17.08.2014

Pół kobieta, czyli syreni tutorial cz.1




Do wykonania pierwszej części syreny, czyli pół-kobiety, czyli syreny od pasa w górę, potrzebne będą:

  • włóczki przynajmniej w dwóch kolorach (włosy i ciało)
  • wypełnienie (np. kulka silikonowa)
  • szydełko odpowiedniej grubości
  • nożyczki
  • igła


Gotowi do startu?


Na początek magic ring - formujemy pętelkę z kawałka nitki i wykonujemy na niej 6 półsłupków.



Końcówki nitki ściągamy i związujemy; to już pierwszy rząd naszej robótki.
W każde oczko pierwszego rzędu wbijamy dwa półsłupki.


3 rz: w co drugie oczko wbijamy dwa półsłupki:
4 rz: w co trzecie .... dwa półsłupki
5 rz: w co czwarte....
6 rz: w co piąte...

I tak uzyskujemy koło (czubek głowy syreny):


Do 10 rzędu przerabiamy tę samą ilość półsłupków (36)
Po zakończeniu dziesiątego rzędu odcinamy nitkę i przywiązujemy włóczkę w innym kolorze - w kolorze skóry syreny :)
Do 15 rzędu przerabiamy nadal tę samą ilość półsłupków (36)




W 16 rzędzie zaczyna się redukowanie ilości półsłupków w rzędzie. W tym celu pomijamy co szósty półsłupek, jak na poniższych zdjęciach:





W 17 rzędzie pomijamy co piąty półsłupek;
18 rząd: - co czwarty,
19 rząd: - co trzeci
Po ukończeniu 19 rzędu wypychamy głowę syreny:




20 rz: pomijamy co drugi półsłupek (rząd liczy teraz 12 półsłupków)
21 rząd przerabiamy bez zmian (12)
22 rz: w co drugie oczko wbijamy dwa półsłupki (co daje 18 półsłupków)
23 - 29 rząd przerabiamy tę samą ilość półsłupków.
Odcinamy nitkę i zabezpieczamy robótkę przed pruciem - do pozostałej końcówki wkrótce dowiążemy włóczkę na ogon.


Głowa i tułów gotowe, pora na ręce.
Zaczynamy od magic ring, pierwszy rząd z czterech półsłupków.
2 rz: w każde oczko wbijamy dwa półsłupki (8)


Ręka liczy 12 rzędów.
W rzędach 6 i 10 pomijamy po jednym półsłupku, ostatni rząd liczy więc 6 półsłupków, zakańczamy pozostawiając długą nitkę - przyszyjemy nią rękę do tułowia.
Oczywiście ręce muszą być dwie ;)



Poniżej rozpiska dla tych, którzy preferują schematy.
UWAGA: trzeba ją czytać od dołu :)

Zielone linie to linie pomocnicze. na żółto zaznaczony rząd, w którym wypychamy głowę.
Różowy znaczek - dwa półsłupki wbijane w jeden półsłupek poprzedniego rzędu
Niebieski znaczek - pomijamy jeden półsłupek poprzedniego rzędu



Żółte pętelki ze strzałką nie znaczą nic ;)

Tułów, ciąg dalszy powyższego schematu:



Mamy już pół-kobietę.
W oczekiwaniu na instrukcje wykonania pół-ryby, można zająć się twarzą i fryzurą.
Tu pełna dowolność.
Do aranżacji fryzury mogą przydać się kulki; jak zrobić kulkę - TU


Mały wypukły nosek:


I co tam jeszcze chcecie: usta, rumieńce, brwi; Jarecka ostatnio preferuje nieco waldorfskie facjaty




Więcej syrenich inspiracji TU i TU

C.D.N.

15.08.2014

Pamiątki z wakacji





Co Jarecka przywozi sobie z wakacji?
Oczywiście pamiątki.
A w tej liczbie co następuje: ciuchy z prowincjonalnych lumpeksów, kamyki, szyszki i listeczki, przetwory z napotkanych na wakacjach owoców, ubrania i akcesoria uheklowane ze zdobytych na wakacjach włóczek (ech, bo to wszystko rzuca sie na Jarecką i żal nie przerobić!).
Pamiątki się także kupuje.
Tu Jarecka ma zawsze szczerą intencję nabyć coś, co naprawdę zostało zrobione w odwiedzanych okolicach, nie zaś w odległych Chinach; przez ludzi, którzy lubią swoje zajęcie, nie przez małe chińskie rączki zasuwające po kilkanaście godzin dziennie trzydzieści dni w miesiącu.

Tym razem o pamiątki dla Jareckiej zatroszczyły się Najlepsze Przyjaciółki.
O, proszę:
(W roli słońca - broszka)




To tylko część tych wzruszających prezentów!

Ponieważ jednak wpis ów powstał nie tylko po to by chwalić sie przyjaciółkami i prezentami od nich, lecz głównie celem inspiracji gości Deszczowego Domu do działań wszelakich, idźmy dalej:
Jedna z Przyjaciółek obdarowała Jarecką lokalnymi wiktuałami.
W drewnianej skrzyneczce.
Z oryginalnej zawartości skrzynki ostały się już tylko domowe nalewki (jak widać, już napoczęte; czekają na zimowe wieczory), zatem przyszła pora, by zająć się przeobrażeniem tejże w pamiątkę z wakacji.
Biała farba do ścian, farbki akrylowe, kredki i lakier bezbarwny, oraz...
...fotki zrobione w muzeum w Wiśle jako wzór.







PS. W peesie prywata:
Jeśli wakacjujecie w okolicach Wisły, biegnijcie do tamtejszego muzeum! Piękna wysoka blondyna oprowadzi Was po wystawach i opowie Wam różne ciekawe rzeczy w lokalnym narzeczu (o historii regionu, nie o tym, jak się mieszka z Jarecką!)
A jeśli wakacyjne szlaki zawiodą Was do Koniakowa, w Galerii Na Szańcach kupicie oryginalne miejscowe rękodzieło - Jarecka ręczy głową, że małe rączki, które produkują tamtejsze precjoza (koronki, ceramika) należą do szczęśliwych kobiet :)


13.08.2014

Podzwonne po wpisie co był i go nie ma...i znów jest!

Drogi Czytelniku
Stała się rzecz straszna!
Jarecka porządkowała poczekalnię Deszczowego Domu i wyrzucała śmieci - i przypadkiem ofiarą jej porządków padł wpis dokonany siódmego sierpnia.
Umarł w butach, przepadło.

A zatem Czytelnik, który przybędzie tu w przyszłości, nie dowie się, że w Obi można było kupić tego lata przednie czteropaczki lawendy, o czym wiedzieli wszyscy oprócz Jareckiej, a która to lawenda nader bujnie przyozdobiła balkony sióstr CałkiemInnych - Mireckiej i Fistaszko.

Nie dowie się także, na czym polega metoda na kupki na kupki na kupki stosowana z powodzeniem przez siostrę Fistaszko w podróżach z rodziną ale nie tylko w podróżach, co nieodmiennie wpędza Jarecką w kompleksy.
(Prawdopodobnie wątek kupek kupek kupek wróci; tak obiecał Wszechwiedzący Narrator w zaginionym poście).

Jarecka tylko trochę węszy sabotaż, lub choćby jego zamiar, albowiem przed publikacją rzeczonego wpisu autoryzował go Jarecki - jak zwykle, gdy rzecz zahacza o realne osoby, zwłaszcza rodzinę.
Czy nikogo nie urażę? - zapytuje Jarecka powątpiewając w trzeźwość swojego osądu w tej kwestii; a nuż poniesie ją fantazja?
- Mojej mamie się to nie spodoba! - przeczytawszy, zawyrokował Jarecki.
- To, że zaprosiła gości, jak mieliśmy przyjechać do J na tydzień? Przecież to my wcześniej umówiliśmy się z Fistaszkami, że będziemy nocować u nich!
- Ale to czytają też koleżanki mojej mamy, jak to będzie wyglądało?
Jarecka powiedziała, że nie ma mowy, wątku gości u Rodziców Jareckich nie usuwa, że kto jak kto, ale jej teściowa ma dystans i Jarecka nie wierzy, by jej przyszło do głowy czuć się urażoną.
Widząc, że nic nie wskóra, Jarecki podniósł też wątek Mamy CałkiemInnej, która też jakoby salwowała się ucieczką przed zaogońską inwazją.
- Ale przecież termin wyjazdu mojej mamy na zgrupowanie chóru był od niej niezależny! - perswadowała Jarecka - podobnie zresztą jak termin kolonii, na które wyjechała połowa pogłowia Fistaszków i Mireckich!
- No to jeszcze Mirecka może nie być zachwycona - próbował Jarecki.
Dlaczego, nie wyjaśnił, i już tylko się odął, że skoro Jarecka go prosiła o cenzurę, to niechże teraz z nim nie wojuje, publikuje co chce i dajcie wy mi wszyscy święty spokój!

Wpis był i go nie ma, przepadło.


A jednak!
Ocierając łzę wzruszenia Zespół DD w składzie: Jarecka informuje, że zaginiony wpis znalazł się znów na swoim miejscu, w dniu 7.08.2014 i że było to możliwe dzięki Drogim Czytelniczkom, Małgorzacie i Magdalenie, które sprawiły Jareckiej wielką radość tym, że czytują i że się na tę okoliczność odezwały i pospieszyły z odsieczą!
Dziękuję!





9.08.2014

Goście, goście

Z południowych krain przybył Padre Gabryjel.

