora


A pieprzu sprawie niech doda fakt, że pewnego zimowego wieczoru zadzwonił u CałkiemInnych domofon i sam Janusz Pyziak we własnej osobie zaprosił Jarecką na spacer! Była to pierwsza randka w życiu Jareckiej.
Niezbyt udana, dodajmy półgębkiem. Ten Pyziak okazał się niepospolitym nudziarzem. Nie był w stanie podjąć żadnego z rzucanych rozpaczliwie (i litościwie) przez Jarecką tematów. Mówił głównie o swoim bracie, który mając lat dwadzieścia osiem właśnie się rozwodził i Januszek uważał, że to dobrze, świetnie, bo co mu będzie ta dziewczyna życie truć. Czternastolatek tak opiniował, uważacie.
Randka ta nie tylko położyła kres romantycznemu zauroczeniu Jareckiej, poważnie nadszarpnęła też przyjaźń z Elizandrą, niestety.
(Ale, ale - dziękujemy Jarecka, miałaś iść na grzyby. Koszyka zapomniałaś? Naści koszyk i nie wracaj bez grzybów, bośmy tu zajęci)


W czasach nastolęctwa czytanie Jeżycjady zakończyłam na Noelce (przedtem przeczytawszy jeszcze Pulpecję - ot, tak mi w bibliotece wpadały te książki nie po kolei) i niezbyt mi się podobało. Może dlatego, że nie lubię książek, których akcja zamyka się w tak krótkim czasie?
Przez te chronologiczne roszady zawsze wydawało mi się, że to na Noelce zakończyłam czytanie Jeżycjady, toteż w roku pańskim 2014 zaczęłam od Pulpecji.
No i mamy Patrycję, dziewczę piekne, pulchne i bez kompleksów, z planami, z ambicjami i dystansem do swojej zbzikowanej rodzinki. Bardzo mi się ta Pulpa podobała. Znieść natomiast nie mogłam Baltony, który miał irytujący zwyczaj "ujmowania" Patrycji pod brodę. Próbowałam sobie wyobrazić, jak by to miało wyglądać i co bym zrobiła facetowi, który spróbowałby takich rzeczy z moją brodą, i mocno się zdenerwowałam. Przykro mi było patrzeć, jak ta fajna dziewczyna traci rezon przy ujmującym (sic!) Baltonie a już zupełnie zohydziła mi tę postać scena oświadczyn, w której amant przy wszystkich gasi Patrycję chcąc zapewne przypodobać się przyszłym teściom. Oczywiście, uważam, że miał rację chcąc zaczekać ze ślubem, lecz swoją wyrywną narzeczoną mógł uciszyć na przykład kopnięciem w kostkę a nie napuszoną reprymendą.

W ogóle - stwierdziłam przy Dziecku Piątku, kolejnym tomie serii - chłopcy w Jeżycjadzie bywają tacy irytujący. Trudno uwierzyć, że udaje im się w ogóle zawojować jakieś serce. Bo otóż i kolejna obezwładniająca persona płci męskiej - Kozio. Miłośnik teatru - rozumiem. Wyspiańskiego - okeeej... Ale Kozio rozpływający się nad ponadczasowością Wesela to już przesada. Tego nawet najbystrzejszy, najbardziej oczytany czternastolatek ocenić nie potrafi - bo zwyczajnie brakuje mu doświadczenia, które pozwala ludziom dostrzec takie paralele - tylko tego i aż tego. Ja w takiego chłopaka zwyczajnie nie wierzę, to postać z papieru.

Hop na kombajn, jedźmy dalej - Nutria i Nerwus. Historyjka smaczna, w onirycznym sosie, tu Sen nocy letniej, tu barokowa sielanka, jawory, sroki i lata czar, piękna Natalia i chmurny Filip.
Właściwie - Natalia poetyczna. To określenie zostało w odniesieniu do Nutrii powtórzone w Jeżycjadzie tyle razy, ze ilekroć usłyszę słowo "poetyczna" już zawsze będę myśleć o Natalii.
Natalia burzliwie rozstaje się z zaborczym narzeczonym, wraca rozdygotana do domu i póżnym wieczorem zwierza się Gabie lejąc łzy. Gabriela, poważnie chora (zakrzepica), wysyła siostrę na wakacje z własnymi córkami. Taka terapia - rozumiem. Jak człowiek ma dużo zajęć (czytaj: dzieci pod opieką) to mu głupoty nie w głowie. Nutria z Pyzą i Tygrysem wyjeżdżają już nazajutrz. NA - ZA - JUTRZ. Przed południem! Jakim cudem chora matka zdołała przygotować do podróży dwie dziewuchy i ich odklejoną od rzeczywistości opiekunkę ze zranioną stopą w tak krótkim czasie - oto zagadka! I kiedyż zgodziła Bernardów do pomocy w tym przedsięwzięciu?
To, co mnie poruszyło w tym tomie daleko bardziej niż (smaczne, owszem) perypetie miłosne, to sposób wychowania córek Gabrysi. Zaraz na początku dowiadujemy się, że Laura ma na sumieniu pewien występek - zdefraudowała pieniądze z klasowej składki. To, że Gabriela zastanawia sie nad karą wydało mi się naturalne ale zaraz okazało się, iż Laura doskonale wie, że nie zostanie ukarana! Że matka będzie myśleć nad karą i myśleć, ostatecznie jednak sprawa rozejdzie się po kościach. Rozumiem oczywiście, że jak się jest chorym, z zagrożeniem życia, nie karze się chętnie swoich dzieci, wręcz przeciwnie. Niemniej (słuszne) przewidywania Tygrysa, co do tego, że kary nie będzie, podparte są już doświadczeniem. Co gorsza, sprawa tej defraudacji powraca w którymś kolejnym tomie. Wspomina o tym Mila. Reakcja Gaby jest zdumiewająca:"przecież to nie było nic złego!"
Hm. Zdaje się, że etyka poszła naprzód, coś mnie ominęło.
Najzupełniej bezkarnie uchodzi także Laurze upokarzanie siostry. Podczas gdy urażona do żywego Pyza wypłakuje się ciotce, słyszy, że niektórzy już tak mają, że ciągle im trzeba wybaczać, itd., itp., Laura tymczasem nie słyszy ani słowa reprymendy w stylu "sprawiłaś przykrość siostrze, wyobraź sobie, co ona teraz czuje".
To, co w NiN bardzo mi się podobało, to obraz siostrzanej relacji Gaba - Ida. Troska, ironia, miłość, kpinki - wszystko to znam z autopsji i w tym tomie - zaświadczam - wypada to bardzo prawdopodobnie, by nie rzec - prawdziwie.

Nasz kombajn tymczasem zmierza prosto do stacji: Córka Robrojka.
Bardzo przyjemny tom, choć chętnie wycięłabym irytujące monologi Idy, tak ludzkiej w Nutrii..
W charakterze romantycznej pary mamy tu Bellę i Przeszczepa. Ich znajomość zaczyna się od zdumiewającej pogoni wrzeszczącego Przeszczepa za robojkową córką. Tu wyobraźnia mnie zawiodła, przyznaję. Nie potrafię sobie wyobrazić nastolatka goniącego z wrzaskiem za nastolatką! To taki rodzaj podrywu? Zwrócenia na siebie uwagi? Mogłabym złożyć to dziwaczne zachowanie na karb stanu psychicznego Czarka, gdyby nie to, że motyw chłopaka goniącego dziewczynę która mu się podoba (której nie chce okraść, pobić albo co gorsze ;)) powraca w Żabie! Zwykły chłopak, żaden zbój, goni wybrankę a ta ucieka na serio, z obawą, nie są to figle-ganianki od drzewa do drzewa jak to praktykowali Kreska i Jacek Lelujka (Opium w rosole). W życiu czegoś takiego na oczy nie widziałam.
Przeszczep, którego - uprzedzam - bardzo polubiłam (rówieśnik Jareckiej!) zaczytuje się, uwaga! - baśnią o Pięknej i Bestii. Ratunku. Myślałam, że nie zdarzy się już nic bardziej niewiarygodnego niż Maciek Ogorzałka rozkochany w powieściach Stendhala!
A jednak.
Ale! To doskonałe romansidło, mówię bez cienia ironii. Zabierzcie ze sobą na wakacje i urońcie łzę wzruszenia - Córka Robrojka, polecam.
(Zasłonę milczenia spuszczę na wątek Nutrii i dziadzia Robrojka...)


Kombajn zrobił swoje, kombajn jedzie dalej.
Imieniny.
Zapowiadało się cudnie. Do Pyzy pałałam wielką sympatią więc ucieszyłam się, że natychmiast znalazła się dla niej aż trójka adoratorów i to jakich! Chłopaki z krwi i kości, jak jeden mąż, bracia Lelujka. Oto męscy bohaterowie na jakich czekałam. Pikanterii fabule dodawał majaczący w tle prymus Schoppe...
Pierwszym zgrzytem był dla mnie pomysł na spędzenie imienin braci L - trzy dni z rzędu umyślili sobie zabierać Różę na randki, każdy po kolei. Koncept niesmaczny i trudno mi sobie wyobrazić, że dziewczyna tak wrażliwa i rozsądna jak Róża zgodziła się na coś takiego.
(Zaraz zaraz. Co chciałaś, Jarecka? Grzyby ma? Nie? Historię ma na temat? No to dawaj, byle szybko)
Może się to wydać niewiarygodne, lecz dokładnie nazajutrz po pierwszej randce Jareckiej, tej z Januszem Pyziakiem, miała miejsce druga. Druga randka w życiu, z kolegą z klatki. Zupełnie nieoczekiwanie zaprosił on Jarecką na... zgadniecie? Tak, spacer. Chłopak opowiadał szeroko o swoich licznych zainteresowaniach takich jak lotnictwo, muzyka, gra na gitarze - Jarecka też naonczas na gitarze grała, więc był wspólny temat; zresztą kolega ów wypytywał też Jarecką z zainteresowaniem o jej pasje, rozmawiało się niezgorzej i Jareckiej było bardzo, bardzo przykro, gdy musiała odmówić wspólnego wyjścia do kina. A musiała odmówić, bo wiedziała, że nie jest w stanie spełnić romantycznych oczekiwań tego przemiłego chłopaka.

