13.05.2014

Dwa zdjęcia

Pogodnym wieczorem Jareccy zbliżają się do celu. Tak mówi nawigacja, krew w żyłach i widok tej sytej krainy. Tutejszy rozmiłowany w porządku ludek kiełzna swój pofałdowany teren za pomocą sześciennych domków i geometrycznych ogródków. Żywopłoty z krzewów naprzemiennie zielonych i brunatnych strzyżone są naprzemiennie w walce i kule, kolorowe rododendrony wyznaczają środek idealnie zielonych trawników. Nad wymuskanymi ogródkami wiszą małe balkoniki ciasno zastawione rattanowymi meblami, na bogato. Zdaje się, że akurat przypadła pora miejscowego fajfu (choć była już dziewiętnasta!), bo na każdym balkonie zażywne familie zażywały relaksu.
Potem sielskie suburbie znikają w bocznych lusterkach i zaczyna się właściwa pieśń dzieciństwa Jareckich - wielkie bloki z wielkiej płyty.
Też na bogato - pięter dziesięć, w każdej klatce na każdym piętrze cztery mieszkania, klatek sześć, bloków sto. Enutzjaści wielkiej płyty (Jarecka wie z radia, że tacy są) przeżyją tu jeszcze swoje chwile wzruszeń, choć ludziki zmyślnie podwieszone w specjalnych koszyczkach w dni powszednie od 8 do 16 pracowicie oklejają bloki styropianem - musi być ładnie, musi być ordnung.
Po jednej stronie miasta, na horyzoncie - góry.
Po drugiej - hałdy usypywane niestrudzenie przez tajemnicze machiny wyglądające jak skrzyżowanie gigantycznego owada z robotem.

Odwiedzić rodzinne strony to jak wpaść do głębokiej studni



Raz do roku, od ładnych kilku lat cała rodzina CałkiemInnych gromadzi się na Pierwszej Komunii jednego ze swych licznych potomków.
W tym roku uroczystość taka przypadła u Mireckich, rzecz ma więc miejsce w kościele odmalowanym na kolor komunijnego tortu, opasanym ciasnym kordonem cmentarza. Z głównej fasady świątyni łypie niewielkie oko Opatrzności wprowadzając niepokojący, masoński akcent.


We wnętrzu tego kościoła, w oczekiwaniu na mszę, dopada Jarecką jakiś smutek - niby echo wcześniejszych takich imprez w tym miejscu (więc czemu smutek?). A może to wspomnienie tego jednego zdjęcia sprzed trzech lat, na którym Tata CałkiemInny i Czwórka spotkali się, każde na swoim brzegu życia. Jest w tym wspomnieniu coś tak grząskiego, ze Jarecka salwuje się ucieczką w irytację,  bo oto majstry od renowacji wpakowali osiemnastowieczny trójkątny obraz Opatrzności Bożej w ramy podświetlone jak rozkład jazdy pociągów w przejściu podziemnym albo, w najlepszym wypadku, lustro łazienkowe. Dyskomfort natury estetycznej wypiera inne.
- Mamo!- Jaśnie Panicz odwraca się do Jareckiej i szeptem suflera obwieszcza jej i całej nawie - tu jest twój grób!*



Efektem ubocznym rodzinnych spotkań CałkiemInnych jest dla Jareckiej cały wachlarz objawów hiperwentylacji a także chrypka.
Wszystko przez to, że siostry CałkiemInne gadają dużo(na zapas), głośno i wszystkie naraz.
Oraz każdorazowo każą zrobić sobie wspólne zdjęcie z rodzicami, sto ujęć; tak, żeby każda mogła wybrać sobie takie, na którym wyszła najlepiej, oprawić w ramki i postawić/powiesić w swoim domu.
Fota jest  ekskluzywna, z planu surowo przegania się dzieci (żeby nie robiły konkurencji), w cenie także miejsce bliżej środka, bo na brzegach podobno wychodzi się trochę grubo...

Poniżej: members only! Mama CałkiemInna z córkami.
(plus Farciarz Roku, siostrzeniec Mirmił Fistaszko)









*To prawda! Na jednym z nagrobków jak byk stoi Jareckiej imię i nazwisko. Tylko daty się nie zgadzają, co także nie umknęło uwadze Jaśnie Panicza.


PS. Ze względu na te wydarzenia w rodzinie Jareckich mini konkurs na tytuł posta (KLIK) został rozstrzygnięty z opóźnieniem, co uczestnicy raczą wybaczyć?-
Palma zwycięstwa wędruje do MAMELKOWO! :)
(tlysiak już był w ogródku, już witał się gąską - wszelako Jarecka nie jest pewna, czy aby aluzja zawarta w proponowanym tytule "moja krew" nie jest dla niej hm... obraźliwa ;) Nie będąc tedy pewna, honoruje tytuł "wieża Babel")

8.05.2014

Wiekopomna chwila

Ach, żebyż być Caravaggiem i móc odmalować dla potomnych cały splendor tej sceny!
Oto kuchnia wypełniona wypełniona zielonym światłem a w niej, niby w butelce po Heinekenie, zanurzone trzy niewielkie postaci adorujące dzieciątko.
Dzieciątko, jak przystało Dzieciątku, promienieje i błogosławi.

(Właściwie zielony jest półmrok, nie światło. Za oknem rośnie lipa i aż do jesieni każdy promień słońca jaki wpadnie do Deszczowej Kuchni będzie miał kolor zielony. Jarecka wolałaby światło w kolorze światła ale kto ją tam będzie pytał! Przez całe lato sąsiad zza okna, pan Gołąbek, swoją warczącą krajzegą potnie na deski całe drzewo świata - tylko nie tę lipę)

W szmaragdowej poświacie bieży ku dzieciątku Jarecka z zieloną łyżką. Przedziera się przez tłum gapiów żądnych sensacji.
Piątek nie dowierza, ale próbuje jabłka dotychczas zakazanego i po chwili zajada jakby całe życie nic innego nie robił. Widownia wpada w szał!
- Mamo, nie tak dużo! Nie tak szybko!
- E! E! - elokwentnie protestuje Jarecka.
- Nie pouczaj mamy - strofuje Trójka, która w lot pojęła sens wykrzykiwanych głosek - mama nie jest małym dzidziusiem!
Dwójka (jakże przytomnie): - ale Piątek jest.



Ach, żebyż być Boticellim i móc oddać cały wdzięk tej sceny, gdy Jarecka pochyla się z łyżką nad leżaczkiem syna!

Może wtedy Jaśnie Panicz przestał by się dąsać, że ominęła go ta wiekopomna chwila.

5.05.2014

Cinco de Mayo




Hola!
Pamiętacie Don Pedro?
KLIK
Jareccy już prawie zapomnieli, ale sobie przypomnieli.
Przypomnieli sobie, gdy listonosz (ten, co głośno puka) przyniósł im przesyłkę z samego Meksyku!
Don Pedro wrócił do domu, odczuł nostalgię za Polską i obdarował Jareckich.
W sam raz, by uczcić Cinco de Mayo! (to takie ichniejsze święto)


Tajemniczy gift...











To taki meksykański syrop na kaszel, jakby kto był ciekaw.

Prawda, że miło?



3.05.2014

Wielowątkowa gawęda z królewskim akcentem

Jarecka uznała, że się starzeje.