Poza tym, że jest ojcem chrzestnym Dwójki, ma Padre pewną szczególną cechę.
Otóż zasypia.
Gdy Padre odprawia mszę, zasypia podczas czytań.
Głowa mu opada, gdy słucha grzechów.
Ilekroć przyjeżdża do Jareckich na kolację, ledwie wysiądzie z samochodu, zaczyna słaniać się nogami. 
Zrazu myślała Jarecka (nie bez uznania), że wszystkiemu winien tryb życia na wzór wielebnego Vianneya. Wątpliwości rozwiał sam Gabryjel:
- Ale miałem ciężki dzień - wyznał boleśnie - nie miałem przez cały dzień okazji położyć się choćby na godzinę!
Co sobie Jarecka, matka dzieciom, na to dictum pomyślała, zachowa dla siebie. Ale że Padre zasypia - musi chory, pomyślała.
Padre mówi że nie, nie chory.

Tymczasem rzecz tak wygląda, że Padre Gabryjel chcąc w czasie urlopu odwiedzić wszystkich krewnych i znajomych, że ma na Zaogonie daleko, przybywa późno.
Ubiegłego lata przybył około jedenastej wieczorem.
Jarecki zaparzył szatańską (tfuu!) kawę i przyczaił się z butelką coca-coli, Jarecka zasypała gościa pytaniami - a jak tam Padre, ci się żyje; a jak było w Brazylii na dniach młodzieży; a jak na tej twojej misji?
Gabryjel ziewał i wkładał wiele wysiłku w utrzymanie otwartych oczu; raz po raz zawieszał sie między pytaniem a odpowiedzią. Jareccy jęli się niepokoić, wszak przed Padre daleka droga z powrotem, za kółkiem. Jak dojedzie, skoro tylko patrzeć, jak padnie pod stół? Może ci pościelę na materacu u Jaśnie Panicza? -zapytała Jarecka. Ach, nie - Padre mlasnął, zarzucił głową i znów spróbował osiągnąć pion.
Jarecki przyniósł kolejną filiżankę kawy a Jarecka wystartowała z nowym zestawem pytań.
- No a jak tam ludzie w tym twoim kraju? Dużo tam katolików? Muzułman? Żydów?
- Co?... - chrapnął Padre - No, katolicy, taaak... Ale też dużo widzi się takich.. - tu Gabryjel zatoczył dłonią okrąg wokół twarzy - murzynów...
- Murzynów? U ciebie? - zdziwiła się Jarecka - znaczy się co, to ci imigranici z południowej Afryki? Dotarli już do was?
Gabryjel zwiesił głowę a Jareccy zadumali się nad okrutną historią.
Jarecka widziała ją jako wiatr, co miota ludźmi jak liśćmi.
Jarecki jako wielką łyżkę, co nieustannie miesza w europejskim tyglu.
- Co? - zakrzyknął nagle Padre Gabryjel - jacy murzyni, u mnie? Przecież rozmawialiśmy o Brazylii!

Nie da się ukryć, przed godziną.



...


Przelała się też przez Deszczowy Dom fala nastolatek.
Fistaszkówna i Drumlanka, przełom tysiącleci.

- Ciociu, co możemy uszyć łatwego?
- opaski?


- Coś jeszcze?
- eee...woreczki?



- Ciociu, a ty kiedyś szyłaś takie kwiatki z kółek?
- Nie!



I pomyśleć, że Jarecka do tej pory wyrzucała kołnierzyki z pociętych przez siebie koszul!



A na koniec upiekły ciastka.

7.08.2014

Kaczki, kwiatki i sałatki


W mieście J Jareccy ulokowali się w domu Fistaszków, czyli u siostry CałkiemInnej.
Trudno dociec, jaki wpływ na wakacyjne plany reszty rodziny miał przyjazd Jareckich (aż na tydzień!) - dość, że akurat w tym terminie Mama CałkiemInna wyjechała grupować się ze swoim chórem, a Mama Jarecka ratowała się przed zaogońską inwazją zapraszając innych gości.
Padło na Fistaszków.
Fistaszkowie mieszkają w niewielkim bloku przytulonym do wychuchanego parku. Od strony podwórka dom prezentuje szlachetne proporcje familoka i nawet kryty jest uczciwą dachówką, choć można się spierać, czy dekoracja quasi szachulec to nie za wiele dobrego.
Z okien Fistaszków widać szpiczaste szczyty starej zabudowy lub ciemną ścianę parku.
Dziwnym trafem większość swoich dzieci Fistaszkowie akurat wysłali na kolonie.
- Tu będziecie spali z Piątkiem - wskazała Fistaszkowa - a w pokoju chłopców możecie sobie zrobić garderobę - możesz sobie ułożyć wszystko...
- Tak, tak - pośpieszyła Jarecka - zaraz sobie wszystko ułożę na kupki na kupki na kupki!
("Na kupki na kupki na kupki" jest to sprawdzona metoda siostry Fistaszko na utrzymanie porządku w rzeczach licznej rodziny w podróży. Fistaszkowie dużo podróżują, więc system kupkowy jest po wielokroć sprawdzony. Nie muszę grzebać, wszystko ogarniam wzrokiem! - reklamuje Fistaszkowa)
I, jako się rzekło; tu kupka mamy, tu Czwórki, tam Trójki...
Jaśnie Panicz zrejterował do dziadków Jareckich i tyle go widziano.

Ach, jakiż to był miły tydzień!
Tego, że siostrzane CałkiemInne spędy kończą się zazwyczaj chrypką i zawrotami głowy (skutkiem hiperwentylacji) powtarzać nie trzeba, wszelako mają miejsce inne charakterystyczne sceny:
- Oooo - mówi Jarecka z zachwytem wychodząc na balkon u siostry Mireckiej, która także mieszka w J - jaką masz piękną lawendę!
- No, to z tych czteropaczków - wyjaśnia Mirecka tonem zarezerwowanym dla oczywistych oczywistości.
- Z jakich czteropaczków?? - dziwi się Jarecka.
- No z Obi!

Lub podobnie, przy stole:
- Jaka dobra sałatka! - zachwala Jarecka.
- No przecież to ta gyrosem - wzrusza ramionami Mirecka.
- Z czym?
- No z gyrosem! Nie znasz sałatki z gyrosem??

Nieco później, wieczorem, u Fistaszków na balkonie Jarecka komplementuje bujną lawendę:
- To z tych czteropaczków - tłumaczy skromnie Fistaszkowa.
O skład pochłanianej właśnie sałatki Jarecka już nie pyta.

Zaprawdę, zaprawdę, podróże kształcą.


...


W kolejnej odsłonie wakacji młoda Fistaszkówna w Deszczowym Domu pod okiem ciotki szyje saszetki.
Na tę lawendę z czteropaczków.
Potem te saszetki siostra Fistaszko ułoży sobie w szafach na każdej kupce na kupce na kupce.
Prawda, że wypas?








I rozwiązanie kaczej zagadki:
15 plus jedna na pniaczku. Chyba, że coś nam umknęło?
:)




PS. A ci, co po lekturze tego wpisu opłakują brak Obi w swojej okolicy niech śpieszą po lawendę TUTAJ :)

5.08.2014

Tylko latem, tylko na Zaogoniu

Ścieżka do Deszczowego Domu zarosła, o czym Jareccy przekonali się torując sobie drogę do drzwi przy pomocy toreb, koszów, skrzynek i dzieci.
Nic dziwnego, że winorośl wyciągnęła macki nad chodnikiem ale żeby przez dwa tygodnie między tujami wyrosła półtorametrowa leszczyna? (Właściwie to dobrze, właściwie to właściwie - myślała Jarecka - z leszczyny jakiś pożytek przynajmniej, a z tuj? Fuj!)
Klucz wisiał na gwoździu tak jak go Jareccy zostawili, na szafce na buty leżały lekko przykurzone koperty.
W środku, w mieszkaniu, panował ten rodzaj porządku, który nie wynika z tego, że ktoś sprząta, lecz z tego, że nikt nie bałagani. Czasem tak bywa u starszych osób. W lodówce kwitła dżungla! Kwitnące dżemy, kwitnące suszone pomidory, kwitnące resztki piątkowej zupy.

- Ile was właściwie mam? - mamrotała Jarecka do siebie o poranku, tym, który nastąpił zaraz po powrocie do domu - cztery dziewczynki... Wróć! Trzy dziewczynki, w tym jedna pożyczona, właściwie nie dziewczynka a panienka, a Piątek - Piątek jest chłopcem!
Dla równowagi, w J został Jaśnie Panicz i Dwójka.

Nieobecność Jaśnie Panicza w domu jest bardzo odczuwalna, bardzo. Zaskoczyło Jareckich, że aż tak. Gdy na początku lipca pierworodny oddalił się na kolonie, ledwie na tydzień, w Deszczowym Domu nastąpiło ewidentne rozluźnienie obyczajów! Jareccy wieczorami żłopali alkohol (piwo na spółę), oglądali telewizję oraz filmy dla dorosłych (Gra o tron, Breaking bad) a także jedli czipsy. Tylko trochę miało to związek z faktem, iż zwolnił się jaśniepański lokal, w którym libacje te mogły mieć miejsce; więcej z tym, że Jaśnie Panicz to typ psa pasterskiego.
(Tę tezę świetnie ilustruje sytuacja, w której rodzina wchodzi do windy. Postronny obserwator zobaczy wyraźnie, że Jaśnie Panicz i Czwórka są tymi, którzy zajmują miejsca przy odrzwiach, w wykroku - niby lamassu - bacząc w napięciu, by wszyscy sie zmieścili i by drzwi nie zamknęły się komuś na kostce. Czwórka dodatkowo nagania maruderów gestem dłoni. Jareccy może powinni sie oburzać na powierzoną im rolę bezmyślnych owiec ale tak ich to bawi, że nie zdążają)
Możliwe także, iż w owym beztroskim czasie udzielił się Jareckim ogólny klimat sąsiedzki.
W trzeci dzień, a właściwie wieczór wakacji, sąsiadka Danuta postulowała sporządzenie grafiku, który regulowałby, kto w który wieczór będzie pił wodę i soki, by w razie nieszczęśliwego wypadku mógł prowadzić pojazdy mechaniczne lub dialogować z władzą. Gdyby któreś dziecko na przykład użądliła osa - motywowała Danuta, po mężu Sosna. Danuta szczególnie boi się os, bo jeden z jej synów doznaje wstrząsu w zetknięciu z żądłem, wszyscy jednak wiedzą, że Sośniak ów posiada strzykawkę z remedium, nadto sam jest pełnoletni. Wniosek przepadł, bo nikt nie chciał być pierwszy.