I dlatego właśnie (dziękujemy, Jarecka) uważam, że Róża powinna wyczuć niesmak tej sprawy i jeśli żadnym z Lelujków nie była zainteresowana na poważnie, mogła uciąć sprawę, wymyślić jakieś przyzwoite rozwiązanie.
Ale to oczywiście taki zarzut-nie zarzut, każdy człowiek jest inny i nie ma co dywagować. Ale oto nadciąga porażka Imienin! Prymus Schoppe ni z gruchy ni z pietruchy dosiadł białego rumaka i zaczął gadać niemal wierszem. I już, od ręki - spacer pod gwiazdami, romantyczne wyznania, Różo, będziesz moją, poznaj moją rodzinę, love forever - hop, siup, koniec książki.
Pozostałam z niemądrze otwartą buzią i tak trwam.

Prymusa Schoppe nie znoszę szczerze, mówię od razu.
Jak miło, że w kolejnym tomie niewiele o nim. Jest za to prawdziwy festiwal zdumień, jak dla mnie.

Tygrys i Róża. Splot najbardziej nieprawdopodobnych wydarzeń, z jakimi dotychczas miałam w Jeżycjadzie do czynienia.
Pokrótce - Tygrys samowolnie udaje się do Torunia w poszukiwaniu ciotki.
Mamy późne zimowe popołudnie (czyli - ciemno), Robert Rojek, uosobienie odpowiedzialności, samotny lecz doskonały ojciec, zauważa w obcym mieście córkę najlepszej przyjaciółki. Że od razu się do Laury nie odzywa - jeszcze zrozumiem. Jest jednak na tyle zaniepokojony tym spotkaniem, że postanawia nie spuszczać jej z oka. Widzi, że dziewczę znika w jakimś mieszkaniu, wciąż niespokojny idzie do hotelu - i dopiero o północy przychodzi mu do głowy, że może wypadałoby zadzwonić do matki tego dziecka (14 lat)! Naprawdę, nie przyszło mu do głowy wcześniej, że Gaba może tymczasem szaleć ze strachu o dziecko; jemu, takiemu troskliwemu ojcu, niezawodnemu przyjacielowi z komórką w kieszeni płaszcza?
Chora, gorączkująca Laura nocuje w mieszkaniu ciotki, pod opieką tejże ciotki współpracownicy (dlaczego pani Oleńka nie pracuje pod nieobecność szefowej we własnym domu - kolejna zagadka).
Rano dziecina budzi się i chce zadzwonić do domu. I - dacie wiarę? - Oleńka odmawia, bo połączenia są takie drogie!
W tym momencie trzeba było mnie mentalnie cucić. Padłam na myśl, że moje własne dzieci w fazie sturm und drang mogą trafić na taki koktajl "odpowiedzialnych" dorosłych.
W istnienie osób takich jak Alma Pyziak oczywiście nie wierzę, lecz w pełni uznaję, że dla fabuły konieczne są tak nieskazitelne szwarccharaktery, więc - kupuję. Ponieważ jednak Alma jest bardzo niemiła, pani Oleńka zabiera Laurę do swojego mieszkania, by tam przeczekała te kilka godzin, jakie pozostały do odejścia pociągu do Poznania. W domu pani Oleńki Laura znów zapada w gorączkowy sen a Oleńce - żal budzić, gdy nadeszła pora! Niechże spędzi jeszcze jedną noc w obcym mieście, u obcej osoby!
Tu znów szlag mnie trafił i zaczęłam podejrzewać tę Oleńkę o naprawdę brzydkie rzeczy; w moim odbiorze pozostaje ona psychopatką. Około dwudziestej pojawia się na szczęście dzielny Robert. I znów - już wie, że Laura wyjechała bez wiedzy matki, że ta matka martwi się i czeka na wieści - lecz spokojnie zostaje u Oleńki na kolacji i dopiero dwie godziny później dobywa swej komóreczki by oznajmić, że już jedzie.
To się nie trzyma kupy, to jest jak zły sen.

I na tym pozwolę sobie skończyć na dziś, kombajn trzeba naoliwić, zatankować. Robota czeka.

C.D.N.





PS. Tytuł posta jest parafrazą powiedzenia mojej polonistki. "Kombajnem przez epoki" - tak komentowała powierzchowne wypracowania na dużych, przekrojowych sprawdzianach.

29.12.2014

Na koniec roku o kończeniu, czyli list otwarty do literatów

Rok pański 2014 rozpoczął się głośnym książkowym akordem.
Znaczy się: Jareckie nabyli sobie czytnik. A konkretnie Jarecka dostała od Jareckiego, tuż przed Świętami, za wybitne zasługi w minionym roku :)
Czytnik dla matki karmiącej jest to rzecz nadzwyczaj wygodna! Nie trzeba przewracać kartek, leciutkie toto, rozmiar czcionki można sobie ustawić, jak się czytnik obiadem ubrudzi, można go wytrzeć i śladu nie będzie - no och i ach.
Wszelako. Taka Jarecka lubi książkę przewertować, zanim zacznie czytać. Nieraz - jeśli to nie kryminał - na ostatnią stronę lubi zajrzeć. Zobaczyć, jak rozdziały długie, czy dialogów dużo. A potem, w trakcie czytania lubi sobie wrócić do wcześniejszych scen, bo odbiór może się zmienić, gdy się wie "co było dalej". Z tych upodobań nawet sobie Jarecka nie zdawała sprawy, dopóki nie zaczęła czytać książek w czytniku.
Trudno więc się dziwić, że koniec końców czytnik zamieszkał w torbie Jareckiego.
Książki się teraz drukuje wielkie jak encyklopedie - jak czytać toto w autobusie, jak w torbie zmieścić?
Ostatecznie, w wybitnych zasługach Jareckiej z roku 2013, Jarecki, jak wiadomo, miał udział.

Ale do rzeczy.
W związku z czytanymi a nawet przeczytanymi w roku 2014 książkami, Jarecka ma odezwę!

Drodzy Literaci!
Kończcie swoje książki!

Weźmy takiego Tyrmanda, Leopolda.
Że Wędrówki i myśli porucznika Stukułki nieskończone, to Jarecka wiedziała już zaczynając książkę, więc dla równowagi nie skończyła nawet tego, co mistrz skończył nie kończąc.
(Drodzy Czytelnicy! Może Wy macie ochotę dokończyć za Tyrmanda? Jest konkurs <TU> pieniędze i sława w nagrodę)
Tyrmand nie skończył Stukułki bo stracił doń serce, zresztą wziął się wówczas intensywnie za Dziennik 1954 i wszyscyśmy dobrze na tym wyszli. Że Dziennik nieskończony - nikogo nie razi - trudno, żeby pisał tak wyczerpująco dzień w dzień do końca życia. Kiedy by miał czas na życie?

Nie dokończywszy czytania Stukułki Jarecka wzięła się za Filipa wiele sobie po lekturze obiecując, głównie ze względu na elementy autobiograficzne - bo te zawsze wychodzą literatom najlepiej. Nic a nic by się Jarecka nie zawiodła gdyby mistrz zechciał skończyć. Powieść dosłownie urywa się. Tak jakby autor się znudził - kropkę postawił, ale tak bardziej dla świętego spokoju. Ani światła na sprawy zaprzeszłe bohatera, ani rozstrzygnięcia tych bieżących - trochę się Jarecka czuje zlekceważona mistrzu Leopoldzie, niech Ci amerykańska ziemia lekką będzie.
(Opowiadania tegoż autora pomińmy. Może Jarecka jest za prosta i nie rozumi)

O uciętym w pół zdania Poskramianu demonów było? BYŁO.

Alice! Munro!
A pani czemuż nie kończysz? Twoje opowiadania to jak wstęp do pasjonującej powieści, ale co było dalej? Albo: co wydarzyło się wcześniej? Jaka to roamntyczna historia przydarzyła się komiwjażerowi (Komiwojażer Braci Walker)? I więcej proszę o jego żonie, postaci tak żywo nakreślonej.
Piszże pani powieści! Człowiek ledwie językiem mlaśnie a już koniec lektury.


Drodzy Literaci! (Ci, co dla odmiany kończycie)
Kończcie W PORĘ!