Zauważyła to całkiem niedawno.
I nie dlatego, że sił brak, że skóra wiotczeje - tzn. nie tylko dlatego. Najsamprzód dlatego, że Piątek tak się Jareckiej podoba! Zaprawdę, ani przez minutę w ciągu ostatnich pięciu miesięcy Jarecka nie odczuła z jego powodu irytacji czy znużenia. To nowość względem poprzednich egzemplarzy i Jarecka przypisuje to zjawisko właśnie temu, że się starzeje. Potwierdzają tę tezę także obserwacje rówieśnic. Jeszcze kilka lat temu, gdy Jarecka prezentowała swoje dziecię równolatce, reakcja była pozytywna ale bez szału. Teraz, u kobiet dobrze po trzydziestce, widok Piątka wywołuje skrajny entuzjazm, a w niektórych przypadkach nawet ślinotok. A w jeszcze bardziej niektórych - nawet ciążę! To znaczy - nie, że widok Piątka wywołuje ciążę - on tylko wzbudza pragnienie, by mieć taki osobisty prozac na własność, tym silniejsze, im głośniej tyka ów osławiony biologiczny zegar.

(A trzeba powiedzieć, że w otoczeniu Jareckiej działa prężne i skuteczne starcze lobby.
- Jak nam teraz dobrze!- wykrzykuje z entuzjazmem Pułkownikowa, lat osiemdziesiąt pięć - codziennie po obiedzie sobie leżakujemy!
- Starość jest wspaniała - pieje ciotka Fela, lat osiemdziesiąt trzy, ta, co mieszka w pięknej kamienicy i ma żyrandol art deco - mogę sobie robić co chcę, czytam książkę za książką!
No i jak tu nie czekać na starość?)

Inną cechą zwiastującą niechybnie bliską starość, jest skłonność Jareckiej do gawędy.
Na co Jarecka nie spojrzy, co nie zasłyszy - wszystko może wywołać niepowstrzymaną falę wspomnień. Każde niewinne skojarzenie natychmiast pączkuje nieskończoną ilością kolejnych skojarzeń i dygresji. Na szczęście dzieci są już w tym wieku, że dzielnie znoszą dykteryjki z lamusa swojej matki, a nawet je lubią! (a nawet czasem wykorzystują je przeciwko niej!)

Wszelako nie każda historia nadaje się dla dzieci.

Szyjąc insygnia królewskie dla Jaśnie Panicza, który na szkolnej akademii miał się wcielić w rolę Stanisława Augusta Poniatowskiego, Jarecka snuła wspominki wielce niemoralne, właśnie z królem Stasiem w tle.
Ponieważ zaś nie uznała za słuszne dzielić się nimi z potomstwem, zrobi to niniejszym żywiąc nadzieję, iż Czytelnicy są pełnoletni i niepodatni na demoralizację.

Lat temuuuu... piętnaście, Jarecka zdawała maturę.

W owych szczęsnych czasach można było sobie wybrać przedmiot, z jakiego będzie się ów egzamin pisało, wyjąwszy język ojczysty, rzecz jasna. Jarecka wybrała historię.
Nauczyć się całej historii świata to jest, co tu dużo mówić, kupa roboty. Zwłaszcza, że się człek musiał nauczyć jeszcze polskiego, a miesiąc wcześniej - w przypadku uczniów Liceów Plastycznych - jeszcze historii sztuki od Lascaux do Joanny Rajkowskiej niemalże.
I tu następuje pierwszy niemoralny akcent - otóż Jarecka postanowiła, że nie będzie się tej historii uczyć aż tak od deski do deski. Wedle mądrości poprzednich roczników pytania maturalne dzielić się miały na te dotyczące zdarzeń do - powiedzmy - Rewolucji Francuskiej i na te dotyczące nieco nowszej historii. Jak to jest w szkołach - wiadomo, zwykle rok szkolny kończy się gwałtownie gdy przychodzi omówić najbliższe dzieje, toteż Jarecka obkuła się w temacie wszelkich królów Ćwieczków, skończyła gdzieś w siedemnastym wieku, i ani jej w głowie nie powstało, że mogłaby nie trafić ze swoją wiedzą w choć jedno z AŻ trzech pytań na egzaminie.
W dniu egzaminu (a dzień był piękny, słoneczny, nad szkolnym podwórcem wisiały tylko ciężkie chmury kwitnących kasztanowców) Jarecka stawiła się na sali gimnastycznej swojej szkoły na obcasie i w białym żakiecie.
Sala z początków dwudziestego stulecia, odmalowana koszmarnie na olejno, okna nowe.
Obcas ówczesny nie przypominał szpilki, raczej kartofel.
A żakiecik miał tajemniczą właściwość; kieszonkę wszytą w podszewkę.

Jarecka zasiadła sobie, rozesłała płachty papieru kancelaryjnego i -
- pierwsze pytanie - druga wojna światowa.
Drugie - też wiek dwudziesty.
Jarecka przełknęła ślinę.
Trzecie - czasy stanisławowskie.

Gdybyż człowiek mógł zmienić stan skupienia, Jarecka rozlałaby się w kałużę, z głośnym pluskiem!
Niestety, siedziała wciąż w stanie stałym, tudzież osłupienia. Aż do Stanisława w swoich przygotowaniach nie doszła, jakoś tak czas stanął w miejscu w okolicach Jana Kazimierza...

Jeśli aż do tej pory został przed monitorem jakiś nieletni czytelnik, proszony jest o zamknięcie oczu! Albowiem nadciąga zgorszenie.


Żakiecik, który Jarecka miała na sobie, zasobny był, jako się rzekło, w tajną kieszonkę. W kieszonce zaś tkwił pokaźny plik miniaturowych tabelek z datami najważniejszych wydarzeń w danym okresie. Ilość karteluszków nastręczała pewnych problemów; odszukać naprędce i dyskretnie tę jedną jedyną pomoc nie było łatwo. Jarecka przystąpiła do mozolnej rzeźby. Podczas gdy, spocona z emocji, spisywała z karteluszka potrzebne daty, pomału docierało do niej, że pytanie dotyczy kultury, i że o tejże kulturze już coś tam było kiedy indziej i gdzie indziej.
Na języku polskim, na przykład. Na historii sztuki.
I tak, z dat i innych karteluszkowych rewelacji Jarecka uściboliła niby-wstęp, niby-tło. Potem wzięła na warsztat literaturę i od razu poczuła się lepiej, albowiem z polskiego była maglowana regularnie i okrutnie, na wyrywki, z materiału sprzed roku, sprzed dwóch, bez uprzedzenia - ot, taka fantazja polonistki. I w końcu na tyle otrząsnęła się z szoku, że - nomen omen! - doznała oświecenia (wszak miesiąc wcześniej był egzamin z historii sztuki)!
Jarecka popłynęła. Od architektury, wszystkich tych Merlinich, Zugów, Aignerów, Kubickich, po Baciarellego i jego malarnię. Na koniec zaś, bezczelna, zaczęła wizualizować sobie obrazy z epoki i na tej podstawie wysnuwać nawet jakieś quasi wnioski na temat lajfstajlu czasów stanisławowskich w ogóle!
Po czym: łup, łup - to odgłos tamtych żenujących obcasów - opuściła miejsce kaźni.

