Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Zaogoniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na Zaogoniu. Pokaż wszystkie posty

28.05.2016

Zaogonie na Zadniej Górze

Jak drogowcy zimą, Jarecka jest trwale zaskoczona.

Po pierwsze, ogród na Zadniej Górze na jej widok nie uciekł z krzykiem przez dziurę w płocie. Owszem, borówki złośliwie strząsnęły kwiatki, ale reszta, z mleczami i trawą na czele, rośnie! I, w przeciwieństwie do tychże traw i mlecza, pięknieje.
Jarecka nabyła sobie sekator i z zapałem neofity rzuciła się na krzewy i krzewinki. To, co wycięła z jego pomocą, przez dwa wieczory płonęło jak latarnia na Faros, a to, co zostało, drży w niepewności jutra.
Albo będzie jeszcze piękniej, albo, cytując klasyka - nie będzie niczego.

Tymczasem z Zaogonia przybyli sąsiedzi zwiedzać nową siedzibę Jareckich.
Niektórzy mieli okazję już wcześniej - na przykład Luba, którą Jarecka zaraz w pierwszych dniach rozłąki porwała spod Lidla na herbatkę albo Znaprzeciwny, który był na Zadniej Górze już dwa razy, w sprawach służbowych; czyli opróżnić szambo.
Szambo - zapewnił - jest szczelne jak należy.
Reszta posesji też się Znaprzeciwnemu podobała.
Z zaproszenia nie skorzystali tylko Sosnowie. Danuta była oburzona: jak można zapraszać sąsiadów w Dzień Matki, takie ważne święto! Przecież Sosna musi odwiedzić chorą mamę i dlaczego nie można by przełożyć tego spotkania na sobotę? Ponadto ona i Generał Sosna idą nazajutrz do pracy!

Doprawdy, dlaczegóż wszystkim Danutom* świata nie może pomieścić się w głowach, że są ludzie, których mamy mieszkają na tyle daleko, że odwiedzanie ich w Dzień Matki nie jest możliwe i tacy, którzy w soboty, gdy Danuty Świata mają wolne, są akurat zajęci?

Generał Sosna też był obrażony. Że taka fajna impreza go ominie, bo Danuta nie pozwoli dołączyć do biesiady po wizycie u mamy.

Dołączyli natomiast Czesiuniowie.
- Rozumiem was, rozumiem - wykrzykiwała  Czesiuniowa rozglądając się po salonie wielkości mieszkania na Ślepej - cieszę się, że taka okazja wam się trafiła!
- A ja właśnie - ciągnęła tym samym, pełnym entuzjazmu tonem - jak tylko usłyszałam, że wchodzi pięćset plus od razu mówiłam do Czesiunia: weźmy podnieśmy Jareckim czynsz choćby o dwie stówy, teraz ich będzie stać! I akurat tego dnia, jak miałam wam o tym powiedzieć, przyszedł Jarecki i mówi, że się wyprowadzacie, no.
Porażony wyznaniem Jarecki zakrztusił się truskawką a Jarecką oblała ciepła fala czułości - bo doprawdy, bujność ogrodu może zaskakiwać ale sąsiedzi - nigdy!
I jakby na potwierdzenie tej jej refleksji, Czesiuniowa zrzuciła narzutkę z króliczych ogonków, wskoczyła na trampolinę i wykonała salto.


Nie wierzycie?







* Na wypadek, gdyby na sali znajdowały się jakieś Danuty, które nie bywały tu wcześniej i czują się urażone tymi słowami; śpieszę wyjaśnić, że nie mam nic do kobiet o tym imieniu, ba! -  nosi je moja własna kochana mama. "Danuta" tutaj to archetyp, jak Dulska, Ksantypa, czy - w niektórych kręgach :) - Filifionka. Poza tym, wiadomo - pierwowzór Danuty ma na imię zgoła inaczej ;)



14.02.2016

Co Jarecka zobaczyła po drugiej stronie lustra

- Jarecki, co się dzieje? - zapytała z troską Jarecka widząc męża w pozycji frasobliwej.
Jarecka jest dobrą żoną, choć tym nie epatuje.
Czytelników, a i Jareckiego rzadko.
Jarecki za to coraz bardziej wygląda na dyrektora, okulary sobie nabył i ma w pracy problemy personalne. W domu też przez chwilę je miał, bo Jareckiej (znowu) zdawało się, że jest w ciąży.
Nie jest, a Jarecki i tak czegoś się sumuje.
- Jestem zmęczony - oznajmia rozpaczliwie.
- Czym?
- Tym, tu - Jarecki zatacza ręką szeroki krąg - bałaganem...
Jarecka rozgląda się po pokoju, lecz niepokój jej się nie udziela. Że zabawki? Wszak w tym domu mieszkają dzieci! Że kłębki, z kłębkami pojemniczki, koszyczki?
- Czy tego musi być tyle? Tu, tu i tu? WSZĘDZIE? - dźga Jarecki.
- Tak! Bo tu dziergam dla Świerszczyka, tu prezent dla Fistaszkówny, tu kołderka dla Dąbka a tu moja nerka, nie mam kiedy jej skończyć - wyjaśnia Jarecka wskazując kolejne koszyczki.

A zresztą, proszę Państwa, też mi problem.
Że ktoś przyjdzie i zobaczy tu koszyczek i tam koszyczek? Mieszka tu kobieta zajmująca się rękodziełem, więc ma koszyczki z robótkami!
Jarecka lubi oprowadzać gości po swoich koszyczkowych labiryntach, tu będzie tak, a tu śmak, tu jeszcze doszyję, a tam załatam; goście grzecznie tłumią ziewnięcia ale brodzą cierpliwie z chrzęstem wśród wikliny i pudeł  SAMLA. A jak komuś nie dość w salonie, Jarecka może zaprowadzić do pokoju dziewczynek, odsunąć garażowe drzwi tamtejszej szafy i wyjąć kolejne pełne po brzegi SAMLE, tudzież kartonowe niedobitki i pokazać co drzewiej, a co w bliżej nieokreślonej przyszłości jeszcze udzierga.

W ramach zemsty Jarecki z westchnieniem odgraża się, że zrobi to, czego NIKT NIGDY w tym domu nie robi - umyje podłogę w salonie.
Jarecka niby się obraża, Jarecki niby się mści i tym sposobem limit kłótni małżeńskich utrzymuje się na stałym poziomie a dodatkowo podłoga nabiera blasku.


...


W kategorii: zakupy najbardziej udanym w tym sezonie był zakup kurtki sięgającej połowy łydki.
W połączeniu z kozakami stuprocentowo maskuje piżamę.
- Idę po bułki - mówi Jarecka dzieciom i powoli, noga za nogą sunie w tejże piżamie (sprytnie ukrytej pod kurtką, ha!) po bułki do Oczka.
Spływa z z taką ilością gracji, na jaką pozwala jej obuwie typu emu po brudnych schodach (znowu w sobotę była moja kolej, i znowu, kurde flak, zapomniałam!) i wyskakuje na drogę burą i smutną, drogę w kałuże i dziury. 
Mija bramę Sosnów i czasem macha Znaprzeciwnej jadącej do pracy.
Mija bramę młodego Koczka i czasem uskakuje z drogi przed jego dudniącą szambonetką.
Mija bramę starszego Koczka i nikomu nie macha, bo o tej porze nie ma komu.
Dalej jest warsztat stolarzy artystów a za nim schowana przed ludzkim okiem zagroda z indykami.
I Oczko.
-  Dzień dobry pani Narogowa!

I z powrotem. 
Człap człap, byle nie za szybko.

Luuudzie! Ale po co komu dwanaście bułek jak trójka dzieci wywieziona na ferie do dziadków?


...


W kategorii: dary losu do szczególnie udanych zaliczyć należy lustrzane drzwi do szafy (dziękujemy Magda!), w której Jarecka trzyma swoje skarby. Szafa stoi w kącie i zdawałoby się, że owo zwierciadło nie przysparza wnętrzu ani tyle przestrzeni ani światła, jak to lustra mają w zwyczaju przysparzać.
A jednak Jarecka zerka ciekawie i nie dowierza, że wszystko tam po drugiej stronie takie inne, choć niby to samo. 
Jak tam jasno, jak czysto, jak lśni! Talerzyk <verdens ende> nad głową Jareckiej całkiem jak aureola.
Obrazki na ścianie wiszą równiej, książki na zaimprowizowanym nocnym stoliku (taboret) jakieś grubsze.

Nawet lampka wina po tamtej stronie do połowy pełna.









8.02.2016

O przenikaniu się kultur




- Wiesz Jarecka, ja się jednak nie mogę malować tak jak do tej pory - wyznała Luba pewnej niedzieli, po powrocie z centrum handlowego - wszyscy się za mną oglądali! Tutaj kobiety się nie malują tak jak u nas, w Ukrainie.
- No rzeczywiście - przyznała Jarecka - twój makijaż jest, hm, dość wyraźny. Ale nie ma powodu, żebyś zmieniała zwyczaje, jeśli ty tak lubisz, tak się podoba tobie i twojemu mężowi...



... tak przekonywała Jarecka przyczerniając sobie tuszem rzęsy na dolnej powiece, o których istnieniu do niedawna nie miała pojęcia.

21.12.2015

O trudzie nie do wytrzymania

Strasznie trudno musi być ludziom, którzy nie potrafią się ot tak, po prostu roześmiać.

Weźmy takiego Saszkę - dziwny gość.
Zamieszkał sobie u Luby i Tarasa na kilka dni i został dwa miesiące.
- Ale dokłada wam się do czynszu? - wypytywali Jareccy.
Nie, nie dokłada.
- To pewnie zakupy robi?
Nie, nie robi.
Taki to gość.
Ale tak naprawdę Jarecka znielubiła Saszkę pewnego ranka, gdy o bezlitosnej piątej dwadzieścia wyprowadziła samochód z garażu i zobaczyła, że nie zgasiła lampy u dziewczynek - zapaliła ją szukając sobie ubrania. Ruszyła przeto kłusem ku klatce schodowej, otworzyła drzwi i wpadła wprost na schodzącego z góry w kompletnych ciemnościach Saszkę.
Jarecka podskoczyła, ryknęła i zaczęła się histerycznie śmiać, wszystko naraz, a ten Saszka, szuja, nic. Ani kącik mu nie drgnął.
Powiedzcie, co to za człowiek, co nie zdobędzie się na uśmiech?


