Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustracja. Pokaż wszystkie posty

31.12.2019

O życzeniach

Niespodzianka!
Wiem, wiem, że się nie spodziewaliście, sama jestem zaskoczona, że będę zaraz prawić o tym, co było ale taka mię wena dopadła, że sam Juliusz Słowacki pióro pcha mi w garść!

No, prawie.
Jarecki powiedział, że mam gasić światło, bo go strasznie boli głowa - nie mogłam więc czytać ani grać w toon blast (muszę czekać aż mi odrośnie życie) ani oglądać kolejnego odcinka "Człowieka z wysokiego zamku" chociaż taka jestem ciekawa, co zrobi John Smith po powrocie do swojego wymiaru! - no bo Jarecki też jest ciekaw, muszę więc zaczekać, żebyśmy mogli tę ciekawość zaspokoić razem.
Mogłabym jeszcze iść do dzieci, tam impreza trwa w najlepsze; zegary biologiczne w czasie świątecznym można wyrzucić na złom.

Zeszłam na dół z maszyną do pisania, odpaliłam iluminacje, polałam sobie tego wina, co mi zostało z gotowania mojego pierwszego w życiu bigosu i mam coś do POWIEDZENIA.



To było prawie dwa lata temu.
Latem 2017 złożyła mi się w głowie książka. W wakacyjne wieczory wychodziłam na rower i jeździłam po okolicy, która nie była jeszcze wtedy tak - nomen omen - dzika* jak teraz. Pęd powietrza układał mi w głowie najpierw pomysły na ilustracje, potem powiązał te obrazki w jakiś ciąg aż jednego wieczoru klamra się spięła.
Pół roku później umówiłam się na spotkanie w pewnym studiu graficznym.
Chciałam, żeby ktoś, kto to umie, złożył moje gotowe już ilustracje w sensowną całość.
Państwo Graficy przyjęli mnie uprzejmie, zawodowo tłumiąc to, co się pcha niektórym fachurom na usta: łoesukobieto, przesz można by to na tablecie w dwie godziny zamiast dziergać szydełkiem tygodniami.
Państwo pokazywali mi książki, które opracowali - znane, uznane i modne - i w pewnym momencie Pan Grafik zapytał: - a myślała pani, do jakiego wydawnictwa chciałaby z tym pójść?

Łyknęłam wody ze szklanki, bo to zawsze daje kilka nanosekund na namysł.
W tym czasie w mojej głowie imperium rzymskie powstało i upadło, Karol Młot odwrócił kotka, Otton przechrzcił, Szwedzi doślizgali się po Bałtyku do Polski i nazad, Rejtan się rzucił, Dziadek wychynął z Sulejówka żeby zeszyć mu koszulę, zbudowano Gdynię, potem Warszawę, i w tej Warszawie, w kamienicy, z widokiem na podwórko połykałam ostanie krople wody.
Tym modnym Państwu wstydziłam się bowiem powiedzieć, że mam takie marzenie z dzieciństwa - pańcia pod czterdziestkę, która przez ostatnie piętnaście lat wieszała pranie albo dzieciom w przedszkolu odkręcała klej w sztyfcie - no więc od dzieciństwa miałam takie marzenie, a wtedy była tylko KAW i...
- ...Nasza Księgarnia?

Pamiętacie to logo w kształcie mydła? Serię z kotem w butach? Bo o Poczytaj mi mamo nawet nie pytam.

Ja to powiedziałam: Nasza Księgarnia.
Na głos.



Potem znowu stało się mnóstwo rzeczy, mniej więcej tyle, co przy piciu wody w studiu graficznym ale już widziałam na własne oczy wydruk okładki z moim nazwiskiem i logo w kształcie mydła.
To nie będzie ta książka, którą wymyśliłam na rowerze, ale luuuudzie! - na wszystko jest czas pod słońcem.






Ale do puenty, Jarecka do puenty.

Chciałam powiedzieć, że warto na głos mówić, czego się chce i o czym się marzy.
Nie w myślach, na głos, patrząc prosto w oczy inne niż własne w lustrze.
Nie wiem dokładnie jak to działa ale kurcze - działa.





*Dzika okolica. Zdjęcie zrobione spod domu. Tak to wygląda codziennie.