W ten oto sposób Jarecka, nie dość, że leniwa, to i nieuczciwa, zdobyła ocenę celującą na swoje świadectwo maturalne. Chichot losu, który Czytelnicy mogą w tej chwili usłyszeć, polega na tym, że ta ocena nigdy się Jareckiej do niczego nie przydała - ani na uczelni, ani w żadnej pracy.
I na co te nerwy, pot i wszywanie kieszonek?
Żeby po latach wspomnieć te chwile przy prasowaniu królewskiej szarfy w barwach niezapominajki.
(eee...ewentualnie dyskretnie pochwalić się na blogu ;))






Koronę króla Jarecka uszyła z filcu 3mm obszytego "złotą" materią.
Tak, tak, Stanisław August mało kojarzy się z koroną, ale peruka, widzi się Jareckiej, to wyższa szkoła jazdy.
A to niebieskie to królewska szarfa.
Wszystkie materiały biorące udział w projekcie przyniósł do Deszczowego Domu listonosz - ale nie ten, co głośno puka, bo on jeździ na rowerze i dowozi tylko małe przesyłki. Od gabarytów jest inny, strasznie ciekawski. Każdą paczką potrząsa, opukuje, prześwietla oczyma i wypytuje o zawartość.
- A co to takiego? Hm, co to może być?? Co pani nazamawiała??? - i jeszcze długo w tym stylu.
Tym razem też potrząsał i opukiwał.
- Ciężkie - oznajmił podekscytowany - nie wiem co to jest... Z Łomży! Na panią, nie na męża(znaczy, powinna pani wiedzieć, co tam jest)! Co to jest...?
(Jarecka nie potrafiła odpowiedzieć, choć miała wielką ochotę ulżyć męce listonosza. Ostatnio specjalnie dla niego zrobiła dziurkę w gigantycznym kartonie i poinformowała doręczyciela, że oto przyniósł rower. Listonosz był niezwykle rad ale Jarecka potem wyrzucała sobie nieostrożność i raz po raz rzucała okiem przez okno, czy aby listonosz nie wrócił z kumplami po odbiór towaru zostawionego w garażu)
- Jakieś ciuchy...? - zastanawiał się ważąc w rękach pakę.
Rzeczywiście, niewiele się pomylił. Paczka zawierała przeróżne tkaniny od Czytelniczki Deszczowego Domu, która wpadła na doskonały pomysł, żeby przesłać Jareckiej to, z czego sama nie zrobi już użytku.
I teraz Jarecka intensywnie utylizuje a efektami będzie się sukcesywnie chwalić. Na dobry początek królewska korona :)




2.05.2014

Wieża Babel

Przy stole w kuchni Jareccy i Jaśnie Panicz kończą śniadanie, Piątek zagryza gryzakiem (dałam mu gryzonia - oznajmiła Czwórka i wespół z siostrami opuściła kuchnię by oddać się czynnościom ciekawszym niż jedzenie).
W radiu Grzegorz Ciechowski śpiewa "moja krew".
- Świetna piosenka! - Jarecka zrywa się i robi głośniej.
- Nie podoba mi się - wybrzydza Jaśnie Panicz po chwili.
- Wsłuchaj się w słowa - radzą mu rodzice.
Do końca utworu w kuchni trwa cisza.
- Genialny tekst - wzdycha Jarecka i ścisza radio.
- O czym to było? - dopytuje Jaśnie Panicz.
- Noo (jak to wytłumaczyć dziecku, ale tak, żeby wyjść z kuchni przed obiadem? - Jarecka brnie na oślep w poezję), o tym, że wszystko, co się dzieje na świecie, dotyka człowieka tak... do głębi...
- ALE W JAKIM TO BYŁO JĘZYKU???





PS. Wszechwiedzący Narrator długo dumał nad tytułem niniejszego wpisu. Czuje co prawda problem do głębi, ale jak to wyrazić słowami? Jeśli jakiś Czytelnik mógłby wspomóc nadwątlone narratorskie moce, proszony jest o pomoc. Czekamy na propozycje - równo za tydzień roboczy tytuł zostanie zastąpiony wybranym spośród Waszych propozycji (jeśli takowe się pojawią!), jego autor zaś otrzyma od Jareckiej nagrodę- niespodziankę.
(Na chwilę obecną niespodziankę także dla Jareckiej ;))

1.05.2014

Jaka mać, taka nać :)


Poranek w Deszczowym Domu.
O 7.40 Jarecka wyprawia do szkół Dwójkę i Trójkę.
Czas zwalnia.
Piątek śpi, Jaśnie Panicz snuje się w piżamie - obudził się pierwszy ale do szkoły ma dopiero na dziewiątą z hakiem.
Po jakiejś godzinie wypełnionej nieśpiesznym składaniem prania (Jarecka) i czytaniem (Jaśnie Panicz), budzi się Czwórka.
- O! - wykrzykuje Jaśnie Panicz bezbrzeżnie zdumiony widokiem siostry gramolącej się z łóżka - nie wiedziałem, ze jeszcze ty jesteś w domu!
- A co myślałeś? - pyta rozbawiona Jarecka - gdzie by niby miała być?
- No nie - tłumaczy się Jaśnie Panicz - ja po prostu zapomniałem, że taka istota w ogóle istnieje na Ziemi!


...


Słoneczne popołudnie, spłachetek zwany dalej szumnie Deszczowym Ogródkiem.
Piątek śpi, Jarecka wyleguje się na słońcu, dziewczynki dopadają huśtawki.
- Dwója, robimy starego konia? - ekscytuje się Trójka - chodź, robimy starego konia!
Jarecka jest zaintrygowana.
- A cóż to za zabawa? - pyta.
- Nie pamiętasz? - dziwi się Trójka - nie pamiętasz, jak Jaśnie Panicz huśtał się tak wysoko, że aż huśtawka się ruszała, a ty mówiłaś: stary koń!

27.04.2014

Szkoła przetrwania

Jaki by sobie ten Piątek nie był kryształowy, skończył pięć miesięcy i swoje prawa ma.
A prawa dla jego wieku są takie:
Turlać się, spędzać czas w miarę możliwości w pionie (matka jest oporna w tej materii - na szczęście można unieść przynajmniej głowę), gapić się na wszystko (najlepiej na wszystko naraz), obśliniać siebie i innych a co za tym idzie przebierać się x razy dziennie, spać trochę mniej i generalnie próbować ugrać dla siebie jak najwięcej atrakcji, uwagi i czasu otoczenia.

Wnioski, do jakich doszła Jarecka po latach praktyki, są takie: będzie tylko gorzej.
Dopóki dziecię nie nauczy się pewnie chodzić, bezpiecznie schodzić z krzeseł, na które pierwej się wspięło i zanim przyswoi elementarną wiedzę na temat tego, co się nadaje do jedzenia a co nie - matka może drzeć włosy z głowy (swojej!), płakać z bezsilności lub rzeczoną głową tłuc bezradnie w ścianę. Może zatrudnić nianię/gosposię względnie ukłonić się babci, by zdjęła zeń część obowiązków. Przez najbliższy rok.
Albo!
Jarecka nie próbowała darcia włosów, bo, jakby nie patrzeć, szkoda. Niech rwą te, co mają za dużo. Płakać - zawsze, trzy razy dziennie, codziennie! Nianie, którym przyjdzie do głowy choćby schować do zmywarki miseczkę po kolacji dziecka wymarły zaraz po dinozaurach. Na pomoc całodzienną Jareckich zwyczajnie nie stać, babcie daleko.
Ale!
Czy tak Jarecka miała od urodzenia - dziś trudno dociec. Być może zdolność tę nabyła wraz z dziećmi, lecz jeśli tak - nie każdy dostaje to w pakiecie.

I tak w Deszczowym Domu sterta rzeczy do prasowania pomalutku rośnie sobie drugi tydzień. Przez spiżarnię trzeba się przedzierać jak przez dżunglę. Za nic nie można się wziąć, bo jak tylko Jarecka otworzy kosz z rzeczami "do prasowania", Piątek zaczyna jęczeć. To niezwykle frustrujące.
Ale nie można przecież nic nie robić spodziewając się, że lada chwila Piątek wezwie!
Tedy Jarecka robi - na przykład trenuje sobie szycie patchworków, o!