...


Pamiętamy, tak, pamiętamy - Mechanik wciąż jest Jareckim dłużny dwieście pięćdziesiąt złotych.
Jarecka przypomina sobie o tym za każdym razem gdy chce przetrzeć tylną szybę a wycieraczka niezawodnie zatrzymuje się osiągnąwszy pion. 
Szyba od strony kierowcy owszem, otwiera się, lecz już nie da się jej zamknąć. Domknięta na słowo honoru nie do końca chowa się w uszczelce i nieznośnie gwiżdże. Jarecki już przyzwyczaił się, że przy każdej bramce, przy jakimś podajniku biletów parkingowych, musi otworzyć drzwi - z samą szybą lepiej nie próbować. Automatyczne otwieranie szyb jawi się teraz Jareckiej szczególnie stylowym! Niestety.
Najbardziej dokuczliwe zaś jest zimno. Samochód z niewiadomych przyczyn (Jarecki oczywiście twierdzi, że je zna, ehe) odmawia grzania. Jarecka uważa, że mniej zmarznie idąc pieszo, ale wciąż nie może się zdobyć na badania empiryczne w tym kierunku. Co prawda działa podgrzewanie foteli, które przede wszystkim jednak sprawia, że człowiek czuje się, jakby zrobił pod siebie siusiu.
Do tego, że ktoś co chwilę zaczepia Jarecką słowami "jakaś blacha ci się/pani się dynda tam pod spodem" Jarecka już się przyzwyczaiła. Jarecki mówi, że wie co to za blacha i wygląda na to, że czuje się z tą wiedzą komfortowo.
Jak w średniowieczu - nazwać chorobę, to jak ją uleczyć.


Jarecka nie wierzyła, że kiedykolwiek wyartykułuje taką myśl, ale to się stało. Brakuje jej śniegu. Z niedowierzaniem wspomina, że tak niedawno, za dni jej dzieciństwa śnieg spadłszy końcem listopada leżał do marca. Raz w formie białego puchu, raz szarej brei - ale leżał. Ale po cóż sięgać tak daleko! Czyż będąc studentką nie przemierzała kilometrów brnąc na skróty w śniegu?
- Mróz jest wspaniały - racjonalizowała koleżanka Polyanna w drodze z uczelni - tak ładnie się skrzy,  wymraża zarazki i w mroźną pogodę trudno spotkać na tych ścieżkach żula!
Ostatni zaleta mrozu już po chwili okazywała się zwykle nieprawdziwa, ale niechby był ten mróz i śnieg, choćby z żulami.


I w ogóle - Święta idą.
Za Jarecką, krok w krok,w chmurze kurzu jak diabeł tasmański (ten z kreskówki) podąża wszędzie stado Hunów.
Jarecka szepnie "pieczemy pierniczki" - i już potop zalewa kuchnię, wdeptuje surowe ciasto w fugi, pudruje się mąką od stóp do głów i miażdży foremki z tytanu.
"Ubieramy choinkę" - i już lecą pióra i trzeszczą bombki a po przejściu tego kataklizmu Jarecka z żalem odkrywa, że na dnie pudła po ozdobach choinkowych zostały wszystkie dziergane przez nią niegdyś ozdoby. Dziergane w czasach tak odległych, że zdają się tylko mrzonką, fikcją literacką, jak te pierwsze posty w Deszczowym Domu, kiedy Czwórka była w wieku Piątka, przekładała lalki, jadała przy stole a poza domem siedziała cicho na kolanach rodziców, nawet godzinami. Piątek, gdy czegoś się od niego chce, udaje psa, do snu układa się grając na gitarze a żywi się kiełbasą oraz jabłkami. Wszystko ze skórką, bo skórki są dla twardzieli.

Wieczorami Jarecka wykończona wpada nosem między kartki już o dziesiątej.
Zważywszy, że są to kartki "Ksiąg jakubowych" cioteczki Feli, całkiem możliwe, że będzie to jej jedyna lektura w nadchodzącym roku. Nawet taka straszna myśl nawiedziła Jarecką (tfu, na psa urok!), że osiemdziesięciopięcioletnia cioteczka może nie dożyć zwrotu książki...


Zaprawdę, zaprawdę, powiadam! Jak trudno człowiekowi, gdy nie umie się uśmiechnąć!

7.12.2015

Jesień na Ślepej


W efekcie letnich remontów pół ulicy zyskało nowy look.
Największa zmiana rzuca się oczy zaraz gdy człowiek skręca z Wylotówki w Ślepą. Nie ma już sklepu NaRogu! Jareccy nie mogą już objaśniać znajomym: jedziesz prosto, prosto i skręcasz w lewo za białym sklepem. Teraz skręca się za zielonym sklepem, aktualnie w świątecznych iluminacjach. Sklep nazywa się Oczko i jest jednym z wielu oczek we wszechpolskiej sieci.
Za ladą ten sam Naróg.
Czy się Jareckiej ta zmiana podoba, czy nie, nie może się zdecydować od chwili, gdy we wrześniu przekroczyła próg Oczka i starym zwyczajem wyciągnęła w kierunku Naroga siatkę ze słowami "dwanaście".
 - Pani sobie sama weźmie - odparł tryumfalnie Naróg i wskazał ukrytą w kącie obszernego wnętrza półkę z pieczywem.
Ponadto Naróg zaczął interesować się marketingiem i powziął pewne strategie.
Na środku sklepu, zaraz na wprost drzwi, ułożył na wiklinowym postumencie paluchy obficie utytłane w sezamie i chrupki w czekoladzie. Któregoś dnia Jarecka wpadła do sklepu po "coś-dobrego-nie-wiem-co"i wzrok jej padł na stosy szeleszczących torebek pełnych sezamowych wypieków. Gdyby tuż przed drzwiami sklepu ktoś kazał jej wymienić sto produktów, które miałaby ochotę spożyć NATYCHMIAST, cymes ów zapewne nie zmieściły się na liście - a jednak Jarecka roniąc ślinę chwyciła paluszki i z pośpiechem udała się do domu, gdzie czekał Jarecki z paczką czekoladowych chrupek.

Robotnicy w kolorowych portkach, którzy zatruli Jareckiej lato i upaprali balkon, zostawili budynek smuklejszym i gładkim.
W słoneczne dni na jego południową ścianę pada żyłkowany cień bezlistnej lipy i Deszczowy Dom wygląda wtedy jak gigantyczny płowy liść.
Krótka jak jesień chwila zachwytu.




13.09.2015

Kombinacje zaogońskie

Jak już się wyjdzie z domu, jak już się wsiądzie na ten rower, jak już nogi oderwą się od ziemi - można żyć.
- Dziesięć? - pyta pan Naróg.
- Dwanaście - mówi  Jarecka - bo jak już się wyda to śniadanie, jak już się porobi te kanapki to nic dla mnie nie zostaje.
- Już nic nie mówię - oznajmia enigmatycznie Naróg i rzeczywiście, bez słowa pakuje Jareckiej do koszyka dwanaście kajzerek.
Przyjemna jest ta poranna przejażdżka, krótka i kolorowa, pachnąca bułkami i jesienią, ale Jarecka myśli tylko o tym, że przed nią jeszcze kilka takich przejażdżek rowerem do szkoły i z powrotem, całkiem jakby bawiła się z dziećmi w wilka, kozę i kapustę, choć już przy drugim kursie najchętniej sama zeżarłaby cały ten łańcuch pokarmowy.

Bo jak już jest ładna pogoda, dzieci zdrowe i jeszcze złaknione szkoły, to samochód weźmie i się, cholera jasna, zepsuje.


...


Takie historie zdarzają się tylko na Zaogoniu.
Nawet mieszkańcom ulicy Czereśniowej (P.L.Travers, Mery Poppins i numer osiemnasty) nie udało się - choć rzecz działa się w książce, a w książkach można wszystko - wymarzyć sobie lokatora, który osiedliłby się w ich pustostanie, choć w marzenia te wkładali wiele serca. 
A na Ślepej stała się rzecz niespodziewana i zadziwiająca. 
Danuta marzyła o czystej sąsiadce, która by sama z potrzeby serca myła schody i zamiatała podwórko - i ma. pani Nestorka chciała chrześcijańską rodzinę bez nałogów - i, przebóg, ma! - Jarecka zaś w osobie nowej lokatorki zyskała wymarzoną ciotkę-plotkę, z którą może przechadzać się po gościńcu jak te balzakowskie zwierciadła.

W związku z powyższym Jarecka wykombiowała, że Luba i Taras są szpiegami.
("Luba?" - zakrzyknie bsytry Czytelnik - "kakaja Luba? kilka postów temu była Sonia!" Zaiste, lecz tylko imię Luba odda uczucie, jakim z góry na dół zapałali do sąsiadki mieszkańcy Ślepej Ulicy, na czele z Piątkiem, który na widok blond krasawicy rzuca się na ziemię i staropolskim zwyczajem - wot, dżentelmen - podejmuje ją za nogi).
...są szpiegami - dedukuje Jarecka. Po pierwsze - nie piją alkoholu! Po drugie - po dwóch miesiącach Luba rozumie już i mówi po polsku. Czasem tylko angielskim słowem upewnią się z Jarecką, że myślą o tym samym, i, że na przykład, I didn,t see i I didn,t know wymawia się po polsku ciut inaczej. Azaliż to możliwe, że anielska ta para pozuje sąsiadom w puchatych kombinezonach owieczek by nocą wyciągnąć z szafy (starej szafy Jareckiej!) radiostację i nadawać meldunki wrażym mocarstwom? Że sąsiad Znaprzeciwny ma broń na gumowe kulki i biega z nią po lasach w stroju Taliba uszytym przez żonę, na przykład? Że Jareccy tych dzieci mają podejrzanie dużo i podejrzanie te dzieci do siebie niepodobne?...