Weźmy mistrza Tołstoja, Lwa.
Po lekturze tego wpisu KLIK u Królowej Matki, Jarecka zdała sobie sprawę, że nie tylko nie obejrzała nigdy żadnej z licznych ekranizacji Anny Kareniny, ale nie przeczytała nawet tejże powieści! Nie mogłoby to dziwić żadną miarą, gdyby nie to, że obudzona w środku nocy Jarecka zapytana o czym jest Anna Karenina, wyrecytowałaby bez aszybki, że to o kobiecie, która zakochuje się do szaleństwa, porzuca męża i kończy tragicznie, rzucając się pod pociąg.
Jarecka postanowiła nadrobić to niedopatrzenie i zabrała się za lekturę.
Z wypiekami na licu połykała dzieło cmokając z zachwytu: jaki ten Tołstoj obserwator, jakie postaci wykreował, ileż emocji, ileż odcieni! Prawdę mówiąc, daleko bardziej niż losy wiarołomnej Anny interesował Jarecką wątek Lewina i Kitty. Sam Wroński wydał się Jareckiej obrzydliwy, toteż gdy czytnik wskazał, że koniec lektury blisko, a Anna, świeżo po urodzeniu nieślubnej córeczki zaczęła zdradzać objawy obłędu, Jarecka zatarłszy ręce jeszcze przyśpieszyla tempo czytania oczekując rychłego końca. Wszystko, absolutnie wszystko zmierzało prostą drogą do finału. Lewin i Kitty wyznali sobie miłość, nieszczęsny Karenin zyskał satysfakcję, Wroński dostał po nosie (szczegółów nie będzie - a nuż ktoś nie czytał a zamierza). Jarecka zamarła w oczekiwaniu chwili, kiedy to Karenina wdzieje palto i ruszy na stację kolejową, i... nastąpił koniec.
Koniec tomu pierwszego - powiedział czytnik.
Jarecka pomyślała, że to żart. To niemożliwe, żeby coś jeszcze z tej historii udało się udoić.
Mrugała, przecierała oczy, otrząsała się, szczypała - ale istnieniu tomu drugiego nie dało się zaprzeczyć.
Jarecka poczęła tedy brnąć w ciąg dalszy. I jak pierwszy pochłonęła nie wiedzieć kiedy, drugi czytała.
I czytała.
I czytała.
Po tygodniach męki uznała, że może to wina nośnika i wypożyczyła z biblioteki księgę z papieru, jak się należy.
I nic.
Nic już nie wydawało się Jareckiej ciekawe - ani dalsze losy Anny i Wrońskiego, ani Lewinów, ani nawet wątek Koznyszewa i Warieńki; nie mówiąc o polityce, którą Tołstoj uparcie wypychał w światła rampy.

Jarecka porzuciła lekturę nie skończywszy i kończyć nie zamierza.
(Nie zamierza też oglądać ekranizacji - tej najnowszej głównie ze względu na Keirę Knightley, której osoba zupełnie, zdaniem Jareckiej, do kostiumu nie pasuje. Nie pokusi się też obejrzeć wersji z Sophie Marceau, która zdaje się być za delikatna do roli Anny; za to Sean Bean jako Wroński mógłby bez trudu przekonać Jarecką, że hrabia wart był grzechu, nawet takiego, jak samobójstwo)



A są i tacy literaci, co w ogóle nie mogą skończyć.
I takim trzeba powiedzieć po prostu: Kończcie NAPRAWDĘ!

Taka Jeżycjada, na przykład - końca nie widać.
Zdesperowana bilansem niedokończonych książek Jarecka sięgnęła po ten pewnik. Wrażeniami z lektury (ukończonej aż po Wnuczkę do orzechów!) podzieli się wkrótce.






20.12.2014

*

Ostatnie dni zlały się Jareckim w jedną szarą, grząską kałużę, pełną pomiarów temperatur i załamywania rąk nad ich wynikami, płukania misek i wiaderek po wymiotach, odmierzania lekarstw, inhalacji i macania czół.
Gdzieś tam zaczynały się dni, gdzieś noce, ale kto by dał za to głowę.


Gdyby zapytać siostrę Jareckiej, Drumlinę, o najpiękniejsze Boże Narodzenie w życiu, opowiedziałaby Wam historię samochodu zepsutego w Wigilię, w trasie, podczas driving home for Christmas. Przed Drumlami zostało jakieś trzysta kilometrów, za nimi sto. Po prowizorycznej naprawie auta zdecydowali się wrócić do siebie, do zimnego domu i pustej lodówki. Na jakiejś stacji paliw nabyli nieco słodyczy, mieli przy sobie prezenty dla małych wówczas dzieci, i tak, bez sałatek uszek i barszczu spędzili Święta, zanim przybyła odsiecz, owa góra do Mahometa.

Szwagier Dąbek, jedyny szwagier Jareckich po mieczu, zapytany o to samo, wspomni dwie wieczerze, w tym jedną spędzoną przy stole pełnym kapusty. W progu stały już walizki zapakowane na wyjazd do rodziców; ponieważ jednak Trójka z Jarecką zaległy w szpitalu, Dąbkowie zdecydowali się towarzyszyć Jareckiemu i reszcie jego przychówku w tych niezwykłych okolicznościach (dlaczego kapusta? To proste - resztą zajęła się Mama Jarecka w odległym J).
Sama Jarecka też dobrze wspomina tamte Święta, choć szpital fatalny, opieka w czasie świątecznym raczej pobieżna, no a tej kapusty nawet nie spróbowała, bo karmiąca była.



Co zostanie, gdyby obrać Święta z choinek, cocacolowych Mikołajów, zedrzeć zeń girlandy światełek, zwinąć ze stołu tradycją uświęcone menu wraz z obrusem i zmieść z blatu sianko? Schować prezenty i odświętne toalety? Gdyby nawet zamknąć radio z kolędami i pastorałkami, co zostanie?

Tego właśnie Wam życzę.





Tegoroczna szopka w wykonaniu JP&Sisters

18.12.2014

Liryka, epika i dramat

Kurytna idzie w górę.
Raczej na boki - jedną z pierwszych czynności każdego dnia jest dla Jareckiej rozsunięcie zasłon w kuchni. Zasłonki w kwiatki, konewki i ślimaki.
Podczas gdy Jarecka wykonuje ten zamaszysty ruch, pan Gołąbek wspina się po schodach na swój ganek. Staje wolno przy barierce i rozgląda się po świecie a świat odbija się w jego twarzy.
Dopóki Pan Gołąbek hodował gołębie, dzień zaczynał od witania się z nimi. Jak Święty Franciszek stawał wsród ptactwa, wkładał palce do garnka z wodą i lekko wychlapywał wodę. Gołębie skakały z radości, przytupywały i tańcowały, pan Gołąbek się cieszył a Jarecka przyglądała się tym misteriom zza zielonej zasłony lipy.
Gołębie zniknęły ale pan Gołąbek nadal zaczynał każdy dzień od swoistej słonecznej pieśni. Stawał na ganku, przymykał oczy i uśmiechał się do świata; czy deszcz, czy mgła, czy słońce.

Dziś rano jak zwykle wdrapał się na ganek i stanął przy poręczy.
Zanim jednak podniósł oczy ku niebu, zasłonki w oknie naprzeciw niego rozsunęły się i ukazała się w nich gęba Jareckiej.
Pan Gołąbek speszony wszedł do domu.


Czy Jarecka, ciesząc się na widok lewitującego za kuchennym oknem majstra z piłą elektryczną spodziewała się, że oto ruguje on z jej codzienności ostatni kawałek poezji?


...


Jaśnie Panicz otwiera oczy i widząc swoją matkę w fotelu z kubkiem kawy wita się w swoim stylu:
- Wyobraź sobie budynek 17-piętrowy. Na którym piętrze powinienem stać, żeby mieć pod sobą trzy razy tyle pięter co nad sobą?
Jarecka przewraca oczami i wychodzi, bo doprawdy! W okno pogapić się nie może, posiedzieć bezmyślnie - też nie. Poranki dlatego są takie piękne, że imaginacja budzi się chwilę później.

Tymczasem w NASA uznali, że Jaśnie Panicz jak najbardziej nadaje się do wystrzelenia w kosmos i w poniedziałki spokojne, poniedziałki wesołe przybyło Jareckiej atrakcji; takich mianowicie, że podczas gdy pierworodny radośnie łopocze w wirówce, ona musi zorganizować zajęcie trójce swoich dzieci w ciasnym korytarzu pełnym stojących otworem schodów.
Przez półtorej godziny!

Lecz oto Opatrzność, w rodzinnym mieście Jareckiej zwana także Opacznością (o czym świadczy stuletnia stela, gdzieś miałam zdjęcie...) pochyliła się z troską nad Jarecką i w tymże ciasnym korytarzyku postawiła kobietę z dzieckiem, a twarz tej kobiety była znajoma.
Kobieta spojrzała na Jarecką i rozpromieniła się.
Bij zabij, skąd ja ją znam? - pomyślała w popłochu Jarecka.
Jednocześnie podświadomość doszła do głosu i własnemu zaskoczeniu Jarecka przybrała ton serdeczny i poufały; kobieta zaś zachowywała się podobnie, wyraźnie nie mając wątpliwości co do tożsamości napotkanej.
Nie przerywając swobodnej pogawędki, Jarecka usiłowała uporządkować fakty. Znam człowieka. Na stopie koleżeńskiej, bez wątpienia, wszak tyknęłyśmy sobie jak najbardziej naturalnie. Te rzęsy jak szczotki. Ten z lekka świszczący głos. Tym głosem raczej nie prawiono o wyższości podgardla nad boczkiem w pasztecie, więc to nie babka sklepowa. Czyśmy razem pracowały, miały dzieci w tym samym przedszkolu?
Jarecka, raz po raz nazywana przez rozmówczynię po imieniu zaczęła popadać w cichą rozpacz. Roboczo ustawiła sobie tę sylwetkę na tle przedszkola na Przedmieściu, gdzie pracowała kilka lat, lecz żadne imię, ani żadne wspomnienie stamtąd z udziałem tejże osoby nie przychodziło jej do głowy.
Zapytać skąd się znamy?
Po kwadransie radosnych rozhoworów??

- A w przedszkolu teraz kiepsko - wyznała wreszcie tajemnicza znajoma (jeden kamień z serca - łup!) - zwolnienia. Całe szczęście, że byłam w ciąży, to mnie ominęło.

Drzwi na końcu korytarza otworzyły się i przerwano rozmowę wywołując koleżankę z pracy do gabinetu.

Do dziś Jarecka nie wygrzebała z archiwów pamięci imienia tej osoby. i trwa w rozpaczy nad rozmiarem czystki w swojej bazie danych.