Tymczasem nastał sierpień, miesiąc trzeźwości.
Nastała też wśród sąsiadek osobliwa moda na paradowanie w biustonoszach, takich bieliźnianych. Jarecki jest zakłopotany, Jarecka trwa w osłupieniu.
A przecież coś niemoralnego trzeba robić, w końcu są wakacje!





...




Zaogońska świątynia dumania. Miejsce, w którym Jarecka potajemnie wysypuje suchy chleb.
Potajemnie, żeby różni tacy co piszą tabliczki (KLIK) - widząc Jarecką wytrząsającą coś z papierowej torby nie pomyśleli sobie, że Jarecka właśnie taką ma...

Policz kaczki
:)




1.08.2014

Wakacje

Z wakacjami było tak:
Drugiego stycznia, kilka minut przed ósmą (o tej porze Jarecki zaczyna pracę) Jarecki wybrał numer pewnego hotelu na Helu.
- Dzień dobry - powiedział - chciałbym zaklepać sobie dwa tygodnie letnią porą, ja i moja rodzina, w sumie siedem osób, właściwie sześć i pół, bo od biedy mogę zabrać z domu łóżeczko dla mojego...
- Ależ - powiedziała pani w słuchawce - wszystko już zajęte...
- Jakże to? - Jarecki na to - czyż nie od dziś przyjmujecie zapisy na wczasy?
- No nie! - zdziwiła się pani - robiliśmy rezerwacje od ósmego grudnia. Nie wiedział pan? Dostał pan maila, na pewno!
Jarecki nie wiedział, że dostał, bo ósmego grudnia był na tacierzyńskim.
Pani powiedziała, że może wciągnąć go na listę rezerwową, na pozycję siedemdziesiątą trzecią.
Dobrze, westchnął Jarecki.

(Aby czytelnik mógł sie należycie odnaleźć w niuansach ciągu dalszego, trzeba mu wiedzieć, że Jarecki pracuje w Firmie, której korzenie przebijają sie przez warstwy skorupy ziemskiej aż do kredy, a może i głębiej, w związku z czym raz na dwa lata Jareccy, którzy jak rok długi ledwie wiążą koniec z końcem, lądują na wczasach w jakimś krajowym kurorcie, gdzie trzy razy dziennie objadają stołówkę, ich apartament sprząta pokojówka a dziećmi zajmuje się najprawdziwsza KaO!)


Jakże smutno było Jareckiej, że nie spędzi wakacji jak Kossak i Tyrmand! że znów nie ujrzy morza!
Możemy jeszcze do Wypiździelówki, powiedział Jarecki, albo do Dzyń-dzyń.
Jarecka wzdychała, sapała, przewracała oczami i jak tylko mogła była nierada. Gdzie jest ta Wypiździelówka? Pewnie nie ma tam nawet wody, żeby nogi pomoczyć! Dzyń-dzyń - phi! Toż do Dzyń-dzyń mogłam jeździć w licealnych czasach prawie że czerwonym autobusem!
No dobrze, czerwonawym.
Lecz przy tej myśli wzburzenie nieco osłabło.
Właściwie, powiedziała Jarecka, dzieci nigdy nie były latem w górach.
W Dzyń-dzyń mieszka też jedna z Najlepszych Przyjaciółek... I druga niedaleczko, i parę koleżanek...

Od tej pory Jarecka zastanawiała sie już tylko, ile spotkań z Najlepszymi Przyjaciółkami będzie w stanie wytrzmać Jarecki.




...




Teraz Deszczowy Dom jeszcze stoi pusty.
Jarecka pęka w szwach od inspiracji, których pewnie nie uda jej się przekuć w artefakty przez kolejny rok, ale będzie się starała, to pewne.

I żeby nie było, że się Jareckiej nie udało jak Samozwaniec i jak Tyrmand - udało się jak Melchior Wańkowicz!*
Oto teraz, późną nocą, Deszczowy Dom nadaje dla Was z rodzinnego miasta Jareckich, J, które, jak się okazało, miejscami lśni blaskiem swojej międzywojennej sławy.





*W Zielu na kraterze Wańkowicz wspomina (no dobrze, dość zdawkowo) swoją bytność w J w czasie włóczęgi  po Śląsku.
Co jednakowoż doskonale robi  snobizmowi Jareckiej :)


Pozdrowienia z J!




17.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.6

Nie minęło czasu mało-wiele, gdy Derektorka wręczyła pracownicom ulotki reklamowe Chochlika ze słowami: rozdawajcie to znajomym i zostawiajcie gdzie się da.*

Na tejże ulotce stało jak byk: zapewniamy opiekę dzieciom z niepełnosprawnością.
- Jakże to? - przeraziły się nauczycielki - jaką niepełnosprawność masz na myśli?
Derekcja nie miała na myśli żadnych konkretów; przecież dzieci i tak nosimy na rękach, i tak zmieniamy pampersy, i tak karmimy. Zgoda, mówiły nauczycielki, ale niepełnosprawność ruchowa to nie wszystko; są inne choroby i zaburzenia - my po prostu nie jesteśmy kompetentne! Nieśmiały ten protest utonął w morzu innych, równie nieistotnych protestów i tak oto trafiła do Chochlika dwuletnia Sara, chora na mukowiscydozę.

...


Ala nie miała pojęcia, z czym to się je.
Jarecka, ze względu na pewien koszmarny epizod w swoim życiu, wiedziała, na czym polega choroba, lecz o codziennej pielęgnacji chorego miała mizerne pojęcie.
Tata Sary wraz z posiłkami dostarczał enzymy, którymi należy uzupełniać dietę dziecka, bo organizm ludzi z mukowiscydozą nie trawi tłuszczu. W krótkich słowach wyjaśnił, jak obliczać dawki w oparciu o zawartość tłuszczu w posiłku - lecz albo słowa były zbyt krótkie, albo umiejętności matematyczne nauczycielek niewystarczające, albo wizja rachowania w towarzystwie rozbrykanych i/lub głodnych dziatek wydała się nazbyt surrealna:
- Kochany - przemówiła Ala - nie mogę panu obiecać, że wyliczę wszystko jak należy. Proszę nam opisać, ile tego przed czym. Będziemy oboje spokojniejsi.
(Należy dodać, że trudność w suplementacji polega na tym, że enzymy trzeba podać przed posiłkiem, w ilości odpowiedniej do obfitości posiłku. Niełatwo przewidzieć, ile zje obce dziecko! Nie występuje tu także opcja mniejszego zła - źle, gdy się poda za dużo specyfiku, równie źle - gdy za mało)

Choroba Sary niezbyt dawała się we znaki. Nie kazano nauczycielkom nebulizować, oklepywać. Rzeczywiście, posiłki były nieco problematyczne, ale nie względu na podawanie enzymów (rodzice sumiennie opisywali dawki na produktach), tylko dlatego, że Sara nie lubiła jeść. W tym miejscu padły zasady Jareckiej - dreptała za Sarą z łyżką, choćby pół dnia, bo już nie chodziło o dobre maniery lecz o zdrowie (powiedzieć "życie" - brzmiałoby nazbyt patetycznie, nieprawdaż?)

Jedno wszak wyróżniało Sarę - Państwo wybaczą - kupa. Zapach kupy chorego na mukowiscydozę to doznanie traumatyczne! Tak pomyślała Jarecka mając do czynienia z nią po raz pierwszy.
O naiwności!

Pewnego popołudnia Sara była bardzo niespokojna i szybko stało się jasne, że przyczyna tego dyskomfortu tkwi w jelicie grubym. Po serii pełnych bólu wrzasków problem - powiedzmy - wypłynął. Ledwie Sara została obstalowana na nocniku (na tę chwilę, w której Jarecka uda sie do szatni po czystą pieluchę - bo od czternastej chochliki pozostawały pod opieką jednej osoby), gdy do przedszkola wkroczył tata Sary.
- Dobrze, że pan jest - ucieszyła się Jarecka. Pokrótce streściwszy zaś ojcu cierpienia Sary, poprosiła, by zajął się córką, bo ona, Jarecka, musi zająć się resztą zdezorientowanych zamieszaniem (by tak łagodnie rzec) dzieci i byłby to kres boleści, lecz już po chwili Jarecka zauważyła, że tata Sary zdradza niezwykły niepokój.
- Śluzówka jej wypadła - wyjaśnił - to się zdarza ludziom z mukowiscydozą. Co prawda Sarze zdarzyło się pierwszy raz...

Na samą myśl o tym, że mogłaby oglądać to własnymi oczyma nie mając w pobliżu żadego wsparcia dorosłej osoby, Jarecka, blada i zielona, udała się do sali zabaw, gdzie na ścianie wisieli zgodnie pospołu Chrystus ukrzyżowany i Hello Kitty, i rymsnęła na twarz (nogi nie stawiały oporu) w akcie wdzięczności za to, iż było jej oszczędzone.


...


