31.12.2015

Nowa cyferka






Na ten Nowy Rok (uwaga! zmienia się cyferka!) życzę Wam przede wszystkim
POKOJU



A sobie przynajmniej pięciu, plus jeden na pracownię dla mnie.

czyli razem sześciu.






29.12.2015

Inwentaryzacja cz.2

Etykiety "meblarstwo" jeszcze w Deszczowym Domu nie było.
Zanim majstry od elewacji rozpanoszyli się na balkonie udało nam się wespół w zespół odnowić biurko.
Jarecki zeszlifował strategiczne powierzchnie a ja odmalowałam niektóre połacie farbą akrylową (półmat).
Blat został polakierowany, szuflady dostały nowe gałki.

To był lifting na bardzo szybko, ale przyznacie, że jest lepiej niż było?









No i moja ulubiona zabawa w "znajdź pięć różnic":




28.12.2015

Inwentaryzacja, cz.1



Koniec roku, pora zinwentaryzować magazyny i wywlec na światło dzienne to, co jeszcze niezarchiwizowane.
A trochę w tych magazynach zalega...

Na początek -

- robótka przewlekła, czyli bieżnik, który szyłam niemal rok, od momentu, gdy zakochałam się w podobnym na blogu Kasi, o TU.
Nie jestem taką szwaczką doskonałą jak Kasia, ale nie porównując się powiem, że jestem z mojego bieżnika bardzo zadowolona a nawet dumna :)










21.12.2015

O trudzie nie do wytrzymania

Strasznie trudno musi być ludziom, którzy nie potrafią się ot tak, po prostu roześmiać.

Weźmy takiego Saszkę - dziwny gość.
Zamieszkał sobie u Luby i Tarasa na kilka dni i został dwa miesiące.
- Ale dokłada wam się do czynszu? - wypytywali Jareccy.
Nie, nie dokłada.
- To pewnie zakupy robi?
Nie, nie robi.
Taki to gość.
Ale tak naprawdę Jarecka znielubiła Saszkę pewnego ranka, gdy o bezlitosnej piątej dwadzieścia wyprowadziła samochód z garażu i zobaczyła, że nie zgasiła lampy u dziewczynek - zapaliła ją szukając sobie ubrania. Ruszyła przeto kłusem ku klatce schodowej, otworzyła drzwi i wpadła wprost na schodzącego z góry w kompletnych ciemnościach Saszkę.
Jarecka podskoczyła, ryknęła i zaczęła się histerycznie śmiać, wszystko naraz, a ten Saszka, szuja, nic. Ani kącik mu nie drgnął.
Powiedzcie, co to za człowiek, co nie zdobędzie się na uśmiech?


...


Pamiętamy, tak, pamiętamy - Mechanik wciąż jest Jareckim dłużny dwieście pięćdziesiąt złotych.
Jarecka przypomina sobie o tym za każdym razem gdy chce przetrzeć tylną szybę a wycieraczka niezawodnie zatrzymuje się osiągnąwszy pion. 
Szyba od strony kierowcy owszem, otwiera się, lecz już nie da się jej zamknąć. Domknięta na słowo honoru nie do końca chowa się w uszczelce i nieznośnie gwiżdże. Jarecki już przyzwyczaił się, że przy każdej bramce, przy jakimś podajniku biletów parkingowych, musi otworzyć drzwi - z samą szybą lepiej nie próbować. Automatyczne otwieranie szyb jawi się teraz Jareckiej szczególnie stylowym! Niestety.
Najbardziej dokuczliwe zaś jest zimno. Samochód z niewiadomych przyczyn (Jarecki oczywiście twierdzi, że je zna, ehe) odmawia grzania. Jarecka uważa, że mniej zmarznie idąc pieszo, ale wciąż nie może się zdobyć na badania empiryczne w tym kierunku. Co prawda działa podgrzewanie foteli, które przede wszystkim jednak sprawia, że człowiek czuje się, jakby zrobił pod siebie siusiu.
Do tego, że ktoś co chwilę zaczepia Jarecką słowami "jakaś blacha ci się/pani się dynda tam pod spodem" Jarecka już się przyzwyczaiła. Jarecki mówi, że wie co to za blacha i wygląda na to, że czuje się z tą wiedzą komfortowo.
Jak w średniowieczu - nazwać chorobę, to jak ją uleczyć.


