28.07.2018

Okno

Padre Gabryjel, napojony ekstramocną kawą - tradycyjnie, żeby nie zasnął za kółkiem - już odjechał, kurz na drodze opadł i odgłos silnika zagłuszyły świerszcze.
Ciocia Domka szykowała się z dziewczynkami do spania w namiocie, Piątek wbijał kolejnego gola niewidzialnemu przyjacielowi. Od tego się ma niewidzialnych przyjaciół, co nie?
Zrobiło się ciemno.
Jarecki zapalił światło na tarasie, Jarecka zabrała się za porządkowanie naczyń zniesionych ze stołu przez córki.
Dlatego najpierw wydawało jej się, że to blacha z piekarnika, na której stały stosy talerzy, a którą musiała niechcący potrącić.
Rumor był straszny, metaliczny i narastał, narastało też w Jareckiej podejrzenie, że w całym Deszczowym Domu nie ma tylu blach i naczyń, który mogłyby wygenerować ten dźwięk.

Trwało to bardzo, bardzo długo.

Gdy Jarecka pozwoliła sobie się odwrócić, zobaczyła dziurę w oszklonych drzwiach na taras i na mgnienie oka ogarnęła ją ulga; że piłka, rozbita szyba, nic więcej.
Dopiero po chwili zobaczyła Czwórkę z zakrwawioną twarzą.

Czy też tak macie, że w chwilach wielkiego strachu ogarnia Was paraliż, który nie pozwala marnować energii na rzeczy niepotrzebne? Na lamenty, szukanie winnych. Gdy zaczyna się biadolenie, to znaczy, że najgorsze za nami.
Toteż, gdy Jarecki obmył rany a Jarecka dostarczyła czyste ubrania i ręczniki, można było zacząć płakać tematycznie.
- Boję się, że to się powtórzy! - zawodził Piątek.
- Ona tak chciała spać w namiocie!- rozpaczała Dwójka.
Sama poturbowana miała troski zgoła zaskakujące:
- Najbardziej martwię się o tę szybę!
Trójka cicho łkała, JP ukoił nerwy zajmując się czymś pożytecznym, czyli usypianiem młodszego brata.
Ciocia Domka zarządziła metodyczne sprzątanie.


I co Wam powiem?
Czwórka tylko trochę podrapana, fryzura nieco zgilotynowana ale jak się podepnie włosy w odpowiednim kierunku to nawet nie widać.
Trudno za to nie zauważyć płyty osb wstawionej w miejsce szyby, bo przed wyjazdem w rodzinne strony (czyli nazajutrz po feralnym zdarzeniu) nie udało się tego załatwić.
- A czy teraz nie będzie łatwiej się włamać? - zatroskała się Jarecka dokonawszy oględzin prowizorycznego okna.
- Przecież tu nie ma co ukraść - przypomniał Jarecki.
- No właśnie to chciałam powiedzieć - zawołała z wielkim śmiechem ciocia Domka.

Aha.

O beztroski losie niebieskiego ptaka!

A zatem - na Śląsk!







18.07.2018

Niezwykła podróż Jareckich

Rano instagram szepnął czule: "jesteś na bieżąco".
Jarecka wciągnęła majty z napisem TUESDAY i w tej części świata rzeczywiście był akurat wtorek.
Co za dzień, w sam raz, żeby nadrobić zaległości! -

- czyli: Jareccy na wakacjach.
Wakacje te miały miejsce tak dawno (w maju), i oddziela je od tej chwili tyle absorbujących wydarzeń, że to chyba ostatni moment, żeby je jeszcze pamiętać i jakoś te wspominki utrwalić.

Odpowiednio wcześniej postanowiliśmy się dobrze przygotować do naszego wyjazdu.
Nabyłam książki, które miały wprowadzić Piątka w to, co go czeka - a tak zupełnie szczerze - zawsze chciałam je mieć i nigdy nie znalazłam lepszej okazji, by spełnić tę zachciankę.




Trudno opisać, jakim hitem stała się Oto jest Wenecja.
Dość powiedzieć, że Piątek zna całość na pamięć.

- Synu, zabieramy tę książkę? - zapytałam znad walizki (oraz siedmiu śpiworów, karimat, koszyka z jedzeniem i innych tobołków).
- Nie, przecież ja już wiem, jak tam jest.
Aha.

Pierwszym przystankiem na wakacyjnej trasie był Zagrzeb. Na spacer po nim zabrał nas nasz przemiły gospodarz, który okazał się być historykiem i pracownikiem stołecznego uniwersytetu. Mówił tyle ciekawych rzeczy, że nie nadążaliśmy tłumaczyć dzieciom, niemniej dla nich sam fakt, że rodzice rozmawiają po angielsku był wystarczająco fascynujący. Plus latarnie gazowe i lody.





Na mnie największe wrażenie zrobił drugi plan; blokowiska Zagrzebia, nad którymi unosi się duch Le Corbusiera. Czym się różnią od naszych polskich blokowisk? Zestarzały się razem z miastem. Nikt ich nie ociepla i nie maluje na pastelowo.





A dalej, przez Słowenię, do Wenecji.
Rodzinnie marzyliśmy o Wenecji już od dawna, choć obawy budziła zła sława tego miasta - że upchane turystami do granic możliwości.
Mieliśmy zatem niepospolite szczęście, że naszym przewodnikiem po Wenecji był Don Pepe, rodowity Wenecjanin.
- Mamo - zapytała Trójka przy kolacji (pasta i włoski stek grubości plastra szynki na kanapce) - dlaczego jak ktoś mieszka w Warszawie, to mówi o sobie, że jest Polakiem, a jak ktoś jest z Wenecji, to nie mówi, że jest Włochem, tylko Wenecjaninem?
Nadzwyczaj rezolutne pytanie jak na dziewięciolatkę.
Don Pepe prowadził nas pewnym krokiem przez zawiłe uliczki tego dziwnego miasta, co chwilę się zatrzymując i witając serdecznie z napotkanymi ludźmi.
- Wszyscy się tu znamy - tłumaczył - wszyscy chodzimy pieszo tymi samymi drogami, dzieci chodzą tędy do szkół, grają w piłkę na placach. Tu jest bardzo bezpiecznie, tu się nie popełnia przestępstw, bo nie ma dokąd uciec, he he.
Lunch zjedliśmy w domu Don Pepe. Dom przylega do kanału i jest zasobny w garaż - oczywiście na łódź - i taras z widokiem na wyspę Murano. Tego nie zobaczy turysta; domu zwykłego Wenecjanina ze szklanymi żyrandolami, ogrodów, jakie kryją niepozorne budynki niczym nie różniące się od setki podobnych w pierzei.
O, tu z prawej, za tymi drzwiami, jest piękny, kwitnący przestronny ogród.
Piątek gra w piłkę, jak wszędzie.



Z tej innej, domowej perspektywy, nawet to, co odruchowo kojarzy się z Wenecją, wygląda inaczej.
Chociaż tak samo.