DO PRZEDSZKOLA PRZYPROWADZAMY TYLKO ZDROWE DZIECI
- w każdym przedszkolu, które Jarecka miała okazję odwiedzić, wisiała taka karteczka.
A teraz ręka do góry, kogo wyproszono z przedszkola z dzieckiem zakatarzonym, kasłającym lub "słaniającym się nogami"?

Przedszkola jednakowoż obfitują w podstępne alergie, które dopadają dzieci znienacka bez względu na porę roku. Osobliwe te alergie objawiają się zielonymi glutami, kaszlem we wszelkich odmianach (szatnia w przedszkolu Trójki aż wibruje od tych odgłosów - a wszystko to "alergicy"!), czasem też gorączką, wysypkami i ropnymi wysiękami. Do wyboru, do koloru.
Derekcja z troską pochylała się nad alergiami. Wszak rodzice chochlików muszą pracować. Pracować, by zarabiać. Zarabiać, by uiszczać!

Przypadkiem numer jeden była w Chochliku Róża. Trudno dociec, dlaczego mama Róży uparła się wrócić do (nieciekawej, kiepsko płatnej) pracy mając do dyspozycji jeszcze rok urlopu wychowawczego, dobrze zarabiającego męża i chorowitego wcześniaka.
Derekcja wychodziła naprzeciw.
Ona jest chora! - zdiagnozowała Jarecka pewnego dnia, pół godziny po przyjściu Róży. Oczy dziewczęcia zasnute były mgłą, czoło płonęło. W przedszkolu nie było termometru i Jarecka nabrała podejrzeń, iż jest to celowy brak, bo Derekcja zawiadomiona o stanie rzeczy pośpieszyła uspokajać:
- Niech sobie poleży, daj jej pić i broń Boże nie dzwoń do matki! Ja za godzinę będę.
Przybywszy po dwóch godzinach, Derekcja z satysfakcją stwierdziła iż chory zasnął i odsunąwszy wgłąb sali wózek z bredzącą w malignie Różą, oddała się zwykłym przedszkolnym zajęciom.
Czy trzeba dodawać, że matka Róży stawiwszy sie po córkę usłyszała, że wszystko było w porządku, że Róża bawiła się świetnie, jadła w normie i dopiero, tuż, tuż przed pani wejściem pani Mamoróży, jakoś tak nam oklapła i posmutniała.
Mama, zdziwiona, zamiotła Różę z podłogi do siatki i nazajutrz, skoro świt, odstawiała ją znów do Chochlika na kolejny, radosny dzień przedszkolaka.


...


Poniższe sytuacje miały miejsce naprawdę:
- W nocy wymiotował(a). Kilka razy. A rano zrobił(a) brzydką kupę, ale już czuje się dobrze, do widzenia - wyznawali szczerze rodzice i uciekali przecierając w biegu dłonie spirytusem.
Nazajutrz już troje dzieci robiło brzydką kupę, wszystko w majtki, lecz powiedzieć rodzicom, że to wirus, i że po jednej nocy to raczej nie przechodzi - Derekcja była zdania, że nie wypada.
- Kaszle, proszę mu w południe psiknąć tym do gardła. A tu taki syropek na apetyt. Pięć razy po łyżeczce.
- Róża znowu kaszle. Czy byłaby możliwość, żeby nie wychodziła dziś z wami na spacer? Nie? Pani Derektor mówiła, że tak. Na spacerze musicie być we dwie? Ale pani Derektor obiecała... To może w ogóle dziś nigdzie nie pójdziecie? Jakoś tak mokro...


...


Zaraz, zaraz! - zakrzyknie jakiś przenikliwy Czytelnik - czy dobrze pamiętam, że chochlikowa umowa miała cud-klauzulę, która gwarantowała opiekę nad chorym dzieckiem w domu?
Dobrze, doskonale!
Na cud-efekty klauzuli nie trzeba było długo czekać.
Ale zacznijmy od początku, czyli od tego, że owe panie, samotne i bezrobotne, które od czasu do czasu miały pomagać w Chochliku celem oswojenia dzieci ze swoją osobą (na wypadek, gdyby miały odbywać dyżury domowe) nigdy się nie pojawiły. Czy jednak dzieci byłyby z nimi oswojone, czy nie, nie miało większego znaczenia, gdyż o tym, kogo się wpuszcza do własnego domu decydują rodzice.
- Ale ja nie chcę obcej osoby! - oburzyła się mama Maksia na propozycję Derekcji ("przyjedzie jutro do pani taka pani Rysia, lat na oko pięćdziesiąt, włos w pasemka"), wprawiając tę ostatnią w stupor - Maksio nie zna tej pani, może mu się nie spodoba? Ja chcę którąś z PAŃ!

Dodajmy jeszcze, dla smaczku, że w każdym miesiącu, każdemu dziecku, przysługiwało takich dni - bagatela - SZEŚĆ!

Jeśli więc Alicja miała dyżur w domu Maksia, oznaczało to, że Jarecka prawie cały dzień będzie sama z rozkoszną grupką chochlików.
Proszę użyć imaginacji, gdyż pióro piszącego nie odda (ciemnego) kolorytu takich dni.


...


Niewidzialne samotne-bezrobotne, miały, jak się okazało, koleżankę.
Rzecz wyszła na jaw jak zwkle, przypadkiem. Zdarzyło się na spacerze, że mała Ola upadła i rozcięła sobie dłoń szkłem. Alicja ranę opatrzyła starannie i z tymże opatrunkiem Jarecka wydawała dziecko matce, ze stosownym komentarzem.
- Ojej - powtarzała zatroskana mama - ojej... No a co na to ta wasza pielęgniarka?
- Eee...kto? - zapytała Jarecka niedbale, że niby nie dosłyszała pytania.
- Pielęgniarka - powtórzyła pewnym tonem mama Oli i utkwiła w Jareckiej wyczekujące spojrzenie.
Jarecka jęła rozpaczliwie przekopywać warstwy informacji w swoim mózgu i nijakiej pielęgniarki tam nie znalazła.
- Nie dzwoniłyście do niej? - dopytywała mama.
Jarecka, nie będąc w stanie przywołać na twarz żadnego mądrego wyrazu, skapitulowała.
- Pani Kasiu - wyznała - ja nie mam pojęcia o czym pani mówi...

Wyszło nieciekawie. Derektor w zakamarkach gabinetu mamiła rodziców wizją pielęgniarki pod telefonem, gotowej przyjechać natychmiast w razie potrzeby. Rana Oli wymagała, jak się okazało, założenia szwu. Derektorka, co prawda, wydawała się być nieco zawstydzona, gdy Jarecka pytała: dlaczego, Derekcjo, nic nie wiedziałam o żadnej pielęgniarce? (mogłabym przynajmniej wiarygodnie skłamać...)
Numeru telefonu do owej tajemniczej postaci nigdy jednak nie udzieliła, nawet wtedy, gdy Maksia użądliła osa.


...


Zostawmy jednak za sobą ten smutny temat!
Wszak nie samymi chorobami wiek dziecięcy stoi.

Oto przed nami fiesta, pójdźmy radośnie!

C. D. oczywiście N.



*W nieskalanym komercją umyśle Derekcji ulotki jawiły się jako dźwignia reklamy, dźwigni handlu. Innych form marketingu Derekcja nie lubiła, toteż nigdy nie dała się namówić Alicji na reklamę w lokalnej prasie, Jareckiej na cotygodniowe zajęcia dla matek z drobiazgiem do lat dwóch oraz wszystkim - na stronę internetową.


14.07.2014

Czwórka naprawia świat


- Jedna pani idzie pod parasolem i druga pani idzie pod parasolem - opisuje Czwórka siedząc w samochodzie. Na zewnątrz leje  - a czy jedna pani i druga pani nie mogłyby iść pod jednym parasolem?


...


Czwórka: - Tato, jedźmy na wycieczkę rowerową.
Jarecki: - Nie możemy, mama pracuje a ja muszę zajmować się Piątkiem.
Czwórka (po chwili głębokiego namysłu): - a czy mama nie mogłaby jedną ręką rysować a drugą trzymać Piątka?






13.07.2014

Pobite gary!

Ubrać się odpowiednio do okazji - to rzecz niezwykłej wagi.
Wiedziała to Kreska, ulubiona Jareckiej postać z Jeżycjady (ale od razu dodajmy, że lekturę Jeżycjady Jarecka skończyła na Noelce. Nie powaliła jej ta Noelka i wysnuła wówczas - może zbyt pochopny -wniosek, że może jest już na tę Jeżycjadę za stara. Teraz ze spokojem czeka na nadrabianie zaległości z córkami; jedna z nich nosi zresztą kreskowe imię).

Jarecka uszyła sobie bluzkę na finałowy mecz mundialu, jakiś czas temu.
Zupełnie nieświadoma masakry, jaka rozegra się w Brazylii za sprawą etatowych czarnych charakterów świata.

Jarecka Canarinhos:






Wykrój z Burdy, ale żeby uszyć takie cóś, wykrój tak naprawdę nie jest potrzebny. 
Wystarczy chusta-szal (tę kupiła Jareckiej jedna z metropolitalnych cioteczek u ulicznej handlarki. Za pięć zeta), metr lamówki i dwa szwy.



Gotowe.



Potem już, już zaczęła Jarecka kombinować na pomarańczowo, bo Marco van Basten to był pierwszy dorosły mężczyzna, w którym się zakochała, więc ma sentyment do oranje.