Jarecka nie wierzyła, że kiedykolwiek wyartykułuje taką myśl, ale to się stało. Brakuje jej śniegu. Z niedowierzaniem wspomina, że tak niedawno, za dni jej dzieciństwa śnieg spadłszy końcem listopada leżał do marca. Raz w formie białego puchu, raz szarej brei - ale leżał. Ale po cóż sięgać tak daleko! Czyż będąc studentką nie przemierzała kilometrów brnąc na skróty w śniegu?
- Mróz jest wspaniały - racjonalizowała koleżanka Polyanna w drodze z uczelni - tak ładnie się skrzy,  wymraża zarazki i w mroźną pogodę trudno spotkać na tych ścieżkach żula!
Ostatni zaleta mrozu już po chwili okazywała się zwykle nieprawdziwa, ale niechby był ten mróz i śnieg, choćby z żulami.


I w ogóle - Święta idą.
Za Jarecką, krok w krok,w chmurze kurzu jak diabeł tasmański (ten z kreskówki) podąża wszędzie stado Hunów.
Jarecka szepnie "pieczemy pierniczki" - i już potop zalewa kuchnię, wdeptuje surowe ciasto w fugi, pudruje się mąką od stóp do głów i miażdży foremki z tytanu.
"Ubieramy choinkę" - i już lecą pióra i trzeszczą bombki a po przejściu tego kataklizmu Jarecka z żalem odkrywa, że na dnie pudła po ozdobach choinkowych zostały wszystkie dziergane przez nią niegdyś ozdoby. Dziergane w czasach tak odległych, że zdają się tylko mrzonką, fikcją literacką, jak te pierwsze posty w Deszczowym Domu, kiedy Czwórka była w wieku Piątka, przekładała lalki, jadała przy stole a poza domem siedziała cicho na kolanach rodziców, nawet godzinami. Piątek, gdy czegoś się od niego chce, udaje psa, do snu układa się grając na gitarze a żywi się kiełbasą oraz jabłkami. Wszystko ze skórką, bo skórki są dla twardzieli.

Wieczorami Jarecka wykończona wpada nosem między kartki już o dziesiątej.
Zważywszy, że są to kartki "Ksiąg jakubowych" cioteczki Feli, całkiem możliwe, że będzie to jej jedyna lektura w nadchodzącym roku. Nawet taka straszna myśl nawiedziła Jarecką (tfu, na psa urok!), że osiemdziesięciopięcioletnia cioteczka może nie dożyć zwrotu książki...


Zaprawdę, zaprawdę, powiadam! Jak trudno człowiekowi, gdy nie umie się uśmiechnąć!

18.12.2015

O tym, że nie warto wykorzeniać złe nawyki




Wieczór, pokój dziewczynek.
Zamaszystym krokiem nadchodzi Jarecka i nakazuje Piątkowi opuścić lokal i udać się do własnego łóżka (dużego. Z dużą pościelą. Kiedy to się stało?).
- Ale mamo, on właśnie został członkiem klubu, który założyłam!  - protestuje Dwójka.
- Jakiego klubu?
- CCW.
- ?
- Czytam Codziennie Wieczorem.

...

Kilka dni później.


Jarecka: dziewczynki! - Teraz już szybko: łóżka, piżamy, zęby i spać!
Czwórka: - a czytanie?
Jarecka: - no czytać możecie,oczywiście, jak zrobicie wszystko inne.
Po chwili zwęszywszy okazję do rodzicielskiej gadki-szmatki, dodaje: - na to zawsze musicie znaleźć czas, ja też czytam codziennie przed spaniem.

