21.06.2017

Hit wakacji

   Podczas gdy kraj ustawia się blokach startowych na linii "koniec roku szkolnego" i czeka tylko na rozdanie świadectw, galowe stroje, nagrody, dyplomy, kwiatki dla nauczycieli, mszę z okazji zakończenia, akademię z okazji zakończenia (w pakiecie!), przemowy dyrektorów i inne atrakcje, Jareccy próbują sobie przypomnieć, czy aby rzeczywiście byli już na wakacjach, bo może im się tylko śniło?
Opalenizna wyblakła, kąpielówki wyschły, z dmuchanych zabawek pospuszczano powietrze. Kończy się kawa przywieziona z Włoch, magdalenki wyszły już dawno jako drugie śniadanie do szkół.
Co zostało?






Wiadomo, wrażenia.
Gdyby zapytać dowolne dziecko Jareckich czy Mireckich (bo w tej kompanii zażywano kanikuły) co na wakacjach zrobiło na nich największe wrażenie, co można usłyszeć? Baseny, zjeżdżalnie i rwące rzeki do jazdy na dmuchańcach? Drzewko morwowe objedzone przez tę polską szarańczę do gałązki? A może freski Piero della Francesca w Arezzo? Giotta w Asyżu? Nie? To może chociaż umbryjskie panoramy? Lody? Wieczorne tańce z animatorami? Też chyba nie.









Fascynacja zrodziła się podczas jednego z identycznych słonecznych i świątecznych dni w kempingowym miasteczku, powiedzmy że "gdzieś w Toskanii"'
Idzie sobie rodzina Jareckich i rodzina Mireckich, która tym różni się od tej pierwszej, że jest ciut liczniejsza i że wszyscy są tam do siebie podobni. Jakby tego było mało, na wycieczki krajoznawcze Mirecki wydaje dzieciom z magazynu jednakowe koszulki - limonkowe albo błękitne - czym dokumentnie kradnie show Jareckim.
Idzie sobie ten kilkunastoosobowy tłum na basen i WTEM!
Trudno dziś powiedzieć, co jako pierwsze zwróciło uwagę: czy drobne kilkulatki jadące na rowerach/hulajnogach z prędkością światła po chodnikach o dużym nachyleniu, czy kolorystyczna harmonia małżonków z przyczepy przy głównej alejce, czy mały stolik przy tejże przyczepie.
Przy stoliku sześć małych krzesełek.
Na stoliku sześć małych kubeczków.
Hebanowa Mamma.
Waniliowy Vater.
I sześcioro małych Murzynków w pełnym pędzie na rowerkach.
Jeszcze czekoladowe niemowlę na rękach Mammy.
Jak nietrudno się domyślić, to nie wielodzietność zrobiła wrażenie - na Mireckich, którzy wychodzą w tym starciu na remis - ani na Jareckich, którzy przecież znają Mireckich, więc nihil novi; raczej to, że Murzyniątka wyglądały na rówieśników i w pędzie zdawały się mieć w pogardzie swoje życie, kolana i czaszki.
Jarecka, wierna czytelniczka Agathy Christie, zaczęła się rozglądać za brakującymi trzema Murzynkami.*
Nie było - dramat, ale zostawmy takie tam literackie skojarzenia.



Przez kolejne dni dzieci kręciły się po głównej alejce i raz po raz przynosiły rewelacje z podwórka Murzynków. Fantastyczne opowieści o tym, że na przykład wszyscy jedzą obiad albo że idą na basen, albo pod prysznic. Wkrótce także bardziej szczegółowe informacje. Że fascynująca gromadka nie jest wcale w jednakowym wieku i że najstarszy z rodzeństwa ma na imię Giuseppe (co za zawód, nie Bambo?!) Kolejne raporty składał Angelo Mirecki o urodzie putta i sprycie Klossa a Jarecka z Mirecką przyjmowały zakłady bukmacherskie, czy miały tam miejsce ciąże mnogie, i ile razy.
W jakim języku Angelo inwigilował interesujące obiekty - nie wiadomo. Wiadomo za to, że w pewnym wieku - szczęsny czasie! - zupełnie nie ma to znaczenia.