Można się załamać.
Lub wmówić sobie, że się kroczy drogą Iris Murdoch ;)


7.12.2014

Pierwsza ćwiartka


Oto tegoroczny czasoodmierzacz adwentowy.
(Wieńce ze świecami są już passe, nie wiedzieliście?)
Copyright by Jaśnie Panicz.



Jeśli chodzi o adwentowy kalendarz, Jarecka, mądrzejsza o ubiegłoroczne doświadczenia tak skomponowała listę zadań, żeby było z sensem i... nie tak absorbująco.

Cały pierwszy tydzień upłynął pod znakiem Robótki.








(Miejmy tylko nadzieję, że w Niegowie lubią zimę. Jarecka na własne oczy widziała życzenia "długiej zimy")

I dla Was też najlepszego na kolejny tydzień!


6.12.2014

Grudniowe frustracje

- Nie chcę iść do przedszkola - wije się Czwórka - ciągle tylko próby i próby!
Jarecka wzdycha ze zrozumieniem lecz bezlitośnie kontynuuje przygotowania do wyjścia.
- Męczy mnie! - Czwórka wybucha żarliwie - męczy mnie ta rola!


Czwórka w jasełkach zagra anioła.



...



Trójka, z rezygnacją: - Zosia jest chora i znowu będę siedziała przy obiedzie z samymi chłopakami. I znowu będzie tylko mańkraft i mańkraft!



...



Frustracje Jaśnie Panicza mają charakter permanentny i noszą etykietę "znak czasu".
- CIĄGLE MACIE DO MNIE O COŚ PRETENSJE!

(Niedobre Jareckie! Śmieją się na takie dictum bezczelnie, tulą Jaśnie Panicza i mówią: mój mój mój syneczek! Co doprawdy, wkurza człowieka jeszcze bardziej)



...



A Jareckiej, na ten przykład, nic nie wyprowadza z równowagi.

Co samo w sobie brzmi niepokojąco.

1.12.2014

Poduszka z krokodylami

Zdaje się, że niektórzy czekali na poduszkę z krokodylami?




Czwórka czekała prawie pół roku ani na jotę nie modyfikując swojej wizji: poduszka. Żółta. Z krokodylami.
Zupełnie inaczej miała Jarecka - przemełła w głowie dziesiątki pomysłów i wciąż nie mogła się zdecydować, czy poduszka ma mieć kształt krokodyla czy wzór, krokodylą aplikację czy całkiem patchworkowy awers.
Cugle rozpasanej wyobraźni (oraz szmirowatym zapędom Jareckiej, która roiła już całą nilową scenografię) narzucił  - po pierwsze - fakt zakupu przepięknej krokodylej materii. Stało się wówczas jasne, że nie należy wzoru nazbyt ciąć, gdyż w masie swej prezentuję pełnię uroku.
Drugim czynnikiem okazała się sama Czwórka, która nieoczekiwanie zastrzegła: żadnych aplikacji, koralików i rantów. Ponieważ, cna mamusiu, kolczyki haczą się o takie ustrojstwo.

Nie pozostało więc nic innego, jak najprostsza na świecie poszewka - Nil pełen krokodyli i złote piaski Egiptu.
W akcie desperacji Jarecka pozwoliła sobie tylko na ozdobną stębnówkę.





Z tyłu nie ma żadnych zapięć, poduszkę wsuwa się... (czy to się jakoś specjalnie nazywa?)

PS. W czasie sesji Piątek, który czekał już ubrany do wyjścia - Jarecka w ostatniej chwili zreflektowała się, że jak wróci do domu będzie już ciemno - odczuł przemożne parcie na szkło. Przeganiany z planu próbował upodobnić sie do elementów scenografii.




Najbielsze kruki

OLGA znów buduje WIEŻĘ.
To skłoniło Jarecką do refleksji nad zawartością deszczowodomowej biblioteczki.
Było już o tym TUTAJ i zasadniczo wygląd półek z książkami dzieci się nie zmienił; zawartość - owszem. Głównie za sprawą eksplozji czytelnictwa wśród dziewczynek; pojawiły się pozycje typu czytam sam - z dużą czcionką i nieskomplikowanym tekstem.
Także destrukcyjna działalność Piątka odbija się - dosłownie - na kształcie księgozbioru.

Ale dziś nie o tym, a o białych krukach w Deszczowym Domu.
Tych książek nie trzyma sie na regale w pokoju dzieci lecz na najwyższej półce osobistej szafy Jareckiej.

Jarecka ma takie wspomnienie - zeszyt w kratkę a w nim, starannym pismem Mamy CałkiemInnej wypisany wiersz Na straganie. Mama ozdobiła tekst rysunkami owoców i warzyw - wszystko to widziało się małej Jareckiej nadzwyczaj pięknym!
Zaczęło się od tego, że w książce przyniesionej z biblioteki mała Jarecka szczególnie upodobała sobie wiersz o kłótni warzyw. Takim uczuciem zapałała do tego utworu, że wkrótce umiała go na pamięć - niestety, nadszedł czas, by książkę zwrócić do biblioteki. Czasy były, wiadomo, mało sprzyjające konsumentom i niekoniecznie można było kupić to, co się chciało. Mama CałkiemInna wzięła więc zeszyt, długopis, poleciła córce: dyktuj! - i odtworzyła dla niej ulubiony wierszyk. Plus ilustracje we własnym, staranno - pedantycznym stylu.
Tamten zeszyt się nie zachował.

Na najwyższej półce swojej szafy ma Jarecka jednak inny cenny egzemplarz, jeszcze starszy.
Ciocia Jareckiej weszła w szlachetną rolę kopisty i skopiowała utwór Na Jagody z ilustarcjami Jana Marcina Szancera (wygląda na to, że wydanie to było trudno dostępne, rodzina CałkiemInnych zaś - rozmiłowana w ilustracjach Szancera!)

Około czterdziestu lat liczy sobie ten wyjątkowy egzemplarz.








Ale to nie wszystko!
Poniższa pozycja liczy sobie ćwierć wieku i w całości jest dzieckiem Jareckiej. Tekst i ilustracje: Jarecka.
Wigilijna historyjka o ludziku Hubim, który wędruje po choince i zapoznaje się z jej ozdobami (albowiem choinka zawsze rozpalała do czerwoności wyobraźnię Jareckiej!)
Powiedzmy sobie szczerze i bez fałszywej skromności: głupiutkie, ale całkiem zręcznie opowiedziane - co Jarecka, jako matka dziesięciolatka, autorytatywnie potwierdza.





Macie takie skarby?



Więcej o radosnym książkopisarstwie dla własnych dzieci było TUTU oraz mimochodem TU




28.11.2014

Wielka robótka, sowy i oczka rakowe

Pierwsza rzecz: robótka dla wszystkich!
Kliknijcie koniecznie w czerwony znaczek w prawym górnym rogu (mobilni mogą kliknąć TU) przeczytajcie i do dzieła!
W Deszczowym Domu robótka ta jest wpisana w kalendarz adwentowy, zaraz w pierwszych dniach. Weźcie pod uwagę, że poczta przed Świętami rządzi się swoimi prawami. Zresztą, lepiej nawet późno niż wcale. Czyż dostawanie listów i prezentów nie jest ekscytujące ZAWSZE?


...


A poniżej najnowsza robótka z sygnaturą DD.
Gdyby jeszcze kiedyś Jarecka miała przyjąć zamówienie z terminem realizacji na "za dwa tygodnie" każdy, kto czyta niniejszy wpis zobowiązany jest w sumieniu wybić to Jareckiej z głowy.
Pierwszy tydzień zajęło wybieranie wzoru, opracowywanie go (wszak wydać 6 dolarów na gotowy wzór to hańba dla takiej Jareckiej, czyż nie?), czekanie na zamówione nici i nabywanie minky.

Potem było już przyjemniej lecz niestety, dzieci zgodnie odmawiały ugotowania zupy, Piątek oznajmił, że cztery drzemki dziennie to przesada, pani świetliczanka nie zgodziła się objąć nocnych dyżurów w szkole a zdrajca Jarecki po powrocie z pracy późną porą szedł spać zamiast łapać za odkurzacz.
Koniec końców nie wystarczyło czasu na uczciwą dokumentację foto i niezmiernie to przykre, że prezentowane zdjęcia (jedyne zresztą przedstawiające ten kocyk) są tak marnie oświetlone.



Oprócz frajdy wynikającej z mierzenia się z nowym wzorem Jarecka doznała też satysfakcji z gatunku "nauczyłam się czegoś nowego".
Ta nowa umiejętność to oczko rakowe.

Oczka rakowe to nic innego jak półsłupki robione w innym kierunku.

Klasyczne wykończenie półsłupkami przebiega od prawej do lewej, o tak:


A w przypadku oczek rakowych - odwrotnie.
Na początku trudno się przyzwyczaić i zapanować nad plączącą się nitką, ale efekt wart zachodu.



Miłego weekendu!

25.11.2014

Co się odwlecze to nie uciecze. O.

Pan Naróg jest bardzo dumny ze swojego chodnika.
Wyrąbał wiśnię, co mu rosła na zapleczu sklepu (które to zaplecze jest zarazem podwórkiem przed domem Narogów), położył sobie kostkę Bauma - żółty romb na antracytowym tle - postawił stół, bo już mu się nie chybocze i szklanka ustoi, i tak sobie Naróg siedzi, herbatkę popija.
Nad głową ma własny taras, przed sobą tylne drzwi do sklepu i widok na frontowe. Jak tylko klient do sklepu wchodzi, pan Naróg zrywa się rączo; nic się przed nim nie ukryje.
- Ale panu dobrze! - woła Jarecka wyciągając szyję ponad płotem - niby pan w pracy, a przecież w domu...
A Naróg radośnie rechocze, nogi przed siebie wyciąga i przepija do Jareckiej herbatą ze szkalnki z duralexu. Na wczasach był w Turcji, opalił się.