Aj, jak bolesne to wspomnienie! Czwórka, która zasypia o dwudziestej otwiera oczy szeroko i bezbrzeżnie zdumiona, z niedowierzaniem, pyta:
- Mamo, TO TY CZYTASZ???


Aj aj. Było nie porzucać haniebnego nawyku czytania przy jedzeniu.


11.12.2015

O tym, jak Jarecka odniosła wielki literacki sukces

W czwartkowe popołudnie na jednej z urokliwych podmiejskich stacyjek, oczom czekających na pociąg kolejki miejskiej ukazała się rzecz osobliwa.
Oto niewiasta obleczona w obcasy, przeskakująca o tyczce zamknięte już szlabany biegła wzdłuż peronu zostawiając za sobą smugę pudru. Wpadła do przedziału - bo pociąg właśnie nadjechał - i rzuciła się na siedzenie, gdzie natychmiast zastygła z obojętną miną.
Jarecka, bo ona to była, niedbale odmotała spowijające ją chusty i jęła aktywnie udawać, że półtorametrowe bambusy stojące obok stanowią element wyposażenia wnętrza. Makijaż, sporządzony w iście bizantyjskim stylu przez Lubę, osypywał się bezszelestnie na torbę i aparat fotograficzny.
Zaraz na kolejnej stacji wsiadł do pociągu zażywny jodłujący młodzian i pchany niezawodnym prawem Murphy'ego zajął miejsce obok Jareckiej. Poza tym, że w tejże chwili ów kącik przedziału znalazł się w centrum uwagi współpasażerów, towarzystwo młodziana nie byłoby uciążliwe, gdyż nie pachniał przykro i nie rozpychał się. Nie byłoby, gdyby chłopina raz po raz, w nieprzewidywalnych interwałach nie wydawał z siebie okrzyków godnych woźnicy. Bez wulgaryzmów, wręcz przeciwnie, modulował basem jakieś poetyckie wersety o tematyce okołozimowej; niemniej Jarecka zacisnęła dłoń kurczowo na swoich tyczkach w obawie, że przestraszona niespodziewanym okrzykiem puści je wprost na głowy współosadzonych.
Kilka stacji dalej śpiewający młodzieniec postury santa clausa jodłując opuścił pociąg i pasażerowie odzyskali głos.
-  Jaki idiota! - zakrzyknął z podziwem nastolatek siedzący naprzeciwko.
-  On po prostu jest jakiś chory - wyjaśnił spokojnie jego pryszczaty kolega i Jarecka dałaby głowę, że nimb zalśnił na moment wokół jego kędzierzawej głowy.
Ale otóż i stacja Aorta. Kijki w dłoń!
Ach, jak trudno wyglądać godnie o tyczce.



Deptak Aorta wessał Jarecką bezkolizyjnie i przyjaźnie.
- Gdzie kupiła pani takie bambusy? - zapytała pożądliwie elegancka dama w futrze.
- Yyyy, na ...Przedmieściu - wybąkała Jarecka zgodnie z prawdą, czym wyraźnie zawiodła damę.
Jareckiej zrobiło się raźniej. Tym bardziej, że na moment, dosłownie na ułamek sekundy, zabłysła rzęsiście iluminacja, której oficjalna inauguracja miała nastąpić dopiero za kilka dni.

Następnie zaś rozbłysły inne Gwiazdy!

...

Państwo się zastanawiają, co mają kijki do tytułowego sukcesu literackiego Jareckiej?

Oto, co:



Zdarzyło się Jareckiej namówić te dwie kobiety do wzięcia udziału w konkursie na dokończenie powieści Tyrmanda (w TYMpoście czaił się pierwszy haczyk). Ta z prawej to Dagmara znana w internetach jako Kaczka, ta z lewej - Monika vel Skorpion aka PandeMonia (jakiż ten internetowy świat skomplikowany!).

