18.07.2017

Akt drugi

Żona bez męża to wdowa, dziecko bez rodzica to sierota a rodzic bez dziecka?

Jarecka z żalem powiesiła na drzwiach pracowni zawieszkę z napisem URLOP i postanowiła, jako rasowa Polyanna, ugrać coś dla siebie (jest się tym Niepokonanym albo nie).
I wymyśliła, że uda się do centrum handlowego przejrzeć ofertę wyprzedażową, skoro akurat pozbawiona jest przez los i własne machinacje ogona dziewczynek mówiących: mamo, podoba mi się ta sukienka, a taką ma Zosia, a tata jest mi winien sto trzydzieści złotych, a właściwie to ja nie mam krótkich spodenek/sukni z trenem/pantofelków.
Tylko Piątek, jeden jedyny Piątek.
- Mamo, a czy tam jest jakieś jedzenie? - zainteresował się Piątek, gdy Jarecka zaparkowała samochód na miejscu dla matki z dzieckiem.
- Nie wiem - zełgała bezczelnie i pociągnęła dziecinę w kierunku szklanych drzwi - przez moment doznała zachwycenia widząc swoje odbicie takim luźnym; jedna ręka zajęta a jedna całkiem wolna, jedno oko wolne!

Zaraz po przekroczeniu progu przybytku próżności natknęła się na Koczkównę. Czy pamiętacie, ach, co to był za ślub? Na Zaogoniu? Tę bryczkę w cztery konie i tajemniczą kreację Narogowej? To właśnie ta Koczkówna wtedy za mąż szła.
Poszła i zaraz przyszła, córeczka jej się ino ostała, śliczna, czyściutka i nie stawiająca oporu względem przechadzek po centrach handlowych. Koczkównę przygnał tu ten sam BRAK, co Jarecką. Otóż Luba wyjechała do rodziców na Ukrainę* i na ulicy Ślepej w Zaogoniu zrobiło się nieznośnie odludnie. Brak koleżanki do pogaduszek i towarzyszek zabaw dla córeczki. 
Cóż było robić, zróbmy zakupy.

Piątka szybko znużyła rozmowa tocząca się nad jego głową.
 - Chodź, pokażę Ci, gdzie tata mi kupił mi okulary ze spajdermenem.
 - Ale ja chciałam tutaj...- zawahała się Jarecka ale już jej nieposłuszne nogi pognały za Piątkiem.
No dobra, i tak chciała zajrzeć do tego sklepu po ramkę dla Czwórki, co za różnica teraz czy później!
Regały z ramkami wszelako Piątek miał w pogardzie; ruszył ku zabawkom. Jarecka dała synowi delikatnie do zrozumienia, że te rzeczy nie są najlepszej jakości i może nie warto, na górze też jest sklep z zabawkami. 
W sklepie na górze zabawki były w takich cenach, że Jarecka zarządziła odwrót i dała zgodę na śmieciarkę; z sygnałem dźwiękowym, niech będzie (do cholery).
- Wróciła pani! - rozpromieniła się kasjerka widząc Jarecką ponownie - UPARŁ SIĘ?
Jarecka udała, że nie poczuła się upokorzona sugestią, że jest żałosną, bezwolną matką; Genowefą Smoliwąs dwudziestego pierwszego wieku.
Wyszła ze sklepu rezygnując z własnego shoppingu (za nią, wczepiony w sweter, Piątek sunął po gładkiej podłodze jak narciarz wodny) i postanowiła udać się do pasmanterii, na otarcie łez.
W pasmanterii Piątek (znów!) nie znalazł ujścia dla swojej żywotności i podczas gdy Jarecka w przykucu próbowała wybrać zestaw kolorystyczny dla pewnej maskotki, prosto w jej ucho emitował niecierpliwe: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...
Serio, przez kilka minut na jednym wydechu: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...

Po wyjściu stamtąd Jarecka wykonała telefon do siostry Drumli z informacją, że nie, nie przyjedzie już dzisiaj. Nie ma siły.
Może jutro?
Jutro kolejny dzień z Piątkiem jedyniątkiem.
Zostawmyż sobie jakieś atrakcje na zaś.





*Ze swojej podróży Luba przysłała krótki filmik, który mnie wzruszył do łez. Przebiegła Luba zapowiedziała rodzicom, że przez kierowcę autobusu poda im przesyłkę. I teraz wyobraźcie sobie: autobus podjeżdża, tata Luby wolnym krokiem się zbliża, mama chroni się w cieniu wiaty przed upałem. I WTEM! Z autobusu wyłania się wnuczka a za nią Luba z drugą córką. 
Gdyby mama Luby tego dnia nalazła się na torze w Pardubicach, wygrałaby bieg w cuglach.
Starsza pani w szaleńczo radosnym galopie na widok swojego dziecka - jak ja ją rozumiem!