8.10.2019

Państwo Młodzi



Opowiem Wam, jak to się DZIEJE.
Najpierw ktoś zamawia. Najlepiej ze trzy miesiące wcześniej, bo to nie jest rzecz do zmalowania w tydzień a trzeba wziąć pod uwagę, że i kolejka może być.
Klient dostarcza mi tyle zdjęć portretowanych/nego/nej ile wlezie - w różnych ustawieniach i świetle, tak, żebym mogła się zorientować, jak naprawdę wygląda ten człowiek, którego najczęściej nie widziałam na oczy.
Gdy dostałam zdjęcia pary, którą widzicie poniżej, ręce mi opadły, gdyż były to: selfie, z pozowanymi uśmiechami, w kaskach rowerowych i czapkach - wszystko razem fajne i sympatyczne ale dla mnie jako materiał bardzo trudne. Poprosiłam o więcej zwykłych zdjęć i dopiero wtedy mogłam przystąpić do rysowania.
Rysuję twarze pod przyszły dziergany portret wiele razy. Szukam właściwego kształtu twarzy, nosa, odległości między oczami, linii włosów. Akcentuję charakterystyczne cechy.




Potem już trzymam się szkiców. Na tym etapie pracy twarze portretowanych mam już opatrzone tak, że jestem w stanie ocenić podobieństwo. Wszelako jeszcze za wcześnie, żeby konsultować podobieństwo z klientami. Doświadczenie mnie nauczyło, że oni zwykle potrzebują więcej szczegółów, by to podobieństwo dostrzec. Niemniej już przy przyjmowaniu zamówienia ustalamy, że to portrety z przymrużeniem oka, nie karykatury ale i nie zdjęcia do paszportu.

No dobra, zazwyczaj nie trzeba tego ustalać, jak ktoś zamawia, to już wie, czego się spodziewać :)

Dopiero gdy są gotowe włosy, wianki, welony i inne nakrycia głowy z duszą na ramieniu pokazuję zamawiającemu, co udziergałam.
W tym konkretnym przypadku klepnięto od razu - że podobni!




No to pora ustalić kolorystykę.
Okazuję klientowi 5 propozycji kolorystyki - tło plus kilka kolorowych kłębków, z których będą dziane kwiaty.
Niby na tym etapie to już z górki, ale mija jeszcze trochę czasu, zanim wszystko będzie gotowe.
Od tego momentu klient nie widzi dzieła aż do ostatniego oczka.
Pokazuję tuż przed oprawą i jeśli nie ma nic do dodania/ujęcia, sklejam elementy na amen i pakuję w ramę.

Portret ze zdjęć ma wymiary 30x30 - to pozwala oprawić go w głęboką gabloto-ramę z Ikei. Koszt tej ramy nie zrywa kapci, jak to może być w przypadku oprawy u ramiarza. Ale oczywiście, klyęt nasz pan, jak kogo stać, to wiadomo, że w ramiarni można poprzebierać w deskach, ach!







Państwu młodym życzę by nie opuszczała ich radość, jaka bije z ich zdjęć!

A tych, którzy chcieliby zamówić taki portret dla siebie lub bliskich zapraszam do kontaktu - do grudnia jestem zarobiona po pachy, mogę się nawet ociągać z odpisywaniem na wiadomość; proszę się nie zrażać i dźgać mnie w bok do skutku!

Wasza Jarecka

5.07.2019

Jak to z literkami było

Co z R? - pytacie pod poprzednim postem.
I cóż to za tajemnicze P daje nogę z planu zdjęciowego?

Zacznijmy od początku, czyli od A.

Biblioteka w Bydgoszczy, organizator festiwalu Literobrazki, zamówiła u mnie alfabet.
Szał radości!
Ale szały na bok, trzeba wszystko dobrze zaplanować. Planowanie zaczęłam od ustalenia kolorystyki. Nie za dużo odcieni danego koloru. I żeby w słowie LITEROBRAZKI nie stały obok siebie dwie literki tej samej barwy. 
Napis miał być punktem wyjścia do dalszej pracy.

Z siedemdziesięciu kilogramów włóczki wybrałam tylko tyle kłębków.




I nieśmiało zaczęłam. Literka T początkowo miała udawać drzewo.



Ładnie. - rzekłam na tym etapie pracy. 
Ale potem pozmieniałam to i owo.








Gdy literek było już odpowiednio dużo, mogłam bawić się w układanie słów.




Dumałam nad literkami przy śniadaniu...




... po śniadaniu...


...i po południu... (patent z lightboxem mi się nie sprawdził, jak wiecie z poprzedniego posta wymyśliłam inny sposób ;))



...nawet w niedzielę.


Aż nadszedł ten dzień, gdy przyszło zapakować litery do pudła...






...i wysłać je do nowego domu, czyli do Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki im. Witolda Bełzy w Bydgoszczy.
Gdzie na czerwcowej edycji festiwalu Literobrazki zastałam je całe, zdrowe i zadowolone.





Zaczęło się od A a teraz nadeszła pora na Z.
Koniec opowieści na dziś. 