Taaaak. Wakacje były i się skończyły, wypłowiało pod powiekami słońce Italii. Zaległości w edukacji nadrobiono, zarośnięty trawnik skoszono, odczytano kilometry maili w dzienniku elektronicznym. Nastały nowe zachwyty; że łąki tak bujnie kwitną, że borówki w tym roku obrodzą, że już ta Zadnia Góra nie będzie taka zadnia...
...bo oto przed Deszczowy Dom zajechała gigantyczna ciężarówka, usypała piramidy tłucznia a wielki walec uklepał w miejscu Strasznych Wertepów istny highway.
- Dzieci! - krzyknęła Jarecka sztachając się z lubością czerwonawym pyłem hajłeju - będziecie mogły teraz do woli jeździć po ulicy na rowerach i hulajnogach!
Na co Piątek, oczadziały tą perspektywą:
 - JAK MURZYNKI!!!


Zaprawdę, zaprawdę.
Nie ma na świecie nic bardziej fascynującego niż drugi człowiek.



*Mam na półce tę książkę pod tytułem I nie było już nikogo. W sensie, że żadnego Murzynka.

13.06.2017

Za zamkniętymi drzwiami

Dostałam wiersz do zilustrowania.

Wierszyk cymes, ale nie było tam ani słowa o domkach, kwiatkach, syrenkach i o niczym, co znamy z widzenia tylko o czymś, czego JESZCZE NIE MA!! Aaaa!!!!




Najpierw były szkice.
Potem wyłoniła się jakaś maszyna, której koloru i faktury użyczyła moja koszulka, niech jej ta maszyna lekką będzie.




Hm, ale może by maszyna z jakąś ludzką twarzą? na przykład konstruktora tejże?




Od razu mówię: w osuszaniu butelki miałam, owszem, swój udział ale nie przy pracy! Najpierw zrobiłam przestrzenną konstrukcję z głowy osadzonej na butelce. To się nie udało, bo przykleić głowę do butelki to pikuś, gorzej z osadzeniem wysięgnika, który wieńczy hełm wynalazcy. A zatem gość będzie pozował leżąc.

Rozejrzyjmy się po pracowni. W prawo -




...w lewo -




...i na wprost -




Myślicie sobie: ale bałagan! Nie, tu jest całkiem porządnie. Przy tej ilustracji nie dziergałam wcale tak dużo jak przy domkach czy kwiatach.
Sprzątnę, jak skończę.

Gorzej, gdy bałagan robi się na planie -




Poniżej klej w sztyfcie jako wspornik chmur, obłoczków, genialnych myśli...




Na zdjęciach można wypatrzyć trochę brudnych naczyń; zapewniam, w kuchni jest ich dużo więcej.
Jakieś kłaczki kurzu, jakieś dzieci żywione płatkami z mlekiem i makaronem z pesto, jakieś stosy prania do wyprasowania - podobno wszystko to za drzwiami pracowni można spotkać. Wierzę na słowo.


Ostateczny efekt pracy zobaczycie w pierwszym wrześniowym numerze Świerszczyka.
Autorką wiersza jest Ala Krzanik znana w DD jako Alcydło Kr.
Nie mogę się doczekać!

03.06.2017

O niefrasobliwości, demencji i o tym, jaki ma to wpływ na ogólny stan zdrowia

Jak wyjaśnić to, że Jarecka porzuca samochód pod supermarketem "Juda&Tadeusz" i zmierza szybkim krokiem na przystanek autobusowy?
To dziwne, nieprawdaż, zwłaszcza, że w tym czasie jej syn lat 12 (i 10 miesięcy) został sam w domu z trzylatkiem, który właśnie...
- ...zwymiotował...
- Ach tak - zasępiła się Jarecka i na ułamek sekundy zawahała się, czy nie wrócić do domu - a czy drugą stroną też już zrobił?
- Dwa razy, musiałem mu zmienić majtki.
- Aha, aha - potakiwała Jarecka zachęcająco. Wiatr dął i trochę zagłuszał rozmowę.
- Ale właśnie powiedział, że czuje się dobrze.
Jak dobrze, to dobrze! Bene!
A otóż i autobus, ciao.