Dramat, akt pierwszy

Jareckiej już się to kiedyś przydarzyło.
Miała wtedy pięć albo sześć lat i do dziś pamięta tamto uczucie.
Dla złagodzenia traumy mama zabrała ją na największe w mieście lody; raczej nie pomogło.
Wycieczka na Jasną Górę owszem, pozwoliła na chwilę zapomnieć. Wrażenia z niej udokumentowała zresztą pisemnie w liście do siostry Mireckiej, który to list podobno Mirecka jeszcze przechowuje.
Drukowanymi literami, gryzmoląc wszystkie literki J wspak, Jarecka opisywała swoje przygody, a to że straszliwie wysoka wieża, że pierścionek na straganie, że jakiś chłopak powiedział "kosztke maszła" (ale ty wiesz, jak się mówi?) i że JUŻ NIE CHCE BYĆ SAMA.
Właśnie to się stało.
Wszystkie trzy siostry Jareckiej wyjechały na kolonie, opuściły ją, porzuciły, zostawiły na łasce losu i wielką jej uczyniły pustkę, jak to opisał Poeta.


Ta pustka odżyła w Jareckiej w niedzielę, w chwilę po tym, jak wujostwo Fistaszkowie powieźli w świat Trójkę i Czwórkę.
Półka na buty za pusta.
Lodówka za pełna.
Piątek w stanie pomieszania zmysłów, zagubiony jak jego matka na stoisku z wędliną.
Nie wie kiedy jeść, zawsze siadał do stołu w kompanii. Nie wie kiedy oglądać kreskówki - zawsze przypominało mu się, że ma na to ochotę, gdy Czwórka siadała do Littlest Petshop. Gdy starszaki składały na stole puzzle z tysiąca pięciuset kawałków, on przynosił swoje układanki z bohaterami Avengers. Z bratem grał w piłkę a z siostrami kłócił się o huśtawkę.
Huśtawka dynda na wietrze.

- Tato, zagrasz ze mną w piłkę? - zapytał Piątek w ten niedzielny ranek a echo jego słów odbiło się w pustych pokojach.
- Jasne - odparł Jarecki i ruszył do gry.
Jarecka przyglądała się z tarasu, jak raz po raz któryś naciera na bramkę między dwoma jabłonkami.
"Teraz ty jesteś piłkarzem a ja bramkarzem, teraz ja jestem piłkarzem a ty bramkarzem, teraz obaj jesteśmy piłkarzami" - dyrygował Piątek (w tym wieku piłkarze na szczęście jeszcze nie krzyczą KURWA MAĆ!!).
- A teraz mamo chodź, będziesz Niepokonanym!
Jarecka zamrugała wybudzona z letargu.
- Co?
- Będziesz niepokonanym! My z tatą jesteśmy Supa Strikas i gramy z Niepokonanymi.
- Que? Mam grać z wami w piłkę??
Piątek, który nigdy, przenigdy nie zaproponował swojej matce czegoś podobnego patrzył na nią z nadzieją i nie widział w swojej propozycji nic nadzwyczajnego. Jarecka owszem.
Jarecki turlał się ze śmiechu.

Trochę się tam dałam pokonać, ale tylko trochę.

Święty Spokoju, módl się za nami.



Ciąg dalszy niezwykłych przygód słomianej matki słomianego jedynaka nastąpi.




12.07.2017

Bez upiększeń

To jest dziwne a nawet podejrzane ale to prawda.

Dzieci jest pięcioro.
Gdy jedno wyjedzie, zostaje czworo, czyli wciąż dużo.
A jednak "pełno nas a jakoby nikogo nie było..."
Gdy zabraknie jednego koloru w widmie, to już wszystko się zmienia, czyż nie?

Tymczasem wyjechało dwoje - to najbardziej żarte i to najbardziej sterane bojem o równość.
Cisza.
Spokój.
Nikt nie blokuje kuchni swoimi wypiekami i nie zadaje zakazanych pytań w stylu: co mogę zjeść? Nikt się nie obraża, nie trzaska drzwiami i nie wykrzykuje, że to jest NIESPRAWIEDLIWE!



***


Przybliżcie się no.
Jest noc, wszyscy śpią, będę się zwierzać.
Wydziergałam portret Sylvii von Harden i myślę sobie.




Taka Sylvia, feministka, chłopczyca. Twarz swoich czasów (dwudziestolecie międzywojenne, Niemcy). Poproszona o pozowanie do portretu stawia warunek: bez upiększeń.


Otto Dix, Portret dziennikarki Sylvii von Harden
A naprawdę wyglądała tak:

Babka z jajami, co nie?



Z domu wyniosłam naukę, że faceci to nic dobrego i zasadniczo nie należy im ufać. A z drugiej strony, że świętym obowiązkiem jest robić mężowi kanapki do pracy, odgrzewać obiad i prasować koszule.

A ja czuję się kobietą wyzwoloną.
Wyzwoloną od tych nauk.
A także od dzisiejszego feministycznego obowiązku robienia kariery, bycia samodzielną i walki z mężczyznami o rację.