A teraz wychodzi na to, że trzeba by się ubrać na czarno.
Jak czarne charaktery :)




11.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..."cz.5


Rodzice, którzy pierwszy raz przekraczali próg Chochlika mówili najpierw:
- O, tu kiedyś była restauracja! Kogoś tu zabili... jakieś mafijne porachunki...
A zaraz potem, na widok Czwórki:
- O, macie tu nawet takie DZIDZIE!
Jarecka wyjaśniała, że ta DZIDZIA ma dwa lata, a to, zdaje się, kilka miesięcy więcej niż Państwa dzieńdobryjajestempanianiajakmasznaimię?
Temat denata pomijała milczeniem, choć wracał on do niej w ciemne zimowe wieczory, gdy przyszło gasić światła i zakluczać puste przedszkole.

W dzień-jak-co-dzień na dwoje babka wróżyła:
Gdy w porze drugiego śniadania Jarecka wkraczała do Chochlika, albo zastawała drzwi od sali zabaw zamknięte, albo rozwarte na oścież. Nauczycielka z pierwszej zmiany albo siedziała z dziećmi w sali, albo biegała po całym przedszkolu z którymś z wychowanków na biodrze. Dzieci albo bawiły się w sali zabawkami albo galopowały od szatni aż po gabinet Derekcji na autach, koniach, piłkach i twarzach.
W zależności od tego, czy poranek należał do Alicji czy do pani Derektor.
Czasem w sali zabaw zasiadali na tronach nocnikanci.
- Na litość boską, Derekcjo! - Jarecka łapała się za głowę - jakbym ja była rodzicem, co szuka dla swojego dziecka przedszkola i jakbym tu weszła i zobaczyła, że w jednej sali pospołu zabawki i nocniki, to uciekałabym stąd jak najdalej!
Derektorka robiła "phi" ale brała gołodupców pod pachy, Jarecka wynosiła nocniki i reszta posiedzenia odbywała się w łazience.
Niemniej dla wszystkich było oczywiste, że identyczna scena będzie miała miejsce jeszcze wiele razy.


W temacie posiłków nauczyła się Jarecka najwięcej.
Na przykład, że odeszło do lamusa nie tylko picie z kubków, ale także jedzenie przy stole, oraz - gryzienie. Nową świecką tradycją jest natomiast uporczywe karmienie niegłodnych i dreptanie za dziećmi z łyżką wszędzie tam, gdzie dziecku akurat zmarzy się przebywać, nawet jeśli będzie to kryjówka pod biurkiem w gabinecie pani Derektor.
- Krzyś kiepsko zjadł obiad - wyznała raz szczerze Jarecka pewnemu ojcu (ech, pod tym względem Jarecka nie dała się zreformować. Derekcja prosiła: nie opowiadaj im takich rzeczy, a ona nielojalnie opowiadała).
Ojciec rzucił lodowate spojrzenie i wysyczał:
- trzeba było mu pomóccc...
Gdyby Jarecka nie zlodowaciała pod tym wzrokiem, chętnie wytłumaczyłaby temu panu, że i owszem, trzyletniemu, zdrowemu na ciele i umyśle Krzysiowi pomagała, zachęcała, bawiła się w zabawę autorstwa Ali; że niby każda łyżka zupy jest porcją lodów o wybranym przez dziecko smaku, że proponowała "może najpierw ziemniaki? nie? marchewkę? nie? wypijesz samą zupę? nie?", oferowała nagrodę w postaci dyżurnego przedszkolnego wafelka, sugerowała sprawdzenie, czy aby na dnie miseczki nie ma ukrytego skarbu piratów - bezskutecznie. Pozostało jeszcze przywiązać Krzysia do krzesła i wlać mu obiad w gardło zatkawszy nos; na to, nie wiedzieć czemu, nie zdecydowała się.
Tata się dąsał.

Na wysoką "skarmialność" Derekcja miała swoje sposoby.
Drugie śniadania i podwieczorki dostarczane były przez rodziców i trzeba przyznać - starali się.
Jeśli posiłek fasowały Ala i Jarecka, dzieci najpierw dostawały kanapki, jajka na twardo, parówki i warzywa, potem jogurty i ewentualnie owoce (zupełnie nie dotyczyło to dwuipółletniej Beatki, która codziennie była uposażana w pączki lub herbatniki), jeśli zaś prym mogła wieść Derektorka, każde dziecko dostawało pod nos całe pudełko własnych i frykasów i hulaj dusza!
Zgadnijmy, od czego zacznie dwulatek, któremu w żłobie dano kanapkę z pasztetem, jogurt truskawkowy i batonik kinder bueno?
Nieważne od czego zacznie, ważne na czym skończy - powie ktoś roztropny.
Zaiste!
Lecz kończył też na batoniku.

A co z piciem? Z piciem było tak: do śniadania serwowało się herbatkę z granulek, do obiadu kompot. Przez cały dzień dostępna była woda.
Cmok, cmok - kręcili głową rodzice na tę wodę i przynosili soki.
- Może pan podpisze tę butelkę - prosiła Ala, gdy kolejny tata przyholował dziecko z Kubusiem w ręku.
- To ja... - każdy tata jest zaradny, nieprawdaż - ...zerwę etykietę, będzie wiadomo, że to mojego syna.
Gdy po południu Jarecka zmieniała koleżankę na posterunku, na blacie stał Kubuś z etykietą, Kubuś bez etykiety, Kubuś z połową etykiety i dwa Kubusie z naderwanymi etykietami - jedna z dołu, druga od góry.
Nawet Enigma była bezradna - w przeciwieństwie do dzieci! One, jak jeden mąż, jako własną wskazywały tę samą butelkę - tę, w której soku było najwięcej!


...


A w ogóle to Jarecka nadto się emocjonuje. Aj waj, wielkie mi halo! O co tyle krzyku?

No właśnie, Drodzy Rodzice, czego oczekujecie od przedszkoli, żłobków i klubików? Można by przecież napchać po kokardę słodyczami a kanapki zjeść samemu w przerwie na kawę (w czym???). Radzi by byli rodzice widząc dno w dwojakach, rade dzieci, nauczycielka syta.

Czego WY chcecie dla swoich dzieci od przedszkola?









10.07.2014

Od ucha do ucha

Raz na jakiś czas uszy Jareckiej udają się na urlop.
Niby grzecznie, pojedynczo, ale żyć choć jeden dzień bez ucha do słyszenia - to męka.
I tak, pewnego dnia, Jarecka otwiera oczy ale uszu otworzyć już nie może, a konkretnie jednego. Miejsce misternych kanalików zajmuje kluska śląska, w dodatku bucząca, szumiąca i zagłuszająca to, co łaskawie drugie ucho wychwyci.
Nie słychać o co się kłócą dziewczynki w pokoju obok.
Nie słychać Michała Nogasia, gdy się jedzie samochodem.
Sąsiedzi mogą mieć Jarecką za gbura, bo nie odpowiada na powitania, a nie odpowiada, bo siedzi tyłem do witających, a jak nie widzi - to nie słyszy.
Nie da się uczestniczyć w mniej kameralnych rozhoworach, bo wystarczy, że dwie osoby przemówią jednocześnie a już ich głosy zlewają sie w głowie Jareckiej w nieznośny szum.
A w ścisłym związku z powyższym - trudno dogadać się z własnymi dziećmi.
(Na takie okazje Jarecka trzyma w łazienkowej szafce flaszeczkę ciekłej parafiny i ogromną strzykawkę o pojemności stu mililitrów, ale ucho stawia opór! Ucho mówi: chcę na urlop, chcę na urlop, chcę na urlop i o niczym innym nie chcę słyszeć!!)

Lepiej, żeby w takie dni Jarecki nie mówił do żony: ale bałagan w tym domu! - bo jeszcze mogłaby usłyszeć: ty nieporządna żono! Nie dbasz o ład i porządek! Co ty robisz całymi dniami w domu???
I lepiej, żeby dzieci nie mówiły: mamo, co mogę zjeść? - bo jeszcze Jarecka usłyszy: nie najedlim się, mało dałaś, słabo dałaś, poskarżym się do opieki społecznej, zupa była za słona, jabłko z robakiem, a kotlecika nie było wcale. Niedobrą jesteś matką, leniwą i skąpą. I skąpą. I leniwą.

Czy można spokojnie słuchać takich rzeczy?


...


Tymczasem, codziennie w godzinach wczesnowieczornych, na podwórko Deszczowego Domu wkracza tajemniczy patrol złożony z dwóch osobników. 
Czarne maski na oczach, kołnierze prochowców postawione, kapelusze porwał pęd powietrza.
Nogi jakieś takie szłapciate.
W ciszy odbywają powolną rundkę po podjeździe i lecą do swoich spraw.

Być może to interwencyjna brygada MOPS-u, albo inni kelnerzy.
Strzeżcie się! Tak wyglądają:


7.07.2014

Lato, gdy przyjdzie, co z nim czynić?




Tak jak zima zaskakuje drogowców, tak lato, rok w rok, zaskakuje Jarecką.

Postawiwszy tę zgrabną tezę Jarecka popadła w zadumę; jęła grzebać w pamięci, czy aby na pewno nie zdarzyło jej się lato bez niespodzianek.
Oczywiście, NIESPODZIEWANE zdarza sie jak rok długi, ale od lata ma się zawsze wielkie wymagania!
Żeby było słonecznie, żeby wyjechać, odpocząć, coś zobaczyć, poznać, czegoś się nauczyć, żeby nikt nie zachorował, żeby samochód się nie zepsuł - byle wytrwać w tej kruchej idylli do północy trzydziestego pierwszego sierpnia - a potem choćby i potop.

Jarecka przygotowała się do lata najlepiej jak umiała.
Dzieci podzieliła na grupy, sekcje, wyznaczyła obowiązki, spisano plan dnia, Dwójka przylepiła go do ściany jak najprawdziwszy Luter (tak, tak, powinna była do drzwi) i przyjęła odpowiednią pozycję w blokach startowych.