Ciocia Domka kupiła sobie na pamiątkę szklane kolczyki (słynne szkło z Murano made in China). Jarecka - ścierkę.
Cóż, każdemu wedle zasług.


I dalej - do Rzymu.
Po nocy w mrocznym hotelu w Fiuggi.




- Muszę wam powiedzieć, he! - prawił Don Pepe - że nie znam ludzi, jak Rzymianie, he!
(zapewne tym samym tonem Asterix mówił: ale głupi ci Rzymianie) - co to są za ludzie, he!
Widać było, że są jakieś rzymsko-weneckie sprawki, o których nie możemy mieć pojęcia.

W Rzymie jechaliśmy metrem i było to jedyne, poza warszawskim, metro jakim jechałam. Kręte korytarze, niskie, ciasne, klaustrofobiczne.
- Trzymaj tylko jedno dziecko za rękę - radził Don Pepe - z dwoma będzie ci trudniej się poruszać.
Rozdysponowaliśmy więc nadmiar dzieci pomiędzy towarzyszy podróży.




Trudno wytłumaczyć, dlaczego w Rzymie zdecydowaliśmy się na zawodową przewodniczkę.
To nie był dobry pomysł.

Ledwie opuściliśmy Plac Św. Piotra (Państwo wybaczą, dla mnie nuda, nie znoszę wygłaskanych na cacy zabytków, nie mówiąc o tłumach turystów - a i uniesień natury religijnej trudno się w tych warunkach spodziewać), pani przewodnik porzuciła temat historii i architektury na rzecz szczegółowej opowieści na temat nieuczciwych rzymskich przewodników.
- Mamo - Dwójka wyjęła słuchawkę z ucha - ta pani mówi same bzdury.
Nie można było zaprzeczyć.
Lepiej zdać się na własne oczy.




Z małą pomocą smartfona.





Panteon robi ogromne wrażenie. Akurat zaczął padać deszcz, więc mogliśmy zobaczyć jak krople deszczu wpadają przez otwór w tej niezwykłej kopule.




I schroniliśmy się w pobliskiej ristorante.
A tam znowu bruschetta i pizza (przy sąsiednich stolikach pochłaniano mule, ale aż tak ekscentryczni nie jesteśmy, wystarczy nam piątka dzieci).



Powiadam Wam, nadzwyczaj cenną rzeczą jest poznawać kraj z jego rodowitym synem!
Może się okazać, że to, czego nauczyliśmy się o historii w szkole jest niewiele warte.
Czy wiedzieliście, że Cesarstwo Rzymskie nigdy nie chciało nikogo podbijać? Ale w życiu! Taka zaistniała sytuacja, cóż było robić, tak wyszło.

Późną kolację jedliśmy z Rzymianami.
Było uroczyście (bruschetta, pizza) i nieśpiesznie, a na naszą delikatną sugestię, że chcielibyśmy już wyruszać, bo przed nami naprawdę daleka droga, noc późna a i kierowcy autokaru mają swoje ograniczenia, nasi gospodarze wzięli i się obrazili.

Ale dziwni ci Rzymianie, he!



PS. Z Rzymu przywiozłam sobie sadzonkę agawy, którą z poświęceniem wygrzebałam spod ogromnego kłującego krzaka a z Wenecji, jak już wspomniałam, ścierkę. Dostałam na nią zniżkę, gdy sprzedawca policzył nasze dzieci.


17.07.2018

Miłość, wdzięczność i dużo włóczek

Chodźcie, zajrzyjcie mi przez ramię!

Motyw dzierganego obrazu (obrazu w obrazie) na ścianie ewidentnie mnie prześladuje - dlaczego? Nie wiem. 
A zatem monidło. 
Piękna panna, świeża jak brzoskwinia, w sukni na bogato a zarazem skromnie, pod samą szyję. Młodzian onieśmielon jej urodą i swoim szczęściem.

Poniżej ta sama para pół wieku później.
Ona nadal piękna; szminka perłowa, trwała ondulacja w kolorze lila. On już nie taki spięty ale nadal nie dowierza swojemu szczęściu.



A czy ów starszy pan nie przypomina Wam kogoś (pytanie do instagramowych folołersów)?
Tak, to emerytowany kapitan, wilk morski jak się patrzy, w nadmorskich barach wiszą nawet jego portrety, no no.
Poniższą ilustrację przygotowałam na konkurs do Przekroju, gdzie oczywiście utonęła (jak statek z obrazu) w morzu lepszych propozycji; niemniej szkoda było nie skorzystać z potencjału obecnych na obrazku mężczyzn. Ten zblazowany młodzian początkowo miał zagrać Pana Młodego - ale był zbyt niedbały i jakiś taki wczorajszy, a na ślubie to jednak trzeba wyglądać.




A teraz uwaga - pozwalam zajrzeć za kulisy - najpierw wyglądał tak! Okropny, co nie? Łeb jak sklep, dajcie spokój.





Zmieniłam mu głowę i od razu znalazł żonę.

Projekt z parą młodą dopiero się kluje.
Uważam jednak, że jestem Wam winna sprawozdania z pracowni, skoro mi ją tak uposażyłyście KOCHANE MOJE!

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ! Tyleeee pięknych włóczek dostałam od Was, że w głowie mi się kręci! (że od kurzu? Możliwe)
Jak komuś nie podziękowałam mailowo to wybaczcie gapiostwo i przyjmijcie wielkie dzięki tą drogą! Jesteście nieprawdopodobnie wielkie a ja wielce Wam wdzięczna.

Jeszcze parę skończonych projektów zrobiło się przez ostatnie kilka tygodni ale na razie sza ;)






10.07.2018

O tym, że wakacje są jak lustro, w którym warto się przejrzeć



Namiot.
Jareccy kupili sobie namiot zaraz po powrocie z niezapomnianych wakacji w Jantarze.
Przez cały tydzień nad Bałtykiem świeciło słońce i Jarecka wreszcie ośmieliła się to powiedzieć: 
- będzie kolejne.
To było przy prymitywnych umywalkach na polu namiotowym. Jarecka myła naczynia po śniadaniu, obok dreptali trzyletni JP i Dwójka w różowym welurowym pajacu; niedawno skończyła rok.
Kobieta, która była czymś zajęta przy sąsiednim kranie zwróciła uwagę na te dzieci, że takie fajne, i czy oboje są Jareckiej?
Wtedy Jarecka powiedziała:
- Tak, i będzie kolejne, jestem w ciąży. - i stała się rzecz dziwna. 
Kobieta nie padła trupem, nie uciekła z krzykiem i nie wezwała policji. Uśmiechnęła się i powiedziała coś miłego. Jarecka nie pamięta już co, była zaskoczona słowami, które przeszły jej przez gardło, przeszły i nie zraniły; mało tego - nagle okazało się, że to takie proste i normalne, nic strasznego, nie ma się czego bać.
Kometa zmieniła trajektorię, nie będzie końca świata.