Dziewczęta podniosły rękawicę, która trochę sobie w błocku poleżała, wzięły i wygrały!



Więcej o tym sukcesie możecie przeczytać i zobaczyć u <SKORPIONA> i <KACZKi>.


Ponieważ bardzo mi zależało, by pochwalić się fotkami z laureatkami na blogu skorzystałam z porad Elżbiety <JAK DOBRZE WYCHODZIĆ NA ZDJĘCIACH>.





(Wkleiwszy ostatni link, Jarecka odeszła ku oknu zaczerpnąć powietrza, gdyż samo wspomnienie tamtych emocji zużyło tyle tlenu z krwi, że mus był uzupełnić. Ludzie! Na drugi raz bez Nervosolu ni rusz - przyp. Wszechwiedzącego Narratora)




P.S. Pomyślałby kto, doprawdy, że bambus ma w Polsce takie wzięcie! Jeszcze w Muzeum Literatury, gdzie miała miejsce koronacja, kije zostały sprzedane pewnemu pisarzowi kryminałów in spe w zamian za wątpliwego rażenia reklamę w mediach społecznościowych.
Koniunktura na tyczki oznaczać może niestety, że pod choinkami łatwo będzie trafić na rózgę.
Czego Wam szczerze nie życzę :)



07.12.2015

Jesień na Ślepej


W efekcie letnich remontów pół ulicy zyskało nowy look.
Największa zmiana rzuca się oczy zaraz gdy człowiek skręca z Wylotówki w Ślepą. Nie ma już sklepu NaRogu! Jareccy nie mogą już objaśniać znajomym: jedziesz prosto, prosto i skręcasz w lewo za białym sklepem. Teraz skręca się za zielonym sklepem, aktualnie w świątecznych iluminacjach. Sklep nazywa się Oczko i jest jednym z wielu oczek we wszechpolskiej sieci.
Za ladą ten sam Naróg.
Czy się Jareckiej ta zmiana podoba, czy nie, nie może się zdecydować od chwili, gdy we wrześniu przekroczyła próg Oczka i starym zwyczajem wyciągnęła w kierunku Naroga siatkę ze słowami "dwanaście".
 - Pani sobie sama weźmie - odparł tryumfalnie Naróg i wskazał ukrytą w kącie obszernego wnętrza półkę z pieczywem.
Ponadto Naróg zaczął interesować się marketingiem i powziął pewne strategie.
Na środku sklepu, zaraz na wprost drzwi, ułożył na wiklinowym postumencie paluchy obficie utytłane w sezamie i chrupki w czekoladzie. Któregoś dnia Jarecka wpadła do sklepu po "coś-dobrego-nie-wiem-co"i wzrok jej padł na stosy szeleszczących torebek pełnych sezamowych wypieków. Gdyby tuż przed drzwiami sklepu ktoś kazał jej wymienić sto produktów, które miałaby ochotę spożyć NATYCHMIAST, cymes ów zapewne nie zmieściły się na liście - a jednak Jarecka roniąc ślinę chwyciła paluszki i z pośpiechem udała się do domu, gdzie czekał Jarecki z paczką czekoladowych chrupek.

Robotnicy w kolorowych portkach, którzy zatruli Jareckiej lato i upaprali balkon, zostawili budynek smuklejszym i gładkim.
W słoneczne dni na jego południową ścianę pada żyłkowany cień bezlistnej lipy i Deszczowy Dom wygląda wtedy jak gigantyczny płowy liść.
Krótka jak jesień chwila zachwytu.