Jak to wyjaśnić?
Bardzo łatwo.
Jarecka zmierzała do okulisty.
W głowie mając te sceny sprzed lat, gdy wychowawczyni Ewa (internAt szkoły matematycznej w mieście B), obfita macierz, stawała w drzwiach pokoju nr 414 i załamywała ręce.
- Dziewczyny, jak możecie czytać tak po ciemku, popsujecie sobie oczy!
Jarecka i Jej Najlepsza Przyjaciółka podnosiły wzrok znad Królów przeklętych, Muszkieterów tudzież innej pożywki nastoletniej egzaltacji - i tu się kończą wspomnienia Jareckiej, pozostaje tylko smutna konstatacja "a ostrzegała!".
Zupełnie jakby kolejne kilka lat Jarecka spędziła na leżeniu z okładem z rumianku na powiekach.

Pani doktor okazała się być z gatunku tych kobiet, które wprawiają Jarecką w zachwyt. Twarz jaśniejąca, jakby dopiero co zeszła z góry Tabor, zęby - no to już przesada! - i sylwetka tęga a energiczna, wysokaaaa! Co się robi z twarzą, żeby była taka gładka i jednolita w kolorze? Bo coś się robi, ludzie się chyba tacy nie rodzą?
- ...najgorzej jest jak jadę w nocy samochodem - użalała się Jarecka - światła mi się rozmazują, widzę same poświaty (że prawie zaświaty!), nie mogę ocenić odległości. No i na przykład, z tego miejsca - kiwnęła brodą w stronę okna - nie widzę wyraźnie twarzy ludzi, którzy idą tamtą ulicą.
Krasawica łypnęła we wskazanym kierunku i zdusiła w sobie uwagę, że zasadniczo, jak się nie jest myszołowem, nie ma potrzeby zoomować aż tak.
- A kiedyś widziała pani lepiej? - zapytała podejrzliwie.
- Zdecydowanie! - zapewniła żarliwie Jarecka.
Pani doktor zamrugała zakłopotana za szkłami swoich kocich okularów zastanawiając się najpewniej, jak przekazać pacjentce tę szokującą wiadomość.
- Znajduję pani wzrok bardzo dobrym - orzekła.
(Znajduję jakimś! - jakiż wspaniały zwrot! Ilekroć ktoś go użyje w obecności Jareckiej, w jej pamięci odżywa anegdota profesor Falistej. Było tak: koleżanka poprosiła Falistą o opinię o współpracowniku: "Powiedz, jak znajdujesz doktora Jima?" "Normalnie" - Falista na to - "idę do jego biura i pytam sekretarkę, czy jest Jim")



- ...i że nie proponuje mi okularów, wystarczy nawilżanie oczu - zakończyła Jarecka zwyczajowe sprawozdanie dnia. Jarecki jednym okiem był już w Krainie Snu.
Jakieś pół roku wcześniej Jarecka przebadała się od osocza aż po najmniejsze leukocyty i wprawiła w zdumienie lekarzy faktem, że niezbyt dbająca o siebie baba po kilku ciążach może mieć doskonałe wyniki bez wspomagaczy (nie licząc kawy. I wina). Te wyniki stanęły jej teraz przed oczami pod rękę z diagnozą okulistki.
- Ty mi powiedz - zapytała pochrapującego męża - na co ja umrę? Chyba już tylko na demencję.




Ach, może się martwicie co z tym chorym Piątkiem?
Nic mu nie będzie, takie geny.



...



Wakacje, wakacje, i po wakacjach, ech.
Jako te bańki są wakacje.
Amen i dobranoc.
















17.05.2017

Wiosna, chodźcie w krzaki!