Zresztą dzieci naprawdę podobne do siebie coraz mniej.
Dwójka okazała się nastolatką w przyciasnym kostiumie dziewięciolatki, ujawniła też kierunek swoich zainteresowań - prawo. "To niesprawiedliwe, to niesprawiedliwe, to niesprawiedliwe"- powtarza. Wykazuje też ciągoty ku psychologii a nawet psychoanalizie: - wy kochacie tylko Jaśnie Panicza, Czwórkę i Piątka! - rzuca Jareckim w twarz.
Jareccy wycierają to, co im zostało w twarz rzucone, lecz wycierają dziwnie długo i powoli, z ociąganiem i charczeniem niewyraźnym, oblicza im od tego wycierania czerwienieją, oczy łzawią i wstrząsają nimi dreszcze.
Jarecka kombinuje, że skoro tak wcześnie się zaczęło, wcześnie się skończy.


...


I różne jeszcze rzeczy sobie Jarecka wymyśla.
Na przykład: dlaczegóż człowiek w swoim doświadczeniu jest taki samotny, nikogo nie może zapytać, jak sobie z tym matkowaniem pięciorgu poradzić, jak udźwignąć, nie można powiedzić: "mamo, a jak ty to robiłaś?" nawet jeśli mama też miała piątkę, bo miała ją w innym świecie, sto lat temu, te sto lat samotności temu. 

Może zrezygnuj z czegoś - mówi Mama CałkiemInna a słowa te brzmią w uszach Jareckiej jak odgłos awaryjnego hamowania pociągu.

Czasem, raz na kilka miesięcy, Jarecka z radością pogrąża się w domowych zajęciach żałując - z każdą minutą nieuchronnie coraz bardziej - że nie może zostać w tym stanie na dłużej. 
Jaka szkoda - myśli sobie - że nie mogę rozkochać się w pakowaniu śniadaniówek i dopasowywaniu butów do spódniczek. Jak smutno, że nie przeszkadza mi, że Czwórka nosi dwie różne skarpetki! Jak to niedobrze, że zamiast prasować wypisuję w internecie historyjki o szpiegach!






29.06.2015

Biało-bluzko-fobia

Mogłoby być tak miło, tak radośnie.
Wszyscy wszystkim dziękują, wszyscy się do wszystkich uśmiechają, kwiaty, czekoladki, oklaski i zdaje się, że naprawdę, nikt w tym dniu nie pamięta porannych fochów przy pobudkach, zimowych poranków ciemnych, spleśniałych kanapek w plecaku i pięciu błędów w słowie dzięcioł (swoją drogą - kto wymyślił taką nazwę?)
Ale nie.

W czwartkowy wieczór Jaśnie Panicz oznajmił, że potrzebuje garnituru, gdyż będzie chorążym w poczcie sztandarowym.
Jarecka wiedziała o sprawie wcześniej lecz ani do głowy jej nie przyszło, by na tę okazję zaopatrzyć syna w garnitur - koszulę białą: ma, portki zacne w kolorze aksamitna czerń, nic nie wytarte, niewybłyszczone żelazkiem (czym?): są. Gorzej z butami, bo czarne tenisówki mają przetarcie na jednym z nosów, ale doprawdy, czy nie możnaby tego uznać za indywidualny rys? Wszak Jaśnie Panicz reprezentuje sobą coś więcej niż szmatki, ma najlepszą średnią w klasie i wzorowe zachowanie, nadto jest dla nauczycieli jak powiew bryzy w upalny dzień, gdyż zwyczajnie interesuje go, co mają do powiedzenia.
A podobno jest to cecha-panda, na wymarciu.

Białą bluzkę dla Dwójki Jarecka postanowiła uszyć sama i materię nabyła już kilka miesięcy wcześniej; niestety, w instytucji białej bluzki jest coś tak sztywnego, tak przymusowego i tak Jareckiej wstrętnego, że szycie nie doszło do skutku.
(Jarecka ma alergię na białe bluzki i od czasów szkoły podstawowej* nie skalała czymś podobnym swojego korpusu. W liceum plastycznym kwestia stroju galowego nigdy nie była dla ciała pedagogicznego sprawą najwyższej wagi, dla uczniów co najwyżej okazją do kreacji-wariacji "na temat". Nawet do matury Jarecka przystąpiła w czarnej dżersejowej bluzce i białym żakiecie naszpikowanym okolicznościowymi kieszonkami)

W końcu białą bluzkę dla Dwójki wygrzebano ze złogów ubrań "po kuzynkach, córkach koleżanek i sąsiadkach" a dla Jaśnie Panicza Jarecki wypastował halówki, które dotychczas robiły za obuwie zamienne.
W piątkowy poranek Jarecki przywdział garnitur i zaczesał włos na Roberta Więckiewicza.
Jarecka wciągnęła dżinsy; nie z pogardy dla szkolnej pompy bynajmniej, lecz z tej prostej przyczyny, że nie wystarczyło dla niej i Piątka miejsca w samochodzie (gdyż był to dzień, w którym wedle grafiku Jareccy zawożą do przedszkola także sąsiedzkie dzieci) i musiała udać się na miejsce końcoworocznej gali rowerem.
(przy okazji: w spódnicy na rowerze być może wygląda się dobrze na zdjęciu albo w spocie reklamowym - w praktyce taka przejażdżka to męka i pornografia, nie mówiąc o niebezpieczeństwie wyrypania się do rowu w trakcie naciągania spódnicy na kolana; sprawdzone)

Dwójka kończyła rok szkolny w godzinach porannych, Jaśnie Panicz okołopołudniowych, co daje razem pół dnia w szkole pełnej ludzi, wśród białych bluzek i rajtek.
Jaśnie Panicza i tak nie było widać spod zwojów sztandaru.


...

A teraz wyznajmy - Jarecka ma białą bluzkę! (raczej kremową, ale to prawie to samo). Uszyła sobie sądząc, że jest już na tyle dorosła, że mieć takową powinna. Przy pierwszym wyjściu poplamiła ją oliwą, przy drugim - barszczem.
Uprała, powiesiła w szafie i poczeka aż do niej dorośnie, a to trochę potrwa.





Co myślicie, czy naprawdę musimy w tych białych bluzkach? Jest w tym jakiś cel? Warto do niego dążyć?
Pytam nie dla podpuchy, lecz by wyłudzić rozsądne argumenty - tylko takie skłonią mnie do uszycia Dwójce białej bluzki.

...

Tymczasem są wakacje i taplamy się we wzorach i kolorach.
Kropki do kratek -



- hafty i cekiny do krasnali -



 - grochy do prowiantu (i wcale nam nie wadzi, że ogórki z lizakami i ciasto z salcesonem)**







Na pohybel białym bluzkom!

*Na zdjęciu z ósmej klasy bardzo łatwo wyodrębnić Jarecką - pośród białych bluzek i granatowych spódnic/spodni stoi w spłowiałych sztruksowych dzwonach i za dużym swetrze zdobnym w drewniane korale (tak naonczas wyglądał mundur buntownika, można się śmiać :)).

**Spódnica Dwójki i sukienka Trójki z (części) materiałów, które trafiły do Deszczowego Domu w ramach wymiany barterowej. W zamian za uszycie tych sukienek:



I wiecie co? Tęsknię już za szydełkiem!

28.06.2015

Subotnik

W kwestii pustostanu po Sebach pani Nestorka zaczęła popadać w desperację.
- Jarecki, nie masz pan tam wśród znajomych jakiegoś chętnego?

Warunków było kilka.
Najlepiej rodzina, liczba dzieci nie gra roli (powtórzmy, bo to rzadkie: liczba dzieci nie gra roli. "Hola hola!" - zakrzyknęli Jareccy - "zaś żeby nam tu się jakaś wielodzietna patologia nie pałętała po suficie!") Po wtóre: katolicy. Przed Jareckimi co prawda lokal zajmowali muzułmanie i zostawili po sobie jak najlepsze wspomnienia a także ulubioną Jareckiej przepastną komodę, ale czasy już inne. (Szczerze mówiąc - co tam na Zaogoniu za muzułmanie! Weźmy taką Ramonę. Mąż muzułmanin nie sprzeciwił się, żeby na wiosnę dzieci ochrzcić i do komunii posłać.
- Taką decyzję podęliśmy wspólnie - oznajmiła z pełną powagą Ramona - teraz ochrzcimy, a jak dorosną to sobie sami zdecydują, i jak będą chcieli, to przejdą na islam.
- Ale nie sądzę - dodała śpiesznie, zanim Jarecka zdążyła wyobrazić sobie ramonią córeczkę w czarczafie)

Trzeci warunek pani Nestorki był taki, żeby płacone było uczciwie i w porę.

Minęło czasu mało-wiele i rozpromieniona Nestorka doniosła, że trafił się lokator co jej się podoba i będzie się wprowadzał. Stolarz, Ukrainiec. Żona, dwie córeczki. Tylko, że to mieszkanie puste, a oni nie mają nic, może by, Jarecka, te szafy co u was na balkonie...?
- Oczywiście - powiedziała Jarecka - tylko, że one już rok tam stoją i czekały tylko, żeby je wyrzucić (robiąc tymczasem z powodzeniem za szafę na szczotki, mopy, tudzież za magazyn tkanin B).
- Czesiuniowa ma na tarasie sofkę, będzie chociaż dla dziecka do spania. Kuchenkę im kupię, Danuta lodówkę z garażu da.