Po to się chyba jeździ na wakacje - żeby zobaczyć siebie z boku. Jarecka zobaczyła wtedy siebie, opaloną i uśmiechniętą, jak pcha wózek ku słonecznej plaży i nic sobie nie robi z tego, że znowu jest w ciąży, wczoraj zmęczona i obolała, dzisiaj dzielna i nieustraszona, bo taką ją zobaczyła kobieta z namiotu obok.

Zaraz po powrocie z tamtego wyjazdu zachwyceni Jareccy kupili własny namiot z myślą o przyszłych wakacjach.
Jarecka wkrótce poroniła, a ponieważ już się nie dało odkręcić tej radości, która nieoczekiwanie eksplodowała przy umywalkach, nastała wielka rozpacz.

(Dlaczego o tym piszę? Chyba dlatego, że dla mnie z tematem namiotu zawsze wiąże się wspomnienie tamtych wakacji)




Jedenaście lat później Jareccy wreszcie wyjęli swój namiot z pokrowca, rozbili w ogródku i w Deszczowym Domu zaczęły się wakacje.
Przyjechali ciocia Rafał, wujek Beti i ciocia Magda, która przez telefon ze śmiertelną powagą informowała swoich znajomych: "jestem w Deszczowym Domu". 
I tamci podobno wiedzieli o co chodzi.

Ciocia Rafał przewiózł dziatwę swoim Monster Truckiem (ten zachwyt na twarzy Piątka!) a młodzieńców i mężczyzn (czyli Jareckiego i JP) przegonił po lasach na rowerach.




Wujek Beti zabrała dzieci na zielarską wyprawę na łąki - czyli raptem za płot - potem zaś zakotwiczyła w kuchni, by sprawnie zmieniać zawartość piekarnika.
Pochłonięto niebywałe ilości wypiekanego na miejscu pieczywa, zupę tajską z kalafiora, musakę według receptur tegorocznych greckich gości Jareckich, sushi, crumble, kruche z rabarbarem, ucierane z jabłkami i duże ilości różnych dziwnych piw.

W tym czasie, bądźmy szczerzy, Jarecka głównie kurzyła się w pracowni kończąc w pośpiechu projekt.
Ale za to jak spojrzy na zdjęcia - tu szkicownik, tam książka - od tego są wakacje, żeby zobaczyć siebie z lepszej strony!











3.07.2018

Bez efektu


W tych odległych czasach, gdy do spodni nosiło się spódnice, gdy istniało coś takiego jak karty do automatów telefonicznych (i gdy takowe automaty były w użyciu!), Jarecka studiowała sobie beztrosko w zielonym Cieszynie i mieszkała w schronisku młodzieżowym.
Pokój dzieliła z prześliczną Asieńką, której powierzchowność hot wampa pozostawała w intrygującej sprzeczności z bukietem cnót, którego nie powstydziła by się żadna Święta.
Oprócz stałej, około dziesięcioosobowej grupy studentów-lokatorów, schronisko, jak to schronisko, gościło wycieczki szkolne i wszelakich zabłąkanych turystów.
Ta ostatnia kategoria obfitowała w osobliwości!
Był na przykład starzec w szlafroku, wymachujący bronią palną.
Był sympatyczny lump warzący na wspólnej kuchence rzekomo jadalne klajstry.
Była Pani Muzyczka. Pojawiała się cyklicznie, miała okulary o grubych szkłach, rzadkie włosy ozdobione licznymi spinkami dla małych dziewczynek i tajemniczy album, nad którym gorliwie ślęczała wieczorami.
Raz po raz zachodziła do studentek pożyczyć kleju, by wklejać zdjęcia.
Ten album i te zdjęcia były jej potrzebne jakoby do doktoratu - lecz wystarczyło spojrzeć w szalone krótkowzroczne oczy Muzyczki, by zrozumieć, że ta benedyktyńska praca idzie na marne, bo nikt nie czeka na efekty, nikt ich nie potrzebuje.

Kimś takim właśnie czuła się Jarecka przez ostatni rok. 
Ciągle zarobiona po uszy, zajęta sprawami, które w większości nie ujrzały światła dziennego.



***


I tak, w minionym roku szkolnym, Jarecka zagrała w filmie.
Precyzyjniej byłoby rzec: przyłożyła ręki do filmu, a jeszcze precyzyjniej: przyłożyła RĄK.
Ręce zostały zresztą na tę okoliczność starannie przygotowane; ogolone, wypielęgnowane i zmakijażowane. 
Zmakijażowano nawet twarz Jareckiej, która koniec końców nie pojawiła się w filmie.
Wreszcie sam film nigdzie się nie pojawił.

Wiosną odbyła się w Deszczowym Domu sesja zdjęciowa do magazynu - uwaga - wnętrzarskiego!(można się śmiać), której Jarecka zawdzięcza półki w pracowni i parę innych udogodnień, choć niestety, nie listwy przypodłogowe i nie nową lampę nad stołem. Na zdjęciach Jarecka pracowicie dzierga i upina wśród porozwieszanych liter i cyferek.
Efekt dziergania przepadł, artykuł się nie ukazał.

Na drugim planie samych wielkich zdarzeń, które w tę i nazad rozjeżdżały Jareckich walcem, pomiędzy szpitalami i weselami, wyjazdami bliżej i dalej, powszednią pracą pro publico bono, tą zarobkową i zwykłą codzienną pogonią za własnym ogonem, Jarecka ściboliła ilustracje do historii, która zaplotła się w jej głowie w czasie rowerowych wy(u)cieczek ubiegłego lata.
Ilustracje są, książki nie ma.




Ha! Lecz cóż może człowieka lepiej przygotować do wytężonej pracy bez efektu niż macierzyństwo i obmierzła fucha gospodyni domowej?
Można już przestać zasypywać Stwórcę pytaniami: "dlaczego ja?" "Ale, ale...WHY?" "Naprawdę sądzisz, że się do tego nadaję?"
Wszystko jasne, to był trening.

Toteż Jarecka już nie zadaje tych pytań, poprawia spineczki we włosach i znika w pracowni.
Komu potrzebne, to co niepotrzebne?
To się okaże.











2.07.2018

Dzień dobry, witam się z Państwem

Nie było mnie tu tak długo, że czuję się w obowiązku przedstawić raz jeszcze.
Nazywam się Jarecka.
Mam 39 lat (mam wrażenie, że to ważne, bo jestem jeszcze na tyle młoda by dziwić się światu i na tyle dojrzała by nadal dziwić się światu nie dziwiąc się temu, że się dziwię).
Mam pięcioro dzieci w wieku 14, 12, 10, 8 i - uwaga - 4,5. SERIO! (to do tych, którzy Deszczowy Dom czytają od dawna albo i od początku - są tu tacy? - i którym się wydaje, że z Piątkiem dopiero co wyszłam ze szpitala po porodzie)
Męża, tego samego od 15 lat.
Trochę już wiem, co chcę robić jak dorosnę.
Ciągle myślę o sobie jako o niepracującej matce dzieciom i nawet w to wierzę, dopóki nie zerknę w kalendarz. Refleksje na ten temat nachodzą mnie także w porze obiadu, którego nie ma - bo czy kto widział housewife, która nie ma kiedy ugotować obiadu?
Mieszkam zaraz za rogatkami stolicy, wśród łąk i zielska.