Pan Gołąbek, choć starszy z niego pan, wylazł na rusztowanie i ocieplił sobie dom. Z góry na dół, dwa piętra plus wysoki parter i poddasze. W lipcu zaczął, w sierpniu skończył.
Teraz jeszcze maluje te ściany wałkiem na długaśnym kiju.
Na jakąś taką morelę.

...

Taki sobie wstęp Jarecka poczyniła początkiem sierpnia, spodziewając się, że lada chwila życie dostarczy jej materiału do całego cyklu w tematyce okołoremontowej.
Wszak wymieniono Jareckim okna w pośpiechu, że niby będzie remont elewacji!

W czerwcu Danuta zwiastowała, że majstry przyjdą wraz z lipcem, jak tylko ona już skończy ze szkołą (albowiem jest Danuta wuefistką), zerwą dach, zrobią Sosnom wiszące ogrody i ocieplą całość.
W lipcu Jarecka opróżniła balkon, spodziewając się rychłych rusztowań i ogólnej rozpierduchy.
(Od razu powiedzmy, że nie było to łatwe! Balkon Jareckich mieści bowiem dwie szafy, biurko i krzesło, sofę, fotel, kojec i grill. Że co? Że na pierwszym lepszym polskim balkonie upycha się więcej? Być może, lecz u Jareckich w dalszym ciągu można tam jeszcze jeździć na rowerze)
W sierpniu Jareccy wrócili z wakacji i nie zastali ani rusztowań, ani majstrów, ani - niestety - styropianu na ścianach. Pani Nestorka, matka połowy sąsiadek doniosła, że większość sąsiedztwa poszła na pielgrzymkę i dopiero jak wrócą - wtedy już ekipa musowo zacznie remont. Pątnicy wrócili i - nic.
Końcem sierpnia przy ognisku, subtelnie zagajona, Danuta zeznała, że niestety, wszystko zacznie się wraz z rokiem szkolnym, ale doprawdy, tacy fachowcy rzecz przeprowadzą bez zwłoki, rach ciach, będziem zimą oszczędzać na ogrzewaniu.

Tymczasem Pan Gołąbek, ochędożywszy domostwo, wyłożył sobie podjazd kostką Bauma (hurtownia kostki to na Zaogoniu brylantowy interes), a że mu trochę zostało, ułożył jeszcze chodnik naokoło domu. Zmienił nawet drzwi wejściowe, bo mu stare już nie pasowały - nowe mają eleganckie płyciny i owalny witraż.

...


W poniedziałek - a pamiętamy, że poniedziałki w Deszczowym Domu bywają ciche i spokojne - Jarecka jadła śniadanie wraz z synem swym Piątkiem. Jedli kanapki z serem, Jarecka żując czytała, Piątek dyskretnie kruszył chleb pod stół, gdy nagle coś stuknęło w okno i oczom śniadających ukazała się  antena telewizyjna na sznurku; sunęła powoli w dół obijając się o ścianę.

I tak przyszło nowe.
Deszczowy Dom najpierw został oskalpowany, potem opakowany jak Reichstag a następnie przybrał wygląd Frankensteina. Teraz coraz bardziej upodabnia się do arki Noego.
W sam czas, bo akurat spadły deszcze.
Generał Sosna zarósł jak zakole Bugu; całe noce strąca z prowizorycznego dachu hektolitry wody, bo inaczej gotowe lać się Sosnom i Sebom wprost do łóżek.
Plask, plask - roztrzaskują się te fale o podwórko Jareckich.

W radiu zapowiadali śnieg.

...


O tym śniegu (z lękiem) doniosła Maria, która wstąpiła do Jareckich wracając skądśtam.
- Mario Mario! - zawołała Jarecka i pośpieszyła łapać Marię zanim ucieknie do domu - wieki cię nie widziałam a chcę wiedzieć - jak to z tą sukienką Narogowej było? Naprawdę była taka krótka?
- Bez przesady - Maria wzruszyła ramionami - ALE JAKIE ONA MIAŁA LOKI!







19.11.2014

Z archiwum "Kobry"

Noc w Leśnej Górze była mglista i zimna.
Pomarańczowe światło nielicznych latarni wisiało nad pustymi ulicami na kształt pomponów czirliderek.
Pod pomponami - ciemność.
Starszy aspirant Zegadło nie zdecydował się wyjechać na patrol.
Zimno, mokro, ciemno - kto wie, co się w tej mgle kłębi?
Aspirant zadumał się wpatrzony we własne odbicie w oknie.
Jego młodszy kolega, Śródleśny, drzemał podparłszy twarz pięścią. Śniło mu się, że goni go ten wariat Wardęga - w stroju ciasteczkowego potwora, a on, Śródleśny, jak to we śnie - nie może ruszyć się z miejsca. Śródleśny próbuje uciekać, Wardęga biegnie siejąc okruszkami; nic a nic się nie przybliża ale strach Śródleśnego rośnie i rośnie, tym bardziej, że w sen policjanta przekrada się ta jakże logiczna myśl, że to on raczej powienien gonić Wardęgę, że to wszystko będzie na jutubie i zobaczy to sam komendant i będzie wstyd.
Łaskawy dzwonek telefonu, na którego dźwięk obaj mężczyźni zgodnie podskoczyli, wyrwał Zegadłę z ponurych rozważań, Śródleśnego zaś z męczącego snu.

Był kwadrans po pierwszej.

Dzwonił staruszek z ulicy Feralnej (to koło szpitala) że słyszy jakby krzyki kobiety.
Policjanci spojrzeli po sobie trwożnie -  trzeba by wsiąść w radiowóz i zrobić rundkę, ech.
- Staruszek, spać nie może - podsumowywał niepewnie Zegadło zerkając w okno, wgłąb wilgotnej nocy - pewnie mu się przesłyszało. Sąsiad może zasnął przy telewizorze...
Śródleśny potakiwał skwapliwie i ze służbową powagą podjeżdżał w fotelu na kółkach ku monitorowi komputera. Trzeba się zająć czymś ważnym, ważniejszym, niż wrzeszczące kobiety na zewnątrz.

Do godziny drugiej trzydzieści policjanci odebrali jeszcze trzy telefony od przerażonych mieszkańców Leśnej Góry - że kobieta jakaś wrzeszczy.
Chcąc nie chcąc, funkcjonariusze odbyli patrol, postali nawet - nie wysiadając z radiowozu! -  chwilę na chodniku przy Feralnej, po czym wrócili na komisariat, w sam czas, by odebrać telefon od tego samego staruszka co wcześniej, który chlipiąc doniósł, że już ją pewnie dorżnęli, bo darła się, darła, ale od dziesięciu minut - cisza.
Cóż było robić, ech.
Kawa i czesanie lasu do rana - daremnie.


O zdarzeniu rok temu Jarecka przeczytała w lokalnej gazecie (Śródleśny publikował tam w rubryce "Kobra", a w Leśnej Górze takie historie nie zdarzają się co dzień!).

To doprawdy niezwykłe, że nic nie słyszała, bo akurat tamtej nocy rodziła Piątka, akurat w szpitalu przy Feralnej!




...





14.11.2014

AAA...KOMUNIKAT! A nawet dwa



Pierwszy jest taki:



Będę tam z kramem!



Drugi:
Jeszcze do niedzieli (do północy) można zapisywać się na losowanie zwierzaka-przedszkolaka.
Spieszcie TU i zapisujcie się w komentarzach pod postem! I nie przejmujcie się, że treść posta przekreślona; zapisy trwają - jako się rzekło - do niedzieli.

11.11.2014

Zabawa

Zaproszono Jarecką do blogowej zabawy.


Ponieważ zaś pytania nie dotyczyły rozmiaru buta, preferencji kulinarnych i innych, lecz blogowania, i ponieważ Mamelkowa bardzo ładnie zaprosiła TU, a co tam! - zakrzyknęła Jarecka - czemu by nie?

Mamelkowa, znana Czytenikom DD jako pogromca konkursów, detektyw na rowerze, prawdopodobnie podwójna agentka polsko-brytyjska, być może wygląda tak (okulary z lup, by śledztwa prowadzić nieustannie i zawsze w ruchu, i zawsze z uśmiechem!):



Czasem podobno dokleja wąsy (kto mówi, że sobie?) a czasem ubiera sweter tył na przód.


A oto pytania. I odpowiedzi.
Przy mikrofonie Jarecka.

Nad czym obecnie pracuję?
Większość aktualnych wytworów skrywać musi tajemnica, bo jak wiadomo wszystkim rękodzielnikom, Gwiazdka za pasem, pora na prezenty ;) Niemniej - co się odwlecze, to nie uciecze, zdjęcia i relacje z placu boju Czytelników nie ominą. Oto mała zajawka:




W wolnych chwilach mozolnie i z bólem rodzi się amarantowy kardigan.
A w mniej wolnych zabawki i girlandy na pewien kiermasz...
W chwilach euforii zaś szyję sobie ubrania :)

Czym moja praca różni się od innych w tej branży?
Prawdopodobnie niczym. Może poziomem chaosu wokół? Ale i nad tym pracuję - mój kącik (namiastka pracowni) jest coraz wygodniej urządzony.