05.12.2015

Marianna Oklejak & Co., czyli konkurs u Olgi


Jak by tu zacząć?
Chyba trzeba od początku, czyli od momentu, gdy Olga ogłosiła konkurs <KLIK>
Lubię blog <O tym, że>, a zachęcona bogactwem nagród sprzedałam temat dzieciom. Trójka czym prędzej narysowała swoją wersję okładki Abecelków (Małgorzata Strękowska Zaremba, ilustracje, bardzo śmieszne, Macieja Trzepałki), które akurat połyka a Dwójka przyniosła Wiersze dla niegrzecznych dzieci i powiedziała: a ja bym chciała zrobić takie drzewko, i żeby za nim stała Czwórka...
Ach, jak mi się ten pomysł spodobał!



Cóż, gdy w Deszczowym Domu zapanowała, jak zwykle jesienią, ciemność, wilgoć i ogólny uwiąd. Nie było komu chcieć go zrealizować.


Lecz! Zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam! Matka dzieciom i domowy garkotłuk potrzebuje raz na jakiś czas teleportować się w inny wymiar.
Skąd wróciwszy, upojona serotoniną, przytargałam z Biedronki naręcze kartonów i zadęłam w złoty róg. 
Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania.

Teraz będzie dużo nie najlepszych zdjęć. Zapewniam jednak, że moc będzie z Wami! Na długo :)

Udział wzięli: 
Jaśnie Panicz lat 10,
Dwójka lat 9,
Trójka lat 7,
Czwórka lat pięć (nie działa mi klawisz z piątką. Ta serotonina go zalała, chyba),
Jarecka lat (te klawisze też nie działają),
oraz Czarodziejska Szafa.
W roli maskotki Piątek lat 2


Tak czułam, że konstrukcję drzewa najlepiej zaproponować JP. Podjął się tego ochoczo, pomagierzy równie ochoczo pomagali.




Tymczasem w drugiej izbie otworzyłam drzwi Czarodziejskiej Szafy.
To niezwykłe. Tkanin kupuję tylko tyle, ile doraźnie potrzebuję i zużywam to natychmiast. Wytłumaczcie więc, jak to się dzieje; potrzebuję brązowego pluszu na misia? Jest. Chcę uszyć niebieską suknię dla księżniczki? Proszę bardzo, jasnoniebieska mgiełka i podszewka w odpowiednim kolorze czekają w szafie.
Szyju szyju.




I już.


Drzewko na okładce książki ma trochę listków i jasnych kropek...





Czwórka "odczytuje" swój ulubiony wierszyk z tej książki. To wiersz o niej, o delikatnej anielskiej dzieweczce, która, bywa, zamienia się w potwora.




Piątek układa z klocków. Wklejam te zdjęcia i nie dowierzam, że zdarzyło się nam wszystkim takie cudowne popołudnie. Wszyscy mieliśmy ciekawe, twórcze zajęcie. WSPÓŁPRACOWALIŚMY.


Zdjęcia, z uwagi na kiepskie światło w domu, odbyły się w plenerze. 
Szybko, bo zimno a rękaw krótki :)
 
Może z tej strony?



A może z tej?



Ostatecznie do konkursu zgłaszam to zdjęcie:




Ponieważ poziom endorfin po czwartkowej eksplozji tychże jeszcze nie opadł, w domu pobawiłam się trochę tym zdjęciem, bo kto bogatemu zabroni?



Znajdźcie trzy różnice. 
Ostrzegam, nie będzie łatwo ;)



Za doskonałą zabawę dziękuję Oldze i pani Mariannie Oklejak :)


PS. Ciekawi jesteście troszkę, skąd ten niebywały przypływ energii? O tym wkrótce. O tym, jak Jarecka odniosła najprawdziwszy LITERACKI SUKCES. Właśnie tak.

02.12.2015

Kartka z kalendarza




Kalendarz adwentowy dla leniwych matek i ciekawskich dzieci.
Wisi wysoko a kolejne "zadania" leniwa ta matka produkuje z dnia na dzień, nocą, żeby nie było falstartu.





Jedno wszelako jest przesądzone.
Któraś koperta będzie kryła zaproszenie do <ROBÓTKI!>

Znacie?

Znajcie!