Szydełkuję ilustracje, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Muszę, bo się uduszę a masa krytyczna kocyków i poduś dawno już została osiągnięta. Zresztą, inni robią te kocyki lepiej.

Dzień zaczynam kawą i brewiarzem, kończę winem, serialem i książką.
Raz na trzy tygodnie farbuję ścieżkę na głowie.
Kiedy już nie wyrabiam na zakrętach, szyję sobie sukienkę i z ich ilości wnoszę, że chyba jeżdżę w kółko.

Dzień dobry, Ludzie z Internetu!
Zostawcie mi jakiś komć, bo UWIELBIAM!

Wasza Jarecka.





1.02.2018

Życie duchowe Piątka

Jednych rzeczy Piątek uczy się szybciej, innych wolniej a jeszcze innych nie musi się uczyć wcale.
Te pierwsze to elitarne zaklęcia Adwiana i pozostałych kolegów, te drugie to np. liczenie do dziesięciu po polsku, role w jasełkach i inne takie.
Te trzecie wprawiają Jareckich w podszyte dumą zdumienie, gdyż patrzcie Państwo, on tak ma, on się po prostu z tym urodził i geny nieśmiałych rodziców nie były przeszkodą.

Piątek albowiem sam inicjuje zawieranie znajomości.

Podchodzi do upatrzonej jednostki i mówi:
- Mamy cryslera i citroena.
Zaskoczona jednostka albo nie rozumie, co ów czterolatek wyartykułował, albo nie potrafi docenić rangi tej informacji, ale w sumie jak już podszedł, szkoda żeby sobie poszedł, taki sympatyczny chłopaczek, no więc jednostka proponuje:
- Chodź, pobiegniemy tam, do tamtego drzewa (za róg, w las, w cholerę, cokolwiek).
I biegną, biegną, wiatr rozwiewa ich włosy, niesie daleko ich radosny świergot, i jest przyjaźń, radość, i pokój na świecie.


Ale wróćmy do spraw wyuczonych, i do tego, że pomimo wiatru we włosach życie codzienne ma swoje udręki, toteż pewnego wieczora po powrocie do domu Jareccy zastali Mateusza Sosnę udręczonego bardziej niż zwykle.
(Mateusz w dalszym ciągu pełni funkcję okazjonalnej wieczornej niani - piąty rok? Szósty?)
- Piątek był dzisiaj nieznośny - oznajmił - bił wszystkich i używał brzydkich słów.
Po ustaleniu, że te słowa brzmiały: głupku, durniu, i kopa w dupę, i że "my tak w domu nie mówimy, to z przedszkola!", Mateusz poszedł wykopać z błota swój samochód a Jareccy spać.
Nazajutrz Piątek, budzony do przedszkola, nim dobrze otworzył oczy, chrząknął i coś powiedział, Jarecka zrazu nie zrozumiała, co.
- Co Mateusz wam powiedział? - wyszeptał wreszcie z głębi znękanego sumienia prosto w ucho swojej matki.
Jarecka powtórzyła relację Mateusza, Piątek zapłakał z żalu, wyjaśnił, że do tego haniebnego stanu przywiódł go sam Mateusz odmawiając podrzutów pod sufit, i wszystko jest do bani, nie idę do przedszkola, buu.


Tegoż dnia, w drodze powrotnej z przedszkola, Jarecka zatrzymała citroena albo cryslera na parkingu koło przystanku, na którym miał lada chwila wysiąść JP i oddała się niezmąconemu czekaniu.
Piątek też się oddał, na chwilę, potem odpiął pasy, wgramolił się na fotel koło kierowcy, przetrząsnął schowki, w jednym znalazł Prince Polo, ucieszył się, zjadł kawałek (tylko na tyle dostał zgodę) i pogrążył się w nudzie.
- Może się pomodlę? - zagaił.
- Bardzo proszę.
- Anieli boży (jako się rzekło, niektórych rzeczy uczy się trudniej) stróżu mój ty zawsze przy mnie stój...
Po amen Piątek kontynuował zwracając się wprost do wyższej instancji:
-...i proszę Cię Panie Boże, żebym nie bił innych i nie pluł na nich, i nie mówił brzydkich słów. I miał ojca...
- ????
-...i syna, i ducha świętego.

Amen

25.01.2018

Krwawo

Piątkowe wczesne popołudnie, ten szczęsny czas i szczęsne miejsce, z którego tak daleko do poniedziałku!
Jareccy w składzie: Jarecki, Jarecka i Trójka szczęśliwi jadą przed siebie - Trójka rada, bo rodzice kupili jej nowe buty. Jarecka, bo kupiła Trójce buty. Jarecki, bo -
- Pobierałem dzisiaj krew!
Fajne buty, sama bym takie chciała.
Pobierałem krew.
- Que???
- Normalnie, pani z punktu pobrań powiedziała, że musi sobie pobrać krew ale nie da rady. Powiedziałem, że nie umiem, nigdy tego nie robiłem, a ona, że wszystko mi pokaże.

Wszystko mu pokaże.
Dalej nastąpiło skrupulatne sprawozdanie, którego Jarecka nie słuchała, bo zatkała sobie uszy.
- Powiedziała, że mam talent.

Proszę, pokażcie mu, jak się robi półki w pracowni! Na pewno ten talent też ma.


***


Grzebałam ostatnio w archiwach DD i znalazłam coś w temacie krwi. Linkuję, bo fajne a tak stareńkie, że może nikt z tu obecnych nie może pamiętać! >TĘDY<





4.01.2018

...I darypanu i darypanu...

W roku pańskim 2017 wychowawczynie młodych Jareckich musiały obejść się bez wypiekanych specjalnie dla nich pierniczków.
Szkolne imprezy JP bez jego ryby po grecku.
Dzięki zarazie, która znokautowała mieszkańców Deszczowego Domu, łaskawie ominęły Jarecką wszystkie te wigilijki, opłatki i inne okołoświąteczne utrapienia, które przemnożone przez liczbę dzieci czynią grudzień nieznośnym.

Na chwilę przed tym, gdy fala gorączek porwała ostatnie niedobitki, udało się Jareckiej dopłynąć do przedszkola na jasełka z udziałem Piątka. Dzięki niebiosom!
Piątek, przyodziany w królewski płaszcz i koronę niestrudzenie pozdrawiał swoją matkę energicznymi wymachami; podobnie czynili pozostali królowie Adwian i Artur.

Adwian, ach, Adwian, guru, idol i najlepszy kompan z leżaczka obok. Posiadacz najfajniejszych zabawek i szafarz najpiękniejszych słów przedszkolnego półświatka.