Dlaczego piszę bloga o tym, co tworzę?
Bo każdy, kto coś tworzy tak naprawdę chce się tym dzielić, chce to pokazać światu - tak mi się wydaje ;) Potrzebuję akceptacji dla moich wytworów; czasem także tej wyrażonej zapłatą za wykonaną pracę! Doceniam też potęgę inspiracji - sama czerpię ją z Waszych blogów i miło mi, jeśli uda i mnie się dostarczyć jej Wam :)

Jak odbywa sie mój proces tworzenia (pisania)?
Chaotycznie. Jedną ręką, na jednej nodze, tu kilka oczek, tam szew. Zawsze mam na podorędziu kilka koszyczków i skrzyneczek - tu pluszaczki, tam ptaszki, tu szydełko, tam druty. Zawsze  mam kilka zaczętych robótek - robię je symultanicznie, w zależności od tego, na co akurat mam ochotę, lub od tego, za co akurat MOGĘ się wziąć, np: jeśli Piątek śpi, nie mogę szyć na maszynie, jeśli nie śpi - nie mogę robić na drutach/szydełkować, bo szarpie mnie za nitki, rozrzuca kłębki. 
Jedyne stałe punkty w moim dziennym harmonogramie, to pory rozpoczęcia/ zakończenia lekcji dzieci - wtedy muszę jechać do szkoły. Reszta - w tym także prace domowe i praca zawodowa - jak się uda. Bez planu.


I tyle.
Na koniec trzeba zaś przekazać zabawową pałeczkę dalej - w dwa miejsa.

Drodzy Państwo!
Zapraszam Was do pracowni Ireny, do Gniazdka na Akacji KLIK - to dopiero będzie zwiedzanie!



Irena robi ceramikę (świeczniki i ceramiczny żołądź na zdjęciu autorstwa Ireny właśnie - Jarecka wygrała!) A trzeba Wam wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że Jarecka zaliczyła w życiu dwa upojne semestry zajęć z ceramiki i mało brakowało, a robiłaby w pracowni ceramiki aneks do dyplomu. Pani doktor już była zgodzona do objęcia pieczy nad tym przedsięwzięciem, jednak Jarecka stchórzyła a raczej wykazała się roztropnością (kilka razy w życiu się jej udało) - i z bólem musiała zrezygnować z tej przygody.
Tym chętniej zaprosiła do zabawy właśnie Irenę i zaciera ręce na to wirtulne spotkanie :)
A poza pracą z gliną Irka szyje jeszcze kołderki i aż żal, że się takich Irek nie ma bliżej.

Oraz.



Addicted to crafts KLIK, znane już Czytelnikom DD trio. I co z tego, że znane? I tak zawsze nas czymś zaskoczą, czyż nie?
Albowiem - UWAGA! - już 15 listopada, w Warszawie, Jarecka w blond peruce i na obcasach (względnie na podeście, dla dodania sobie centymetrów), będzie udawać Edytki na świątecznym kiermaszu, dosłownie w roli żeny za pultem (szczegóły wkrótce).
Przybywajcie tłumnie!
Zapraszajcie znajomych!

Do zobaczenia w sobotę!

5.11.2014

Jarecka-Dobra-Rada, czyli...

...jak zrobić dziecku frajdę i zaoszczędzić kupę kasy!


Zacznijmy tak:
Razu pewnego, gdy Jarecka huśtała Piątka na podwórku, przyszła Czesiuniowa:
- Zobacz, dostałam od koleżanki takie szmacianki. Uprałam je i trochę im się fryzury ten...tego. Może twoje dziewczynki chcą?
I wepchnąwszy Jareckiej w dłoń siateczkę ulotniła się swoim słynnym krokiem.
A trzeba Ci wiedzieć, Czytelniku, że wśród wielu zajęć Czesiuniowej jest także pośredniczenie pomiędzy tymi co potrzebują i tymi, co nie potrzebują.
Zdaje się, że gdzieś na końcu owego łańcucha znajduje się Jarecka, pod której drzwiami nader często lądują produkty tej przemiany materii.

Zerka więc Jarecka w siatkę, a tam naprawdę ładne lale!
Jedna większa, dwie małe, chyba breloczki, bo z głowy im wstążeczki sterczą (no to chlast! - nożyczkami). Dziewczynki rozdzieliły łup między siebie, jęły okręcać szalikami i przyduszać kołderkami.




Bystry Czytelnik już zauważył, że charakterystyczne twarze lal miały wpływ na stylizację syrenich facjat, o- KLIK

I na tym można by historię skończyć a nawet w ogóle jej nie zaczynać, gdyby któregoś dnia największej lali nie odpadła fryzura, odsłaniając wymazaną klejem na gorąco potylicę.
Jarecka postanowiła sporządzić nową peruczkę i przytwierdzić ją do głowy w sposób bardziej godny lalki szmacianki, udała się więc w odmęt internetu w poszukiwaniu dobrych rad. Wklepała sobie w gugla hasło "lalki szmacianki" sądząc, że tą drogą trafi do Magdaleny (TU) i może to i owo podpatrzy. I nagle - czary mary! - oczom jej ukazała się mnogość zdjęć, z których patrzyły - wprost na Jarecką - gwiaździste oczy a koralikowe usta robiły cmok!

I tak Jarecka dowiedziała się, że taka lala, co to jej włosy doklejone odpadły, kosztuje 180 złotych, a te mniejsze, co im wycięła wstążeczki po karabińczykach, po 110 sztuka.
Fiu, fiu - pomyślała Jarecka i jeszcze łaskawszym okiem spojrzała na zabawki. Poprawiła im spódniczki, małym wycięła kołtuny, dużej przyszyła warkocze.
Ubranka nowe poszyła zaoszczędzając tym sposobem trzy razy po osiemdziesiąt złotych (bo tyle właśnie kosztują nowe markowe przyodziewki).



Teraz gładzi skarbonkę po brzuchu kontenta.

A Was, kochane mamy, ciocie i babcie niestrudzenie zachęca: SZYJCIE LALKI SWOIM DZIECIOM!
To naprawdę nic trudnego.
A zaoszczędzone dzięki temu setki złotych można wydać...na co innego :)


W archiwach DD jest nawet tutorial - jak uszyć lalkę (KLIK)
A bohaterkami posta są lalki Laloushka (KLIK)




Pamiętacie o koziołku do wzięcia? TU

27.10.2014

Plotki z Zaogonia

Praczłowiek zszedł z drzewa, Neil Armstrong z pokładu Apollo 11 a Piątek z sofy.
One giant leap for mankind.



Poniedziałkowe poranki mają swój urok.
Człowiek się chwilę zepnie, zrobi jedną kanapkę więcej, wyda z magazynu jedną sztukę bielizny więcej, kłapnie paszczą dodatkowo parę razy (zapakowałaś/eś jedzenie/picie/umyłeś/aś zęby?) by chwilę po ósmej usiąść za sterem swojego krążownika samowtór jeno z Piąteczkiem.
- No, co tam? - pyta roztargniona Narogowa, wymachując jednorazową siatką.
Taki ma Narogowa odruch bezwarunkowy, że jak Jarecka wchodzi do sklepu, ona łapie od razu siatkę na te sześć białych bułek, co to Jarecka zaraz sobie zażyczy.
- Grześka poproszę - mówi Jarecka i Narogowa na chwilę otrząsa się z letargu, bo po pierwsze zawsze było sześć bułek, a po drugie Narogowi jest Grzegorz; zanim jednak się naburmuszy - bo zazdrosna jest o męża, wiadomo - dociera do niej, że o wafelku mowa.
Jak to z Narogowej kreacją weselną było, Jarecka się nie dowiedziała, choć mama Amelki (trójkowej koleżanki) obecna na weselu zdała Jareckiej wyczerpujące relacje z tego kto w czym. Że Czesiuniowa nadzwyczaj skromnie, że Maria co prawda w ultra mini ale że kręciła się ta mini zupełnie przyzwoicie, że Danuta powinna była raczej ubrać w sobotę tę sukienkę, co ubrała w niedzielę, bo kto to widział tak skromnie na wesele (a Danuta - przypis Wszechwiedzącego Narratora - wyglądała absolutnie olśniewająco!)?
Jarecka nie miała żadnych oporów, by wypytywać o szczegóły, ale o tę jedną kreację, która NAPRAWDĘ ją w absolutnie niezdrowy sposób interesowała, nie miała śmiałości spytać. Jeszcze by mama Amelki pomyślała, że Jarecka wścibska jest i plotkarka!


Nie wiadomo, ile w sumie dzieci przyjdzie na świat za sprawą Piątka, Zosię jednak można poniekąd wciągnąć na tę listę.
Zosia lada dzień opuści brzuch swojej matki, która nie mogąc patrzeć spokojnie na Jarecką w ciąży a na maleńkiego Piątka tym bardziej, zdecydowała się na trzecie dziecko.
Wygląda na to, że nie tylko ona - ledwie zaczął się rok szkolny, na zebraniu przedszkolaków piękna blond Agata przysunęła się do Jareckiej na przedszkolnym mikro-krzesełku i wyznała, że za sprawą Jareckiej (oraz matki Zosi!) zaczęła łykać kwas foliowy i doprawdy, będzie co Bóg da, ale ona jest gotowa na czwarte dziecko.
Zaraz też na parkingu dogoniła Jarecką Mariola Jagiełka, matka pięciorga, i z błyskiem w oku, który przebijał splendorem biżut Swarovskiego szepnęła, że zamierza pobić Jarecką w konkurencji "matka wielodzietna". Jarecka, która jako żywo nigdy nie pisała się na takie zawody, ucieszyła się szczerze i będąc wspaniałomyślną dla tryumfu Marioli nie wspomniała, że jest jeszcze Roma Sienkiewicz, która ma dzieci siedmioro, a siedem to jednak więcej niż sześć.


W poniedziałkowe poranki, wracając do domu, Jarecka walczy zawsze z chęcią by pojechać przed siebie, naprzód, hen daleko.
Może do siostry Drumli a może prosto, do Metropolii, gdzie nikt na Jarecką nie zwróci uwagi, gdzie można bezkarnie pogapić się na ludzi, uśmiechnąć się jak się ma ochotę a nie uśmiechnąć, gdy się nie ma.



Powoli, chwiejnym krokiem idzie zima, idzie Piątek.