Aha, jeszcze -  




18.06.2019

Wielkie rzeczy

Nie chce mi się wierzyć, że ostatni post na Deszczowym Domu został opublikowany w styczniu.
Wygląda na to, że ze strony internetu nastąpiły jakieś uchybienia, zgłosiłam sprawę do ichniejszego dyrektora, nie może być tak, że tu się nic nie dzieje, jak się dzieje ;P

Po styczniowym oprowadzaniu po Deszczowym Domu, skoro tylko zamknęłam za Wami drzwi, zrobiłam straszny bałagan rzucając się w wir pracy nad bilbordem.
A bilbord to jest duża rzecz.

Trzeba wydziergać każdą literkę, prując i poprawiając wedle potrzeby.




Czasem pożyczając literce ciuchów od moich starszych a udanych udziergów - w końcu wszyscy kochamy lumpeksy, czyż nie.




"O" zawsze kusi, żeby zrobić z niego koło barw, i tym razem nie oparłam się pokusie.
To nie prosecco, tego nie można przedawkować.




A tak sobie zorganizowałam studio fotograficzne.
Na dwóch jednakowych pudłach, w których przechowuję część elementów ilustracji leży blat stolika, pod nim tło wedle potrzeby - białe, jeśli docelowo obiekt ma być na białym tle i ciemne, jeśli na ciemnym. Z dwóch stron doświetlam lampami, z trzeciej okno, z czwartej - robiąc zdjęcie utykam miedzy nogi aparatu blendę z brystolu.
Pstryk.







A potem w komputer i żmudne szparowanie.

To takie techniczne kuluarowe szczegóły na przykładzie innych, nie-bilbordowych literek, wróćmy więc do tematu. Bilbord, reklama.
Ja bym chciała do takiej szkoły <3






To była naprawdę duża rzecz!

3.01.2019

Stare pierniki

Po nocnej wichurze Metropolia obudziła się przewietrzona i przejrzysta jak kryształ.
Dym z kominów elektrowni zastygał w różowe obłoczki.
Jarecka patrzyła na te cuda nieobojętnie ale i nieuważnie, bo życie dorosłych pełne jest szumu i zakłóceń, jak jaśniepańskie radio.
- Sierra Alfa coś tam coś tam - recytuje JP prosto w eter. Z kakofonii trzasków wyłaniają się głosy, ponoć z bardzo daleka, i recytują swoje kwestie - kod za kod, połączenie zaliczone. Są nawet zawody w krótkofalarstwie i JP bierze w nich udział. Mówił, na czym to polega ale Jarecka nie pamięta, mówił wiele razy a ona wiele razy zapomniała, coś jej przeszkodziło pamiętać.

Raz w tygodniu Jarecka jeździ do Metropolii na zajęcia plastyczne w małym przedszkolu.
Rano zabiera się z Jareckim i spędza u niego w pracy jakąś godzinę gapiąc się w okno. Za oknem jest trochę trawników i trochę drzew, zajawka parku na blokowisku. Chodzą tamtędy młode mamy z małymi dziećmi i wszyscy oni są tacy ładni! - ja też kiedyś byłam taka ładna z małymi dziećmi, myśli Jarecka.
Dzieci nadal są ładne - widzę, kiedy na nie spojrzę, ale jakoś rzadko patrzę, o czymś myślę i nie wiem o czym.
Połączenia zaliczone, w zawodach matek ciągle jeszcze trzymam się peletonu.


***




Poniżej relacja z pracy nad ilustracjami do podręcznika muzyki dla wydawnictwa Nowa Era.
Oto dlaczego kategorycznie odmówiłam pieczenia pierników na Święta Bożego Narodzenia.

- Zrób nam tylko ciasto, my zrobimy resztę - negocjowała Dwójka.
Tak też się stało.














Musicie uwierzyć mi na słowo - to ilustracje do piosenki "Z popielnika na Wojtusia".
Efekt końcowy zobaczycie w podręczniku.
Tymczasem odmeldowuję się do bliższych memu sercu technik.

Stay tuned!


28.11.2018

Fotki ku pamięci

Bądźmy szczerzy.
To, że Deszczowy Dom na Zadniej Górze stoi jeszcze jako tako w pionie to w dużej mierze zasługa dzielnych opiekunek.
A także, oczywiście, tej brygady Jarecczątek gotowych do współpracy.
Takoż jest wieczór, opiekunka nawołuje do porządków a brygada robi odprawę pt. "kto sprząta co".
- No i co ja mam robić? - Dwójka bezradnie rozkłada ręce.
Praktyczna Trójka wie:
- Rozejrzyj się, zobacz co tu nie jest na swoim miejscu i wynieś to.
- JA tu nie jestem na swoim miejscu - stwierdza Dwójka i wychodzi.

Kurtyna opada.

Widownia jeszcze nie odzyskała głosu.


***


W męskim świecie jednak łatwiej.