Wszelako ukoronowany Adwian miał jakiś kłopot, o czym raz po raz donosił swojej matce, poskładanej w kostkę na krzesełku przed Jarecką. Chodziło mianowicie o prezent dla Jezuska, rzekomą sztabkę złota, którą król Artur był uszkodził na próbie generalnej. Rodzice Adwiana zapewniali syna, że nic nie szkodzi, wystarczy chwycić sztabkę rozdarciem w dół, zasłonić dłonią i prezent będzie JAK ZŁOTO.
Tego jednak czyste dziecięce serduszko znieść nie mogło i Adwian rozpłakał się, bo jakże tu z takim wybrakowanym prezentem do Jezuska, no bo co w końcu, kurcze blade.
Na to matka Adriana wyjęła z torebki srebrną paczkę gum Orbit i zaproponowała zamianę.
Adwian oszalał ze szczęścia. Wrócił na miejsce pomiędzy pozostałymi znudzonymi królami i podjął fałszywie pieśń pastuszków, a gdy przyszła pora bieżyć z darami, hojnie złożył u stóp świętej rodziny gumy. Tego jednak nie mógł zdzierżyć król Artur. Jakże to, Jezuskowi - orbitki? Złoto, to drugie i to trzecie - owszem, ale o gumach nie było mowy w scenariuszu!
Król Artur podbiegł do żłóbka, porwał paczuszkę Adwiana i zwrócił mu ją z oburzeniem.
Adwian wpadł w szał.

Tu musiała interweniować Pani Ela, bo, wbrew pozorom, show trwał, pląsały jamioły, pastuszkowie bawili się kapeluszami a Józef i Maryja przysypiali na krzesełkach.
Pani Ela nakazała królom ciszę i bezruch, i osobiście zostawiła u żłobu zarówno niepełnowartościową sztabkę złota jak i gumy Orbit.
To salomonowe rozstrzygnięcie tak ucieszyło Adwiana, że zwrócił się roześmianym obliczem do króla Piątka i wycisnął mu na policzkach dwa solidne całusy.
Bardzo to rozśmieszyło Piątka więc nie pozostał dłużny.
Adwian poprawił, Piątek też, z namaszczeniem i serdecznie - rzekłbyś: Chruszczow i Gomułka witają się przed kamerami!
Także Arutr się przyłączył, bo w odróżnieniu od pomysłu z gumami ten wydał mu się przedni.
Serdecznościom nie było końca.
Rozczulona widownia miejscami łkała ze śmiechu.

A potem przyszedł św. Mikołaj z prezentami, królowie (w tym niezwyczajnie ciepły - czyżby z emocji? - Piątek) podzielili się na stronie gumami, które w cudowny sposób wróciły do darczyńcy, Jarecka odebrała ze szkoły gorejącą Trójkę i z grubsza wiadomo, co było dalej.


Tym bardziej Deszczowy Dom życzy Wam zdrowia na wieczór Trzech Króli.






30.12.2017

Ordinary

Uprzedzam. Jak ma być ordinary to może być ordynarnie.

Dziś na zajęcia Jarecka udała się samochodem Jareckiego.
Odpaliła silnik, włączyło się radio.
A tam, Panie dzieju, czegóż to Jarecki słucha na osobności!
- Lekcja trzecia - przemówił miły głos - codzienne czynności. Powtarzaj za lektorką.
(Ho ho, dawajże, będę powtarzać!)
- Brać prysznic.
- Golić się.
- Robić makijaż.
- Wstawać wcześnie.
Potem zaczęło się ambitniej, całe zdania, ho ho.
- Nie lubię wstawać wcześnie ale już się przyzwyczaiłam.
To o mnie, to o mnie! - cieszy się Jarecka.
- Anna jest typową kurą domową. Pierze, sprząta i plotkuje.

Lektorko. FUCK YOU!

18.12.2017

Pauza


(Powiadam Wam, prowadzenie bloga robótkowego okazało się tak nudne, że nawet nie zaczęłam)



Ileż to razy, frunąc nad miastem otoczona furkotem peleryny Jarecka zastanawiała się, co musiałoby się stać, żeby pozwoliła sobie zwolnić.
Oddać trykot wonderwomen do pralni, komuś odmówić, zacytować Dulskiego na głos, nie tylko w myślach.
Przyznać się, że czegoś nie umie, że nie da rady i choć wszyscy będą mówić: "poradzisz sobie", po prostu sobie nie poradzić. Pozwolić sobie nie pójść gdzieś, gdzie brak Jareckiej podetnie nogi.
Kto jak nie ty?
Każdy, ktokolwiek.

- Mamo, poczytasz mi dzisiaj? - pyta Czwórka.
Ależ nie, sezon na zbawianie świata jeszcze się nie skończył, gdzie moja peleryna, muszę podeprzeć głową opadające sklepienie niebieskie, lecęęęę!

- Obejrzymy następny odcinek Arabeli*? - pyta Dwójka.
- Obejrzyjcie sobie same, potem mi opowiecie.
- Ale to nie to samo.
Na chwilę rąbek peleryny zahacza o drzwi ale wystarczy lekko szarpnąć i fruuu.


***


Jak to dobrze, jak to dobrze, że człowiek jednak nie jest z kryptonitu, tylko z mięsa i gluta!
Leżymy sobie chorzy jak jeden mąż, nikogo nie trzeba zawozić do szkoły. Nie trzeba gotować, bo nikt nie je. Nie trzeba prać, bo od tygodnia pocimy się w te same piżamy.
Nie trzeba myć włosów i pudrować nosa.

Podsuńcie nam parę fajnych kategorii do "państwa miasta"**, jeśli łaska, bo w tych podstawowych alfabet mamy przerobiony.




*Arabela, serial mojego dzieciństwa! (pamiętacie ten czarodziejski pierścień?)
To zawsze duże ryzyko wracać do hitów sprzed lat, rozczarowania bywają miażdżące. W przypadku Arabeli  nie tylko nie było rozczarowania - serial stary prawie tak jak ja - ma dziś nie tylko oldskulowy urok - to wciąż zabawna, niebanalna i wciągająca historia - ucieszyła mnie i moje córki po równo. Sięgnęłyśmy nawet ( ja nieufnie) po Powrót Arabeli, kontynuację serii nakręconą dekadę później. I znów miłe zaskoczenie! Wspaniałe jest to, że w drugiej serii grają ci sami aktorzy, nawet role drugoplanowe są tak samo obsadzone. Niestety, niestety - z wyjątkiem tytułowej Arabeli :(
Polecam na długie wieczory z dziećmi.

**Nasze nowe kategorie to potrawy, choroby, marka samochodu, sklep/marka, dyscyplina sportowa. Chcemy więcej :)




Korzystając z uziemienia zamierzam zrelacjonować Wam najprzedniejsze jasełka, na jakich byłam.
Jeśli za prędko nie wyzdrowieję to się uda :)

14.12.2017

Jarecka się budzi

Jarecka obudziła się zlana potem i przedtem, i o dziwo była już połowa grudnia.
Z ręką w nocniku (do czego akurat zdążyła się już przyzwyczaić, ale do tego, że czas przestał być wymiernym wymiarem - nie).
Za oknem padał śnieg, świeciło słońce i miesiło się błoto.
Dzieci były same duże, ani jednego małego.