Smutne. Rodzina z dwójką dzieci, która nie ma nic, tylko torby, po które nawet Generał Sosna pojedzie, bo sami nie mają czym przewieźć.
- Ta żona - informowała niestrudzenie Nestorka - jest nauczycielką angielskiego.
- Fantastycznie! - ucieszyła się Jarecka - będzie dawała lekcje naszym dzieciom!
- Ale ona nic nie mówi po polsku!
- Tym lepiej!


W sobotę meble z wszech balkonów i garaży trafiły do mieszkania na górze. Szorując podniszczone szafy Jarecka odczuwała coś na kształt wstydu, że tylko coś takiego będzie na tych nowych lokatorów czekało.
Starsza córka ma trzy lata, młodsza trzy miesiące. Ta młodsza urodziła się jeszcze na Ukrainie.
Znaczy się: eksodus z noworodkiem.


A teraz odjedźmy kamerą w górę i popatrzmy z lotu ptaka na ten obrazek, bo ładny: Jareccy szorują i odkurzają meble, sąsiadki doglądają brykającego Piątka. Małe pospolite ruszenie, bezinteresowny, pogodny subotnik.

Tylko tło brzydkie, bo w tle wojna.


9.06.2015

Ku przestrodze

Pewnego ranka, gdy Jarecka stała w kuchennym oknie, miała nieostrożność wyrazić życzenie.

Kręta ścieżka, jaka ją do tego przywiodła miała swój początek w gołębniku Pana Gołąbka, który już dawno stoi pusty - a Jarecka tak lubiła podglądać jego mieszkańców! Po tajemniczym eksodusie ptactwa pociechą były wiewiórki ganiające się ochoczo po zaokiennej lipie.
Lipę wycięto, wiewiórki uciekły na inne lipy.
Lipa.
Nuda.
Jarecki odmówił zamocowania budki lęgowej na kikucie drzewa; pomyślałby kto, że to taki problem przybić domek pięć metrów nad ziemią, na cienkim pniu!
I tak, stojąc w oknie wychodzącym na samą nudę, Jarecka pomyślała, że byłoby cudownie mieć za oknem coś żywego, co można by podglądać pijąc kawę.

Akuratnie w niebiesiech Niebieskie Ciało trenowało do sierpniowego turnieju gwiezdnej kometki. I akuratnie, gdy Jarecka zaczęła w myślach precyzować życzenie, Ciało złożyło się do serwisu i siekło. No i Jarecka powiedziała, i się stało, gdyż to nie spadające gwiazdy spełniają życzenia ale lotki gwiezdnej kometki na corocznym turnieju zwanym Uniwersumiadą.
Serwis był tylko treningowy, ale przepadło.
Trzeba uważać na to, czego człowiek sobie życzy.

Teraz ma Jarecka za oknem całkiem żywe nogi, dwie pary, w żółtych spodniach. Chodzą sobie w te i wewte a czasem dostają rąk, i twarzy, i mówią dzień dobry.
Ponadto hałasują, brudzą a co gorsza zajęli pół tarasu, czyli letniego salonu Jareckich i suszarni tysiąca prań. Wszystko to czyni lato nieznośnym.

Generał Sosna doniósł, że Trójka pięknie śpiewa - słyszał robiąc inspekcję na rusztowaniu.
Podobno jeden z majstrów był też zachwycony stiukami w pustostanie nad Jareckimi.
Strach pomyśleć, co jeszcze z rusztowania słyszano i widziano.

***

Dziś w sklepie:
Jarecka: Złamałam nóżkę.
Sprzedawca: To ja proponuję taką. Jest mocniejsza, i - regulowana!
Jarecka: Dobrze, poproszę.

***

Wieczór, czytanie i gadanie z dziećmi przed spaniem, co niestety, ostatnio zdarza sie rzadko
Jarecka: jak będziemy jechać na wakacje, kupimy sobie taką maskę do nurkowania?
Czwórka: Tak! I jeszcze takie... takie...
J: ?
Cz: ...takie buty jak ma kaczor.

***

Drogą kupna Jarecka nabyła (na tę nową nóżkę) kapcie; klapki-espadryle z czubem, naszywane cekinami.
Jarecki prosił, żeby nie pokazywała się w nich gościom.

Teraz zapytajcie Jareckiego - niech Wam powie, że naprawdę, ale to naprawdę, trzeba uważać na to, czego sobie czlowiek życzy.

30.05.2015

Keine Grenzen

Z Deszczowego Domu do szkoły na Zaogoniu jest jakieś dwa kilometry.
Dość daleko.
Nawet zakładając, że włączenie się do ruchu (skręt w lewo!) przed ósmą rano trochę potrwa, i że na przejściu dla pieszych będzie czerwone światło, dojazd do szkoły samochodem nie trwa dłużej niż pięć minut.
A są takie matki, co mieszkają jeszcze dalej i nie jeżdżą samochodami.
Serce się Jareckiej kraje, jak te niebogi czy mróz czy deszcz ciągną do szkoły/przedszkola swoje dzieci. Same będą musiały jeszcze wrócić do domu i po kilku godzinach powtórzyć tę przechadzkę.
Jarecka ochoczo podwozi, a jeśli w drodze "tam" ma jeszcze wolne miejsca, zabiera dzieci, matki odsyłając nazad, jak jaki Król Olch, ale taki dobry.

Jednej wszelako matce, jak sądziła, nie może pomóc.
Mama Christiny przyjechała z Madagaskaru i kilka razy Jarecka była świadkiem jej nieudanych rozmów z personelem przedszkola. Trójka twierdzi, że Christina też nie mówi po polsku, choć raz podobno słyszano jak powiedziała: "szesnaście". I jak tu powiedzieć: "może panią podwieźć, jadę w tę samą stronę" - żeby być zrozumianym? A Christina, jak się zdaje, mieszka naprawdę daleko; dwa razy Jarecka widziała jej mamę idącą zamaszystym krokiem w kierunku Zaogonia pięć kilometrów od przedszkola! Pięć tam, pięć z powrotem i jeszcze raz, tam i nazad. Strrrasznie dużo. Czasem Christina jedzie na rowerze a matka gaopuje za nią nogami.


Pewnego dnia Jarecka przyszła po Trójkę akurat w chwili, gdy i mama Christiny zgłosiła się po córkę. Wpadła jak burza, wraziła kudłatą głowę do sali i ryknęła: Christinaaa! Ubrana była nadzwyczaj starannie i wyraźnie dokądś się spieszyła.
- Sibko, sibko - ponaglała.
Jarecka nadstawiła uszu - wszelki duch! - polska mowa!
- Jedziemy - na ulica - Lubelska - recytowała kobieta.
Ach - rozpłynęła się w duchu Jarecka - więc jednak coś mówi po polsku! Co za dzielna kobieta! Z takim poświęceniem prowadza dziecko do zerówki i jeszcze sama tak się pięknie asymiluje!
- Żółty, pomarańczowy, niebieski - skandowała mama Christiny zupełnie jakby powtarzała lekcję - żółty, pomarańczowy niebieski. Sibko sibko - i już mknęła ku drzwiom ciągnąc za sobą dziewczynkę.
Ach - Jarecka trwała w zachwycie - teraz już się dogadamy. 
- Żółty, pomarańczowy niebieski - dobiegły ją jeszcze słowa z przedsionka - kurwa, cholera, spierdalaj.



No. Teraz to już na pewno się dogadamy. 


19.05.2015

Wiosenne hity na Zaogoniu

Dzieje się na Zaogoniu.
Gdzie się człowiek nie obróci, tam się dzieje.

Tuż przed Wielkanocą okazało się, że sąsiedzi z góry się wyprowadzili.
Zaskoczeni byli nie tylko Jareccy, ale i właścicielka mieszkania, Pani Nastorka. Seba i jego żona Marlenka wyjechali na Święta do rodziny a nazajutrz wrócili po meble; próbowali wynieść je pod płaszczami.
Cała ta sprawa zatrzęsła Deszczowym Domem. Nie dlatego, żeby Jarecka szczególnie żałowała tych akurat sąsiadów. Przez pięć lat pożycia jak Paweł z Gawłem nie udało jej się nawet przejść z Marlenką na "ty", co brzmi zapewne nieprawdopodobnie, lecz jest prawdą. Lata świetlne temu, gdy Jarecka była jeszcze w ciąży z Czwórką i roiła, że wkrótce wróci do pracy, Danuta mówiła: "Jak będziesz chciała, Marlenka zajmie ci się dzieckiem, tak jak moim Wojtusiem się zajęła, jak skończył mi się macierzyński."
I Jarecka zerkała sobie z balkonu na Marlenkę jak na potencjalną nianię - jak Marlenka wysiada z samochodu z własnym synkiem, słuchała, jak do niego przemawia, wąchała papierosy zapalane nerwowo ledwie drzwi samochodu zatrzasnęły się za tą nianią in spe i widziała, że ta Marlenka nie dla jej dzieci.

No więc nie o to, że Sebów szkoda, ale że znów przez kilka dni nosiła Jarecka na plecach swój własny lokatorski los, ten kamień, który nie zawsze czuje, a który zaciążył w tych dniach dotkliwie.

...



Zostawmy teraz Jarecką i jej troski na boku - bo co ma powiedzieć Pani Nestorka?
Ledwie udało jej się uspokoić przy świątecznym stole w gronie najbliższych rozchybotane po przejściach z lokatorami serce, jej córka Czesiuniowa, która brzydzi się plotką, wyznała bez ogródek, że spóźnia jej się okres, a zatem, droga rodzino, będzie nas jeszcze więcej.
Liczne jajka utkwiły licznym stołownikom w gardłach.
Pani Nastorka uderzyła w lament (acz, zauważą Czytelnicy, że zszargane nerwy nie zmąciły pomyślunku) - W twoim wieku? - wykrzyknęła, nim reszta rodziny przełknęła swoje jajka - w twoim wieku to już chyba menopauza?
Czesiuniowa się żachnęła, bo czterdzieści trzy lata to wcale nie tak dużo - zapytajcie Czesiunia, co ma lat sześćdziesiąt!
- Mamo! - zakrzyknęła w rozpaczy Czesiuniaczka lat siedemnaście, futbolistka amerykańska - czy ty sobie wyobrażasz, że jak ja będę szła na trening, ty mi powiesz: masz zostać z dzieckiem, bo ja idę do pracy??
(Wszechwiedzący Narrator kiwa głową z uznaniem dla przenikliwości tego dziewczęcia, albowiem tak wlaśnie by to wyglądało)

Nazajutrz Czesiuniowa powiadomiła rodzinę, że alarm był fałszywy. Zaburzenia trawienia i migotanie licznych przedsionków rozległej familii trwały dłużej niż jedna rzekoma ciąża.