Przeszłam długą drogę z domu rodzinnego do miejsca, w którym jestem. Tak jak moja mama mam pięcioro dzieci. Czasem odgrzeję obiad, koszul raczej nie prasuję. Zawsze ufam.
Jestem bardzo szczęśliwa.

Co dam na drogę moim córkom?
Myślę o tym w nocy, gdy wszyscy śpią.






Ale zaś nie codziennie! Bo zazwyczaj to książeczka, podusia i lililaj ;)
Dobranoc.

04.07.2017

Jak to się dzieje

Najpierw wiadomo, dzieci są małe, trzeba nakarmić, trzymać za rękę, żeby nie rozwaliły głowy ucząc się chodzić. Nie wiedzieć kiedy robi się z tego cały etat.
A potem znienacka! - gdy tak sobie tkwisz w tych trybach i zębatki odgniatają ci się na czole, i już bez protestu jedziesz na tej taśmie - zauważasz, że twoje starsze dzieci nie tylko potrafią zrobić sobie kanapkę, ale też upiec ciasto, zrobić prosty obiad, zająć się rodzeństwem. Że to destrukcyjne niemowlę ma już prawie cztery lata i ochoczo zajmuje się układaniem swoich puzzli oraz w nosie ma skarby twojej pracowni.
Jak się człowiek w porę nie spostrzeże, pojedzie na taśmie aż do ostatniej stacji.
Można też złapać tę bezcenną chwilę nieznanej długości i niech się DZIEJE!

Czyli będzie o dzianinie a konkretnie o szydełku.


A więc - JAK TO SIĘ DZIEJE.


Najpierw robię sobie szkic. Nie po to, żeby się go wiernie trzymać, raczej po to, żeby wiedzieć mniej więcej co ma się znaleźć na ilustracji a przede wszystkim określić gamę kolorystyczną.
Takie bazgru bazgru.



Następnie trzeba posprzątać w pracowni, bo potrzebuję dużo miejsca. Zdziwicie się! Sprzątam ochoczo, bo na końcu kija dynda ta słodka marchewka, WIZJA!
Dzień pierwszy to konstrukcja makiety. Styrodur, nóż do styroduru, klej na gorąco, arkusze brystolu i tkaniny, które razem stworzą bazę pod obrazek.
Na deser wybieram sobie włóczki do pracy.
I idę dopilnować porządku poza drzwiami pracowni; cokolwiek to znaczy.






Dzień drugi -
- i kilka kolejnych to najlepsze, ulubione. Dziergam, co mi w duszy zagra. Na tym etapie wszystko do wszystkiego pasuje, układam, przekładam. Rozplanowuję większe płaszczyzny i gdy ustalę mniej więcej kolory, fasady pakuję w koszyk i schodzę na dół popracować w filii pracowni - czyli przed telewizorem :) Gdy dzieci są w domu oglądam Napisała morderstwo, gdy ich nie ma odpalam coś na Netflixie. Nie może to być ani za mądre ani za ładne, bo jednak oczy i czujność mam zajęte ;)
W nagrodę dziergam sobie skuterek.

Potem zaczyna się wybrzydzanie. Jednak nie ten kolor, to źle tu wygląda, za duże, za małe.

Ten budynek na drugim planie odpadł bo okna z balkonami wyglądały jak dziwne mordki. Dziękujemy, zadzwonimy do pana.
Im dalej w las, w miarę rozbudowy coraz więcej decyzji do podjęcia. Czasem potrzeba kilku prób, żeby trafić w swoje założenie.

I znowu dziwna mordka wystaje nad dachami! Wytnę ją w Photoshopie.



Weźmy ten budynek z lewej strony, ten brązowy. Kilka razy zmieniałam mu okiennice. A to za bardzo kontrastują, a to zbyt podobne do dachu. Teraz wyglądają, jakby były do kompletu z tymi na środkowym budynku, prawda? A to zupełnie inny kolor. Okiennice takie jak pośrodku owszem były: lecz na ciemnym tle wypadły tak jaskrawo i tak upodobniły się do błękitu nieba, że wymieniłam na dużo (serio!) ciemniejsze.

Przede mną jeszcze najgorsze: zdjęcia, obróbka. Za mało to umiem, żeby mogło mi sprawiać przyjemność. No ale człowiek uczy się całe życie, jak mawiała moja babcia.
...I głupi umiera - tak kończy się ta sentencja.

A skoro piazza gotowa i pogoda dopisuje, chodźcie się przejść!


to zdjęcie jest poruszone, bo zrobione z okna samochodu! Mini włoskiej pandy! ;))


Znowu z pandy!




Chmurka tylko na chwilę zmąciła błękit nad naszym citta.
Zerwał się wiaterek, poruszył praniem, przegonił obłoczek.


Idę przykryć miasteczko prześcieradłem, żeby się nie kurzyło. Już sprzątnęłam pracownię.
Na warsztacie kolejny szkic, cieszę się głupek, lecę wybierać włóczki!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...