28.11.2015

Mamo, KIEDY to uszyłaś? II

Owszem, Czwórka mówiła, że jest konkurs. Mówiła, że dzieci już przynoszą misie.
Owszem, widziałam regulamin konkursu i przeczytałam go, chociaż był bardzo długi a Piątek jak zwykle ani myślał cierpliwie czekać, tylko uciekł z przedszkola i zawisł na klamce furtki.
Czwórka narysowała projekt pluszowego misia a ja obiecałam, że uszyjemy go w weekend.
W ten weekend, który przeleżałam w malignie. W poniedziałek okazało się, że konkurs trwa "do dzisiaj", we wtorek spotkałam zastęp pań przedszkolanek i choć jasne było, że właśnie dokonują one wyboru laureatów, umówiłam się z panią dyrektor, że "jeszcze jutro".

I cóż było robić?
Był obiad do zrobienia, ciasto do upieczenia i wyjście do wyjścia, ale słowo się rzekło, Czwórka liczyła na mnie.
Oczywiście można było akurat w taki dzień podać makaron z pesto z Lidla, ale nie, jak się człowiek w gorączce naogląda Masterszefa, to potem układa musakę ("to takie, prawda mamo, spaghetti z ziemniakami zamiast makaronu, prawda?") i zamiast "ciasta - błyskawicy"* produkuje tartę z batatów ("Co? To jest ze słodkich? Ziemniaków?? Fuj!")

Z misiem musiało więc pójść ekspresowo:







Na koniec jeszcze rzutem na taśmę zrobiłam zdjęcie szczęśliwej projektantce - 


I to mi przypomniało inne zdjęcie.
Blog Deszczowy Dom miał wtedy dosłownie kilka dni.
Znajdź dziesięć różnic.




* Na okoliczność jubileuszu Deszczowego Domu zaserwuję Wam okolicznościowe ciasto, tak proste, ale tak banalnie proste, że nawet jakby Wam przyszło w jeden dzień uszyć pięć gitar i siedem misiów - dacie radę. Nazywam je


CIASTO BŁYSKAWICA

Szykujemy jedną miskę i mikser, piekarnik odpalamy na 180stC i zapewniam, że prędzej namieszacie ciasta niż on się rozgrzeje, nawet jeśli ma turbo grzałki. 
Do michy wrzucamy: 
  • jajko
  • szklankę cukru
  • 3 szklanki mąki
  • 1,5 łyżeczki sody
  • pół słoika dżemu (ja używam konfitur wiśniowych domowej roboty; miło potem trafić w cieście na całą wisienkę - bez pestki oczywiście)
  • cynamon lub (u mnie zimową porą koniecznie) przyprawa do piernika
  • kakao
  • pół szklanki oleju
  • 1 szklanka mleka
Wszystko razem miksujemy aby-aby, byle się połączyło i pakujemy ciasto do wyścielonej pergaminem keksówki. Pieczemy ok. 50 minut, do suchego patyczka.
Moim zdaniem najlepsze jest na drugi dzień, ale rzadko mam okazję utwierdzić się w tej opinii.

"Mamo, KIEDY to upiekłaś??"




22.11.2015

Mamo, KIEDY to uszyłaś?


Taka była reakcja kolejno wszystkich moich dzieci na widok urodzinowego prezentu Piątka.
(Gdyż tak, minęły już dwa lata)

Prezentu miało nie być w ogóle, ale tak się złożyło, że Piątek zasnął gdy reszta ferajny jeszcze była w placówkach, na obiad zostało trochę wczorajszej zupy.
Całe dwie godziny miałam na to szaleństwo.

Sporządziłam naprędce wykrój, rysunki na awersie gitarry zrobiłam specjalnym markerem do tkanin.
(zdjęcia okropne, jak to jesienną porą w DD)






Do brzegów przypięłam atłasową wypustkę - wypustki zawsze robiłam sama, z bawełnianych lamówek i sznurka, tym razem nie było czasu a gotowych bawełnianych w najbliższej pasmanterii nie ma.
Potem fastrygą doczepiłam jeszcze bok gitarry.
Rewers przyszyłam analogicznie.