...



Po burzach, które przewaliły się przez Ślepą Ulicę wzniecając kurz i niesmak, nastały dni słoneczne.

W jeden taki dzień zadzwoniła do Jareckiej mama Bożenki.
Jarecka nie odebrała, bo dawno już doszła do wniosku, że jej numer jest u tej mamy pod "A", a co za tym idzie - ilekroć któreś dziecko mamy Bożenki bawi się jej komórką, zawsze powiadomi o tym Jarecką pustym esemesem lub głuchym telefonem. W akcie miłosierdzia Jarecka przestała więc reagować na ten stalking, chcąc oszczędzić rodzicom Bożenki kosztów połączeń.
Tym razem jednak mama Bożenki we własnej osobie dobijała się do Jareckiej, żeby zaprosić Trójkę i Czwórkę na urodziny Bożenki w remizie strażackiej.
Jarecka zapiała z radości, bo Bożenka to dziecko z Chochlika!

Było tak, jakby czas się cofnął. Chochlikowe dzieci, które Jarecka wyłuskała wzrokiem z tłumu rozentuzjazmowanych pięcio- i sześciolatków wciąż dało się rozpoznać, choć nie zawsze z wzajemnością. Chochlikowi rodzice nie zmienili się nic a nic - nic a nic nie zmieniła się też Derekcja, która w stroju Myszki Minnie wodziła rej.
Było nawlekanie koralików, malowanie gipsowych aniołków a nade wszystko makarena, kaczuszki i typowe dla Derekcji zabawy w stylu: A teraz przebierańcy kolejno przeparadują przed tłumem gości i zbiorą aplauz!
Na niektórych dzieciach nie zrobiło wrażenia, że jako nie przebrane nie mogą wziąć udziału w paradzie.
Na Czwórce zrobiło.
Lecz podczas gdy Czwórka roniła łzy z powodu braku koron i różdżek, które zakwalifikowałyby ją do bycia przeciągniętą przed szeregiem średnio zainteresowanej publiki, Jarecka ocierała łzę wzruszenia i radości. Słońca wschodzą i zachodzą, giną pandy i tygrysy szablozębne, drzewa skrzypu karleją do rozmiarów chwastu - a Derekcja zawsze pozostanie sobą. Oto opoka, z której gołębica uszczypnęła dla Jareckiej oliwną gałązkę, oto tęcza przymierza!


...



Do Jareckiego zadzwonił mechanik. TEN Mechanik.
Powiedział, że machnął się w rachubach i jest Jareckim winny 250 PLN.
Zdarzyło Wam się coś takiego?






22.04.2015

Jarecka u mechanika

Okazało się, że jest wiosna.
Na Ślepej Ulicy, wśród tuj i świerków wcale nie widać.
Co innego na Przedmieściu, gdzie Jarecka udała się odebrać samochód od mechanika. Od Mechanika. Znowu.
Mechanik łatwo nie miał, kilka razy dziennie smagany przez telefon nahajem po ryżych plecach. W trybie superpilnym uporał się z robotą w jedyne pięć (w tym niedziela, więc właściwie cztery) dni. Samochód u Jareckich jest jeden, Jarecka jedna, dzieci do wożenia po szkołach czworo.
Kilka sztachnięć kwitnącymi drzewkami trwało, zanim z głębi podwórka, wezwana dzwonkiem, wyłoniła się krasnoludzka sylwetka Mechanika.

- Ja po ten tego tam - powiedziała Jarecka.
- Aha - rzekł Mechanik - przepraszam, że tak długo. Mąż dzwonił parę razy... - dodał nieprzeniknionym tonem.
Jarecka rozpostarła przed uzbrojonym okiem Mechanika ten sam co zwykle, zmiętolony baner z napisem: tonaszjedynysmochódczworodzieciposzkołachmuszęwozić - ale jakoś tak niepewnie.
- Zrobiłem ten silnik, ma już moc, ale wciąż nie pracuje tak, jak się spodziewałem (wie pani, ja to słyszę), zmieniłem tę część - tu machnął przed oczyma Jareckiej kawałkiem okopconej rury - na używaną, na szczęście na używaną!(czy pani jest w stanie docenić ten łut?), ale powiem tak...

I tu rozpoczął się hipnotyzujący monodram. Mechanik opowiadał Jareckiej o usterkach i niespodziewanych zwrotach akcji w ich usuwaniu, a ilekroć wątki nazbyt się namnożyły (o czym informowało go spojrzenie Jareckiej), zbierał je do kupy, zgarniał i uklepywał jak babkę z piasku, na szczycie pewnym gestem osadzając podsumowanie zaczynające się od "powiem tak". Po tych słowach dłonie Mechanika znów poczynały się wić i jakby wbrew mówiącemu rozgarniać opowieść i mącić w toku słów - więc Mechanik znów zaczynał omiatać rozproszone wątki i kolejnym "powiem tak" mocował je niby niesforne włosy na czubku głowy.
Na którymś piętrze tej konstrukcji Jarecka już tylko pilnowała twarzy, uporczywie formując ją w kształt "słońce mnie razi, co za dyskomfort".
Dotrwała do końca sceny, upuściła krwi - dużo krwi, i wsiadła za kółko.
DO ZOBACZENIA - powiedział Mechanik, szuja.


Powinna być puenta, prawda?
Wszechwiedzący Narrator powienien teraz usypać z tych obrazków kopczyk i zatknąć na szczycie chorągiewkę?
Powiem tak:

Słońce mnie razi.

5.04.2015

**

Jakieś dwa tygodnie temu:
Jaśnie Panicz: Mamo, prawda, że nie będziesz piec na święta babki?
Jarecka: Prawda.
JP: Bo zawsze wychodzi Ci zakalec.

Antrakt

Kilka dni póżniej.
Jarecka z notesem w dłoni zwraca się do dzieci:
- Proszę mi tu dyktować, co robimy na święta. Planujemy menu.
(Milion jajek póżniej)
JP: ...i babka.
Jarecka:  Przecież sam mówiłeś, że zawsze wychodzi zakalec!
JP: TOBIE.

Kurtyna


...


Kościół na Zaogoniu nie jest takim zwykłym wiejskim kościółkiem, co to, to nie.
Ksiądz proboszcz postawił dwie wieże, bo - przekonywał parafian - jak przyjdą muzułmanie to im taki dwuwieży pod półksiężyce nie spasuje. Na zewnątrz ma więc kościół dwie wieże a w środku same cuda. Najprzedniejsza dębina i marmury z Włoch, takie, jakimi Florencja jest intarsjowana. Wszystkie ławki ksiądz proboszcz kazał wymościć miękkimi siedziskami, żeby parafianom nie marzły zadki, żeby można było wygodnie przesiedzieć całe Triduum Paschalne (albo pół, jak kto ma chore dzieci i musi się zmieniać z mężem).
Nad drzwiami z lewej strony prezbiterium wisi pięknie oprawiona ogromna reprodukcja Świętego Pawła Carravaggia. Z prawej, nad drzwiami do zakrystii, wisi tak samo oprawiony, równie duży obraz przedstawiający Jana Pawła II. Nie jest to zwykły obraz! Papież stoi na ziemskim globie, mniej więcej na Saharze, wspiera się na swojej pasterskiej lasce i błogosławi. Spod płaszcza wypływa mu Morze Czerwone a bardziej w tyle, na wysokości papieskiego uda widać Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie. I co w tym dziwnego? - zapyta kto wnikliwy. Niby nic, ale gdy wytężyć wzrok, w miejscu, gdzie zakrzywiony horyzont spotyka się z nieboskłonem zasnutym różowymi obłokami, bystre oko dojrzy dwie wieże kościoła na Zaogoniu. Podpis głosi: Św. Jan Paweł II. Znów - niby nic dziwnego, wszystko prawda, lecz dwie pierwsze literki malarz wymalował już prawie dzisięć lat temu, ledwie wybrzmiały okrzyki Santo subito. Ksiądz proboszcz chlubi się swoją przenikliwością - antycypował.

Przed ołtarzem, na małym stoliczku siedzą kolejno: Święta Faustyna, Błogosławiony Jerzy Popiełuszko i Święty Jan Paweł II. Trochę im ciasno, odkąd papież się dosiadł; siostrzyczka, wiadomo, chucherko, ksiądz kapelan też raczej chudziak ale papież to jednak kawał chłopa.
W Wielki Czwartek przesadzono całą trójkę bliżej Grobu Pańskiego, który kształtem przypomina plażowy namiot z Decathlonu i jak przyjrzeć się uważnie (a Jarecka tak właśnie się przygląda) - chyba właśnie z takiego jest zrobiony.