(I tu w oryginalnym tekście następował obszerny fragment przemyśleń Jareckiej na temat upływu czasu i olaboga, czemu nie jestem w stanie więcej udoić z dnia; wszystko to, jako mało interesujące i tendencyjne Wszechwiedzący Narrator pozwolił sobie wyciąć. W zamian za to, pójdźcież, Wierni Czytelnicy na salony, dosłownie, i rzućcie okiem na chustę, co tam sobie Jarecka usztrykowała leżąc bez ducha w żółtym fotelu)












3.11.2017

O korzeniach

Czy ja mówiłam, po co były te kwiaty, te łąki wiosną dziergane?

To był konkurs na ilustracje do pięknej historii. Taki był temat zadany przez wydawnictwo MOI:
"W ogólnym założeniu książka ma pokazywać, jak różnie może przebiegać życie od narodzin do śmierci w zależności od tego, na jakie warunki dany kwiat/ zwierzę/ człowiek trafi. By podkreślić wieloznaczność przekazu, słowa są ograniczone do minimum pozostawiając pole dla ilustracji i własnych odczuć związanych z nimi.  Stąd też wybór najmniej popularnej i najmniej „zużytej” w literaturze dziecięcej materii, jaką jest roślina. Kwiat milcząco, z pokorą przyjmuje, co mu jest dane, jedynie po jego systemie korzeniowym i wyglądzie możemy zauważyć, „kim jest” i  skąd pochodzi. To książka do środka, do odczytania przez własną wrażliwość. Odbiorca, niezależnie od wieku, staje się dyskretnym obserwatorem piękna, delikatności i jednocześnie siły rośliny - w toku całego jej życia. „O wzrastaniu” wraca do wymykającego się słowom momentu wzruszenia, zachwytu, który potrafi (może, niestety, coraz rzadziej) zdarzyć się człowiekowi w trakcie obcowania z  naturą."



Opowiem Wam tę historię po mojemu.



Kiedy wychylasz się z cebulki, świat pełen jest już innych istnień.




Można cię formować jak inne kwiaty twojego gatunku, są na to sposoby.




Ale to, kim będziesz, twój przyszły obraz - był gotowy, zanim pokazałeś się światu.







Może kiedyś uda mi się dokończyć/rozwinąć ten temat w formie książki?





A w ramach ciekawostki pokażę Wam, jakimi ścieżkami brnęłam przez ten temat.
Poniżej gotowa do zdjęcia pierwotna forma "korzeni".
Przepadła jako zbyt dosłowna a przede wszystkim mało atrakcyjna wizualnie.
Kłącze, z którego wyrośnie coś na obraz i podobieństwo.



Temat do przemyśleń na listopadowe wieczory :)

10.10.2017

Konkurs


Kochani, zapraszam na fejsbukowy profil Deszczowego Domu!

Trwa właśnie konkurs w którym nagrodą jest...niespodzianka!...plakat z alfabetem! :)))

Potrwa do piątku.
A teraz pędzę do ortodonty, gdzie dostanę ochrzan jak amen w pacierzu. I tak jestem sprytna, bo na szczepienie z Piątkiem- czyt. zebrać burę - wysłałam Jareckiego. Zdaje się , że przegapiliśmy jeszcze kilka szczepień i za tydzień mam się stawić z całą czwórką. To dopiero będzie występ.
Czy Wasze przychodnie też nie przypominają o szczepieniach? To ich wina, co nie?

A teraz już zapraszam w szranki, >>TĘDY<<




Do wygrania, wiadomo, plakat taki, jak ta wisi na ścianie.



2.10.2017

Plakat z alfabetem

Jest!!!!







Kurier doniósł.
Nie chwaląc się, wyszło cudnie.
Kolorowo, trójwymiarowo. Widać każdy puszek, włókienko, pętelkę. Jest się na co pogapić.

Natychmiast powiesiłam plakat u mojej pierwszoklasistki a pozostałe 6 mld i 9 zer głaskam sobie i głaskam, bo to kreda 250 mg na coś tam i jest nawet mój odręczny podpis zmultiplikowany na każdym egzemplarzu.





Znaczy się, można zamawiać, co tak będę sama głaskać!
Wymiary 98x68
Do kupienia w sklepie internetowym Strefa Psotnika, tędy proszę: >>KLIK<<





6.09.2017

With love

Prawie pięć lat temu zaczęłam pisać bloga.
Tylko pięć lat!
Zdaje mi się, że sto, bo gdy widzę siebie - nas te pięć lat temu, ledwie poznaję.

Na blogu miałam pokazywać swoje szydełkowe wytwory; tylko tyle.
Co z tego wyszło - sami wiecie.
Taka była potrzeba chwili.
Trudno mi dziś uwierzyć, że po dniu pracy w przedszkolu, z własnymi dziećmi w wieku 2-8 miałam jeszcze siłę, by klecić zdania.
Zdania, które mnie - a potem także i Wam, wreszcie NAM - sprawiały dużo radości.
Było mi to wszystko bardzo, bardzo potrzebne. DZIĘKUJĘ.

Nie ma powrotu do tamtej formuły bloga, tak jak nie ma powrotu do tamtego czasu w moim życiu.

Dziś pisząc o dzieciach czuję, że popełniam nielojalność (tak się w ogóle mówi?;)). To ich życie, ich sprawy - a przecież wciąż zajmują w moim grafiku i głowie tyle miejsca, że nie sposób tego wypikać.


Deszczowy Dom pozostanie tym, czym miał być w złożeniu - galerią moich prac.
Fanpejdż Deszczowego Domu pewnie odżyje, zapraszam >KLIK<
Na koncie instagramowym można nam nawet czasem zajrzeć w kąty albo i w garnki :) (deszczowy.dom)



Z dedykacją dla Nas wszystkich: >KLIK<




Dziękuję


Brakuje JP, naszego fotografa :)
Jarecka




P.S. Obiecuję, że odpowiem na każdy komentarz, jaki zostawicie!

26.08.2017

O tym, jak przyszedł na Jarecką nieznany dzień i godzina a ona nie była gotowa

Złożyło się nader szczęśliwie.
Na tym samym piętrze, co fabryka Jareckiego otwarła swe podwoje przychodnia stomatologiczna Szalej & Co.
Tytułowy doktor Szalej okazał się niezwykle szlachetnym człowiekiem i godnym następcą Hipokratesa. Pośpieszył na pomoc Jareckiemu zaatakowanemu na służbie przez własny kręgosłup. Ofiarnie dźwignął Jareckiego na własnych plecach (co zważywszy na gabaryty obu panów mogło się wiązać z ryzykiem) i naszpikował pacjenta na tyle przeciwbólowo, żeby ten mógł dotrzeć do domu.
Co skwapliwie uczynił.
Jarecki długo opiewał zalety tego bezinteresownego Judyma a w dowód wdzięczności dał Szalejowi dużą zniżkę na wynajem sali w swojej fabryce na szkolenie dla dentystów.
Będą się uczyć zakładać szwy na dziąsłach.
Najsamprzód na dziąsłach świni.