JP wsiada do samochodu i starannie ustawia obok swoich nóg aligancką papierową torbę.
- Co to? - pyta Jarecka.
- Mieliśmy dzisiaj wigilijkę - odpowiada JP nie mrugnąwszy okiem - a ja o niej zapomniałem.
- No co ty! - dziwi się Jarecka. Nie temu się dziwi, że w listopadzie wigilijka, raczej temu, że JP wiedział a nie powiedział, zapomniał?
- Heh - chrząka z rezygnacją JP. Wpuszczać w maliny kogoś, kto bez wahania łyka bajki to żadna frajda. Przykrość nawet. Własną matkę zwłaszcza, co się ją do niedawna miało za wyrocznię (jakąś dekadę temu).
- Dostałem nagrodę dyrektora - wyjaśnia - za frekwencję.
Nagroda za frekwencję należałaby się też wujkowi Dąbkowi i młodym Dębiakom, którzy podwożą JP do szkoły a sterroryzowani obsesją punktualności JP spożywają swoje śniadania w samochodzie (na porcelanie; kanapki, kiełbaski, plamka keczupu. Wypchajcie się Mc drive'y).
Ale nie.
- Jeszcze jeden kolega dostał nagrodę za to samo. Ale nie odebrał, bo go NIE BYŁO.


***

- Dorośli są dziwni - mówi Piątek.
- Dlaczego?
- Bo mają pieniądze i zamiast kupować coś słodkiego, na przykład czipsy...
- Czipsy nie są słodkie!
- Dla niektórych są.



PS. Słuchajcie, Kochani! Mam przyjemność donieść, że  na stronie Quickbook TUTAJ, można już zamówić swoją fotoksiążkę z moją pieskową okładką, o której opowiadałam TU.
Nie mogę się doczekać, kiedy sami złożymy takie książki sobie i jeszcze komuś na prezenty gwiazdkowe! Cena nie zabija - polecam się na półkę :)



4.11.2018

Powiedzmy to na głos: Idą Święta.

Z kartkami świątecznymi dla SOS Wioski Dziecięce w tym roku było tak:

Zamysł był taki, że zbuduję szopkę krakowską, potem pobawiuńkam się w robienie postaci i się zobaczy, dokąd mnie ta zabawa poprowadzi. Szopki są wszelako tak bajecznie kolorowe, że chcąc zagrać postaciami musiałam zredukować kolory, przez co zrobiło się jakoś tak orientalnie...
A jak orientalnie, to Trzej Mędrcy będą jak znalazł.
Wyszli, idą jak po sznurku.


Intrygujący backstage to Świetlica w sąsiedniej wsi. Lokalne epicentrum kultury. Wynajęłam lokal i oświetlenie dla tej świątecznej sesji. Była pełnia lata oczywiście.


Gwiazda ich prowadzi - ta się uchowała w stylu szopkowym.





Kontakt z bazą - niewielki - ale mam, więc było jasne, że jak kartki na Boże Narodzenie to nie z Jezuskami i Świętą Rodziną tylko zima, choinki i rozkoszne domki, w których chce się być. Lub górskie schroniska dla narciarzy.





Dla większej świąteczności można sypnąć prezentami:


To nie jest ostateczna wersja kartki z tym motywem jakby kto pytał ;)


I to miał być koniec pracy w temacie - tymczasem intuicja mnie nie zawiodła i okazało się, że nawet bez Świętej Rodziny Trzej Mędrcy nie przejdą. Zleceniodawca wyłożył mi to tak grzecznie i taktownie, że zabrałam się do pracy, chociaż czułam się już okołoświątecznie wypłukana.

Żeby ruszyć z miejsca potrzebuję punktu zaczepienia, ale nie szkiców, tylko konkretnego, choćby małego udziergu - np. takiej malusiej choinki:




Choineczka jest ale pomysłu nie ma dalej. No to lu, druga.




Dalej nic. Dom, dom zróbmy.


Wydziergałam dach, czapkę na komin a nawet dekorację z jemioły - i nijak nie mogłam się zdecydować na kolor ścian. Wszystkie, wszystkie włóczki wzięły udział w castingu.
Różowych ścian nie zdzierżyłam.





A zielone owszem.


I nadziergałam gwiazd - co jedna to ładniejsza, ale musiałam się zdecydować na tę właściwą, wszak to nie fajerwerki tylko cicha noc święta noc.



Jeszcze jakaś anegdotka by się przydała. Prawdopodobnie mając już głowę w kolejnym zamówieniu (psie urodziny o których pisałam kilka postów wstecz) dodałam...




Z żywopłotem lepiej, co nie?





Projekty wysłałam i oddałam się innym zajęciom.
Jakaż niespodzianka czekała mnie po otwarciu koperty z wydawnictwa!







Kartkę z domkiem można nabyć na stronie SOS Wioski Dziecięce.
A tę z królami - bijcie, zabijcie - nie wiem gdzie :/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...