W Święta widać, że na Zaogoniu jest naprawdę dużo ministrantów. Najmłodszy, Lolek Sienkiewicz, syn Romy, ma cztery i pół roku. Siedzi spokojnie; jakby co, starszy brat Rafał i siostra ministrantka ustawią go do pionu. Tylko pół roku starszy jest najmłodszy Jagiełka, także wspierany przez straszych braci. Mariola Jagiełka, która z pierwszej ławki ma oko na wszystko, promienieje w ostatnim miesiącu szóstej ciąży. 
Po drugiej stronie ołtarza, bliżej ambony, górują nad innymi bracia Sosna. Dziwne, zawsze się Jareckiej wydawało, że są do siebie bardzo podobni - teraz widać wyraźnie, że choć obaj tej samej postury i koloru, wyglądają zupełnie inaczej - młodszy to cała Danuta, starszy  - Generał.
Sama Danuta siedzi zresztą tuż przed Jarecką a obok niej poważna pani katechetka z dwójką dzieci jak z obrazka. Za plecami cała rodzina Jaśniepańskiej koleżanki Zosi, dalej Państwo Koczek.
Pani Koczek jak zwykle na czarno, w odwiecznym uczesaniu ale w nowym żakiecie.
- Mamo - szepcze Jaśnie Panicz - wiesz ile dokładnie mam lat? Dziesięć, osiem miesięcy, sześć dni i dwadzieścia... a jeśli teraz jest dziewiętnasta dwadzieścia to równe siedem dni.


Bardzo łatwo jest przegapić Zmartwychwstanie.







Czego Wam nie życzę :) Chrystus zmartwychwstał!




...



Załącznik obrazkowy. Miało być tradycyjnie i pięknie, wyszło jak zwykle ;)
W rolach głównych: wosk pszczeli ze stopionej świecy, barwniki spożywcze (Dwójka w szale porządkowania wyrzuciła mozolnie zbierane łupiny cebuli) i radosna twórczość żeńskiej części rodziny Jareckich.























12.02.2015

Jak Jarecka, biedaczysko, po szerokim szuka świecie tego, co jest bardzo blisko

Ile człowiek musi się napracować żeby się zrelaksować!

Jareccy umówili się z Gargamelami.
Z jednymi znajomymi zwija się sushi, z innymi gra w kości, jeszcze inni są niezawodni w piknikowaniu i grillowaniu. Spotkania z Gargamelami noszą sygnaturkę "wielkie żarcie". Tradycja ta sięga czasów, gdy Jareccy i Gargamelowie byli sąsiadami. W zimowe wieczory swoje malutkie wówczas dzieci kładli spać i uwiesiwszy na szyi odbiornik elektronicznej niani udawali się jedni do drugich, naprzemiennie, by jeść, pić i gadać, a czasem nawet odśnieżać wspólne dróżki, bo zima była wtedy luta.

Kto mógł przewidzieć te kilka tygodni wstecz, że umówione spotkanie przypadnie w tygodniu intensywnej celebracji Dni Babci i Dziadka, szycia kostiumów, szkolnych zebrań i blokady rolniczej?

Od rana było nerwowo.
Determinanty typu: dostarczenie przedszkolaków i uczniów do szkoły/do domu, drzemka Piątka - musiały wpasować się w rozpiskę: zakupy - pieczenie - studzenie - gotowanie - prażenie - mieszanie. A jeszcze obiad powszedni! Jakąś kieckę odprasować. Ochędożyć obejście, żeby sobie opiekun nie pomyślał tego, co i tak już na pewno myśli, ale niechże nie myśli.
W roli opiekuna - Mateusz Sosna.
Obawy, jakoby Piątek miał nie zaakceptować osoby swojego piastuna, okazały się płonne. Gdy Mateusz przychodził tylko do starszej czwórki dzieci, budził w Piątku grozę; ledwie w drzwiach ukazała się wysoka a giętka sylwetka i zabrzmiał tubalny głos, Piątek wpadał w histerię.
O nieprzeniknione meandry dziecięcego mózgu! Co się wydarzyło, że Piątek na widok Mateusza wyciąga ku niemu ręce, prowadzi na salony, podskakuje i całym sobą wyraża radość?

Ale ale. Zanim przyjdzie do tej radości, Jarecka musi zrobić zakupy.
- Jasny Panie, chcę położyć Piątka spać.
- Ale mamo, ja tu lutuję, kleję i spawam.
- Chcę jechać do sklepu bez niego.
- Ale mamo...
Bardzo łatwo jest wpędzić Jarecką w wątpliwości pod tytułem: czy dobrze to zaplanowałam...?
Bo Jarecka sobie a synowie sobie - Piątek nie chce spać: "ale mamo, za wcześnie na mnie", Jaśnie Panicz nie chce odspawać się od biurka i Jarecka doskonale to rozumie jako ta, której życie upływa na wyjmowaniu i chowaniu włóczek, maszyny do szycia i innych zabawek oraz frustracjach z tego wynikających.
Pozostało więc zapakować Piątka w odzież i udać się do Delikatesów we dwoje.
Pod  sklepem okazało się, że Jarecka nie ma pieniążka do wózka i musi załatwić sprawunki z dzieckiem na ręku.
Piątek waży dwanaście kilogramów netto plus, oczywiście, tara. Postawiony na podłodze stoi, delikatnie ciągnięty za rękę ciągnie w przeciwnym kierunku. Nabywając tylko połowę ilości twarogu do sernika ("więcej nie ma") Jarecka po raz pierwszy tego dnia pomyślała, że sporo się trzeba namęczyć, żeby wieczorem beztrosko zasiąść z przyjaciółmi.

Kurs pod szkołę, kolejne zakupy  - a wszystko to w gęstniejących korkach - pieczenie, gotowanie obiadu (Dwójko, idź do sklepu po zapałki, bo Piątek utopił zapalarkę do gazu w zlewie) - i to przedzieranie się przez mieszkanie zagruzowane jak po wybuchu koktajlu Mołotowa, deptanie po przedmiotach rozrzuconych siłą odśrodkową, ściąganie Piątka ze stołu, wyjmowanie mu z rąk pudełeczek farb, tubek pasty do zębów, których w Deszczowym Domu nie kalają zakrętki, noży i kubków niewidzialnymi rękami stawianych na samym brzegu blatów.
Może, kurna, nie warto.
Może zostać w domu i niech sobie ten diabeł tasmański robi co chce, niech ściąga pranie z suszarki, niech rozsypuje przyprawy po podłodze, niech rzuca jabłkiem w ruchome cele, niech jęczy i defekuje ile wlezie.

Po południu na Zaogonie zaczęli zjeżdżać oflagowani rolnicy radośnie witani przez zmarznięte ekipy tefałenów i polsatów. Nieszczęśni reporterzy zdążyli już przepytać na okoliczność strajku rolników ludność capniętą w łapance (na miniprompterach wyświetlając żądaną treść wypowiedzi), objeść okolicznego McDonalda i KFC a nawet stację BP, na widok traktorów rozwinęli więc entuzjastyczne transparenty.

Jaśnie Paniczowi udało się złapać okazję ze szkoły do domu, Jareckiej - wyprasować sukienkę.

Rozkręcające się w okolicy pandemonium nie przeszkodziło Jareckim dotrzeć na czas do Gargamelów, gdyż jak na miejscowych przystało, znają tajne ścieżki przez ostępy.



Gdy wrócili późnym wieczorem odprowadzeni niemal pod sam dom szpalerem ciągników, długie kończyny Mateusza bezwładnie zwisały z fotela.
- Co on dzisiaj wyprawiał! Nie dał sobie zmienić pieluchy, i to dwa razy!! Jak on szalał - on był wszędzie! Naprawdę, nie mogłem nawet zjeść kolacji!


He he.
Oto nagroda za znój całego dnia.
Zaprawdę, zaprawdę, było warto.









22.01.2015

Pogwarki przez ladę



Imaginuj sobie, Czytelniku.
Wiejski sklepik, jakich w Polsce setki tysięcy. Ciemnawo, bo zakratowane okna zastawione regałami z przywiędłymi warzywami. Ściany zielone, na podłodze ubłocony karton. Szwarc, mydło i powidło; ogromny wybór napojów gazowanych, ze dwa napoczęte pudełka ciasteczek na wagę, za szybką lady chłodniczej trochę mielonki, parówek i hermetycznie pakowane hamburgery.
Na ladzie pół szklanki fusiary, za ladą - pani Narogowa, która ma twarz Twojej, Drogi Czytelniku, ženy za pultem z zieleniaka, piekarni czy takiego sklepiku, jaki tu Wszechwiedzący Narrator właśnie odmalował.

Do sklepu wkracza Jarecka, co twarz ma jak Mikołaj Kopernik i po standardowej wymianie zdań (dzień dobry, sześć bułek poproszę, których, obojętnie) następują pogwarki właściwe.

Jarecka: - O, kawka, widzę, relaksik. Ja zaraz kładę Piątka spać, kawkę zrobię i chwilę dychnę.
Narogowa: - Kładzie się z nim pani? (Narogowa raz mówi Jareckiej pani, raz ty, wedle nieznanego algorytmu)
Zdezelowany translator Jareckiej objaśnił, że pyta się ją o sposób usypiania Piątka, więc tłumaczy:
- Nie. Wkładam go do łóżeczka, wychodzę z pokoju i zamykam drzwi.
- A sama...?
- A ja wtedy mogę coś zrobić (Ty, Czytelniku, dobrze wiesz, że Jarecka zajmie się robótkami, czytaniem, lub plaśnie przed laptopem, ale udawajmy, że chodzi o gotowanie, sprzątanie i te tam niewiarygodne nudy).
- I nie kładzie się pani? Ja to się kładałam, jak tylko dzieci mi szły spać! Bo jak to? Dzień taki długi, gdzie do wieczora! Kładź się pani i zdrzemnij! Ze wszystkim jeszcze zdążysz! A chłopa w domu nie ma, to kto cię sprawdzi?




...



Sceneria ta sama, bohaterki także. Dzień zupełnie inny.

- O, jaka laska! - wykrzykuje Narogowa mierząc Jarecką z góry na dół ponad ladą.
Jarecka już otwiera usta, by podziękować za ten niewątpliwy na Zaogoniu komplement, lecz Narogowa kontynuuje.
- Nareszcie, nie? Ile można z tym brzuchem? Ciągle tylko z brzuchem i z brzuchem, już wystarczy, nie?
Jarecka nabiera powietrza raz jeszcze i niezdecydowanie bąka:
- Czy ja wiem...
- No już dajcie spokój! - grzmi Narogowa - wystarczy!