Gdybym miała wobec siebie jakieś oczekiwania jako od ogrodniczki czy architektki ogrodów byłabym zawiedziona. Posadziłam różowe hiacynty pod krzakami forsycji i przez cały okres ich wspólnego kwitnienia bolały mnie zęby od tej kolorystycznej kakofonii.
Byłabym, lecz nie jestem, bo dalej uważam, że te dwa złote za cebulkę było doskonałą inwestycją i frajda z oczekiwania na to "co z tego wyrośnie" jest warta o wiele więcej.

Hm.
Podobno magnolie już zakwitły i przekwitły. Róże, które dzielnie podniosły się po lutej zimie poczerniały po ostatnich majowych mrozach.
Ja tam nie wiem, zarobiona jestem. W ogrodzie.






Tło!
Pojechałam do lumpeksu w dzień "złotówka za sztukę" i nabyłam kilka zielonych szmatek. Ponieważ kolor mnie nie usatysfakcjonował, upięłam w tle mój ukochany zielony sweterek (to ten raglan za niezapominajką), mam nadzieję, że przetrwa te igraszki. Czarnoziem usztrykowałam sama, za wąski, do poprawki.




Szpileczki - te, po które Jareckiemu było nie po drodze wytnie się w fotoszopie.







Macham do Was zza krzaków.



Jutro pakuję do mojej czarodziejskiej walizki glebę i rozsady i pouprawiam gdzie indziej.
Ciekawe, co tam urośnie na obcej ziemi :)
Może jakaś winnica?





28.04.2017

Budujemy nowy dom...

(podkład muzyczny: Chór Czejanda, Budujemy nowy dom, może być w wersji murmurando)



Mam takie poczucie, że jestem coś winna wszystkim darczyńcom, którzy (które!) tak hojnie obdarowali mnie wlóczkami. "Ciekawe, co z tego powstanie" - pisałyście w listach dołączonych do wielkich paczek.
No to proszę, zajrzyjcie mi przez ramię.

Zbudowałam kilka domków i stanęło miasteczko, w którym na razie nie dzieje się nic.
Będzie tam Boże Narodzenie, ale rozumiecie, że wiosną trudno mi wyczarować tę atmosferę.










To miała być gwiazda betlejemska ale wyszły fajerwerki albo komórka rakowa albo ufo widziane przez kamerę termowizyjną.






A propos ufo: co by to było za miasteczko bez Obcych?




Trzej Mędrcy też byli SKĄDINĄD, nieprawdaż?






No to już wiecie, co robię z włóczkami :)
Bawię się!


Wasza Jarecka



25.04.2017

Bieg przez płotki

Siostra Jareckiej, Wlepka, wróciła z Transylwanii, gdzie rzutem na taśmę wydoiła Erasmusa.
Wlepka jest młodsza od Jareckiej o całą dekadę ale nawet to nie zmienia faktu, że jak na stypendystkę jest już ciut stara.

Wróciła zachwycona.
Głównie tym, że ludzie, których tam poznała mają takie ciekawe życie!
Ale że co, że jakie, dopytywała Jarecka. A Wlepka na to, że jeżdżą na wolontariaty albo uczą się chińskiego.
- A dlaczego ty niby nie możesz? - zdziwiła się Jarecka.
Wlepka wzruszyła ramionami.
Deszcz zacinał jak głupi, wycieraczki ledwo nadążały zbierać z szyb i w tej scenerii Jarecka odwróciła ku Wlepce swoje doświadczone lico i pukając się wymownie w skroń powiedziała:
(werbleee!!!)
- Wszystkie przeszkody są TU!


***


- Problem tkwi TU! - burknął Jarecki stukając się w głowę.
I Jareckiej pozostało już tylko ubrać się i wziąć ten kluczyk, i odjechać w dal samochodem zwanym "samochodem taty".


Proszę okazać entuzjazm.

I może jeszcze pokazać mi kilka razy, gdzie są te przeszkody, bo nie wierzę, że one wszystkie mieszczą się w mojej głowie!



PS. Post ze specjalną dedykacją dla Wlepki: 前進 !!!!