Teraz, podnosząc głowę z poduszki  o dziewiątej rano, nie może się nadziwić.
Pije kawę, którą zaparzył jej Jaśnie Panicz, z mlekiem, które sam podgrzał i spienił w specjalnym kubku; połowę tego mleka wlał do swojej filiżanki z inką.
Mógłby jeszcze croissanta upiec, myśli Jarecka.
Na głos nie mówi.





Listonosze i kurierzy wydają sie być zakłopotani widokiem Jareckiej w piżamie grubo po dziesiątej.

Ilekroć Jarecka wkracza do pokoju dzieci z zamiarem zajęcia ich "czymś ciekawym" (Dwójko, weź zeszyt, poćwiczymy ortografię, Czwórko, przynieś książeczki o Janku i Jagodzie), przekonuje się, że nic tam po niej. Dziatwa bawi się doskonale i zgodnie, więc pozostaje tylko przymknąć oczy na nieprawdopodobny (przysiąc by można, że acheiropoietos) bałagan (jeśli rzecz dzieje się w domu) lub na stan odzieży wierzchniej i naskórka (jeśli zabawa ma miejsce na podwórku) i wycofać sie chyłkiem do swoich zajęć.

Na przykład do szydełkowania, które latem sprawdza się lepiej niż szycie na maszynie.

Sweterek dla Czwórki z resztek po syrenach, misiach i kotach, co to włóczą się latem po Polsce:








W przeciwieństwie do prezentowanego w ostatnim poście poddupnika, zrobiony w krótkim czasie i satysfakcjonujący i Czwórkę i Jarecką.

To znaczy, tę ostatnią nie do końca...
Ma ona jednak poczucie, że jest na dobrej drodze i zamierza nad wzorem jeszcze popracować.
Do trzech razy sztuka :)

5.07.2014

Kolorowe lato 2. Szkoda gadać

Dajta pokój, ludzie.

Czasem człowiek ot, tak, weźmie w rękę szydło albo kawał szmatki, i coś fajnego ukleci, a czasem sobie wymyśli, zaplanuje, potnie, pozszywa (co blisko miesiąc mu zajmie), poczyni zakupy, skanapkuje, przepikuje, zrobi lamówkę, zrobi ją drugi raz od nowa -  a i tak nikt mu nie uwierzy, że sobie tej wyściółki na leżak nie kupił w Biedronce za 9.90.
:(






Udział wzięli:
koszule męskie, zasłony (w zwierzęta), portki od piżamy (w ptaki), najgrubsza ocieplina (coby wygodnie było się wylegiwać) i resztki wyjątkowo wrednego do szycia materiału powleczonego gumą (lamówki).

2.07.2014

Kolorowe lato, odsłona pierwsza

Dziś będzie jak na prawdziwym modowym blogu, naprawdę!
;)




Koszulka ozdobiona przez Dwójkę
Body ozdobione przez Trójkę
Bransoletki - Jaśnie Panicz & Trójka
Spódnica - Jarecka, wykrój z Burdy







W roli głównej: kredki do tkanin

1.07.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.4


CIEKAWE ZAJĘCIA

Oprócz charakterystycznego sposobu dialogowania, równie specyficzny był Derekcji sposób wydawania poleceń.
Polecenia padały w biegu i ciągnęły się jakiś metr za osobą, bo Derektorka osiągała w marszu prędkość ponaddźwiękową. Jeden z ukochanych przez nauczycielki rozkazów brzmiał: "jutro przyjdzie nowe dziecko. PRZYGOTUJCIE JAKIEŚ CIEKAWE ZAJĘCIA."
Ala i Jarecka odymały się na stronie jak egzotyczne ropuchy: jak to! przecież ZAWSZE robimy ciekawe zajęcia! Zresztą, z ich obserwacji wynikało jasno, że nowe dzieci najlepiej czują się, gdy dać im swobodę i prawo wyboru zajęcia. Najlepiej było puścić małego aspiranta w nie znane mu zabawki i baczyć tylko, by stali bywalcy nie zanadto mu dokuczali.

Aklimatyzacji często towarzyszył rodzic, na wybranych przez siebie warunkach. Ten epizod - "w przedszkolu z rodzicem" - nie miał zazwyczaj większego znaczenia dla dziecka; te odważniejsze gładko wchodziły w przedszkolną rutynę, te bardziej zamknięte w sobie i tak wypłakiwały oczy, gdy okres adaptacji musiał dobiec końca - zaś dla rodzica! - rodzicom ten czas był bardzo potrzebny.
Chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego obecność rodzicieli nie sprawiała przyjemności nauczycielkom?
Wraz z osobą postronną wkradał się do przedszkola element dezorganizacji. Dziecko-kandydat nie uznawało jurysdykcji pań, to jasne. Za jego przykładem instynktownie podążała reszta grupy. Niezręcznie było dyscyplinować dziecko przy mamie, niezręcznie było nie zwracać nań uwagi. Nadto młodzi rodzice często wyobrażają sobie dzień w przedszkolu jako niekończące się pasmo zabawy i twórczej aktywności, taki dzień w sali zabaw! Panie, wedle tej wizji, powinny jak dzień długi tańczyć, śpiewać, grać na instrumentach, skakać, robić salta i tarzać się z dziećmi po podłodze. To wszystko, rzeczywiście, po trochu ma miejsce, ale zasadniczo większość czasu upływa na banalnych, codziennych czynnościach - jedzenie, mycie rąk, sprzątanie, ubieranie się na spacer, rozbieranie po, spanie, siusianie, kupa, samodzielna zabawa.

Samodzielna zabawa szczególnie bywa solą w oku dla rodziców. Nie potrafią oni pojąć, jak ważna to aktywność dla dzieci, jak wiele dziecko się uczy w trakcie tego, co z perspektywy rodzica, który na jeden dzień wdepnął w przedszkolną rzeczywistość, widzi się nudą lub chaosem. Szczególnie zaś drażni rodziców widok pani nie wtrącającej się w potyczki o zabawki. Wygląda taka pani, jakby wszystko miała w nosie! A przecież kwadrans takiego nicnierobienia, biernego gapienia się, powie jej o dziecku więcej niż godzina makareny! Ku zaskoczeniu nauczycielek okazało się zresztą, że rodzice nie zawsze mają ochotę słuchać tego, co ma do powiedzenia osoba, która spędziła z ich dzieckiem pół dnia - "moje dziecko nie chce samo jeść? Chce, by go karmić? Niemożliwe! Przewraca się na prostej drodze? Co też pani mówi! Mój Michałek boi się nocnika? Czy w domu też się boi? Nooo...nie wiem... Ja w soboty też pracuję... nie wiem..."
Referaty na temat "jak nam minął dzień", które Jarecka czuła się winna rodzicom odbierającym dziecko z placówki, często traktowane były jako krytyka dziecka, jakaś złośliwość. Rodzice dziwnie wzbraniali się przed opowiadaniem "jak to jest/jak to robicie w domu". A przecież panie chciały mieć jakiś spójny obraz powierzonej im osoby, nie narzucać niemożliwego ale i wymagać tego, co osiągalne. Jeśli jednak udało się osiągnąć porozumienie z rodzicem, sukcesy wychowawcze stawały się chlebem powszednim. Naprawdę!

Derekcja była szczególnie lubiana przez żądnych sukcesów rodziców, albowiem już od pierwszych godzin w przedszkolu, ich dziecko stawiało same tylko milowe kroki dla ludzkości. Bawiło się bosko, jadło cudownie, nic a nic nie płakało, nauczyło się piosenki (jeszcze nie umie mówić? Ale śpiewać potrafi!) i wykonało tę oto wycinanko-wyrzynanko-wystrzygankę. SAMODZIELNIE!
- Nie mów im, że cały dzień płakał - cedziła Derektor przez zęby zmierzając ku drzwiom, w które pukał rodzic.
- Ależ Derekcjo - protestowała Jarecka - gdyby chodziło o moje dziecko, chciałabym wiedzieć! Wszystko, nawet najgorsze rzeczy. Przecież to normalne, że płacze; mały jest, tęskni...
Derektor nie słuchała, bo już kłaniała się w pas, rozpływała w uśmiechu i donosiła o sukcesach.

Inna sprawa, że na płaczące dzieci, Derektorka miała swój niezawodny sposób - noszenie na rękach.
Rezolutne Chochliki błyskawicznie pojęły reguły gry i kategorycznie żądały noszenia.
- Ależ Derekcjo - prosiła Ala - nie noś tak ciągle! Co innego siedzenie na kolanach, co innego prowadzanie za rękę, ale mój kręgosłup nie wytrzyma tego noszenia! A poza tym - Ala próbowała rzecz rozegrać chytrze - to niesprawiedliwe, że buczące nosisz, a grzecznych nie.

Na "ciekawe zajęcia", o które wnosiła Derektorka oczekując nowego narybku, składały się najwidoczniej także różne usługi towarzyszące.
- Zrób tej mamie herbaty albo kawy, jak jutro przyjdzie... Będzie o ósmej.
- Nie zrobię jej herbaty albo kawy, bo do dziesiątej będę z dziećmi sama. Będę się zajmować dzieckiem, nie mamą.
- Ale niechże jej będzie miło!
- Najmilej jej będzie, jak zajmę się tym nowym dzieckiem... to chłopiec, dziewczynka? Ile ma lat?
- Nie wiem. Nie zapytałam.


Przez okrągły rok trwała w przedszkolu czyjaś aklimatyzacja, a każdy nowy nabytek był młodszy od poprzednika...
Ale w tak zwanym międzyczasie, trafiał się, cenny jak perła, ZWYKŁY DZIEŃ.


C.D.N.

