21.06.2017

Hit wakacji

   Podczas gdy kraj ustawia się blokach startowych na linii "koniec roku szkolnego" i czeka tylko na rozdanie świadectw, galowe stroje, nagrody, dyplomy, kwiatki dla nauczycieli, mszę z okazji zakończenia, akademię z okazji zakończenia (w pakiecie!), przemowy dyrektorów i inne atrakcje, Jareccy próbują sobie przypomnieć, czy aby rzeczywiście byli już na wakacjach, bo może im się tylko śniło?
Opalenizna wyblakła, kąpielówki wyschły, z dmuchanych zabawek pospuszczano powietrze. Kończy się kawa przywieziona z Włoch, magdalenki wyszły już dawno jako drugie śniadanie do szkół.
Co zostało?






Wiadomo, wrażenia.
Gdyby zapytać dowolne dziecko Jareckich czy Mireckich (bo w tej kompanii zażywano kanikuły) co na wakacjach zrobiło na nich największe wrażenie, co można usłyszeć? Baseny, zjeżdżalnie i rwące rzeki do jazdy na dmuchańcach? Drzewko morwowe objedzone przez tę polską szarańczę do gałązki? A może freski Piero della Francesca w Arezzo? Giotta w Asyżu? Nie? To może chociaż umbryjskie panoramy? Lody? Wieczorne tańce z animatorami? Też chyba nie.









Fascynacja zrodziła się podczas jednego z identycznych słonecznych i świątecznych dni w kempingowym miasteczku, powiedzmy że "gdzieś w Toskanii"'
Idzie sobie rodzina Jareckich i rodzina Mireckich, która tym różni się od tej pierwszej, że jest ciut liczniejsza i że wszyscy są tam do siebie podobni. Jakby tego było mało, na wycieczki krajoznawcze Mirecki wydaje dzieciom z magazynu jednakowe koszulki - limonkowe albo błękitne - czym dokumentnie kradnie show Jareckim.
Idzie sobie ten kilkunastoosobowy tłum na basen i WTEM!
Trudno dziś powiedzieć, co jako pierwsze zwróciło uwagę: czy drobne kilkulatki jadące na rowerach/hulajnogach z prędkością światła po chodnikach o dużym nachyleniu, czy kolorystyczna harmonia małżonków z przyczepy przy głównej alejce, czy mały stolik przy tejże przyczepie.
Przy stoliku sześć małych krzesełek.
Na stoliku sześć małych kubeczków.
Hebanowa Mamma.
Waniliowy Vater.
I sześcioro małych Murzynków w pełnym pędzie na rowerkach.
Jeszcze czekoladowe niemowlę na rękach Mammy.
Jak nietrudno się domyślić, to nie wielodzietność zrobiła wrażenie - na Mireckich, którzy wychodzą w tym starciu na remis - ani na Jareckich, którzy przecież znają Mireckich, więc nihil novi; raczej to, że Murzyniątka wyglądały na rówieśników i w pędzie zdawały się mieć w pogardzie swoje życie, kolana i czaszki.
Jarecka, wierna czytelniczka Agathy Christie, zaczęła się rozglądać za brakującymi trzema Murzynkami.*
Nie było - dramat, ale zostawmy takie tam literackie skojarzenia.



Przez kolejne dni dzieci kręciły się po głównej alejce i raz po raz przynosiły rewelacje z podwórka Murzynków. Fantastyczne opowieści o tym, że na przykład wszyscy jedzą obiad albo że idą na basen, albo pod prysznic. Wkrótce także bardziej szczegółowe informacje. Że fascynująca gromadka nie jest wcale w jednakowym wieku i że najstarszy z rodzeństwa ma na imię Giuseppe (co za zawód, nie Bambo?!) Kolejne raporty składał Angelo Mirecki o urodzie putta i sprycie Klossa a Jarecka z Mirecką przyjmowały zakłady bukmacherskie, czy miały tam miejsce ciąże mnogie, i ile razy.
W jakim języku Angelo inwigilował interesujące obiekty - nie wiadomo. Wiadomo za to, że w pewnym wieku - szczęsny czasie! - zupełnie nie ma to znaczenia.