PS. Czy Czytelnik zauważył, jak subtelnie i nienachalnie Jarecka przemyciła niusa numer jeden? ;)

24.10.2014

Psy szczekają, karawana idzie dalej, czyli drugi zwierzak-przedszkolak do przygarnięcia

Hm.
Sprawa się rypła, mleko się wylało, pobite gary.

Mowa oczywiście o wczoraj otrąbionym konkursie-zagadce. Mocno się Jarecka przeliczyła w rachubach; wstyd przyznać - nie doceniła Czytelników i zgodzić się musi z Anonimowym Toruńskim Piernikiem, który w komentarzu do wczorajszego posta zwrócił uwagę, że po wywodzie Mamelkowej dalsza zabawa nie ma, hm, sensu...

A już się Jareckie dziwili, jaka ta Silvarerum zmyślna, jaka intuicja, jakie argumenty, cytaty w punkt! Droga Silvarerum! Zaprawdę, wielkiego miałaś pecha, że do konkurencji przystąpiła Mamelkowa - a jak przystąpiła, to pozamiatała i chyba nikt nie ma wątpliwości, kto jest zwycięzcą.
Sama Jarecka, gdyby ją kto zapytał, jakie ma dowody na to, że Derektor i Czesiuniowa to jedna i ta sama osoba, nie dowiodła by tego lepiej.
Gratulacje!

Ale bawmy się dalej!
W ramach frycowego Jarecka udzierga dla Was jeszcze jednego przedszkolaka i tym razem już nie trzeba robić nic poza zgłoszeniem chęci przygarnięcia tegoż w komentarzu pod konkursowym postem >>TU<<
Odbędzie się niezawodne losowanie.

(Osoby, które już zostawiły komentarz automatycznie zostają wrzucone do maszyny losującej. Termin losowania bez zmian, dajta Jareckiej czas na wydzierganie zwierzaka!)

PS. Mamelkowa i Silvarerum (w sprawie nagrody pocieszenia) proszone są o kontakt.

14.10.2014

Książki z obrazkami - Elżbieta Wasiuczyńska

Dawno, dawno temu, w Deszczowym Domu używało się etykiet: książki z obrazkami, Jarecka i jej idole...
Dziś pora przewietrzyć etykietkowe zasoby, bo nadarzyła się okazja!

Czy ktoś nie zna ilustracji Elżbiety Wasiuczńskiej, ręka do góry?
Nie widzę. A czy wszyscy wiedzą, że pani Ela ma bloga, barwnego i dowcipnego, który Jarecka regularnie odwiedza od paru miesięcy? Nie wszyscy? No to KLIK

Przeczytawszy na tym blogu, jakoby w najbliższą niedzielę (a był czwartek), pani Elżbieta miała nawiedzić jedną z metropolitalnych księgarń, Jarecka w te pędy wykonała tamże telefon obwieszczając przybycie swoje i dzieci i zaczęła przebierać nóżkami.
Spotkania natury blogowej zawsze wywołują wiele emocji.
Człowiek się cieszy, ale nie wie, czy powinien, bo w gruncie rzeczy nie wie co to za jeden, ten Iks Igrek. Nadto musi się zmierzyć z wyobrażeniem tego kogoś o własnej osobie - i to jest, powiedzmy, sobie szczerze - stres.
Gdy Jarecka po raz pierwszy miała okazję poznać osoby znane wcześniej tylko z blogosfery, rozterki takie były jej oszczędzone - pamiętne urodziny w Sowie były przecież niespodzianką. Potem już spotkać się z Joanną S z Addicted to crafts, nawet na własnym balkonie, to już była sama przyjemność.

Tak więc kolejne dni upłynęły Jareckiej na zastanawianiu się w co się ubrać :)
Żeby nie było za elegancko, w trampkach też nie bardzo... Bardzo to w sumie śmieszyło Jarecką, ale pozbyć się tej troski nie mogła.
Dzieci tymczasem kopały na półkach z książkami w poszukiwaniu tych, na których pani Ela mogłaby złożyć własnoręczną sygnaturkę (Czwórka uparła się, że musi to być Czerwony Kapturek z ilustracjami Agnieszki Żelewskiej).
Wreszcie Jarecka uznała, że najlepiej będzie przywdziać na siebie sztandarowe barwy Elżbiety, niejako na cześć, i sięgnęła w najgłębszą czeluść szaf po kobaltową sukienkę. Sukienka nie pachniała najładniej, bo wisiała w tej szafie nie niepokojona przez dwa lata. Furda! A do tego rajtki w kolorze kanarka, który się objadł groszkiem.
- Mamo, masz zielone nogi! - tymi słowy Jarecka została obśmiana kolejno przez wszystkie swoje dzieci, nie licząc Piątka, który co prawda jeszcze nie mówi ale śmieje się, i owszem.




Na miejscu, w księgarni Badet, okazało się, że Jareckich nie ma na liście!
- Jak to? Przecież zapisałam naszą czwórkę już w czwartek!
Pełna najszczerszych chęci panna Badecianka wodziła ołówkiem po wydrukowanej liście, ale nazwiska Jareckich nie chciały się tam pojawić.
- Oczywiście, może pani wejść - skapitulowała wreszcie, a Jarecka powiedziała, że oczywiście, wejdzie choćby nie wiem co, i że dopradwy, dlaczego zawsze to jej zdarzają się takie rzeczy?
Niemniej już, już, w spowitą w kobalt i kanarka duszę wkradł się niepokój; zwłaszcza, gdy zaczęły się zajęcia plastyczne i Jarecka uslyszała, jak jedna Badecianka szepcze drugiej, że ponieważ są też dzieci niezapisane, nie dla wszystkich wystarczy tekturek... Od tej chwili każdy brak na stole zalegał kamieniem na sumieniu Jareckiej - wszak przywiodła aż troje niezapisanych plastelinożerców!
Czwarty, Jaśnie Panicz, ujrzawszy zaludniający księgarnię drobiazg, począł wić się w boleściach; szczęśliwie dla niego pojawiła się ciocia Sowa ze swoją córką i zaproponowała Jareckim wymianę - Sowianka została by lepić kaczkę Katastrofę, Jaśnie Panicz wyskoczył  z ciocią na lody.

Podczas gdy Ela W (zaspojlerujmy - bruderszaft został symbolicznie wypity) zajmowała się tym, na czym Jarecka zjadła zawodowe zęby (do cna!), czyli nadzorowaniem prac twórczych, sama Jarecka popadła w otępienie, w jakie wpada zawsze ilekroć ilość dzieci w otoczeniu przekracza pięć sztuk.
Uściślijmy: gdy Jarecka znajdzie się w towarzystwie kilkorga obcych dzieci w odruchu bezwarunkowym uruchamia monitoring - oczyma pustułki wszystko widzi, przewidzi - czuwa. Gdy jednak odczuje obecność rodziców tychże, sylwetki dzieci natychmiast rozmywają się w jej oczach w barwne wijące się smugi. A jeśli spomiędzy tych eterycznych, półprzeźroczystych, przenikających się wstęg trzeba wyłuskiwać wciąż od nowa postaci własnych dzieci - energia witalna Jareckiej zużywa się bardzo szybko.
Jeden dwa trzy cztery, jeden dwa trzy cztery. Pięć.
Piątek szczęśliwie zasnął.




Skoro Kaczki Katastrofy zostały ullepione (materiałów starczyło dla wszystkich), panny Badecianki zajęły dzieci chustą w barwach tęczy a Jarecka dopadła wreszcie sławnej ilustratorki, docisnęła zielonym kolankiem i zażądała autografów na naręczach ksiąg i świeżo nabytym kalendarzu z Panem Kuleczką. Jaśnie Panicz, który akurat wrócił był z cukierni, pogalopował do samochodu, bo tam zostawił swój notes na autografy. Rozpoczęło się regularne oblężenie!
(Ciekawe dlaczego Jarecka wyobrażała sobie, że Ela ma głos jak Derekcja - jak spiż! Naprawdę mówi jak szemrzący strumyk)




(Na ilustracjach Eli - zdaniem Jareckiej - bohaterem pierwszoplanowym jest kolor. Dopiero potem człowiek, przebudziwszy się z hipnozy wyławia z tego barwnego tygla kształty i ich ścisły związek z tekstem)


Jak już Jareckie wrócili do domu, jęli opracowywać kalendarium na przyszły rok.
Zrazu Jarecka nadąsała się, że mało nalepek z napisem "moje urodziny"! - rychło okazało się, że dzieci wolą oznaczać daty swoich jubileuszów w inny sposób:




Można Jareckiej zazdrościć: trzy, czte-ry! - te oryginały nalepek wygrała Jarecka na blogu Elżbiety W:




Jaśnie Panicz wykoncypował jeszcze inaczej: w kratkę z datą 29 lipca wkleił nalepkę "za miesiąc", 28 sierpnia: "już jutro!" a 29 - "to dziś".

A potem to już Jarecka musiała odwrócić się do okna i szybciutko pomrugać, bo przyszła Trójka i spytała, kiedy dokładnie umarł Dwa i Pół, bo chciałaby przykleić tam naklejkę "nie zapomnij".








Na blogu Eli możecie jeszcze przez kilka dni zawalczyć o kalendarz Pana Kuleczki! - TUTAJ
Wszystkie malunki w tym poście, oczywiście pędzla rzeczonej.
Kaczki Katastrofy z plasteliny - córki Jareckie.

11.10.2014

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!


Oto nastąpił dzień, którego Jaśnie Panicz wyglądał jak Gwiazdki!

Którego jego matka oczekiwała jak ścięcia.