30.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką..." cz.3


SIĘ ORGANIZUJEMY

Co takiego Derekcja obiecywała rodzicom, z początku pozostawało zakryte przed nauczycielkami.
Kolejne punkty cud-umowy miały się dopiero objawiać, zawsze z wdziękiem diabła z pudełka.
Tymczasem z naprędce zaimprowizowanego gabinetu rodzice potencjalnych przedszkolaków wyfruwali olśnieni niczym baloniki ciągnięte na sznurku przez roześmianą Derektor.
Alicja i Jarecka ze zdziwieniem konstatowały, że z tym i owym Derektorka jest już per "ty".
- Znasz go/ją? - podpytywały.
- Tak! - wykrzykiwała radośnie Derektorka - widujemy się w kościele!

(Że co? Jesteś zdziwiony Czytelniku-katoliku? Ty nie jesteś na "ty" z tą babką, co zawsze na Mszy stoi przy drzwiach z lewej?)

W tej familiarnej atmosferze ruszyły zajęcia w klubie Chochlik.
Jakie takie ramy dla tego, co w ogóle będzie się w klubie działo, skleciły pospołu Ala z Jarecką. Nigdy nie zyskały dla tego aprobaty Derekcji, jak również nigdy nie udało im się doprosić, by Derektor wyznaczyła jakieś stałe pory dla prowadzonych przez siebie zajęć.
Efekty łatwo przewidzieć.
I tak, przykładowo, gdy po śniadaniu Jarecka zrobiła zajęcia ruchowe - jakieś tam piosenki z pokazywaniem, naśladowanie zwierząt, pociąg, pingwin, zabawy z gatunku "biegamy dopóki gra tamburyn" - i gdy już dziatwa leżała pokotem na dywanie łapiąc oddech, z głośnym stukotem obcasów wkraczała Derektor wykrzykując: przyniosłam gitarę!!! I dalejże dziatwę w obroty. A czemuż nie chcą tańczyć, śpiewać i pokazywać? To może muzyczkę? I bach, płytę w odtwarzacz - makarenę dziatki, a żywo! Nie? No to taki duży taki mały!
Dzieci rozpaczliwie rzucały się na ziemię i pełzły ku wózkom, klockom i układankom, ale Derektor odklejała je od parkietu, odrywała od parapetów i zbierała do kółeczka. A wszystko w rytmie makareny, którą, zdaniem Derektor każdy dwulatek znać powinien.

Zdarzało się, że Alicja opracowała jakąś historyjkę obrazkową do przyklejenia w porządku chronologicznym na kartce (tudzież inną kartę pracy), i gdy po skończonej pracy chochliki umyły ręce z kleju i już, już dopadały wózków, klocków i układanek, Derektorka zastępowała im drogę i nawracała ku stolikom, bo właśnie naszło ją na zajęcia z religii. Na powrót więc wrażała znudzonym dzieciom kredki w dłonie i nakazywała kolorować Maryję.
Przy pracach ręcznych zgrzytało jeszcze głośniej niż zwykle.
Niespełna dwuletnia Marylka uwielbiała smarować czarną kredką: smarowała zaiste równo i nie wychodziła za linię, lecz była wyjątkowo odporna na dyrektywy Derekcji w kwestiach szczegółów.
- Marylko, na litość boską! Maryja ma niebieską szatę! A włosy... Zofijo, ty też??? Nie różowe! Żółte!!
I natychmiast nieprawomyślne kredki były rekwirowane, wciskane zaś w rękę jedynie słuszne.
- Schowaj to - rzucała w kierunku Jareckiej Derektor i wręczała jej garść czarnych kredek.
Jarecka początkowo próbowała protestować, tłumaczyć, że w wieku dwóch lat nieważne jakim kolorem smaruje, niech smaruje jakim chce; nadto, jeśli idzie o ścisłość, bardziej prawdopodobnym jest, że Maryja włosy miała raczej czarne, nie blond, to zaś, że do koloryzacji Maryi dziewczynki wybierają róż, świadczy o ich atencji dla tej postaci, to chyba, Derekcjo, dobrze, o to ci chyba chodziło? Nie?
- A teraz dziatki, przykleimy dookoła Maryi kwiatki z papieru.
Dziatki dwulatki fiksowały się natychmiast na  fascynujących wycinarkach do kwiatków i zeszytach pełnych lśniących, barwnych papierów i dalejże dziurawić nieskazitelne arkusze. O przyklejaniu wedle Maryi zapominały.
- Weź, przyklejaj im to, ja będę wycinać - nakazywała szeptem Derektorka i rach-ciach, oblepiała Maryjkę Marylki wycinankami.
Jarecka swoje:
- Nie rób tego za nich. Będzie wszystko wysmarowane klejem? Trudno. Że Maryja ma twarz zamazaną na różowo? Nie poprawiaj, im się to podoba.
- Ale jak my rodzicom pokażemy takie paskudztwa?
- Przecież rodzice wiedzą, że one tak nie potrafią - przekonywała Jarecka wskazując Maryję idealną, podgumowaną i ozdobioną zręcznymi rączkami Derektorki. "Marylka" - głosił podpis.
Z czasem odechciało się Jareckiej podobnych korekt.

Zresztą, dla pełni obrazu musisz przyswoić sobie, Czytelniku, następującą wiedzę:
Derektorka miała specyficzny sposób dialogowania.
Nie tylko to, że na każde pytanie miała gotową odpowiedź. Odpowiedź ta padała tak prędko, tak bez namysłu, że osoba pytająca doznawała niezwykłego wrażenia, iż odpowiedź padła, zanim pytanie dobiegło końca... Albo więc Derektor czytała w myślach albo każdorazowo dokonywało się jakieś przesunięcie w czasie, nieuchwytne dla śmiertelników, acz wyczuwalne li i jedynie w momencie zapytania.
Ten sposób rozmowy dawał się we znaki szczególnie Alicji, która rozsiewała wokół siebie aurę spokoju i wyciszenia, mówiła cicho i wolno, ważąc słowa i sądy. Derektor nie ważyła nic, sypała z rękawa gotowcami i nie mieściło jej się w głowie, że ktoś może myśleć inaczej niż ona. A jeśli już się ten ktoś odważył mieć inne zdanie, musiał je natychmiast zmienić i uznać jej, Derektorki, słuszność.

Wszelako, naonczas jeszcze się Jarecka łudziła, że w sprawach natury, powiedzmy, estetycznej, jej zdanie będzie coś tam ważyło. Przymknęła oczy na tapety, którymi Derekcja rękoma swego męża zasłoniła poremontowe placki na ścianach. Koniec końców, przedszkole było marzeniem Derektorki, nie Jareckiej, niechże więc się ziszcza! Inne decyzje bolały bardziej.
- Tu - Derektor wskazała jedną ze ścian - chciałabym, żebyś zrobiła takiego wielkiego anioła - szerokim gestem dała pojęcie o rozmiarach dekoracji.
Jarecka wykonała polecenie, lecz uduchowiona twarz anioła nie przypadła szefowej do gustu.
- Chciałam, żeby był taki bardziej dziecinny, wiesz. Tak, jak z książeczki dla dzieci.
Z jakiej, na ten przykład, Derektorko, zapytywała Jarecka.

Mniejsza o to.
I tak Jarecka (niepojętym trafem) nigdy nie znalazła czasu na wykonanie metrowej długości twarzy smerfa.



C.D.N.





27.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką" cz.2

SNY, MARZENIA I ZAŁOŻENIA

Tym, co stanowi o jakości placówki, jest człowiek.
Tego Jarecka nauczyła się w pracy obserwując swoje koleżanki po fachu w akcji.
Drogi Rodzicu! Nieważne, czy przedszkole jest wielkie, czy małe, państwowe czy prywatne, w mieście, czy na wsi zabitej deskami, montessoriańskie czy waldorfskie, wyznaniowe czy nie - jeśli pracują w nim odpowiednie osoby, korzyści, jakie czerpać będzie Twoje dziecko i Ty sam, są nie do przecenienia. Jeśli ludzie nie będą odpowiedni, na nic szumne deklaracje, super-hiper-stymulujące zajęcia, sprzęty, zabawki, małpie gaje i inne cuda wianki. Będą straty.
Czy osoba, która będzie zajmować się naszym dzieckiem jest odpowiednia czy nie, podpowie Ci, Rodzicu, bezbłędnie Twoja intuicja, tylko nie zapomnij jej włączyć! 
Niestety, są jeszcze czynniki, które mogą uczynić wspaniały potencjał bezużytecznym. Najlepszy wychowawca, który musiałby pracować osiem godzin, bez wsparcia i bez przerwy nada się tylko do wyżęcia i rozwieszenia. 