Kołderka wcale nie jest taka krzywulasta, na jaką wygląda!
(Chociaż trochę krzywa jest...)




Załóżmy, że Jarecka zapamiętale szyje a Piątek wrzeszczy - znudziło mu się leżenie w kojcu - na przykład. Jarecka wstaje od maszyny, bierze dziecię na ręce i myśli: "o rany, jak fajnie! Udało mi się zszyć cały blok! Jeszcze tylko pięć i będzie cała kołderka dla Czwórkowej lalki! Rewers będzie żółty, bo Czwórka uwielbia ten kolor... a podusia będzie taka fristajlowa; popróbuję czegoś nowego..."
I tak dalej, w tym radosnym duchu.

A gdyby Jarecka zajęta była prasowaniem wtenczas, gdy Piątkowi znudziła się pozycja kobry? Byłaby sfrustrowana, niechybnie! "Znowu mi się nie udało skończyć! Nigdy mi się to nie uda! Zaleje mnie lawina prasowania! (a na balkonie już suszy się następna porcja, a w pralce wiruje kolejna..."
I tak dalej, tylko w formie nie nadającej się do publikacji.


Wnioski wyciągnijcie sami - czym lepiej się zająć gdy nie można wszystkim.



24.04.2014

Kategoria: szydełko


Podczas gdy Wszechwiedzący Narrator się urlopował, Jarecka robiła swoje. W kategorii szydełko głównie koty i ptaki (którymi nie śmie już przynudzać) ale udało jej się poczynić także:

- gąsienicę dla Piątka. Gdy tylko Piątek zaczął chwytać, matuś zmajstrowała mu taką zabawkę. Kulki nanizane są na gumkę. Rzecz się Piątkowi niezwykle podoba, co Jarecka odnotowuje z wielką satysfakcją - dziecię nie może oderwać wzroku od dyndającej nad jego głową gąsienicy :) (tak, tak, zdaje się, że bardziej ceni wizualną stronę zabawki...)



- kilka bratków do wiosennego wianuszka:





No i tyle. Tylko tyle...

W przygotowaniu sprawozdania z poczynań Jareckiej w kategorii szycie, z podziałem na podkategorie; ubrania (!!!) i inne.
Jarecka poważnie rozważa schowanie maszyny na jakiś czas, albowiem zauważa u siebie objawy uzależnienia. Jeszcze tylko kostium króla Stasia dla Jaśnie Panicza i, słowo honoru, trzeba dać na wstrzymanie ;)

21.04.2014

Na marginesie

WIELKA ŚRODA


Wizyta u fryzjera to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Kilkadziesiąt minut bezczynnego gapienia się we własne, mało satysfakcjonujące oblicze plus gmeranie we włosach - to dla Jareckiej żadna przyjemność. Jarecka chorobliwie nie znosi, gdy dotyka się jej głowy (wiedzą o tym nawet jej dzieci), choć jak od każdej reguły, jest i tu wyjątek. Pan Adrian, zaogoński fryzjer, mógłby zarobkować samym myciem głowy! Zarobkuje jednak fryzjerstwem i Jarecka od czasu do czasu wybiera panaadrianowy numer ciesząc się na to mycie. Zakład pana Adriana jest blisko i można przebierać w terminach jak w ulęgałkach - ale to wszystko w kategorii "zalety". Światło ma Adrian wyjątkowo mało łaskawe, toteż Jarecka usilnie ogląda w lustrze wnętrze zakładu. Najbardziej intryguje ją przesypujący się kosz na śmieci, sugerujący jakoby dzikie tłumy klientów przewalały się codziennie przez to miejsce. Lekka konwersacja będąca nieodłącznym elementem posiedzenia we fryzjerskim fotelu, zasadniczo się udaje.

- Jak tam, objadła się pani w święta? - zapytał wesoło pan Adrian, gdy Jarecka zjawiła się w jego salonie tuż po świętach Bożego Narodzenia.
- Nie - odparła zgodnie z prawdą, ale bez przekonania, bo od poprzedniej wizyty u Adriana minęło pół roku, a od porodu ledwie miesiąc z hakiem i zmiany wizerunkowe były niezaprzeczalne.
Pompu pompu - na to pan Adrian - depcząc rytmicznie wihajster przy fotelu wywindował nieco do góry Jarecką, która z przerażeniem patrzyła w lustro na podskakujące do rytmu części własnego ciała. No i  wyszła na kłamcę - no jakże się nie obżarła?
Wspomnienie to okazało się na tyle niemiłe, że przy następnej okazji Jarecka udała się na Przedmieście, do salonu fryzjerskiego Małej Mi, który nawiedzała w czasach przedzaogońskich. Mała Mi bardzo się ucieszyła i Jarecka też się ucieszyła, bo usłyszała, że świetnie wygląda, że kto by pomyślał, że urodziła trzy miesiące temu, no i że piąte dziecko!- i w tym świetnym nastroju można było już przejść do kolejnych punktów programu, czyli do: szarpania i drapania głowy przy myciu połączonych z upychaniem w uszy piany, do oglądania zdjęć i filmików z udziałem dzieci Małej Mi, do obijania grzebieniem nieszczęsnej łepetyny a wreszcie do tej krótkiej jak mgnienie chwili, w której Jarecka w slow motion odrzuca nową plerezę i stwierdza, że git.
(Trzeba dodać, że Jarecka pozbawiona sznytu kobiety eleganckiej, zaraz po tym, jak wsiądzie do samochodu sięgnie do kieszeni/torby/na podłogę po wsuwkę i zamocuje na czubku głowy wszystko co jej dynda przy twarzy, czyli połowę tego, co ma na głowie, i co z takim mozołem Mała Mi przed chwilą utrefiła)

W Wielką Środę Jarecka wtacza się do salonu Małej Mi z wszystkimi córkami i Piątkiem. Córki siadają rzędem na sofce pod oknem, Piątek na kolanach Jareckiej i naprzód! - chlast po łbie, pianą w uszy, pac grzebieniem z lewa, pac z prawa.




- Mamo - teatralnym szeptem woła Trójka - ostatnio jak tu byłyśmy, to pani dała nam lizaka!
Pani daje lizaka i wielkim pędzlem wmiata Jareckiej ścinki włosów za kołnierz.
- Przeprostować ci prostownicą? - zapytuje na koniec (dlaczego się nie upudrowałam?- myśli udręczona Jarecka - na co mi ta kreska na powiece, połowa i tak się skruszyła! Szyja mi się starzeje czy to tylko tak w tym świetle?).
- Tak. Jeszcze dzisiaj jadę między ludzi.
Wyprostowane włosy przyklejają się natychmiast do twarzy Jareckiej - elektromagnes ma wielką moc!


...


Ciotka Fela mieszka w pięknej kamienicy z lat dwudziestych, odnowionej niedawno z wielką starannością.
Wieczór jest ciepły, wiosenny i pachnący. Po drugiej stronie ulicy przejeżdża tramwaj odsłaniając odległą lecz zaskakująco otwartą i wyraźną panoramę metropolitalnego city.