(Teraz chwila na kontemplację tej wizji. Stół, na stole świński łeb, wokół niego pilni uczniowie z igłami w ręku. I już weganie z westchnieniem odstępują od usług Szaleja, ech)

Wieczorami Jarecki sławił piękno przychodni Szalej & Co.; że na sufitach są podświetlane obrazy (na przykład kosmos!), i że kolega z pracy był na wizycie u doktora Szaleja i było SUPER, i już nie było wątpliwości, że TO musi się zdarzyć, to znaczy, że Jarecka ze wszystkimi dziećmi będzie musiała przyjechać do Szalej & Co. z wizytą a raczej z wizytami. Czterema.

Mamy więc piękny letni dzień, pewien malutki biurowiec w dużej metropolii, pod sufitem w korytarzu dynda absurdalny pseudokryształowy żyrandol a Jareccy z dziećmi suną galerią ku przeznaczeniu.
Drzwi przychodni się otwierają.
I niech to dunder świśnie, jeśli naprawdę zdarzyło się co innego, bo w pamięci Jareckiej wygląda to tak:
Skoro tylko Jareccy wsypali się do wnętrza, huknęły szampany, zawirowało konfetti, orkiestra łupnęła w talerze! Drzwi gabinetów otwarły się, wybiegli lekarze i pacjenci - gdy wiwatowali z ust wyskakiwała im lignina - rozpostarły się transparenty na cześć a na czoło rozentuzjazmowanego tłumu wysunęła się młoda kobieta, zdarła z twarzy papierową maseczkę i oznajmiła uroczyście: - pani ma PIĘCIORO dzieci?! Pani jest moją bohaterką!
Tłum w tle zafalował a Jarecka oniemiała. Może dlatego nie czuła, że pacjenci niepostrzeżenie odcinają jej kosmyki włosów i kawałki spódnicy, i upychają je w medaliony na szyjach. Niektórzy mieli nawet kieszonkowe relikwiarze.
Doktor Szalejowa, gdyż ona to była, ta moderatorka euforii, w ciągu następnych dwóch godzin przedstawiała Jarecką każdej pacjentce (zdaje się, że na tę okoliczność zaprosiła tłum koleżanek, gdyż do każdej zwracała się per ty) słowami: ta pani ma pięcioro dzieci! Jest moją bohaterką! A Jareckiej do ucha: no doprawdy nie wiem, Szalej namawia mnie na córkę - mamy dwóch synów - ale ja jestem nimi wykończona... A Jarecka mówiła: dziewczynkę, koniecznie... albo: dwóch małych chłopców? No to nie ma co się śpieszyć z tą dziewczynką...
Doktor Szalej natomiast pocałował Jarecką w rękę i poświadczał żarliwie: - namawiam żonę na córeczkę!

I jak myślicie, co ja wtedy czułam?

Powiem Wam.

Czułam na głowie suche, niekoszone od trzech miesięcy i niefarbowane od miesiąca siano. A na nogach rozkłapciane avarcasy, co to je cholera, zapomniałam w ostatniej chwili zmienić na jakiś bardziej miejski obuw.
Wstyd, wstyd - jeśli Szalejowa nie zechce urodzić kolejnego dziecka to na pewno zrażona podejrzeniem, że przy dzieciach się zapuści!


- Ach - westchnęła Jarecka, gdy wieczorem podsumowywali z Jareckim wrażenia - jak tam mają ładnie, i jacy wszyscy mili. Dzieci zadowolone. Szkoda, że nie mogę tam leczyć moich zębów.
 - Dlaczego? - zdziwił się Jarecki.

Dlaczego, ba.
Dosyć już widzieli.





P.S. Wszystkie matki wielodzietne, którym nie zrobiłam swoją osobą najlepszego PiaRu przepraszam. Poprawię się. U fryzjera już byłam.





18.07.2017

Akt drugi

Żona bez męża to wdowa, dziecko bez rodzica to sierota a rodzic bez dziecka?

Jarecka z żalem powiesiła na drzwiach pracowni zawieszkę z napisem URLOP i postanowiła, jako rasowa Polyanna, ugrać coś dla siebie (jest się tym Niepokonanym albo nie).
I wymyśliła, że uda się do centrum handlowego przejrzeć ofertę wyprzedażową, skoro akurat pozbawiona jest przez los i własne machinacje ogona dziewczynek mówiących: mamo, podoba mi się ta sukienka, a taką ma Zosia, a tata jest mi winien sto trzydzieści złotych, a właściwie to ja nie mam krótkich spodenek/sukni z trenem/pantofelków.
Tylko Piątek, jeden jedyny Piątek.
- Mamo, a czy tam jest jakieś jedzenie? - zainteresował się Piątek, gdy Jarecka zaparkowała samochód na miejscu dla matki z dzieckiem.
- Nie wiem - zełgała bezczelnie i pociągnęła dziecinę w kierunku szklanych drzwi - przez moment doznała zachwycenia widząc swoje odbicie takim luźnym; jedna ręka zajęta a jedna całkiem wolna, jedno oko wolne!

Zaraz po przekroczeniu progu przybytku próżności natknęła się na Koczkównę. Czy pamiętacie, ach, co to był za ślub? Na Zaogoniu? Tę bryczkę w cztery konie i tajemniczą kreację Narogowej? To właśnie ta Koczkówna wtedy za mąż szła.
Poszła i zaraz przyszła, córeczka jej się ino ostała, śliczna, czyściutka i nie stawiająca oporu względem przechadzek po centrach handlowych. Koczkównę przygnał tu ten sam BRAK, co Jarecką. Otóż Luba wyjechała do rodziców na Ukrainę* i na ulicy Ślepej w Zaogoniu zrobiło się nieznośnie odludnie. Brak koleżanki do pogaduszek i towarzyszek zabaw dla córeczki. 
Cóż było robić, zróbmy zakupy.

Piątka szybko znużyła rozmowa tocząca się nad jego głową.
 - Chodź, pokażę Ci, gdzie tata mi kupił mi okulary ze spajdermenem.
 - Ale ja chciałam tutaj...- zawahała się Jarecka ale już jej nieposłuszne nogi pognały za Piątkiem.
No dobra, i tak chciała zajrzeć do tego sklepu po ramkę dla Czwórki, co za różnica teraz czy później!
Regały z ramkami wszelako Piątek miał w pogardzie; ruszył ku zabawkom. Jarecka dała synowi delikatnie do zrozumienia, że te rzeczy nie są najlepszej jakości i może nie warto, na górze też jest sklep z zabawkami. 
W sklepie na górze zabawki były w takich cenach, że Jarecka zarządziła odwrót i dała zgodę na śmieciarkę; z sygnałem dźwiękowym, niech będzie (do cholery).
- Wróciła pani! - rozpromieniła się kasjerka widząc Jarecką ponownie - UPARŁ SIĘ?
Jarecka udała, że nie poczuła się upokorzona sugestią, że jest żałosną, bezwolną matką; Genowefą Smoliwąs dwudziestego pierwszego wieku.
Wyszła ze sklepu rezygnując z własnego shoppingu (za nią, wczepiony w sweter, Piątek sunął po gładkiej podłodze jak narciarz wodny) i postanowiła udać się do pasmanterii, na otarcie łez.
W pasmanterii Piątek (znów!) nie znalazł ujścia dla swojej żywotności i podczas gdy Jarecka w przykucu próbowała wybrać zestaw kolorystyczny dla pewnej maskotki, prosto w jej ucho emitował niecierpliwe: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...
Serio, przez kilka minut na jednym wydechu: kiedyidziemykiedyidziemykiedyidziemy...