Taaaak. Wakacje były i się skończyły, wypłowiało pod powiekami słońce Italii. Zaległości w edukacji nadrobiono, zarośnięty trawnik skoszono, odczytano kilometry maili w dzienniku elektronicznym. Nastały nowe zachwyty; że łąki tak bujnie kwitną, że borówki w tym roku obrodzą, że już ta Zadnia Góra nie będzie taka zadnia...
...bo oto przed Deszczowy Dom zajechała gigantyczna ciężarówka, usypała piramidy tłucznia a wielki walec uklepał w miejscu Strasznych Wertepów istny highway.
- Dzieci! - krzyknęła Jarecka sztachając się z lubością czerwonawym pyłem hajłeju - będziecie mogły teraz do woli jeździć po ulicy na rowerach i hulajnogach!
Na co Piątek, oczadziały tą perspektywą:
 - JAK MURZYNKI!!!


Zaprawdę, zaprawdę.
Nie ma na świecie nic bardziej fascynującego niż drugi człowiek.



*Mam na półce tę książkę pod tytułem I nie było już nikogo. W sensie, że żadnego Murzynka.

13.06.2017

Za zamkniętymi drzwiami

Dostałam wiersz do zilustrowania.

Wierszyk cymes, ale nie było tam ani słowa o domkach, kwiatkach, syrenkach i o niczym, co znamy z widzenia tylko o czymś, czego JESZCZE NIE MA!! Aaaa!!!!




Najpierw były szkice.
Potem wyłoniła się jakaś maszyna, której koloru i faktury użyczyła moja koszulka, niech jej ta maszyna lekką będzie.




Hm, ale może by maszyna z jakąś ludzką twarzą? na przykład konstruktora tejże?




Od razu mówię: w osuszaniu butelki miałam, owszem, swój udział ale nie przy pracy! Najpierw zrobiłam przestrzenną konstrukcję z głowy osadzonej na butelce. To się nie udało, bo przykleić głowę do butelki to pikuś, gorzej z osadzeniem wysięgnika, który wieńczy hełm wynalazcy. A zatem gość będzie pozował leżąc.

Rozejrzyjmy się po pracowni. W prawo -




...w lewo -




...i na wprost -




Myślicie sobie: ale bałagan! Nie, tu jest całkiem porządnie. Przy tej ilustracji nie dziergałam wcale tak dużo jak przy domkach czy kwiatach.
Sprzątnę, jak skończę.

Gorzej, gdy bałagan robi się na planie -




Poniżej klej w sztyfcie jako wspornik chmur, obłoczków, genialnych myśli...




Na zdjęciach można wypatrzyć trochę brudnych naczyń; zapewniam, w kuchni jest ich dużo więcej.
Jakieś kłaczki kurzu, jakieś dzieci żywione płatkami z mlekiem i makaronem z pesto, jakieś stosy prania do wyprasowania - podobno wszystko to za drzwiami pracowni można spotkać. Wierzę na słowo.


Ostateczny efekt pracy zobaczycie w pierwszym wrześniowym numerze Świerszczyka.
Autorką wiersza jest Ala Krzanik znana w DD jako Alcydło Kr.
Nie mogę się doczekać!

03.06.2017

O niefrasobliwości, demencji i o tym, jaki ma to wpływ na ogólny stan zdrowia

Jak wyjaśnić to, że Jarecka porzuca samochód pod supermarketem "Juda&Tadeusz" i zmierza szybkim krokiem na przystanek autobusowy?
To dziwne, nieprawdaż, zwłaszcza, że w tym czasie jej syn lat 12 (i 10 miesięcy) został sam w domu z trzylatkiem, który właśnie...
- ...zwymiotował...
- Ach tak - zasępiła się Jarecka i na ułamek sekundy zawahała się, czy nie wrócić do domu - a czy drugą stroną też już zrobił?
- Dwa razy, musiałem mu zmienić majtki.
- Aha, aha - potakiwała Jarecka zachęcająco. Wiatr dął i trochę zagłuszał rozmowę.
- Ale właśnie powiedział, że czuje się dobrze.
Jak dobrze, to dobrze! Bene!
A otóż i autobus, ciao.

