- No i tak już będziemy jechać, aż do celu - uprzedziła Jarecka, wytoczywszy pojazd ze Ślepej Ulicy na Wylotówkę.
Samochód grzecznie ustawił się w statycznym, nieskończonym ogonie innych aut.
- Tak się u nas świętuje pierwszy listopada - tłumaczy Jarecka - wszyscy jadą na groby swoich bliskich, nawet bardzo, bardzo daleko, a wcześniej te groby sprzątają, zawożą kwiaty i zapalają znicze.
Luba mówi; a, to dlatego w Biedronce tyle tych... (...zniczy?) nu, tak.
- Tak, dlatego.
- Ja - ciągnie Jarecka - nie czuję tej tradycji. Moi rodzice mieszkali bardzo daleko od grobów swoich bliskich i rzadko decydowali się przebyć tę drogę w listopadzie. W dzieciństwie we Wszystkich Świętych chodziliśmy na cmentarz komunalny i zapalaliśmy światełka pod krzyżem, bo mnie bardzo długo nikt z mojego świata nie ubył, dopiero kilka lat temu - tata. Ale i tak nie czuję imperatywu, żeby stawić się na jego grobie w określonym dniu i godzinie; po prostu, jak jesteśmy w J, to tam zachodzimy. A w ogóle, Lubo, w drodze powrotnej z lumpeksu zahaczymy o cmentarz, zostawię te kwiaty, co to je wczoraj kupiłam, bo widziałam, że Danuta kupiła, i mi się przypomniało, że i ja powinnam.
Najpiękniejszy moment jesieni właśnie minął, liście drzew przybrały odcień starego złota.
(Kamera odjeżdża i samochód Jareckiej widać już tylko jako mikry segment w ciele nieruchawej dżdżownicy rozciągniętej od Metropolii aż Gdzieś-tam)
Cisza.
- Jarecka - pyta Luba - ty tęsknisz za swoim tatą?
Luba za swoim tęskni bardzo, serce jej się ścisnęło, gdy zobaczyła, jak Jaśnie Panicz przytula się do Jareckiego. Też chciałaby móc się tak przytulić do swojego ojca.
Jarecka wzięła lekki łuk i może dlatego przechyliła głowę; nie dlatego, że musiała sie zastanowić, i zmrużyła oczy, bo oślepiło ją słońce; nie dlatego, że musiała sobie przypomnieć jak-to-było.
- Nie.
...
Na kolejnym levelu macierzyństwa jest i śmieszno i straszno.
- Zaraz - zastanowiła się Dwójka pewnego popłudnia - nie jadłam dzisiaj obiadu!
Może i prawda, może między lekcjami, treningami i innymi determinantami akurat dla niej Jarecka zapomniała odgrzać wikt.
- Zaraz... Wczoraj też nie jadłam... ja w ogóle ostatnio mało jem! JA NIE DOSTAJĘ JEŚĆ!
Logiczny ten wniosek ubawił Jarecką okrutnie, do tego stopnia, że nazajutrz powtórzyła ów dramatyczny okrzyk na ucho dwójkowej wychowawczyni chichocząc nieprzystojnie.
Pani Agnieszka też się śmiała.
- Rzeczywiście - przyznała, ocierając łzę radości - Dwójka mówi czasem takie rzeczy na zajęciach z socjoterpii. Gdybym państwa nie znała, mogłabym pomyśleć, że (haha) rzeczywiście...!
...
- Jaśnie Panie, wynieś śmieci!
- Co? Teraz? Już jest ciemno!
- Mówiłam ci już kilka razy, pierwszy raz gdy było jeszcze jasno. Bez przesady, wilcy cię nie zjedzą, nie mieszkamy w lesie. Przez pół dnia potykam się o ten śmierdzący wór - wynieś wreszcie śmieci!
Jaśnie Panicz to grzeczny chłopiec, nie taki furiat jak Dwójka.
- NIE! Nie wyniosę! - wrzasnął dramatycznie - nie będę wynosił! Zresztą - zawsze jestem do tego ZMUSZANY!!!
No, no. Skry z ócz, nozdrza jak u byka!
Jarecka pochyliła się nisko nad szufladą i po chwili chaotycznego przekładania zawartości wydusiła:
- Rzeczywiście, ale zamierzam zmuszać cię do tego w dalszym ciągu.
- Rzeczywiście, ale zamierzam zmuszać cię do tego w dalszym ciągu.
...
...no więc, Lubo, nie tęsknię.
Nasze stosunki układają się bardzo dobrze przez Styks i świetlisty tunel.
Nasze stosunki układają się bardzo dobrze przez Styks i świetlisty tunel.
Jedną rzecz chciałabym robić tak jak on - umieć przepraszać dzieci za swoje wybuchy bezsilności. A co do jutrzejszego Święta - wierzę w świętych obcowanie i żywot wieczny, ale nie przekonuje mnie ta raz-do-roczna zaduma, te smętne kawałki w radiu, te szeptanki o przemijaniu i poważne miny.
Codziennie myślę o tym, co dalej, co potem.
Codziennie chcę być lepsza i codziennie MAM NADZIEJĘ, że jestem dobra wystarczająco.