Guziczki na gryfie doszyłam już nocą :)





"Mamo, kiedy to uszyłaś?"






Szału nie było, bo od matki chrzestnej Piątek dostał prawdziwą gitarę z metalowymi strunami.

Ale przynajmniej zrobiłam wrażenie na starszych dzieciach!





P.S. W dzisiejszym poście miałam się chwalić spotkaniem z MISIURĄ, na kiermaszu Mojego Mieszkania. Niestety. Sama w to nie wierzę, ale gorączkuję od piątku wieczór (klasyka - matki chorują w weekendy).
Pozostaje mi więc spotkanie z Misiurą w innym wymiarze - z kubka utoczonego jej rękoma popijam obrzydliwe zioło, uniwersalne panaceum Ukraińców, "matka i macocha".
Czyli podbiał.
Jutro muszę być zdrowa :)



20.11.2015

O.





Motto: Co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone.*





Poniedziałek wieczór, zakupy w delikatesach. Sklep duży, ludzi niewiele, do stoisk z mięsem i warzywami ledwie kilkuosobowe kolejki.
Jareckiej, która z pustym koszykiem oddawała się raczej rozkoszy alienacji niż zakupom zdało się nagle, że jej mrugnięcie trwało dłużej niż zwykle. Mogła pomyśleć, że to z powodu zmęczenia i niedoboru minerałów, lecz nie umknęło jej, że naraz na wszystkich twarzach odbił się niepokój (wyglądał całkiem jak zdziwienie) i nim Jarecka zdołała dociec przyczyn tej postawy, światło ponownie zgasło.
Rozległo się krótkie, chóralne "o" i zapadła cisza.
Z ciemności szybko wyłoniły się zarysy sprzętów, bo przez okna sklepu, choć zastawione regałami, wpadało światło latarń. Po trzech sekundach w sklepie na powrót rozbłysły jarzeniówki i klienci spokojnie podjęli swój marsz między półkami.
- He, he - wysiliła się Jarecka - następnym razem, jak zgaśnie światło trzeba się ustawić przy jakichś łakociach.
Kobiety, do których skierowała ową przezabawną zaczepkę uśmiechnęły się grzecznie lecz niewesoło, i w tym momencie znów zapadła ciemność. Trwała jeszcze krócej - wystarczająco, by dostrzec matowe światło awaryjnych lamp nad wyjściami ewakuacyjnymi a zbyt krótko, by obrać azymut.

I powiedzcie, dlaczego - gdy zrobiło się ciemno, Jarecka wcale nie stała przy chłodni z lodami a jednak, gdy już w pełnym świetle z prawie pustym koszykiem spieszyła do kasy - czuła wyraźnie w żołądku lodowatą bryłę?


...


Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć ani do nich przygotować - o czym przekonali się dotkliwie pewien Brodacz i jego partnerka z Metropolii.
- Specjalnie jechaliśmy tysiąc pięćset kilometrów, żeby mieć ciszę i spokój - skarżył się Jareckiemu Brodacz - chcieliśmy słuchać szumu morza i cykad...
Pech! Czyż mógł się spodziewać, że tę maleńką zatoczkę ukrytą na odległej wyspie pośród gór i lasów, z dala nie tylko od zgiełku kurortów ale i od zwykłego spożywczaka upatrzy sobie także grupa Krewnych i Znajomych Królika?
W tym Jareccy.
I sześć innych podstawowych komórek społecznych, średnia dzietności trzy i pół sztuki na komórkę.
Żadną miarą, Brodacz nie mógł tego przewidzieć.