Jak to wyjaśnić?
Bardzo łatwo.
Jarecka zmierzała do okulisty.
W głowie mając te sceny sprzed lat, gdy wychowawczyni Ewa (internAt szkoły matematycznej w mieście B), obfita macierz, stawała w drzwiach pokoju nr 414 i załamywała ręce.
- Dziewczyny, jak możecie czytać tak po ciemku, popsujecie sobie oczy!
Jarecka i Jej Najlepsza Przyjaciółka podnosiły wzrok znad Królów przeklętych, Muszkieterów tudzież innej pożywki nastoletniej egzaltacji - i tu się kończą wspomnienia Jareckiej, pozostaje tylko smutna konstatacja "a ostrzegała!".
Zupełnie jakby kolejne kilka lat Jarecka spędziła na leżeniu z okładem z rumianku na powiekach.

Pani doktor okazała się być z gatunku tych kobiet, które wprawiają Jarecką w zachwyt. Twarz jaśniejąca, jakby dopiero co zeszła z góry Tabor, zęby - no to już przesada! - i sylwetka tęga a energiczna, wysokaaaa! Co się robi z twarzą, żeby była taka gładka i jednolita w kolorze? Bo coś się robi, ludzie się chyba tacy nie rodzą?
- ...najgorzej jest jak jadę w nocy samochodem - użalała się Jarecka - światła mi się rozmazują, widzę same poświaty (że prawie zaświaty!), nie mogę ocenić odległości. No i na przykład, z tego miejsca - kiwnęła brodą w stronę okna - nie widzę wyraźnie twarzy ludzi, którzy idą tamtą ulicą.
Krasawica łypnęła we wskazanym kierunku i zdusiła w sobie uwagę, że zasadniczo, jak się nie jest myszołowem, nie ma potrzeby zoomować aż tak.
- A kiedyś widziała pani lepiej? - zapytała podejrzliwie.
- Zdecydowanie! - zapewniła żarliwie Jarecka.
Pani doktor zamrugała zakłopotana za szkłami swoich kocich okularów zastanawiając się najpewniej, jak przekazać pacjentce tę szokującą wiadomość.
- Znajduję pani wzrok bardzo dobrym - orzekła.
(Znajduję jakimś! - jakiż wspaniały zwrot! Ilekroć ktoś go użyje w obecności Jareckiej, w jej pamięci odżywa anegdota profesor Falistej. Było tak: koleżanka poprosiła Falistą o opinię o współpracowniku: "Powiedz, jak znajdujesz doktora Jima?" "Normalnie" - Falista na to - "idę do jego biura i pytam sekretarkę, czy jest Jim")



- ...i że nie proponuje mi okularów, wystarczy nawilżanie oczu - zakończyła Jarecka zwyczajowe sprawozdanie dnia. Jarecki jednym okiem był już w Krainie Snu.
Jakieś pół roku wcześniej Jarecka przebadała się od osocza aż po najmniejsze leukocyty i wprawiła w zdumienie lekarzy faktem, że niezbyt dbająca o siebie baba po kilku ciążach może mieć doskonałe wyniki bez wspomagaczy (nie licząc kawy. I wina). Te wyniki stanęły jej teraz przed oczami pod rękę z diagnozą okulistki.
- Ty mi powiedz - zapytała pochrapującego męża - na co ja umrę? Chyba już tylko na demencję.




Ach, może się martwicie co z tym chorym Piątkiem?
Nic mu nie będzie, takie geny.



...



Wakacje, wakacje, i po wakacjach, ech.
Jako te bańki są wakacje.
Amen i dobranoc.
















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...