Wieczory u Feli Jarecka spędza z zadartą głową - z wysokiego sufitu zwiesza się imponujący w swej prostocie sześcioramienny żyrandol art deco.
Tego wieczoru nic nie powinno było zmącić tej pełnej nabożeństwa kontemplacji, bo ciotka zrobiła na kolację fasolkę, a Jarecka fasolki nie może. Niestety, Piątek wszczyna alarm - może za sprawą zapachu zakazanej strawy a może dlatego, że poprzedniego dnia Jarecka spożyła pewną ilość orzechów włoskich.
To nawet lepiej, że musimy już wracać - myśli Jarecka w drodze powrotnej - jak ta fasolka pachniała!


WIELKI CZWARTEK


Rzadki to widok o poranku. Czesiuniowa rozparta w fotelu na tarasie wygrzewa się w słońcu i pije herbatę.

Dla Czesiuniowej nastał czas laby - w szkole już wolne, w kościele też. Aż do soboty zastąpią ją ministranci; postukać kołatką każdy głupi potrafi, nie trzeba organistki.
Za jej plecami, w tafli szklanych drzwi odbija się Matka Boska stojąca w kącie ogrodu.
Matka Boska ma niebieską suknię, Czesiuniowa - czerwony szlafrok.
Matka Boska ma na głowie welon, Czesiuniowa - czarnego boba.

Jarecka widzi rzecz z okna i zaintrygowana sielską sceną przekłada filiżankę z kawą do lewej ręki żeby otworzyć balkon.
Gołe łydki natychmiast odnotowują przyjemną temperaturę.
- Cześć! - woła Jarecka.
Czesiuniowa nie słyszy, bo akustyka miejsca jest taka, że gdyby to Czesiuniowa szepnęła "cześć" Jarecka usłyszałaby bez problemu. Ale Czesiuniowa Jareckiej nie słyszy, bo też jej nie widzi, oczy ma zamknięte, w oczy świeci słońce.
Zresztą Jarecka i tak gada z ciotką Felą. Fela pyta, czy to prawda, że Piątek się rozchorował?
Tak, mówi Jarecka, w nocy miał gorączkę, jeszcze śpi.
Fela mówi, że ona wiedziała to już wczoraj, prorokini jedna.
Z domu naprzeciwko wychodzi Czesiunio i burzy statyczną scenę jak spod pędzla Hoppera. Wsiada na rower i kręci kółka po trawniku a zaczeska odkleja się od czoła i powiewa za nim majestatycznie.


WIELKI PIĄTEK


(podkład muzyczny: Modest Musorgski, Taniec kurcząt w skorupkach. W rytmie i tempie tej melodii upływają kolejne dni)

Aż do teraz :)





PS. Deszczowy Dom odwiesza zawieszenie działalności, które to zawieszenie nie było jak wiadomo ortodoksyjnie przestrzegane. Cóż począć? - w kobiecej naturze leży spożywanie zakazanych jabłek!
Żadnych wywołujących wypieki treści jednak spodziewać się nie należy - będzie jak i drzewiej o rodzinie, rękodziele - ze sporą dawką maszynodzieła i takie tam inne, wiadomo ;)

14.04.2014

Quilt nieoczekiwanie wielkanocny




Od czego zacząć?
Od początku będzie za długo, ale niech tam.
Zaglądała sobie Jarecka TU albo TU, z zachwytem i (no jakże by!) zazdrością, ale tak, jak się ogląda zdjęcia z Nowej Zelandii - pięknie tam, i co z tego?- i tak nigdy tam nie pojadę.
No ale potem Jarecka dostała na urodziny maszynę i radośnie popełniła swój pierwszy patchwork, TEN. Niewiele on przypomina tradycyjne quilty - zgoda, ale, choć na zdjęciach tego nie widać, nadspodziewanie dobrze udało się Jareckiej połączenie trzech warstw pledu. Uwierzcie, lewa strona prezentuje się, hm, nawet lepiej niż awers! Koc ów piknikowy zaliczył już w tym roku jeden najprawdziwszy piknik i pranie w pralce - obie imprezy zniósł doskonale.
Tedy sobie pomyślała Jarecka - a może by... dla Piątka...

Miało być tak:
- geometrycznie,
- w barwach marynarskich z dominantą bieli,
- tak, by wkomponować w całość hafty sprezentowane przez AELJOT,
- i tak, by się móc zmierzyć z szyciem tradycyjnych patchworkowych bloków.

Gdy Jarecka otrząsnęła się już z szyciowego amoku, rozpostarła gotową wierzchnią warstwę quiltu i oczom jej ukazał się taki widok (Jarecki, który natenczas wrócił z pracy, stał obok):


- O!- zdziwiła się Jarecka - jest taki... baptyzmalny...
A Jarecki powiedział, że jemu też tak się kojarzy.

I oto quilt naszpikowany wczesnochrześcijańskimi symbolami!
W centralnym bloku z ośmiokątem, który ponoć nosi nazwę "Królowa Prerii", widzi Jarecka symbol nieskończoności, życia wiecznego, Królestwa Bożego, przejścia w inną rzeczywistość. To kształt wczesnochrześcijańskich baptysteriów i sadzawek chrzcielnych.
A te wiatraki po bokach to jakoby swastyki, pogańskie symbole słońca, które w chrześcijaństwie oznaczają światło - Chrystusa!
Tylko te Economy Blocks z jabłuszkiem i konikiem z niczym się Jareckiej nie kojarzą, po prostu się podobają. Zresztą, tak się Jarecka rozhulała z tymi haftami, że nie znalazłszy już w darach od Aeljot nic, co by do tej kołderki pasowało, sięgnęła po metryczkę... Droga Aeljot, teraz zamknij oczy, a przynajmniej patrz przez palce, jak na horror!- ponieważ cała spora metryczka nie zmieściła się już w kompozycji Jarecka wzięła nożyce...
Imię i datę urodzenia wszyła w kołderkę. Obrazek z bocianem zaś "oprawiła" - będzie z tego poszewka na jasiek jak już Piątek zacznie używać jaśków.



Pięknie się złożyło, bo kołderka jest prezentem dla Piątka z okazji Chrztu, który już za kilka dni. Od mamy, która prężyła mięśnie przy maszynie i taty, który w tym czasie zajmował się wszystkim innym.










Aha, nie obyło się bez ofiar.
Dwie igły zakończyły żywot na pikowaniu.
Jarecki nadepnął na poduszeczkę ze szpilkami. Dalibóg! Dobrze, że szpilki mają łebki! Łatwiej je było znaleźć w stopie, no i było za co chwycić! Dzięki temu zdarzeniu Jarecka zlokalizowała wreszcie tę poduszeczkę, której kilka minut wcześniej rozpaczliwie szukała.
Jarecka zaś ma takie zakwasy od pikowania, że nie ma mowy o wyjęciu czegoś z górnych szafek w kuchni.

Aha 2
Być może niektórzy docenią fakt, że Jarecka nie posiada (na razie!) ŻADNYCH akcesoriów ułatwiających pracę nad patchworkiem ( żadne tam maty do cięcia i noże kółkowe jeno zacne nożyczki, ołówek i linijka) a jej maszyna ŻADNYCH patchworkowych ingrediencji. Pikowanie odbyło się przy użyciu najzwyklejszej stopki.



Jarecka odmacza obolałe mięśnie w ciepłej wodzie i jakby realniej marzy o Nowej Zelandii.

A Wy, Drodzy Czytelnicy, przyjmijcie świąteczne życzenia - nie jaj, nie dyngusów, ale - Światła! :)

10.04.2014

Jaśnie Panicz się nudzi

Jaśnie Panicz wyzyskał koniunkturę (czyli fakt, że telewizor schowany na dnie szafy)  i został gwiazdą kinematografii.