I to bardzo nieładnie ze strony kosmosu, że tak zapętlił koordynaty. Okazało się, że Jarecki nie może zawieźć Jaśnie Panicza na jego pierwsze zajęcia na Politechnice, nie może też zostać z młodszym potomstwem w domu i w ogóle, musi wyjść z domu o szóstej rano. Jarecka może oczywiście zawieźć dzieci do Szwagrów i radzić sobie sama, cóż począć.
- Co?? - biadoliła Jarecka - mam pchać się sama do centrum? I tam parkować?
- Najlepiej jakbyś pojechała eskaemką. Potem możecie sobie podjechać kawałek metrem.
- Co?? Z wózkiem? Przez bramki?
Wszechwiedzący Narrator oczywiście bierze pod uwagę, że niniejszy tekst może być w pewnych (rozległych) kręgach kulturowych zupełnie niezrozumiały. Ostatecznie osoba, która wychowała się w mieście, lat ma mniej niż sto i nie cierpi na żadną manię nie powinna mdleć na myśl o podróży komunikacją miejską.
Ale komunikacja to jedno! Te wraże pociągi i podstępne kolejki, złośliwe autobusy! Na końcu ich trasy i tak czeka Jarecką obca uczelnia pełna drzwi i schodów - i jeszcze Jarecki mówi, że spóźnić się nie można! Że nie wpuszczą.
Tu Jareckiej wyobraźni przedstawił się Jaśnie Panicz, któremu zamknięto drzwi na upragnione zajęcia przed nosem a w innym, równie mrocznym, odcinku - zobaczyła siebie i synów błądzących bezdrożami Metropolii, która, jak Czytelnicy może pamiętają, na dzień dobry wyrychtowała Jarecką tak, że wsadziła ją w tramwaj jadący w dokładnie przeciwnym kierunku!
Odcinków było ze sto a fabuła obejmowała nadzwyczajne korki, skradzione szyny, zgubione bambetle, kontrolę biletów, które Jarecka akurat zgubiła, deszcze, grad i terrorystów.

A człowiek żyje sobie na Zaogoniu tak spokojnie i wesoło! Wszędzie wozi pupkę autkiem. Dwa kilometry w jedną - do szkoły, dwa w drugą - do Lidla, gdzie zawsze na parkingu czeka miejsce dla rodziny.

W przeddzień hekatomby Jarecka przyczaiła się na Jareckiego i napadła nań ledwie się wtoczył biedak, słaniając nogami, do domu.
- Postanowiłam pojechać samochodem aż do jakiejś stacji metra i dojechać do Politechniki metrem - oznajmiła straceńczo.
No, jak tam chcesz, powiedział Jarecki. I jako człowiek czynu zasiadł do laptopa, gdzie przecierając oczy ze zmęczenia pokazał jej mapę stacji metra X, na której Jarecka miała wsiąść, by dotrzeć do celu. Było to żenujące, albowiem Jarecka była na tej stacji setki razy; na użytek chwili Jarecki jednak dokładnie zanalizował zagadnienia takie jak winda i kiosk z biletami.
- A zaparkujesz sobie tu - wskazał parking "parkuj i jedź".
A Jarecka znowu w lament.
- O Boże! Znowu bramki! Szlabany łykające bilety! A na takich parkingach jest nisko i stromo i ja się boję! A jak stamtąd wyjdę z wózkiem?
- Ale dlaczego właściwie nie chcesz jechać eskaemką? Podjedziesz sobie na Prawie-Zaogonie, tam, skąd mnie często odbierasz, wsiądziecie w pociąg...
Tu Jarecki wyznał, że od biedy, Jarecka wcale nie musi w centrum wsiadać w metro, pójdzie sobie pieszo, całkiem prostą drogą i to nie potrwa nawet długo. Nastąpiła więc analiza mapy i rozkładu jazdy pociągów.
- ...a powrotne macie takie: albo o... - zaczął Jarecki.
- Jakie powrotne? Z powrotem zaczekamy na ciebie! Wracam tylko z tobą, samochodem!
- Rzeczywiście, do tej pory powinienem skończyć pracę... - zastanawiał się Jarecki.
- Zaczekamy tyle, ile będzie  trzeba - zapewniła żarliwie Jarecka.
Potem nastąpiła jeszcze wnikliwa analiza planu jaśniepańskich zajęć i i ich lokalizacji na terenie kampusu, i - w imię Ojca! - Jarecka poszła spać. Nie zasnęła bynajmniej, bo dręczyły ją pytania; o której musi wstać, by zebrać dzieci, odstawić dziewczynki do Szwagrów, kupić bilety, wybrać pieniądze z bankomatu (bo nie są to czynności, które by na Zaogoniu można było zrobić "przy okazji") a przede wszystkim - zdążyć.
I jeszcze uwierało Jarecką wspomnienie tej chwili, gdy Jaśnie Panicz dowiedział się, że to ona, nie Jarecki, zawiezie go na zajęcia.
- A ty sobie poradzisz? - zapytał nieśmiało.
- Synu! - wzburzyła się Jarecka - z czym mam sobie nie poradzić? Co to ma znaczyć?
Jaśnie Panicz nie wyglądał na przekonanego i Jarecka też przekonana nie była.


Tymczasem ów dzień nastał i oto widzisz Czytelniku przez mgłę poranka, jak samochód Jareckiej skręca z drogi, co jak strzelił wiedzie do Metropolii, ku Prawie-Zaogonie Railway Station.
(Uwierz, Jarecka w tym momencie klnie, albowiem tak jasno jak nigdy do tej pory zdaje sobie sprawę, że nie ma żadnej - i to jest prawda! - powtórzmy: żadnej realnej przeszkody, by nie mogła dojechać samochodem pod sam gmach Politechniki)

Wsiadłszy w pociąg Jarecka poczuła się pewniej.
Wysiadłszy jeszcze pewniej.
A już zupełnie pokrzepiona była rozpoznając w korytarzach uczelni swoich towarzyszy niedoli; rodziców i dziadków studentów-juniorów. Wszyscy wyglądali podobnie, jak surykatki.

Piątek zachował się bardzo ładnie. Zasnął jeszcze w drodze z kolejki na Politechnikę i snem sprawiedliwego przespał tę godzinę, która Jaśnie Paniczowi pozostała do rozpoczęcia ćwiczeń z architektury (żeby się nie spóźnić, żeby się nie spóźnić!), kolejną, którą Jarecka przesiedziała w kafejce kojąc nerwy kawą (nic specjalnego, jak w domu - cytując klasyka -> KLIK) i jeszcze pół następnej, kiedy to Jaśnie Panicz słuchał wykładu o samolotach bezzałogowych a Jarecka siedziała na ławce pomiędzy budynkami uczelni gapiąc się w zachwycie na jesień.

I kiedy po zajęciach, odnalazłszy przy pomocy innej surykatki drogę do głównego wyjścia, opuściła wraz z synami pompatyczny gmach Politechniki, natychmiast zadzwoniła do Jareckiego, że nie, phi, nie będziemy czekać na ciebie pół godziny, wrócimy sobie kolejką!



Pomyśleć, że tak niewiele brakowało a ominęłaby Jarecką taka przyjemna wycieczka!
Okazało się bowiem, że w grupie Jaśnie Panicza jest jego kolega z klasy.
Z Zaogonia.






P.S. Może to zbyt wiele, lecz Jarecka z pewną nieśmiałością oczekuje od Państwa Czytelników słów otuchy, a konkretnie takich, że są na świecie jeszcze inne pierdoły takie jak ona.

10.10.2014

Kolorowa jesień 8. O jedzeniu

Co by to była za jesień bez koloru zupy dyniowej, bez bursztynowej palety dżemów z jabłek wszelakich?

Najpierw dynia.
Rzecz miała miejsce na straganie, w dzień targowy.
- Na co panu ta hokkaido? - zdziwił się czegoś nierad straganiarz, zapytany o tę odmianę dyni.
- Na zupę - wyjaśnił Jarecki - moja żona robi z niej pyszną zupkę.
Tu Jarecki mlasnął i wymownie przewrócił oczami.
- To spróbuj pan tej - burknął handlowiec - już pan nie będziesz chciał hokkaido.

Jarecki powiedział Jareckiej, że dynia nazywa się spiżowa albo piżmowa... Za spiżem przemawiała waga dyni, za piżmem - internet.
Proszę Państwa! Oto bohaterka:



Zupkę robi Jarecka tak:
Rumieni na maśle cebulę i czosnek (w garnku), potem dodaje do tego pokrojoną w kostkę, nieobraną dynię, podlewa wodą i bulionem*, dorzuca ziemniak lub dwa i dusi. Przyprawia solą, pieprzem, kurkumą, gałką muszkatołową, słodką papryką i rozgniecioną w moździerzu czarnuszką.
Potem całość miksuje i podaje z groszkiem ptysiowym, twardym serem (parmezan, cheddar i inne pecorino), śmietaną, prażonymi nasionami słonecznika lub dyni i szczypiorkiem. Jak kto lubi.
A jak nie lubi to polubi, zapytajcie Jareckiego ;)





A jednak nie ma to jak kolor hokkaido...



Na deser coś bursztynowego, koniecznie z promykiem jesiennego słońca.





Tarta z TEGO przepisu. Bosska.

* Gdy była młodą przedszkolanką, Jarecka ułatwiała sobie żywot - raz na jakiś czas gotowała wielki gar esencjonalnego bulionu i mroziła w litrowych pudełkach właśnie na takie okazje. Tak jej zostało.

PS.1 Że się Jarecka porwała na taki kulinarny wpis to Wasza, drogie Czytelniczki wina/zasługa, bo jednak pieczecie te środowe drożdżowe i crumble i co tam jeszcze było :)
A jak Wasze pierogi z kaszą gryczaną? ;)

I jeszcze - co robicie w weekend stolyco i okolyco?
Jareckim szykuje sie Katastrofa! - TU