Niech będzie, że P jak płotki, bo nie lubię, jak w poście nie ma obrazka ;)


23.04.2017

Za górami, za lasami

Za górami, za lasami w domku na górze siedzi sobie Jarecka.
Czesze włosy za krótkie, żeby je choćby ułożyć na parapecie a co dopiero spuścić przez okno.
Rumak Jareckiej udał się na podkucie, gdyż swoje żelazne podkówki starł na zadniogórskich drogach.
Albowiem na Zadnią Górę X prowadzą dwie drogi: Straszne Wertepy i Sakramencko Straszne Wertepy. 
Monster Truck tego nie wytrzyma a co dopiero zwykły mały autobus.

No więc Jarecka siedzi i czesze.
Dziatki do szkoły nie pojechały, bo nie było komu odebrać, na rowery za zimno, na piechotę za daleko. Komunikacja wiejska omija szerokim łukiem. Lotnisko już prawie zaorane.*
Czesze.
- Zostawię ci mój samochód - mówi Jarecki. 
A Jarecka tylko łyp spod grzebienia i odmawia, bo wbrew temu co mówią, pewne rzeczy się zapomina, na przykład prowadzenie samochodu z manualną skrzynią biegów.

(I tu Wszechwiedzący Narrator natychmiast robi wtręt. Próby reaktywacji tych obszarów mózgu, które są odpowiedzialne za umiejętność używania sprzęgła i drążka zostały poczynione jeszcze latem. Jarecka spróbowała przestawić samochód Jareckiego. W tym celu rycząc silnikiem przejechała kawał Sakramencko Strasznych Wertepów i usiłowała zawrócić. Akuratnie pod domem sąsiada. Przemiłego starszego pana, który postawiony na nogi wyciem pojazdu otworzył pośpiesznie swoją bramę, żeby Jareckiej łatwiej było zawrócić. O wstydzie, o sromoto!**)

No więc Jarecka łypie i cedzi przez zęby: - zmuś mnie.
Jarecki nie zmusza.



W czwartek Jarecka poprosiła Jareckiego, żeby kupił jej krótkie szpilki, bo się skończyły a do prac z włóczką i  styrodurem są niezbędnie potrzebne.
- Ale to nie po drodze! - zdziwił się Jarecki.
W sobotę poprosiła o mascarpone i kremówkę.
- A gdzie ja ci znajdę u nas na wsi mascarpone?
Sobotnie popołudnie upłynęło Jareckiej na rozmyślaniach, jak wyglądałoby życie jej rodziny, gdyby udawała się tylko tam, gdzie ma po drodze a wszystkie sprawunki załatwiała "u nas na wsi". 
Wieczorem skończyło się masło.
- Wyjąłem kaszankę na jutro na śniadanie - oznajmił Jarecki, Król Zaradności.
- Ale chleb już wyszedł.

W niedzielę rano Jarecka, Królowa Zaradności postanowiła ugotować na śniadanie kluski lane na mleku.
Niestety, mąka też wyszła.
- No dobra - burknął Jarecki - pojadę coś kupić.
Wrócił bez masła, co niektórych doprowadziło do cichej rozpaczy.
Dwójka wygłosiła obszerny referat o zaletach majonezu w miejsce masła, na co JP natychmiast podjął polemikę, że co ma masło do majonezu, gdzie w maśle jajka i w tej sprawie wygłosił nie mniej płomienną orację. Trójka, która nie lubi ani masła, ani majonezu, ani żółtego sera, ani kaszanki żuła chleb, bo nie chciało jej się kopsnąć do garażu po dżem (lecz bardzo możliwe, że o tej porze roku już go tam nie ma...).
XXI wiek, Europa, sklepy pełne zwierza, złoty wiek pięćset plus, chrześcijański dom, oktawa Wielkanocy, niedziela miłosierdzia i dziecko jedzące na śniadanie suchy chleb. Nie mają chleba niech jedzą ciastka! - zakrzyknie jakaś Maria Antonina. Ciasta też nie było, choć gotowe blaty do tortu a la Luba leżały w spiżarni - bo rzeczywiście na wsi nie mieli mascarpone.