Nie szukając przykładów daleko - pewien Reżyser, z grona tychże Krewnych i Znajomych, amator nurkowania i przeciwnik gumowego obuwia do podwodnych przechadzek przez całe dwa tygodnie starannie i skutecznie unikał nadepnięcia na przyczajone pod wodą jeżowce.
Czy dałby wiarę, że po powrocie do domu na własnym trawniku gołą stopą nastąpi na jeża?
Przebóg, nie! - ale tak właśnie się stało.



...




Powinnam teraz puścić w niebo świetlistą racę puenty?
Może, ale się boję.

Tymczasem Mama CałkiemInna zrezygnowała z wycieczki do Paryża.




*Ze zbioru mądrości ludowych Babci CałkiemInnej, t.4, str. 372

10.11.2015

Mam tę mooooc! - czyli jak uszyć bombową bombkę



Dostałam w prezencie takie dwa kupony z dzianiny (przy <TEJ> okazji).
Prawdopodobnie wzory są aluzją do mojego "obcego" pochodzenia i super mocy, jakimi jestem obdarzona.

Błagam, poudawajmy, że tak właśnie jest!
Ja będę udawała, że codziennie  pomiędzy wypiekaniem pieczywa, robieniem zakupów i dystrybucją dzieci do placówek - nie licząc beztroskich zabaw, głośnej lektury i dłuuugich spacerów z Piątkiem - znajduję czas na szycie i szydełkowanie, a Wy udawajcie, że wierzycie, dobrze?

Jakimś cudem udało mi się jednak popełnić dwie spódnice-bombki.
Dlaczego bombki?
To proste - nie mam overloka a nie chciałam zepsuć takich fajnych kuponów nieudolnym wykończeniem. Tutaj wszystkie szwy są schowane.



Zakrzywiając czasoprzestrzeń i nadwerężając super moce zrobiłam instrukcję, jak uszyć tę mniejszą.
Dlaczego mniejszą?
Bo ma lepsze proporcje i pasuje zarówno na pięcio- jak i na dziesięciolatkę.
Na trzydziestosześciolatkę już niestety nie, pech.


Potrzebne będą:
Dwa prostokąty dzianiny o wymiarach:
150x40 cm (wierzch)
80x35 (spód)
oraz gumka o szerokości 2cm


Wierzchni materiał marszczymy wzdłuż dłuższych boków. Ja zrobiłam to na maszynie przy pomocy specjalnej stopki. Oczywiście można to zrobić ręcznie.


Marszczymy materię pociągając za jedną z nitek tak, żeby szerokością pasowała do spodniej warstwy. Składamy warstwy prawą stroną do prawej, przyszpilamy, fastrygujemy (lub nie) -


- i zszywamy wzdłuż obu dłuższych brzegów


W efekcie tych działań otrzymujemy rurę podobną nieco do jelita grubego. Odwracamy ją na prawą stronę.


U góry (którą się da odróżnić od dołu tylko wtedy, jeśli wierzch ma wzór) układamy materiał tak jak na poniższym zdjęciu, zapasy szwów ze spodu upychając ku dołowi. Jeśli gumka ma 2cm szerokości, tunel (bo on to jest!) powinien być o jakieś 3-5mm szerszy.




Przeszywamy na maszynie tunel tuż nad marszczeniem (w idealnym świecie można zrobić szew w szwie).
W dalszym ciągu dysponujemy czymś na kształt rury - składamy krótsze boki prawą stroną do prawej i ile się da - zszywamy. Ponieważ tego szwu nie da się poprowadzić do końca, resztę zszywamy ręcznie.
Niejasne?
Jak dojdziecie do tego etapu, wszystko będzie oczywiste :)

Wciągamy gumkę, łączymy tunel ręcznym szwem i wręczamy ubiór zadowolonej dziewczynce :)





Same zaś udajemy się w dalszym ciągu leżeć, pachnieć i szpanować mocami.

Jutro wolne!



PS. Dziś wysłałam nagrody książkowe do laureatek świerszczykowego konkursu. Zwyciężczyni syrenki jeszcze się nie odezwała! CANTSTOP, odezwij się! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...