A zaczęło się jak zawsze, niewinnie. Zadzwoniła szkoła, że Jaśnie Panicz niezdrów, coby go sobie Jarecka zabrała do domu jak najprędzej. Jarecka natychmiast udała się w towarzystwie Piątka we wskazane miejsce i znalazła swojego pierworodnego w świetlicy, rozciągniętego na worku sako, bladego i - jak mówi klasyk - słaniającego się nogami.
W domu Jarecka kazała Jaśnie Paniczowi leżeć.
Gdy zajrzała do niego po kwadransie przeglądał od niechcenia gazetę.
(gdyby Jarecka nie zamknęła za sobą drzwi, co miało stanowić zaporę przed ewentualną zarazą, zobaczyłaby, że chłopię zaczyna czytać jakiś artykuł, czyta z rosnącym zainteresowaniem, zaczyna coś rozważać, rozglądać się, znowu czyta, znowu deliberuje...)
Po dwóch kwadransach oczom Jareckiej, gdy zajrzała do chorego, objawiło się coś takiego:


A zaraz potem coś takiego:



- Czy tata ma w komputerze movie maker? - odpowiedział tajemniczo Jaśnie Panicz, gdy Jarecka wreszcie zaryzykowała pytanie: synu, WTF...?

Powstał serial!
Pozbawiony konkurencji w postaci smerfów, elfów i jaskiniowców, robi zawrotną karierę w Deszczowym Domu, jak Niewolnica Isaura, nie przymierzając!
Serial nosi tytuł "Minionek i kostka", czego widzowie nie dowiedzą się z czołówki, bowiem okrutne rodzice usunęli ją dla potrzeb niniejszej publikacji, podobnie jak napisy końcowe...
Oto więc - bez czołówki i napisów - "Minionek i kostka" part 4!:



...



Ukończywszy pracę nad serią o Minionku i kostce, Jaśnie Panicz wyraził chęć zajęcia się czymś innym, haftem krzyżykowym, na przykład.
I się zajął!
Ujrzawszy efekty tej pracy Jarecka zaprosiła syna do udziału w projekcie, nad którym właśnie pracuje.
Szczegóły (prawdopodobnie) wkrótce :)


...


Jaśnie Panicz dostał powołanie na testy (z NASA. Chcą go wysłać w kosmos albowiem wywiad doniósł, że Rosjanie już szykują do takiej misji dziesięciolatka).
- No i jak? - wypytuje Jarecka w drodze powrotnej ze szkoły - jak te testy?
- Trudne - zafrasował się Jaśnie Panicz - nie wszystko wiedziałem. Jak czegoś nie wiedziałem, to strzelałem. 

Pozostaje wierzyć, że jak będzie chciał wrócić na Ziemię, strzeli w odpowiedni przycisk.




2.04.2014

Realizm magiczny à la Deszczowy Dom, czyli ptaszki, krzaczki, elfy i lewitacja

Sójki uwielbiają się huśtać na czubkach tujowego żywopłotu - oddają się temu zajęciu z upodobaniem jak dzień długi. Pupki mają przyciężkie, więc co raz muszą sadowić się od nowa.
Gołębie, zapasione jak gęsi, mają inną zabawę - w spadanie z drzewa. Siada sobie taki tłusty okaz na wysokim srebrnym świerku i lu! - w dół, jak niewładny. Podrywa się w górę nad samą ziemią i apiat' od nowa; hop na świerk i ziuuuu!


- Rozpakuj zmywarkę - mówi Jarecka do Czwórki.
Czwórka, jasnowłosy elf lat trzy i pół, eteryczna istota o smukłych dłoniach i stopach, delikatna jak mgiełka o brzasku, odpowiada:
- Nie.
- Co? - upewnia się zdumiona Jarecka - ach, dlaczego???
Czwórka, ta jasnooka rusałka o anielskim uśmiechu, głosem jak leśny strumyk szemrze:
- Bo mi się nie chce.


Po południu Jarecka wygląda przez okno i widzi własną córkę, niczym sójkę, kołyszącą się na czubku kolczastego krzaczora.
- Złaź stamtąd! - krzyczy do Trójki.
- Nie - odpowiada stoicko dziecię lewitując półtora metra nad ziemią.
- Jak spadniesz i się połamiesz to ja cię nie zawiozę do szpitala! - uprzedza wzburzona Jarecka.
Trójka na krzaku osiąga najwyższy poziom wyciszenia:
- Wiem.


Wieczorne sprzątanie w pokoju dziewczynek.
W roli ekonoma i kaowca w jednym - Jarecka.
- Trójka sprząta na biurku, Dwójka na podłodze - zarządza.
Czwórka zaś, ten jasnowłosy elf o alabastrowej cerze, głosem jak szklany dzwoneczek zastrzega:
- A ja sprzątam na suficie.



Już Jarecka zaczęła snuć plany w kierunku bujania się na żywopłocie - w poszukiwaniu równowagi - gdy w sobotę, pod chwilową nieobecność trawników, sąsiedzi znaleźli sobie zajęcie na wolnym powietrzu. Generał Sosna i Seba przytargali śmiercionośne narządzie i oddali się pitoleniu żywopłotu.
Sosna ciął, Seba trzymał drabinę.



Pozostaje spróbować tego spadania ze świerku.

31.03.2014

Mniejsze zło

To, że ktoś oberwie od Jareckiej bez łeb, było wiadomo już od rana. Takie miała Jarecka przeczucie a może postanowienie takie powzięła, kto zgadnie?
Egzekucję udało się jakimś cudem odroczyć do południa, niemniej siedząc z córkami przy zupie Jarecka nabuzowana do granic możliwości snuła rozważania o złu mniejszym i większym oraz o tym, komu się zbierze za to, że wstała lewą nogą.

Własne dzieci, co się je w bólach rodziło, szkoda bić.

- Dzisiaj uczyliśmy się o tym, że człowiek jest ssakiem - Trójka jak należy podjęła konwersację.
- A kura? - wtrąciła nie wiedzieć dlaczego Dwójka - kura chyba jest gadem...
Nie należy się dziwić. W Świerszczyku jak byk stało, że potomkami dinozaurów (wielkich gadów przecież!) są ptaki.
Trójka parsknęła, bo wyobraźnia podsunęła jej zabawny obraz.
- Jak kura by była ssakiem to by tak swoją mamę: dziub dziub - tu dźgnęła się palcem w pierś celem wizualizacji.
- A moja koleżanka też ma małą siostrzyczkę - dodała już poważnie - ale jej mama nie karmi piersią tylko butelką. Bo nie ma pokarmu.
- Jak ta koleżanka ma na imię? - zapytała natychmiast Jarecka, która dotychczas, pochłonięta morderczymi myślami, niezbyt interesowała się rozmową. Teraz poczuła, że coś jej wzbiera w śliniankach.
- Wiktoria.
- Jak to: nie ma pokarmu? - oburzyła się Jarecka - człowiek jest ssakiem, jak to: nie ma pokarmu? Mamy nie muszą karmić swoich dzieci piersią, ale jak nie karmią, to dlatego, że nie chcą, a nie dlatego, że nie mają pokarmu! Jak nie chcą, to nie mają! Albo - strzyknęła przez zęby Jarecka* - nie umieją!!!**
Zapadła cisza, szczęki zaprzestały pracy, trzy pary  zdumionych i skołowanych ocząt zwróciły się ku Jareckiej.

Jarecka zaś otarła zęby z jadu i odetchnęła z ulgą.

Kilometr dalej mama Wiktorii nagle poczuła się, jakby jej kto w mordę dał.