...




Teraz akcja przenosi się do innego sklepu, także wiejskiego, także wielobranżowego, lecz samoobsługowego, jaśniejszego i w ogóle bardziej ą-ę.
W kasie, jak w pudełku, zasiada Mario Nowak.
- Macie kajmak, taki w puszce?... - zapytuje Jarecka.
Mario wstaje, zmierza ku właściwemu regałowi i donosi:
- Tylko czekoladowy.
- Masz ci los - biadoli Jarecka  - "U Ilony" tylko kawowy, u was tylko czekoladowy...
- Ja ci powiem dlaczego - tłumaczy Mario - jest tu na Zaogoniu taka dziewczyna w ciąży. Ile ona tego zjada! Ile bym nie przywiózł, ten jej chłopak wszystko wykupi!


Doprawdy, ludziska, dalibyśta spokój z tymi brzuchami.





P.S. Urodzinowy tort Jareckiego zawierał kajmak czekoladowy. Jarecki i tak się nie poznał, jak również nie zauważył, że Jarecka przespała bezecnie półtorej godziny - w biały dzień!

25.11.2014

Co się odwlecze to nie uciecze. O.

Pan Naróg jest bardzo dumny ze swojego chodnika.
Wyrąbał wiśnię, co mu rosła na zapleczu sklepu (które to zaplecze jest zarazem podwórkiem przed domem Narogów), położył sobie kostkę Bauma - żółty romb na antracytowym tle - postawił stół, bo już mu się nie chybocze i szklanka ustoi, i tak sobie Naróg siedzi, herbatkę popija.
Nad głową ma własny taras, przed sobą tylne drzwi do sklepu i widok na frontowe. Jak tylko klient do sklepu wchodzi, pan Naróg zrywa się rączo; nic się przed nim nie ukryje.
- Ale panu dobrze! - woła Jarecka wyciągając szyję ponad płotem - niby pan w pracy, a przecież w domu...
A Naróg radośnie rechocze, nogi przed siebie wyciąga i przepija do Jareckiej herbatą ze szkalnki z duralexu. Na wczasach był w Turcji, opalił się.


Pan Gołąbek, choć starszy z niego pan, wylazł na rusztowanie i ocieplił sobie dom. Z góry na dół, dwa piętra plus wysoki parter i poddasze. W lipcu zaczął, w sierpniu skończył.
Teraz jeszcze maluje te ściany wałkiem na długaśnym kiju.
Na jakąś taką morelę.

...

Taki sobie wstęp Jarecka poczyniła początkiem sierpnia, spodziewając się, że lada chwila życie dostarczy jej materiału do całego cyklu w tematyce okołoremontowej.
Wszak wymieniono Jareckim okna w pośpiechu, że niby będzie remont elewacji!

W czerwcu Danuta zwiastowała, że majstry przyjdą wraz z lipcem, jak tylko ona już skończy ze szkołą (albowiem jest Danuta wuefistką), zerwą dach, zrobią Sosnom wiszące ogrody i ocieplą całość.
W lipcu Jarecka opróżniła balkon, spodziewając się rychłych rusztowań i ogólnej rozpierduchy.
(Od razu powiedzmy, że nie było to łatwe! Balkon Jareckich mieści bowiem dwie szafy, biurko i krzesło, sofę, fotel, kojec i grill. Że co? Że na pierwszym lepszym polskim balkonie upycha się więcej? Być może, lecz u Jareckich w dalszym ciągu można tam jeszcze jeździć na rowerze)
W sierpniu Jareccy wrócili z wakacji i nie zastali ani rusztowań, ani majstrów, ani - niestety - styropianu na ścianach. Pani Nestorka, matka połowy sąsiadek doniosła, że większość sąsiedztwa poszła na pielgrzymkę i dopiero jak wrócą - wtedy już ekipa musowo zacznie remont. Pątnicy wrócili i - nic.
Końcem sierpnia przy ognisku, subtelnie zagajona, Danuta zeznała, że niestety, wszystko zacznie się wraz z rokiem szkolnym, ale doprawdy, tacy fachowcy rzecz przeprowadzą bez zwłoki, rach ciach, będziem zimą oszczędzać na ogrzewaniu.

Tymczasem Pan Gołąbek, ochędożywszy domostwo, wyłożył sobie podjazd kostką Bauma (hurtownia kostki to na Zaogoniu brylantowy interes), a że mu trochę zostało, ułożył jeszcze chodnik naokoło domu. Zmienił nawet drzwi wejściowe, bo mu stare już nie pasowały - nowe mają eleganckie płyciny i owalny witraż.

...


W poniedziałek - a pamiętamy, że poniedziałki w Deszczowym Domu bywają ciche i spokojne - Jarecka jadła śniadanie wraz z synem swym Piątkiem. Jedli kanapki z serem, Jarecka żując czytała, Piątek dyskretnie kruszył chleb pod stół, gdy nagle coś stuknęło w okno i oczom śniadających ukazała się  antena telewizyjna na sznurku; sunęła powoli w dół obijając się o ścianę.

I tak przyszło nowe.
Deszczowy Dom najpierw został oskalpowany, potem opakowany jak Reichstag a następnie przybrał wygląd Frankensteina. Teraz coraz bardziej upodabnia się do arki Noego.
W sam czas, bo akurat spadły deszcze.
Generał Sosna zarósł jak zakole Bugu; całe noce strąca z prowizorycznego dachu hektolitry wody, bo inaczej gotowe lać się Sosnom i Sebom wprost do łóżek.
Plask, plask - roztrzaskują się te fale o podwórko Jareckich.

W radiu zapowiadali śnieg.

...


O tym śniegu (z lękiem) doniosła Maria, która wstąpiła do Jareckich wracając skądśtam.
- Mario Mario! - zawołała Jarecka i pośpieszyła łapać Marię zanim ucieknie do domu - wieki cię nie widziałam a chcę wiedzieć - jak to z tą sukienką Narogowej było? Naprawdę była taka krótka?
- Bez przesady - Maria wzruszyła ramionami - ALE JAKIE ONA MIAŁA LOKI!







27.10.2014

Plotki z Zaogonia

Praczłowiek zszedł z drzewa, Neil Armstrong z pokładu Apollo 11 a Piątek z sofy.
One giant leap for mankind.



Poniedziałkowe poranki mają swój urok.
Człowiek się chwilę zepnie, zrobi jedną kanapkę więcej, wyda z magazynu jedną sztukę bielizny więcej, kłapnie paszczą dodatkowo parę razy (zapakowałaś/eś jedzenie/picie/umyłeś/aś zęby?) by chwilę po ósmej usiąść za sterem swojego krążownika samowtór jeno z Piąteczkiem.
- No, co tam? - pyta roztargniona Narogowa, wymachując jednorazową siatką.
Taki ma Narogowa odruch bezwarunkowy, że jak Jarecka wchodzi do sklepu, ona łapie od razu siatkę na te sześć białych bułek, co to Jarecka zaraz sobie zażyczy.
- Grześka poproszę - mówi Jarecka i Narogowa na chwilę otrząsa się z letargu, bo po pierwsze zawsze było sześć bułek, a po drugie Narogowi jest Grzegorz; zanim jednak się naburmuszy - bo zazdrosna jest o męża, wiadomo - dociera do niej, że o wafelku mowa.
Jak to z Narogowej kreacją weselną było, Jarecka się nie dowiedziała, choć mama Amelki (trójkowej koleżanki) obecna na weselu zdała Jareckiej wyczerpujące relacje z tego kto w czym. Że Czesiuniowa nadzwyczaj skromnie, że Maria co prawda w ultra mini ale że kręciła się ta mini zupełnie przyzwoicie, że Danuta powinna była raczej ubrać w sobotę tę sukienkę, co ubrała w niedzielę, bo kto to widział tak skromnie na wesele (a Danuta - przypis Wszechwiedzącego Narratora - wyglądała absolutnie olśniewająco!)?
Jarecka nie miała żadnych oporów, by wypytywać o szczegóły, ale o tę jedną kreację, która NAPRAWDĘ ją w absolutnie niezdrowy sposób interesowała, nie miała śmiałości spytać. Jeszcze by mama Amelki pomyślała, że Jarecka wścibska jest i plotkarka!


Nie wiadomo, ile w sumie dzieci przyjdzie na świat za sprawą Piątka, Zosię jednak można poniekąd wciągnąć na tę listę.
Zosia lada dzień opuści brzuch swojej matki, która nie mogąc patrzeć spokojnie na Jarecką w ciąży a na maleńkiego Piątka tym bardziej, zdecydowała się na trzecie dziecko.
Wygląda na to, że nie tylko ona - ledwie zaczął się rok szkolny, na zebraniu przedszkolaków piękna blond Agata przysunęła się do Jareckiej na przedszkolnym mikro-krzesełku i wyznała, że za sprawą Jareckiej (oraz matki Zosi!) zaczęła łykać kwas foliowy i doprawdy, będzie co Bóg da, ale ona jest gotowa na czwarte dziecko.
Zaraz też na parkingu dogoniła Jarecką Mariola Jagiełka, matka pięciorga, i z błyskiem w oku, który przebijał splendorem biżut Swarovskiego szepnęła, że zamierza pobić Jarecką w konkurencji "matka wielodzietna". Jarecka, która jako żywo nigdy nie pisała się na takie zawody, ucieszyła się szczerze i będąc wspaniałomyślną dla tryumfu Marioli nie wspomniała, że jest jeszcze Roma Sienkiewicz, która ma dzieci siedmioro, a siedem to jednak więcej niż sześć.


W poniedziałkowe poranki, wracając do domu, Jarecka walczy zawsze z chęcią by pojechać przed siebie, naprzód, hen daleko.
Może do siostry Drumli a może prosto, do Metropolii, gdzie nikt na Jarecką nie zwróci uwagi, gdzie można bezkarnie pogapić się na ludzi, uśmiechnąć się jak się ma ochotę a nie uśmiechnąć, gdy się nie ma.