Nie wiadomo, ile potrwa jeszcze reanimacja rumaka.
Może dzień, może dwa.



A puenta jest taka, że od tych motocrossów na Sakramencko Strasznych Wertepach niektórym się w d... poprzewracało, nie? Chlebek w ząbki kłuje, patrzcie ich!






*Tak, na Zadniej Górze jest lotnisko! Stawiają na nim centrum handlowe, czemu by nie.
**To się nawet rymuje z "automoto"


22.04.2017

Takie jaja, buhaha



Z mieszkaniem na Zadniej Górze jest jak z zachodem słońca nad morzem. Orgia kolorów i blasków na niebie, wzburzone fale z koronkami bałwanów, niechby jakiś żaglowiec na horyzoncie albo latarnia na klifowym brzegu - dech zapiera. Ale spróbujcie to namalować! Kicz i żenada.
(przy założeniu, że się nie jest impresjonistą, Czapskim albo DYNIĄ)
Albo opisać, jak się nie jest Orzeszkową.

Toteż Jarecka coraz częściej rezygnuje z szukania po pokojach laptopa, aparatu i zanurza się w życie codzienne w Polsce, województwo metropolitalne, Zadnia Góra X.
A życie to jest tak poukładane, takie się wydaje banalne i podobne do wszystkich innych wokół, że kto to będzie czytał, jakiś tam Deszczowy Dom? Że na przykład Jarecka raz w tygodniu w najbanalniejszych dżinsach i sportowej kurtce wędruje alejkami targowiska z koszykiem w ręku (bo ze zwykłą torbą byłoby ekstrawagancko). Ma nawet w telefonie numer "Ela Jajka", gdzie może sobie w każdej chwili zamówić świeże jajka na następny dzień targowy.
- Dwadzieścia jajek poproszę a na Wielki Piątek proszę mi przywieźć ze dwadzieścia białych, dobrze?
- Oczywiście, już zapisuję - szczebioce Ela Jajka - nazwisko mi tylko pani poda.
- Jarecka.
- Jak?? Jarecka? Ale nazwisko, buhaha!






Jak myślicie? To chyba Wszechświat dał mi znak, że ciągle jeszcze mogę go czymś zadziwić?






04.04.2017

Tymczasem


Każdy dzień rozpoczyna się obrazkiem jakby spod pędzla Piotra Fąfrowicza.











A potem nagle jest wieczór i poranek dzień drugi -
- i trzeci -
- i trzydziesty.

Jak w Dniu Świra: w dzień chodzę sobie, chodzę, w nocy śpię sobie, śpię.
Śniadanie jem, jem, w sklepie kupuję, kupuję.

Co wyłuskać z tych dni na potem, kiedy one nie należą do mnie?
Do niczego nie mogę ich użyć.



***



Róże przeżyły zimę! 
Z tych cebul, co je jesienią wbijaliśmy w ziemię wylazły liście a za nimi pchają się kwiaty.




Znaczy się: na wszystko jest czas, przyjdzie i na blogowanie.









10.03.2017

O tym, że lubimy wiersze.





Honorowym (i symbolicznym ;)) sponsorem tego wpisu jest O jak Olga, czyli pani na blogu O TYM, ŻE, która w jednym z ostatnim wpisów napisała o sobie: "od lat omijająca tomiki poezji dla dzieci szerokim łukiem".
I zaraz pod postem piszą dziewczyny, że też omijają.

Ja nie omijam i powiem Wam dlaczego.
Po pierwsze skreślam ze słownika określenie "poezja dla dzieci". Może być poezja dobra i częstochowskie rymowanki; tym ostatnim dziękujemy - i przejdźmy dalej, do książek, które zdjęłam dzieciom z półek.
Jednej, bardzo ważnej dla mnie książki niestety nie mam w domu, ale całym sercem kochałam ją w dzieciństwie. Za słowo i obraz. Proszę Państwa, hit mojego dzieciństwa: Bajkoteka, Tadeusz Śliwiak, ilustracje: Janusz Stanny. Prima sort.