W Deszczowym Domu zaś zapanował spokój, miłość i peace. 







* jadem strzyknęła.
** dobra, dobra, Jarecka wie, że z tym karmieniem to jest różnie, bo sama zna kobiety, co bardzo chciały a się nie udało (choć, dla ścisłości - pokarm miały!) ale chyba lepiej, że się dostało mamie Wiktorii, co się ją zna z widzenia, niż własnym dzieciom, co się je w bólach rodziło!

No i chyba lepiej, jak się wrzuci posta wbrew deklaracjom niżby się miało oszaleć?




9.03.2014

Cztery powody, kolejność przypadkowa

Pierwszy powód jest taki:
Jaśnie Panicz wsiada do samochodu pod szkołą i zapina pasy.
- Mamo, gdzie byłaś?
Jarecka łgać nie umie ni du du, ajajaj! Skręca się tedy, wije jak piskorz.
- Nigdzie...
- To czemu nie przyjechałaś?
- Eee... bo nie mogłam...
- A co robiłaś? - Jaśnie Panicz drąży z właściwym sobie wyczuciem.
- Nic! - piszczy Jarecka żałośnie; ach, nie ukryje tego - zapomniałam!!!
(O tym, że Jaśnie Panicz jeszcze jest w szkole i że miała go odebrać)
- Ale wysłałem ci sms-a.
- Ale telefon mi się rozładował... Już rano... Przepraszam synu.
Jaśnie Panicz, zamiast się nadąsać uśmiecha się wyrozumiale i to wkurza Jarecką jeszcze bardziej niż ewentualne wymówki.


...


Powód drugi.
Zaczął się Wielki Post a Jarecka to typ organicznie niezdolny do poszczenia.
Od kilku ładnych lat ma dobry pretekst by tego nie robić, bo albo jest w ciąży albo karmi piersią. 
Ale, ale! - zakrzyknie ktoś przytomny - post nie musi oznaczać ograniczeń w jedzeniu! Można powziąć post z korzyścią dla organizmu! 
A właśnie.
I tu się Jareckiej uaktywnia antypostny czip. Załóżmy, że sobie Jarecka w imię wielkopostnych ćwiczeń odmówi słodyczy. Budzi się wówczas rano słaba i dobrze, że leży, bo by upadła. Żadne pomiary cukru niepotrzebne, Jarecka wie, że jej krew woła o cukierrr!!! - i ona musiii!!! - inaczej nie wstanie. 
Rzeczywiście, po spożyciu kawałka czegokolwiek co mieni się słodyczem, wszystko wraca do normy.
Albo myśli Jarecka: kawie stop! Ledwie to pomyśli, a już w głowie coś zaczyna pulsować, słońce razi, w uszach dudni. I jakże tu się dziećmi zająć, coś robić, gdzieś jeździć - w takim stanie za kółko? Tabletki nie pomogą, choćby listek zeżreć. A zresztą, leki niezdrowe, przecież Jarecka w ciąży albo karmiąca.
Tylko kawa pomoże, tylko kawa.
A jak już przyjdzie Popielec albo Wielki Piątek!
Przez trzysta sześćdziesiąt parę dni w roku Jarecka zaczyna dzień od kawy i ewentualnie "gryza" czegoś słodkiego. Po kawie robi herbatę mając nadzieję przegryźć nią kanapkę, do kanapki jednak zazwyczaj nie dochodzi. Potem wlewa więc drugą kawę i około południa soma przeróżnymi znaki daje znać, że pora by coś zjeść.
Zgoła inaczej jest w dni ściśle postne - wtedy budzi się Jarecka głodna jak wilk, wszystko w kuchni woła do niej "zjedz mnie!", więc Jarecka je, a po godzinie znowu słyszy to wołanie, i znowu je! Około południa ma już za sobą trzy dozwolone posiłki, przed sobą zaś drugie tyle, cóż począć. I wszystkie do syta.
Co prawda, od lat Jareccy na czas Adwentu i Wielkiego Postu chowają telewizor w szafie, ale że to wyrzeczenie - komu mydlić oczy? - na długo przedtem zacierają łapki na te spokojne wieczory w książkach. A jak ładnie wygląda komoda bez tego kurzołapa! Myślałby kto, że dzieci odstawione od TVP abc zgłoszą sprzeciw? Nie zgłaszają, a po powrocie telewizora na piedestał jeszcze długo, długo nikt go nie włącza.


...



Powód trzeci.
Jarecka jest typem nałogowca.
Szczęśliwie daleko bardziej niż alkohol (który owszem, uważa) papierosy (których wcale nie uważa) czy narkotyki (które nawet nie wie, czy uważa), pociągają ją robótki ręczne, czytanie, pisanie, a bywało, że i Angry Birds!
Nadmiar tych niewinnych i często pożytecznych słabości jednak, wiedz, Cny Czytelniku, również może prowadzić do uszczerbku na zdrowiu oraz zaniedbań.


...


Powód czwarty.
Zdarzy się czasem Jareckiej, nieczęsto, przejrzeć zeszyty szkolne swoich dzieci.
Dzieci Jareckich nie trzeba gonić do odrabiania lekcji, robią to same, zazwyczaj zaraz po powrocie ze szkoły, zanim Jarecka zdąży podać obiad. Czasem zajrzy im przez ramię, powie: pisz staranniej! Albo: zatemperuj ołówek, jak można ładnie pisać takim kartoflem?
Tego dnia Jarecka powiedziała do Dwójki: przynieś mi swoje zeszyty.
"W domu. Dokończ: moja mama jest..." przeczytała Jarecka treść zadania sprzed miesiąca. Pani Kasia, wychowawczyni, za pomocą wymownych czerwonych kropek i przecinków dała znać, że Dwójka mogłaby napisać o mamie coś więcej. Coś więcej niż tylko te dwie rzeczy.
Kochana i zajęta.


...


To są cztery (być może z większej liczby) powody, dla których Deszczowy Dom na kilka tygodni zawiesza swoją działalność.
Nie, żeby się Jareckiej znudziło robienie bloga, żeby się czuła wypalona, bynajmniej!
Jarecka udaje się na pustynię znaleźć odpowiedź na pytanie, czy blogowanie jest dla niej jeszcze niewinną odskocznią od codzienności, koniecznością z uwagi na BHP (bezpieczeństwo rodziny, higiena psychiczna), czy nałogiem, nad którym straciła kontrolę. 
To będzie ćwiczenie charakteru.
(Choć już, już zastrzega, że będzie blogosferę jednak śledzić a nawet proszę się nie zdziwić, jeśli wrzuci jakiś pościk, wszak silna wola nie jest jej mocną stroną, nadto może się zbudzić bladym świtem z objawami syndromu odstawienia i co wtedy?)

A zatem Kochani, do zobaczenia w Deszczowym Domu za czas jakiś!


(Jarecka sieje całusami na prawo i lewo zaś Wszechwiedzący Narrator stanowczo zaciąga kurtynę; idźże spać, kobieto!)

8.03.2014

Kolorowe kredki i księżniczka

Jakiś czas temu, przy użyciu kolorowych kredek (to ważne!), Trójka narysowała księżniczkę i obdarowała rysunkiem Jarecką.
Świetna kompozycja, żywe kolory, dopracowane szczegóły a nade wszystko pozytywna energia, która bije z obrazka - wszystko to sprawiło, że rysunek nie trafił tam, gdzie większość podobnych codziennych darów, czyli...eeee....do Krainy Rysunków, ale do pudła z inspiracjami.