Powoli, chwiejnym krokiem idzie zima, idzie Piątek.





PS. Czy Czytelnik zauważył, jak subtelnie i nienachalnie Jarecka przemyciła niusa numer jeden? ;)

4.10.2014

O przemocy, suplement

W sprawie pod kryptonimem "zajście na przejściu" Jarecka nie uwzględniła jednej rzeczy.

Ach, bo mózg Jareckiej nader często przechodzi w tryb "siedem koni przepuszczamy a jednego zostawiamy" i ten akurat aspekt wstrzymano na rogatkach.
Dzieje się tak też dlatego, że ludzie w ogóle nie rozumieją co się do nich mówi!
Jarecka nie zrozumiała, co jej mówił Jaśnie Panicz o swoim powrocie ze szkoły.
Nie rozumiała, czemu ta Roma taka była roztrzęsiona.
I Roma nie rozumiała, po co syn robi takie ceregiele.

Bo było tak:
Roma pracowała sobie w szklarni (lecz proszę nie pytać, co dokładnie robiła. Tego Wszechwiedzący Narrator nie wie, pojęcia nie ma, co się jesienią robi w szklarniach! Cokolwiek to było, sprawiało Romie przyjemność) gdy nadszedł Rafał i powiedział: Mamo, muszę ci coś powiedzieć.
- No co tam? - zagaiła niedbale Roma nie przerywając sobie czegoś tam.
- Możesz teraz ze mną porozmawiać?
- Mogę, mów.
- Mamo!
Trochę się Roma zdziwiła ale odłożyła ten jakiś sekator, czy co tam, i zmarszczyła brwi.
Rafał, którego niecny postępek wyszedł na jaw, otrzymawszy odgórne polecenie powiadomienia o sprawie rodziców, przystąpił do rzeczy rzetelnie. Że przy przejściu dla pieszych drwił z Jaśnie Panicza w kasku, i że - wraz z kolegami - zachęcał do przejścia, ba! Przejechania! - na czerwonym świetle...
Pod Romą ugięły się nogi i krew odpłynęła jej z twarzy, bo osobliwa otoczka tego wyznania plus treść słów Rafała złożyły się w jej głowie w koszmarny obraz, ten mianowicie, że Jaśnie Panicz wsiadł na ten rower i wyjechał na ruchliwą wylotówkę na czerwonym świetle...

- Mamo! Daj mi dokończyć!


Tedy nie trzask bicza o plecy, jeno chrobot kostek lodu w woreczku, którym Roma ocierała sobie twarz słyszała Jarecka w słuchawce.


...


Późny wieczór w Deszczowym Domu, kuchnia.
Jarecki, który dopiero wrócił z pracy, wysłuchuje relacji z całego dnia.
- Trójka do mnie przybiegła, cała oburzona - opowiada Jarecka - powiedziała, że Dwójka jej powiedziała: jak nie będziesz się z nami bawić to cię WALNĘ W TEN TŁUSTY RYJ!

No i, Drodzy Państwo. 
Plecki, przygięte zdarzeniami minionego tygodnia, wyprostowały się i rzekłbyś - słońce zalśniło w ciemnej kuchni!
Jareccy przybili piątkę i w świetnych humorach udali się na spoczynek.

Żeby tylko Jareckiej ten uśmiech nie zgasł, jak pewnego dnia, gdy będzie sobie z lubością szydełkować, przyjdzie do niej niezwyczajnie poważna Dwójka z tekstem: Mamo. Muszę ci coś powiedzieć.

2.10.2014

Stabat mater dolorosa. Rzecz o przemocy.

Akurat Jarecka ostrzyła brzytwę o skórzany pas.
Maczeta stała już oparta o ścianę - Piątek ostrzył sobie o nią dowcip.
Wtenczas zadzwonił telefon i cichy głos poprosił o chwilę rozmowy.
Rosynant za oknem przytupywał niecierpliwie.

Dzwoniła Roma Sienkiewicz i doprawdy, dziwne, że nazwisko to jeszcze w Deszczowym Domu nie padło!
Jan Maria Sienkiewicz - ukochany przedszkolny przyjaciel Czwórki. Majeczka Sienkiewicz - szkolna przyjaciółka Dwójki. Roma Sienkiewicz - matka siedmiorga, kobieta dzielna i pracowita. Rafał Sienkiewicz - prześladowca Jaśnie Panicza.

Roma nie wiedziała jak zacząć.
- Hm... rozmawiałam z wychowawczynią... Mój syn...
I tu zbolałym głosem Roma jęła wsączać w słuchawkę relację długą i wyczerpującą.
Jarecka opłukała ostrze i spróbowała palcem.
Słowom Romy, gdzieś na drugim planie towarzyszył odgłos ołowianych kuleczek uderzających z mocą o skórę.
- Co nieco słyszałam - przyznała Jarecka - Jaśnie Panicz mi powiedział...
Tu popłynęła podobna, w Jareckiej swoistym stylu, opowieść: tak, mówił mi coś tam, ale mówił mi jeszcze pięć innych rzeczy, więc inaczej rozłożyłam akcenty...
Podczas tej zawiłej, pełnej dygresji przemowy na linii trwała cisza (tylko trzask trzask - o plecy) i Jarecka zastanawiała się, czy aby Roma nie płacze?...

(Oj tam, synu - żachnęła się wtedy Jarecka - rozmawialiśmy o tym sto razy! Jak się komuś nie podoba, ze jeździsz na rowerze w kasku to jego problem! Albo, że zsiadasz z roweru na przejściu dla pieszych? Każdy powinien tak robić!
I jeszcze się Jarecka pozżymała na męski świat, gdzie trzeba sobie dokuczać albo i dać po nosie, zamiast obgadywać i obrażać się na śmierć, jak to się robi na bezpiecznej planecie Wenus, i kto was, faceci, zrozumie? No i dobra, dobra, a czym ty im właściwie zalazłeś za skórę?
To się wydało Jareckiej lepsze niż: kochany synku, biedna ty moja ofiaro!
Prawdziwe mamunie, jej zdaniem, załatwiają takie sprawy inaczej...)

- Za mało uwagi mu poświęcam - mówiła Roma - (trzask, trzask) ciągle tylko dziewczynki i dziewczynki. Jan Maria choruje, mój tata w szpitalu...
Podczas gdy Roma przepraszała, kajała się i obwiniała w poświście rzemieni, Jarecka otworzyła szafkę pod zlewem i nie zważając na protesty Piątka upchnęła maczetę na powrót za butlą z gazem.

Rosynant dyskretnie strząsnął siodło w krzaki hortensji i z miną niewiniątka począł skubać trawę.

Jarecka obejrzała pod światło brzytwę i jakby z żalem pomyślała, że skoro już tak ją pięknie wyostrzyła, może sobie na przykład ogolić pachy.
Pożegnała się z Romą sympatycznie, choć właściwie nie wiadomo było co powiedzieć - nie przejmuj się, że masz syna łobuza? Nic się nie stało, drobiazg?

W połowie drogi do łazienki schowała ostrze w rękojeść i wsunęła brzytwę do kieszeni.

Pachy nie zając.







P.S. Nietykalność cielesna JP nie została naruszona, o czym zgodnie donoszą ofiara, piątka zgniłych oprychów i dwie świadkowe, które o sprawie poinformowały wyższą instancję.
Nietykalność cielesna winowajców - nad czym boleje Jarecka kreśląc brzytwą wzorki na linoleum - również.

Zaprawdę, zaprawdę, jeśli ktoś uratuje grzeszny świat, będzie to matka bolejąca.

17.09.2014

Wrześ-zen

Lata pełne blasków, jaskrawe wiosny czy śnieżne zimy - nic nie dorówna dniom wrześniowym, idealnie ciepłym i rześkim, bujnym i powściągliwym. Słońcu, które nie razi, wiatrowi, który nie przejmuje chłodem.
Harmonia i równowaga.

Jednego dnia szarżuje na Jarecką monumentalny złoty ułan na koniu - w samo południe, na drodze krajowej a nazajutrz zdarza się wypadek, są ranni.
Radio mówi, że ułana ufundował niejaki książę Jan, arystokrata z misją.
Radio mówi też o wypadku na Zaogoniu, choć miejscowi nie widzą w tym nic niezwykłego. Taka Pani Narogowa już się doliczyć nie może ilu denatów na jej oczach zamieciono w czarne worki; jak raz się uparli rozbijać Narogom pod sklepem.

Jarecka włożyła mus z jabłek w słoiki litrowe a powidła w takie po chrzanie i musztardzie, i ma po równo.

Komuś zęby rosną, komuś wypadają.

Piątoklasiści piszą test z angielskiego i muszą odmienić czasownik to be, oraz przetłumaczyć słowa: he, she.
Trójka mrużąc oczy w słońcu zapytuje izit klałdi? I natychmiast sobie odpowiada: noł, it izynt. I jeszcze, że ona ma koszulkę łred a Jarecka perpuł. Za pięć lat dopiero każą jej odmieniać to be, tymczasem można się huśtać i cieszyć sunny days.

Codziennie nad Zaogoniem brzęczą śmigłowce Wojska Polskiego a przy ziemi huczy szambiara, bo jedno szambo na Czesiuniów i Jareckich to jednak za mało.

Ktoś zaszedł w ciążę, ktoś poronił.

Czwórka jest zachwycona przedszkolem więc Trójka wzięła na siebie trud obniżenia morale i codzienne rozstania stara się uczcić choćby łezką.

Piątek chciałby chodzić, ale świat nie przygotował się na stopy liczące więcej centrymetrów w podbiciu niż na długość.

Czyjaś buraczana ręka napisała na ścianie w kuchni mane tekel fares a Jarecka zamiast dzwonić po Daniela, wzięła ścierkę i wytarła. Pospołu ścianę, buraczaną rękę i zielony glut, że nawet barwy się dopełniły.


Zaprawdę, zaprawdę, harmonia i równowaga.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...