O Tuwimie i Brzechwie nie muszę pisać, prawda? ;)



Sto wierszy Brzechwy wydawnictwa Siedmioróg ilustracjami trochę straszy, ale zawiera mnóstwo mniej znanych - a doskonałych - wierszy mistrza. Na przykład ten o księżycu, jeden z moich ulubionych .Albo o zegarze. O Natce szczerbatce. Dowcipne, rytmiczne, z niebanalną puentą.

Skoro jesteśmy przy dowcipie - zatrzymajmy się przy wyliczankach, które moje dzieci bardzo lubią, rżą z uciechy i zapamiętują natychmiast.
Pamiętam, jak moja Przyjaciółka, etnolożka, wróciła z zajęć i zaskoczona opowiadała o zajęciach, na których leciwy profesor cytował z powagą wyliczanki w stylu: "jadą smerfy na rowerze a Gargamel na Klakierze", że niby to taki ważny element kultury.
Nie bójmy się tych niby głupot; treści wykonują na mózgu rozkoszne wolty a rymy często deklasują "poważne" wiersze.
Pana Pierdziołkę lubię głównie za to, że moje dzieci niestrudzenie się nim emocjonują. No, może jeszcze za to, że przypomina mi moje dzieciństwo blokersa. I tyle ;)





Tere fere kuku - może nie widać na zdjęciu - autorstwa Natalii Usenko i mojej ukochanej Danuty Wawiłow.
Wiersze dla niegrzecznych dzieci - tejże - wydane przez Egmont, zilustrowane przez kolejną moją idolkę Mariannę Oklejak.
To jest absolutny must have, że się tak wyczerpująco wyrażę.









Lubię w poezji rytm, to, że niesie mnie gładko przez słowa.
Bardzo dobrze mi się czyta (a moim dzieciom słucha) - nie wiem, czy to fortunne określenie - prozę wierszowaną.
Na dzień dzisiejszy na topie w tej kategorii - od lat niezmiennie - Wróbelek Elemelek Hanny Łochockiej (z ilustracjami Zdzisława Witwickiego) i Sanatorium Doroty Gellner.
 - Mamo, poczytaj mi SEMINARIUM - proszą moje córki i dzięki temu wszystko śmieszy mnie jeszcze bardziej!



Ilustracje Adama Pękalskiego - przednie! 

Ale żeby nie było, że wierszyki dla dzieci to tylko ubaw i boki zrywać.
Bynajmniej. 
Czasem, gdy Piątek już zaśnie, zostaję w jego pokoju i czytam sobie Wędrówkę Danuty Wawiłow. To nie jest wybór wierszy, to całość. Jest mały chłopiec Kostek, jego siostra, rodzice, jego miasto. Historia tego miasta. Jakieś smutki, nastroje. Subtelne plamy Stannego. Chwyta za serce. 
Papier gazetowy, okładka jak z bibuły do suszenia druków.
A zawartość bezcenna.







I jeszcze taki dream team: Małgorzata Strzałkowska i Ela Wasiuczyńska.
O Spacerku przez rok pięknie napisała Olga, ja tylko wspomnę i odsyłam do niej po więcej <TU>.







A na koniec tego wpisu polecam Wam Chichotnik, idealna pozycja dla tych, którzy nieśmiało chcieliby zacząć romans z poezją eee....dla dzieci ;)

Creme de la creme! Najlepsi autorzy, najzabawniejsze ilustracje (Wasiuczyńskiej)!
A potem już samo pójdzie, zobaczycie :)




Zaraz! A jeszcze Krawcowe Doroty Gellner!



I jeszcze nie waham się czytać dzieciom Gałczyńskiego!



A Rupaki Danuty Wawiłow z ilustracjami Elżbiety Gaudasińskiej?
A ...?

Bardzo proszę, uzupełnijcie mój wpis.
Czyje wiersze czytacie dzieciom? Co polecacie?
A jak nie lubicie, nie znosicie, to dlaczego? Kto Was wkurzył i zniechęcił?


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...