I tak sobie leżał spokojnie aż do dnia, w którym Jarecka trafiła na wyzwanie w Art-Piaskownicy pt. KOLOROWE KREDKI - szczegóły TUTAJ




I co Jarecka zrobiła z tą inspiracją, proszę spojrzeć:

















Księżniczka udaje się więc do Art-Piaskownicy a Jarecka zmierza ku drzwiom (ktoś puka!), za którymi, jak co roku, spodziewa się zastać Generała Sosnę z tulipanem.
Miłego weekendu!

Lekturą w płot

Jarecka starannie dobiera lektury.
Żeby był płodozmian, lżejsze na przemian z cięższymi, klasyka, biografie, Polska i zagranica. Od czasu do czasu reset mózgu przy pomocy Agathy Christie albo Jane Austen. Czasem coś niby przypadkiem wpadnie w rękę/oko w bibliotece (Jarecka sądzi książki po okładkach i ma nieprzezwyciężalną słabość do tomów w granatowych albo marmurkowych introligatorskich oprawach, takich, co mają na grzbietach fragmenty tytułów nasmarowane białą farbką. A takie zdarzają się już baaardzo rzadko).

Jedne lektury Jarecka pamięta lepiej niż inne, bo trafiła jak kulą w płot. Nie, że książki słabe, bynajmniej!

Lata temu, Jarecka, która bywa bardzo praktyczna, postanowiła ułatwić sobie życie zabierając na wakacje szkolną lekturę. Bo jak przyjdzie przerabiać lekturę w roku szkolnym i wszyscy w panice rzucą się przeglądać opracowania, ona już będzie miała je w głowie. I tak, na plackowanie na nadbałtyckiej plaży z Najlepszą Przyjaciółką zabrała... Inny Świat.
Nomen omen!
O jakże inny był to świat od tego, w którym przyszło Jareckiej o nim czytać! Jakże się gryzła wizja generalskiej doczki oddającej się jakiemuś dziadydze za cokolwiek do jedzenia z błękitem nieba, młodością, beztroską, opalonym ciałem i bikini Triumph! (z lumpeksu. Dziesięć zeta)

Nauczona tym doświadczeniem, Jarecka staranniej dobierała wakacyjne lektury. Kilka lat później na wczasy z rodziną - także nad morze - zabrała pewniaka Tatuś Muminka i morze oraz Morze, morze Iris Murdoch (łapiesz, Czytelniku, tę logikę? Wedle klucza klimatycznego). Pozycję pierwszą łyknęła radośnie i poklepała się po brzuchu kontenta. Druga też, hm, niczego, morze, piękna przyroda, klimat nieco groźny, żywioł, nieźle! Do pewnego czasu nastrój książki  ładnie korelował z rzeczywistością - rzecz miała miejsce w czerwcu i polskie morze było odpowiednio zimne, wietrzne (czyli żadne tam bikini) ale słoneczne i fascynujące. Jarecka oddawała się lekturze dzwoniąc zębami nad szybko stygnącym kubkiem herbaty przed bungalowem (bo twardym trzeba być, nie miętkim, nie po to człowiek jeździ na wczasy, żeby siedzieć w domku) albo za parawanem na plaży, podczas gdy dziatki (Jaśnie Panicz, Dwójka) okutane w co się dało stawiały z tatusiem budowle z piasku lub spały ukołysane szumem (a właściwie SZUMEM) fal (Trójka).
Wszystko grało, aż w pewnym momencie dotarło do Jareckiej, że oto mówi do niej szaleniec i włosy powstały jej na głowie, o co nie było trudno, bo nosiła się wówczas Jarecka na zapałkę. Było tak, jakby łagodny uśmiech zastygł w złowrogą maskę. Okazało się, że narrator, snujący swą opowieść leniwie i kojąco, nagle dopuszcza się przemocy, której nadaje pozór miłości i troski, a czytelnik, czyli Jarecka, wierzyła mu długo w każde słowo, w dobre intencje. Odkrycie własnej pomyłki było jak policzek, książka stała się wstrętna i do dziś widzi Jarecka tę okładkę, czarną, w niebieskie i turkusowe smugi, czuje zawód i lęk jak przed psychopatą.

A i to przecież dziś zdaje się błahostką!

Ech, bo ki diabeł podkusił Jarecką, żeby końcem lutego zabrać się za Imperium Kapuścińskiego???



1.03.2014

Rękopis znaleziony w J


J to rodzinne miasto Jareckich.
Dzieci przywiozły stamtąd przechowane przez Mamę CałkiemInną manuskrypty.

Ale od początku.

Gdy Jarecka była dzieckiem, prawdziwym przedmiotem pożądania był dla niej zeszyt. Zeszyt do rysowania. Taki, który, strona po stronie będzie można zapełnić rysunkami dopracowanymi i barwnymi, i nie zdarzy się, by z okrzykiem "nie udało mi się!" pozbawić taki zeszyt choćby jednej kartki. Od czasu do czasu Mama CałkiemInna wręczała Jareckiej to z trudem zdobyte dobro z przeznaczeniem "na rysunki". Wszystko to było mało! Jarecka zapełniała rysunkami więc wszelkie znalezione papiery - wewnętrzne strony pudełek i teczek, kartoniki z rajstop i marginesy w zapisanych przez siostry CałkiemInne w szkole zeszytach.
Niemniej kilka tych bezcennych, wyżebranych na rysowanie zeszytów trafiło niedawno w ręce Jareckiej. Starsza o ćwierć wieku Jarecka obśmiała się, wzruszyła, ułożyła w głowie okolicznościowe przemowy zaczynające się od "jak ja byłam w waszym wieku, nie miałam tyle kartek do drukarki..." i śpieszy podzielić się z Czytelnikami pierwocinami swojego literackiego pomyślunku.

Oto historia pewnej Rusałki i jej przyjaciółki eee...Smerfetki.

Rusałka snuje się samotnie po swoim wypielęgnowanym ogrodzie.


 By ulżyć samotności, zaprasza do siebie przyjaciółkę, Smerfetkę. 
(Owe mazy, np.na niebie, zostały najpewniej dosmarowane przez młodszą siostrę Jareckiej, Wlepkę, lub jeszcze później, przez któregoś z Jareckiej siostrzeńców.)
Zwracamy uwagę na minę środka lokomocji, stonogi - jak nic siekierkowski cwaniak.


Smerfetka przybywa i zaczyna się typowe babskie rajcowanie.
Ploty.

Jedzenie.

 Wieczorne ablucje. (Intrygujący piktogram na drzwiach łazienki...)


Znowu jedzenie.
Kontemplujemy wnętrzarskie rozwiązania. (dom Rusałki jest bez wątpienia domem o stu pokojach!)
Poniżej antresola na którą wiodą schody z lastryko, hitem zaś jest komodo-kominek.
Bauhaus, panie tego, i czysta forma.


Nawet Święta mają, a więc znowu jedzenie.


I znów w kuchni. Ale innej! Bystry obserwator wypatrzy w głębi pokoju telewizor, a w nim - przemawia KOPERNIK!!! (trochę tylko podkolorowany przez Wlepkę).
Na uwagę zasługują też garnki Philipiaka na górnej półce.



Ale żeby nie było tak tylko o jedzeniu i wnętrzarstwie, oto nasze bohaterski gdziesik się pindrzą.
Jedna:


I druga:

Niech Was nie zmylą gruszki na drzewie! To wierzba, a panny pindrzą się, bo święto!


1 maja!
A więc pochód!



Wystarczy? :)))
Miłej niedzieli, Drodzy Czytelnicy!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...