Po wyjściu stamtąd Jarecka wykonała telefon do siostry Drumli z informacją, że nie, nie przyjedzie już dzisiaj. Nie ma siły.
Może jutro?
Jutro kolejny dzień z Piątkiem jedyniątkiem.
Zostawmyż sobie jakieś atrakcje na zaś.





*Ze swojej podróży Luba przysłała krótki filmik, który mnie wzruszył do łez. Przebiegła Luba zapowiedziała rodzicom, że przez kierowcę autobusu poda im przesyłkę. I teraz wyobraźcie sobie: autobus podjeżdża, tata Luby wolnym krokiem się zbliża, mama chroni się w cieniu wiaty przed upałem. I WTEM! Z autobusu wyłania się wnuczka a za nią Luba z drugą córką. 
Gdyby mama Luby tego dnia nalazła się na torze w Pardubicach, wygrałaby bieg w cuglach.
Starsza pani w szaleńczo radosnym galopie na widok swojego dziecka - jak ja ją rozumiem!



Dramat, akt pierwszy

Jareckiej już się to kiedyś przydarzyło.
Miała wtedy pięć albo sześć lat i do dziś pamięta tamto uczucie.
Dla złagodzenia traumy mama zabrała ją na największe w mieście lody; raczej nie pomogło.
Wycieczka na Jasną Górę owszem, pozwoliła na chwilę zapomnieć. Wrażenia z niej udokumentowała zresztą pisemnie w liście do siostry Mireckiej, który to list podobno Mirecka jeszcze przechowuje.
Drukowanymi literami, gryzmoląc wszystkie literki J wspak, Jarecka opisywała swoje przygody, a to że straszliwie wysoka wieża, że pierścionek na straganie, że jakiś chłopak powiedział "kosztke maszła" (ale ty wiesz, jak się mówi?) i że JUŻ NIE CHCE BYĆ SAMA.
Właśnie to się stało.
Wszystkie trzy siostry Jareckiej wyjechały na kolonie, opuściły ją, porzuciły, zostawiły na łasce losu i wielką jej uczyniły pustkę, jak to opisał Poeta.


Ta pustka odżyła w Jareckiej w niedzielę, w chwilę po tym, jak wujostwo Fistaszkowie powieźli w świat Trójkę i Czwórkę.
Półka na buty za pusta.
Lodówka za pełna.
Piątek w stanie pomieszania zmysłów, zagubiony jak jego matka na stoisku z wędliną.
Nie wie kiedy jeść, zawsze siadał do stołu w kompanii. Nie wie kiedy oglądać kreskówki - zawsze przypominało mu się, że ma na to ochotę, gdy Czwórka siadała do Littlest Petshop. Gdy starszaki składały na stole puzzle z tysiąca pięciuset kawałków, on przynosił swoje układanki z bohaterami Avengers. Z bratem grał w piłkę a z siostrami kłócił się o huśtawkę.
Huśtawka dynda na wietrze.

- Tato, zagrasz ze mną w piłkę? - zapytał Piątek w ten niedzielny ranek a echo jego słów odbiło się w pustych pokojach.
- Jasne - odparł Jarecki i ruszył do gry.
Jarecka przyglądała się z tarasu, jak raz po raz któryś naciera na bramkę między dwoma jabłonkami.
"Teraz ty jesteś piłkarzem a ja bramkarzem, teraz ja jestem piłkarzem a ty bramkarzem, teraz obaj jesteśmy piłkarzami" - dyrygował Piątek (w tym wieku piłkarze na szczęście jeszcze nie krzyczą KURWA MAĆ!!).
- A teraz mamo chodź, będziesz Niepokonanym!
Jarecka zamrugała wybudzona z letargu.
- Co?
- Będziesz niepokonanym! My z tatą jesteśmy Supa Strikas i gramy z Niepokonanymi.
- Que? Mam grać z wami w piłkę??
Piątek, który nigdy, przenigdy nie zaproponował swojej matce czegoś podobnego patrzył na nią z nadzieją i nie widział w swojej propozycji nic nadzwyczajnego. Jarecka owszem.
Jarecki turlał się ze śmiechu.

Trochę się tam dałam pokonać, ale tylko trochę.

Święty Spokoju, módl się za nami.



Ciąg dalszy niezwykłych przygód słomianej matki słomianego jedynaka nastąpi.




12.07.2017

Bez upiększeń

To jest dziwne a nawet podejrzane ale to prawda.

Dzieci jest pięcioro.
Gdy jedno wyjedzie, zostaje czworo, czyli wciąż dużo.
A jednak "pełno nas a jakoby nikogo nie było..."
Gdy zabraknie jednego koloru w widmie, to już wszystko się zmienia, czyż nie?

Tymczasem wyjechało dwoje - to najbardziej żarte i to najbardziej sterane bojem o równość.
Cisza.
Spokój.
Nikt nie blokuje kuchni swoimi wypiekami i nie zadaje zakazanych pytań w stylu: co mogę zjeść? Nikt się nie obraża, nie trzaska drzwiami i nie wykrzykuje, że to jest NIESPRAWIEDLIWE!



***


Przybliżcie się no.
Jest noc, wszyscy śpią, będę się zwierzać.
Wydziergałam portret Sylvii von Harden i myślę sobie.




Taka Sylvia, feministka, chłopczyca. Twarz swoich czasów (dwudziestolecie międzywojenne, Niemcy). Poproszona o pozowanie do portretu stawia warunek: bez upiększeń.


Otto Dix, Portret dziennikarki Sylvii von Harden
A naprawdę wyglądała tak:

Babka z jajami, co nie?



Z domu wyniosłam naukę, że faceci to nic dobrego i zasadniczo nie należy im ufać. A z drugiej strony, że świętym obowiązkiem jest robić mężowi kanapki do pracy, odgrzewać obiad i prasować koszule.

A ja czuję się kobietą wyzwoloną.
Wyzwoloną od tych nauk.
A także od dzisiejszego feministycznego obowiązku robienia kariery, bycia samodzielną i walki z mężczyznami o rację.

Przeszłam długą drogę z domu rodzinnego do miejsca, w którym jestem. Tak jak moja mama mam pięcioro dzieci. Czasem odgrzeję obiad, koszul raczej nie prasuję. Zawsze ufam.
Jestem bardzo szczęśliwa.

Co dam na drogę moim córkom?
Myślę o tym w nocy, gdy wszyscy śpią.






Ale zaś nie codziennie! Bo zazwyczaj to książeczka, podusia i lililaj ;)
Dobranoc.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...