Ale nie uprzedzajmy faktów, bo oto, w pustym pomieszczeniu przyszłej sali przedszkolnej, odbywa się dopiero pierwsze spotkanie bohaterek niniejszego pamiętnika. Jest Derektorka, jest Jarecka i ta trzecia, znana najstarszym Czytelnikom DD jako Koleżanka-Z-Pracy, ale ponieważ miano to długie i nieporęczne, dla potrzeb fabuły nazwijmy ją Alą.
Alę obejrzała sobie Jarecka dokładnie i podejrzliwie, bo Ala oznajmiła, że praca w przedszkolu była jej marzeniem! Po studiach nawet popracowała nieco w zawodzie, ale potem zaczęła produkcję własną i po czterech córkach okazało się, że wykształcenie Ali trzeba by uzupełnić, gdyby tak zechciała pracować w państwowej placówce. Tymczasem jak raz trafiła się sympatyczna Derektor i od słowa do słowa namówiły się, siedzi więc Ala na stołeczku i układa używane książki na używanym regale, i popatruje niepewnie na tę drugą, Jarecką; co z niej za jedna?
Derektor zaś, niby Piaskowy Dziadek, prószy zebranym po oczach swoimi snami na miarę Martina Luthera Kinga.
- Nasze przedszkole będzie artystyczne! Katolickie! Teraz wszędzie są montessoriańskie, nasze będzie INNE!
Tu Jarecka nie wytrzymała i powiedziała, co myśli; że większość okolicznych placówek mieniących się montessoriańskimi to zwykła lipa, i że na upartego w każdym przedszkolu można by doszukać się jakichś elementów tego pomyślunku, by je następnie przekuć w szyld i umieścić nad drzwiami jako lep na snobów. Sto lat minęło od czasów, w których przyszło żyć mądrej Marii i kogo dziś dziwią wielkie okna w przedszkolach i zabawki w zasięgu ręki? Przecież to, co u Montessori najlepsze, to stosunek do dziecka, uważne się jemu przyglądanie i podążanie za nim! I u nas tak będzie! - wiatr rozwiewał włosy, fale omywały dziób Titanica a Rosynant stawał dęba, gdy Jarecka wykrzyknęła te słowa.
Wszelako nie zrobiły one na nikim wrażenia.
- Mam taki pomysł, czym będziemy się wyróżniać - perorowała Derektorka - jak dzieci będą chorowały, będziemy wysyłać opiekunki do domu!
Jarecka zrazu myślała, że to żart. Znając przedszkolne realia, wiedziała, że chorujące trzylatki to rzecz powszechna, i że nie będzie rzadkością grupa zredukowana do połowy, bo ospa, bo szkarlatyna, bo biegunka.
- A co to będą za opiekunki? - zapytały zaintrygowane nauczycielki.
- A mam takie panie. Samotne. Bezrobotne. Chętnie sobie dorobią.
(Tak, Czytelniku. Ta utopia została wprowadzona w życie, ale to temat na osobny wpis)
Jarecka postanowiła skierować zapał Derektorki na inny tor.
Tak się złożyło, że nim ostatnia używana książka wylądowała na półce, Ala i Jarecka już wiedziały, że się dogadają, że wysłuchają się nawzajem i spotkają w pół drogi, a więc zgodnie wyraziły radość; jak to, nie sądzisz, Derektorko, wspaniale, że mamy tu taki artystyczny potencjał - plastyczkę, muzyczkę, zrobimy zajęcia plastyczne, grę na instrumentach, rytmikę, religię (Derektor katechetka), jakiś angielski dla takich skrzatów też poprowadzimy, raz w tygodniu przyjedzie logopeda - szybko więc ułóżmy tygodniowy plan zajęć, będziemy podtykać go pod oczy tym rodzicom, co tu zaraz walić będą drzwiami i oknami.
- Ależ - przemówiła Derektorka - jaki plan zajęć, co za plan zajęć, po co? Po co się katować grafikami, tu będzie wolność i swoboda, będziemy działać wedle doraźnych potrzeb!

I tak upłynęło pierwsze spotkanie.
Jest więc lokal - parter pewnej willi.
Jest charyzmatyczna Derektor, są nauczycielki.

Pora otworzyć okna i wpuścić rodziców z dziećmi.

C.D.N.

26.06.2014

"Będąc młodą przedszkolanką" - cz.1

- i tu Wszechwiedzący Narrator zastygł z gęsim piórem w dłoni niezdecydowany, jak powinien brzmieć podtytuł. "Poradnik dla rodziców przedszkolaków"? "Cała prawda o wczesnej edukacji"? "Co każdy rodzic wiedzieć powinien posyłając swoje dziecię do przedszkola/szukając dlań odpowiedniej placówki"?
Nie dość, że tytuły niezgrabne to jeszcze mylące.
Bo to nie będzie poradnik, lecz wrażenia matki, którą nieobliczalny podmuch osobistej historii zaniósł na drugą stronę (lustra? barykady? drzwi?).

POCZĄTKI

Nigdy, przenigdy Jarecka nie marzyła o pracy w przedszkolu.
Nigdy, przenigdy nie zachwycała się małymi dziećmi, nie robiła tiu tiu do małych dziewczynek w falbankach i drwiła bezlitośnie z młodzieńczych marzeń własnej mamy, która śniła o pracy przedszkolanki.
(Tu następuje chichot losu. Głośny)
Mniejsza o pobudki. I tak Wierny Czytelnik Deszczowego Domu nie uwierzy, że był taki moment w życiu Jareckiej, gdy uznała, że to doprawdy niepodobna pogodzić pracę na etacie z pisaniem pracy magisterskiej i kilkoma wycieczkami do odległej uczelni celem skończenia pracy dyplomowej. NIE WSZYSTKO NARAZ!!
(Tu następuje głośny rechot Czytelników)
Jarecka zaczęła pracę w dwóch przedszkolach jako instruktor zajęć plastycznych. Zieloniutka była jak szczypior a jej obojętność względem dziecięcej specyfiki nie pomagała zrazu w pracy, niemniej zajęcia cieszyły się coraz większym powodzeniem. To, co miało być chwilowym sposobem na zarobek trwało w efekcie siedem lat i przebiegało według schematu - rok pracy, rok zajmowania się własnym niemowlęciem, rok pracy, rok z niemowlęciem, itd. Przy czym dodać trzeba, że w latach, na które przypadły "urlopy macierzyńskie", Jarecka prowadziła prywatne zajęcia plastyczne w domach swoich uczniów, w soboty i wieczorami.

A teraz wyobraźmy sobie osobę, która od zawsze marzyła o własnym przedszkolu, która weszła w posiadanie pewnej puli pieniędzy i której los podsunął Jarecką jak na tacy! Osobie tej, zwanej dalej Derektorką, wydała się Jarecka kandydatką doskonałą. Wykształcenie, doświadczenie i komplet cech, jakimi dysponuje każda matka wielodzietna, czyli: podzielność uwagi, zarządzanie czasem i zasobami ludzkimi, czujność, wyobraźnia, refleks, itp., itd. - czego chcieć więcej!


I otóż osoba ta, Derektorka, zatrzymała pewnego dnia swój samochód na błotnistej drodze, po której szła Jarecka z Trójką i półtoraroczną Czwórką w wózku, odkręciła szybę, rzuciła spojrzenie znad ciemnych okularów i powiedziała:
- No to zaczynamy.


C.D.N.



25.06.2014

Ach i ech

W Dzień Ojca, kwadrans przed siódmą, Jarecka położyła Piątka na podłodze w pokoju dziewczynek i  oddaliła się do kuchni po zwyczajową używkę.
Gdy po chwili stanęła w drzwiach, oczom jej ukazał się następujący widok:
Oto Piątek dokonał oględzin otoczenia niczym peryskop i zawiesił wzrok na papierowym serduszku samotnie zdobiącym podłogę (ta wystrzyganka to najpewniej efekt tajnych nocnych kompletów dziewczynek Jareckich).
Wyciągnął rękę, lecz obiekt pożądania pozostawał poza zasięgiem.
A skoro tak, zaparł się przedramieniem i podciągnął całe swoje kluskowate, dziesięciokilogramowe ciało naprzód. Następnie wyrzucił przed siebie drugą rękę i powtórzył manewr.
Jarecka wpadła w cichą euforię (żeby nie spłoszyć komandosa): ach mój malutki, ach, Boże, to już, ach, a dopiero się urodził, ach, a jutro już pójdzie na studia, ach Ach ACH.
Byłaby pozwoliła mu cieszyć się zdobytym trofeum, gdyby nie jakieś przesądy, że się tym papierkiem zatka czy zakrztusi. A przecież zasłużył sobie na to, żeby zjeść tę wycinankę!


(tymczasem wycinanki przyozdobiły ścianę, na cześć ojca)






Jaśnie Panicz dokonał bilansu i wyszło mu, że skoro brat zadziwi tatę swoją świeżo nabytą umiejętnością a siostry dziełem swoich rąk i konceptu, on musi wysilić się na coś ekstra.
Ech, no i czy Wszechwiedzący Narrator naprawdę ma ochotę wspominać o terrorze, który w efekcie tych kalkulacji nastał w kuchni? O tym, jak wszystko, co stało na kuchennym blacie zostało upchnięte byle jak na pozostałych powierzchniach, o tym, jak Jaśnie Panicz zebrał ingrediencje w jednym miejscu, w porządku alfabetycznym, podobnie jak potrzebne miski, sprzęty i łyżeczki, i jak zabrał się do pieczenia ciasta czekoladowego z czekolady, której w domu nie było, i po którą pojechał specjalnie do NaRogu i zapłacił za nią sowicie? Czy będzie Narrator katował czytelnika opisem stajni Augiasza, w jaką ewoluowała kuchnia w efekcie twórczych działań młodocianego cukiernika? Lub opisem miny Jareckiej, która bardzo (bardzo! bardzo!) się starała nie gasić zapału i nie okazywać zniecierpliwienia i trochę pomagać, ale przecież nie za dużo?
Bynajmniej.

Zresztą, jakie to ma znaczenie. Ciasto pożarto wykroiwszy to, co się nie dopiekło, a dziś Jaśnie Panicz poprosił, żeby mu wpisać hasło do komputera, bo chciałby wziąć udział w głosowaniu na listę przebojów w (radiowej) Trójce...
I Jarecka zaś swoje: ach, a dopieroż ja sama słuchałam listy z biało-różowego radiomagnetofonu, z siostrą CałkiemInną (dziś po mężu Drumlą), ach, a już moje dziecko samo słucha i głosuje!...



Przekwitła lipa i jaśmin a okres wegetacji wzruszeń nigdy się nie kończy.
- Mamo! - Czwórka tłucze się do drzwi łazienki - okropnie cię kocham!







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...